Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandoms:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 11 of Napisane, by zadowolić moje wewnętrzne dziecko, id i wszystko, co wyparte , Part 1 of Nikt nie może zwieść słońca (no, poza księżycem)
Collections:
Fandom a sprawa polska
Stats:
Published:
2013-11-05
Completed:
2014-11-19
Words:
43,304
Chapters:
10/10
Comments:
103
Kudos:
78
Bookmarks:
9
Hits:
3,490

Nikt nie może zwieść słońca (no, poza księżycem)

Chapter 10: DLC

Notes:

Ja coś, kiedyś, gdzieś (rozdział temu) mówiłam, że mam od groma ścinek i DLC do ścieżki neutralnej, ne? I mam, a juści. Chociaż nie szesnaście. One bardzo słusznie wypadły z głównej wersji, były bowiem zdecydowanie niepotrzebne kompozycyjnie i/albo przesadne emocjonalnie. Takie tam idporno, emoporno do potęgi. Ale skoro niektórzy przeżyli Liska, ba, lubili Liska, to i emoporno DLC przeżyją, a także, istnieje szansa, znajdą w nim przyjemność (zwłaszcza, gdy nie będą musieli brać pod uwagę, że jedna scena jest długości 1/4 bodajże całości tekstu; bo jest jako DLC, ha!). Niemniej, tak uczciwie patrząc, to jest jedna scena, nawet bez fabuły, acz z pretekstem, opisana drobiazgowo. Nawet jak na moje standardy. Szlag, tu naprawdę każdy ruch i każdy oddech, i każde drgnięcie powieki.

Chapter Text


Zdziczałe psisko pogryzło w pobliskiej wiosce kilkoro dzieci i dwóch dorosłych, nim wreszcie komuś się udało je ukatrupić. Lydia z pomocnikami mieli pełne ręce roboty, nawet Roche oraz okoliczni mieszkańcy rzucili się, by pomagać. Prać, przytrzymywać, moczyć bandaże, parzyć zioła.
       Pracy nie ubywało i wieczorem do Vernona dotarło, że właściwie zostawili Iorwetha na cały dzień samego. Akurat idealnie, żeby swołocz uciekła – gdyby była w stanie. A że nie była, to zabiła się, próbując.
       Chwycił bandaże, środki dezynfekujące, rzucił przez ramię Lydii, że w ramach pomagania dzisiaj sam się zajmie watażką. Kobieta wyglądała, jakby zamierzała zaprotestować – ale od sal chorych dobiegło wołanie i machnęła tylko ręką.
       Partyzant zareagował gwałtowniej. Zmrużone oczy, napięte mięśnie, uniesienie, powolne, przymusem opanowane, na poduszkach. Mówił jednak z elfim chłodem.
       — Gdzie jest Lydia? — spytał. — I co ty tu robisz?
       — Zajęta — mruknął Roche, zamykając łokciem drzwi. — Cały następny dzień będzie. Ktoś ci musi przemyć rany, zmienić bandaże...
       — Ma pomocników — wtrącił szybko Iorweth.
       — Też zajęci. We wsi się zdarzył wypadek, musiałeś sam zauważyć. Ani Lydia, ani chłopcy nie będą zostawiali chorych, skoro na prostych opatrunkach znam się równie dobrze. Zdejmij koszulę.
       Właściwie mógłby to ująć delikatniej, stopniowo, przywołać logiczne argumenty. Z pewnością mógłby, ironizował w duchu, ciekawe, czemu nie chciał. Iorweth tymczasem, jak to elf, zastygł w obrzydzonym oburzeniu. Nawet nie skomentował.
       — Na co czekasz? — warknął Vernon, zbyt zmęczony, by szukać w sobie cierpliwości. — Potrzebujesz pomocy?
       — Nie.
       O, teraz obrzydzenie całą gamą odcieni wybrzmiało też w głosie terrorysty. Agent miał nawet wrażenie, że tamtym wstrząsnął dreszcz. Rasizm, doprawdy, straszliwie pętająca przywara.
       — Nie waż się mnie dotykać, bloede Dh'oine — rozwinął watażka, ledwo mężczyzna przysiadł na skraju łóżka; prawym skraju, jak zwykle.
       — Jakby to jakiś wielki zaszczyt był — oznajmił Roche, szczerze wściekły — móc zmieniać przepocone opatrunki chędożoemu mordercy. Chociaż nie wątpię, że w twoich komandach by się zabijali o ten przywilej i całowali jaśnie panu te obite stopy. Durne dzieci, prowadzone na rzeź przez takich skurwysynów, jak ty...
       Strzał był celny. Iorweth się odwrócił, natychmiast, spróbował dać mężczyźnie w twarz, Vernon ledwo schwycił mu rękę – gdyby tamten się dobrze czuł, nie zdołałby. Tylko watażka nijak się dobrze nie czuł, ten jeden ruch kosztował go najwyraźniej wszystkie siły, bo jego próby wyrwania dłoni były żałośnie słabe. Nie, żeby agent miał siły z kolei na litość.
       — Mów sobie o mnie, co chcesz — oznajmił wreszcie elf: z wielkopańską dumą, jakby właśnie jakiś przywilej mu dawał — ale nie śmiej obrażać Scoia'tael. Ani słowa o oddziałach.
       Roche był wykończony harowaniem przy rannych, naprawdę wykończony. Zapasy jego cierpliwości wynosiły równe, okrągłe zero. Elokwencji zresztą też. Wobec czego jego odpowiedź była na poziomie, przyznawał, podwórkowej dzieciarni.
       — Bo co mi zrobisz?
       Podziałała. Watażka zastygł, przestał nawet szarpać ręce. Vernon ciągnął z bezlitosną satysfakcją:
       — Okażesz swoją wyższość moralną? Już się boję — prychnął. — Rozbieraj się. Albo sam ściągnę z ciebie koszulę. Wybieraj, co ci się wydaje mniej upokarzające — podkreślił z rozbawieniem ostatnie słowo. — Byle szybko.
       Partyzant najwyraźniej przywykł już do tego, że mężczyzna przynajmniej próbuje być cierpliwym, bo przy całym rasowym chłodzie, coś na kształt cienia zdziwienia, poczucia zdrady przemknęło mu przez rysy. Delikatne, prawie niewidoczne, zaraz schowane. Potem terrorysta wrócił do zamku dumy, najwyraźniej zamierzając się nurzać w świętych wodach męczeństwa. Cóż, trudno, przez swoje teatry mała swołocz straciła szansę na decyzję, uznał agent. Poza tym, szeptało w nim, z wielką satysfakcją, doświadczenie, za moment może dostać jedno z najlepszych otwarć.
       — Sam zdejmę — zaczął Iorweth, ledwie Vernon, puściwszy jego ręce, dotknął palcami wiązań przy kołnierzu.
       — Za późno — oznajmił zimno mężczyzna. — Zresztą, jeszcze ci szwy pójdą, jak się będziesz szarpał – bo co prawda Dh'oine to nic nie warte karaluchy, ale trochę się im ciebie, wielkiego elfa, poturbować udało — zauważył mimochodem, rozplatając drugie i trzecie węzełki prawie jednocześnie.
       Naprawdę nie miał ochoty się bawić. Ani czasu. Elfik postanowił za to mu nie ułatwiać życia, czyli prychnąć i przycisnąć ręce do boków. No doprawdy, westchnął w duchu agent, ja wszystko rozumiem, Wiewiórki to banda smarkaczy jest, ale żeby do tego stopnia...
       — Zdajesz sobie sprawę, że zachowujesz się jak dziecko? — spytał ostrym tonem. — I to ludzkie dziecko? Bardzo, bardzo bez godności, niehonorowo i niemądrze? Zwłaszcza jak na swoje lata?
       Coś z tego na pewno trafiło, Roche za dobrze znał rasę, by nie wiedzieć, jak trafiać; ale tym razem partyzant dał radę utrzymać lekko zdegustowany wyraz twarzy. Wyniosła wzgarda, nic więcej. Śliczne, dumał sobie Vernon, odliczając sekundy do momentu, gdy po prostu watażce przyłoży.
       — Małpa pouczająca o mądrości i honorze, paradne — sarknął terrorysta. — Bo pozwolenie na bycie traktowanym, jak lalka, na bycie zabawką zwierząt to jest niby godne. Oczywiście. Jakżem mógł na to nie wpaść. Opatrunki poczekają do jutra. Nie ma po co wołać Lydii, skoro pracuje, ale nie pozwolę Dh'oine mną rozporządzać, jak rzeczą...
       Tak właściwie to mężczyzna rozumiał, o co rannemu chodzi – domyślał się głębi upokorzenia. W innych okolicznościach spróbowałby łagodniejszej perswazji, w końcu obiecał Geraltowi, mieli rozmawiać z Doliną Pontaru. W innych okolicznościach może nawet by odpuścił, w końcu rany wyglądały już nieźle. W innych okolicznościach.
       W tych wszakże po prostu skorzystał ze starej dobrej metody pacyfikacji. Przyłożył w twarz. Z prawej. Płaską, otwartą dłonią, za to z całej siły, parę razy. Miał w tym wprawę, więc krew się pojawiła od razu (warga, otwarcie szwów w okolicach oka, zadrapany, poraniony nos), podobnie jak oszołomienie. Ale nic wielkiego, nic z czego by się musiał tłumaczyć Lydiusi.
       Iorweth zastygł, zaskoczony – potem spróbowałby się prawdopodobnie wyrwać, lecz Roche nie dał mu szansy, ściągał gwałtownym gestem koszulę, pchnął chorego na łóżko, plecami do góry. I zaczął pozorować uspokajanie się, zdejmując rękawice, sięgając po środki dezynfekujące, przebierając w nich powoli. Zresztą, mały wybuch faktycznie pomógł mu rozproszyć napięcie.
       Elf milczał. Oddech, po pierwszym zdumionym odruchu, wrócił mu do stabilnego rytmu. Vernon odczekał ładne parę minut, nim się odwrócił, nadal nie zdecydowawszy, czy chce pograć zagniewanego jeszcze chwilę.
       Watażka drgnął, ledwie wstrzymał instynkt uchylenia się, odsunięcia, gdy mężczyzna wyciągnął rękę. Może nawet nie tyle „wstrzymał", ile „został zatrzymany przez ramę łóżka oraz własny brak sił". Arogancja obojętność wypełniła mu rysy dopiero sekundę później.
       — Nie dotykaj mnie — warknął. — Nie dotykaj mnie — powtórzył, teraz słabiej, prawie prosząco, kiedy Roche, całkowicie go ignorując, przysiadł na brzegu łóżka i zaczął rozwijać opatrunki szybkimi, pewnymi ruchami.
       Mimochodem sprawdził puls terrorysty – nad oddechem tamten panował, jego idealnie odmierzone wdechy i wydechy biły sztucznością. Tętno wariowało za to, zbyt prędkie, zbyt silne. Czyli jednak przechodzimy do bycia miłym.
       — Nie histeryzuj — mruknął łagodniejszym tonem. — Nic ci nie zrobię. Sprawdzę ci szwy, przemyję, założę nowe bandaże. Kilka minut i będzie po wszystkim.
       Ranny nie zaszczycił go odpowiedzią. Nie musiał. Zabawne, myślał obojętnie agent, tamten zachowywał honorowy bezruch, nic nie ujawniało lęku, nawet palce miał rozprostowane – a jednak patrząc, miało się wrażenie, że cały się trzęsie. Zaczerwienie powoli schodziło z prawego policzka.
       Mężczyzna starł elfowi krew z wargi i szczęki czystym kawałkiem płótna. Iorweth zacisnął usta w cieniutką kreseczkę, palce drgnęły konwulsyjnie, jakby spróbował powstrzymać ruch – nie dał rady, za chwilę pojedynczy gwałtowny dreszcz targnął mu całym ciałem. Z obrzydzenia, prawdopodobnie. Upokorzenia. Lęku.
       Roche przymknął powieki, żeby nie było widać, jak przewraca oczami. Potem położył dłoń obok twarzy watażki. Lewą rękę zatrzymał na jego karku.
       — Przepraszam — szepnął z wahaniem, udając, że te słowa przychodzą z trudem. — Przepraszam, że cię uderzyłem. Przepraszam — powtórzył.
       — Nie przepraszaj, może zasłużyłem. Tylko mnie nie dotykaj. — Partyzant spróbował brzmieć rozkazująco.
       „Zasłużyłem". Szybkie przyjęcie winy, fakt faktem, że może umotywowane ostatnimi tygodniami. Koniec końców terrorysta sam twierdził, że jest Vernonowi dłużny.
       — Musimy ci zmienić bandaże — przypomniał agent stabilnym, ciepłym tonem. — Nie jestem czarodziejem, by to robić na odległość. Ale możemy poczekać, aż się trochę przyzwyczaisz. Dobrze?
       Zaczął powoli przeczesywać mu włosy, kciukiem zagarniając te przy małżowinie. Ranny leżał nienaturalnie spokojnie, bez cienia ruchu. Zaraz go boleć mięśnie zaczną.
       — Dobrze? — ponowił Roche, wkładając trochę więcej pewności w ton; jakby do dziecka mówił.
       — Mogę sobie zmienić sam — spróbował negocjacji Iorweth. — A ty sprawdzisz.
       — Te na plecach też? — Vernon pokręcił głową. — Możesz mi... pomagać, powiedzmy. Tak będzie w porządku? Będziesz się mniej bał?
       — Nie boję się.
       A to już, cholera, naprawdę śmieszne było. Tylko wybuchnięcie śmiechem popsułoby tak starannie budowany nastrój.
       — Niech ci będzie — westchnął. — Nie boisz się. W takim razie – będzie ci prościej, jeśli ci pozwolę pomóc?
       — Będzie mi prościej, jeśli przestaniesz mnie dotykać — prychnął watażka.
       Wracamy do punktu pierwszego.
       — Nie ma mowy, żebyś zmienił bandaże lepiej, niż mogę to zrobić ja. Stoję z boku i nie mam poharatanych rąk. To potrwa tylko chwilę. I nic ci nie zrobię, nie po ci z Lydią ratujemy życie, żebym cię teraz celowo narażał — logiczne, jasne argumenty, nieustannie ciepły ton. — Sprawa na ciebie czeka.
       — Nie wycieraj sobie nią gęby — syknął terrorysta. — Bloede cuach...
       Vernon zmilczał tym razem: pozwolił rannemu skupić się, tak dogłębnie i spokojnie, na fakcie, że nadal trzyma mu rękę we włosach, że nadal się nim bawi. I przemyśleć, czy elf na pewno nie woli paru chwil bandażowania. Jednak watażka tylko przymknął oko, jeszcze spowolnił oddechy, skulił się trochę, tyle, na ile pozwalały obrażenia.
       — Nie uciekaj — mruknął agent, przechylając mu kciukiem brodę w swoją stronę. — Nie uciekaj mi teraz. Nie marnuj na to sił. Nie masz powodu. A zapewniam, że mógłbym ci go dostarczyć – i mam nadzieję kiedyś to zrobić, ale nie teraz, więc bądź rozsądny. Dostaniesz środki przeciwbólowe, nowe opatrunki, same, cholera, plusy...
       — Leki mogę przełknąć. Po prostu mnie puść. Dostaniesz coś w zamian. Od Rzeczpospolitej.
       — Co jest niby tak strasznego w prostym odkażeniu ran? Musiałeś to znosić dziesiątki razy — dumał sobie teatralnie Roche. — Sprawiam ci teraz ból?
       Iorweth zacisnął wargi w wąziutką kreskę.
       — Nie — przyznał wreszcie.
       — To w czym rzecz? — A potem, kiedy tamten nie odpowiadał: — Naprawdę przepraszam, że cię uderzyłem. Poniosło mnie, nie powinienem. Nie zrobię tego więcej.
       — Nie o to chodzi.
       — Marzniesz — westchnął Vernon, narzucając na rannego kołdrę; zmiana tematu czasem czyni cuda, zwłaszcza w połączeniu z jakimś miłym fizjologicznym drobiazgiem.
       Wabi do spokoju, do pewności, do słów. O słowa w końcu im wszystkim chodziło. 
       — Nie marznę — oznajmił z przekonaniem elf.
       Przekonaniem tak obojętnym i odruchowym, że brzmiącym niemal tępo, jak u wariatów albo idiotów. Ale to nie to, nie to. Roche już słyszał ten ton, setki razy. Wyuczenie. Cokolwiek powiedzą śledczy, o cokolwiek zapytają, cokolwiek zasugerują, cokolwiek powiedzą, po prostu – milcz albo odmawiaj, albo zaprzeczaj. Mógł spróbować wyboru, aczkolwiek wątpił, by podziałał, nie, jeśli się watażka aż tak bardzo bał, cofnął na aż takie pozycje. W sumie szkoda, otwarcie, z tym jego „zasłużyłem", takie łatwe i obiecujące było.
       — Drżysz. Możemy to nazwać zimnem albo strachem, możemy myśleć, że ci zimno albo że się boisz. Co wolisz?
       Opatulił chorego kołdrą, starannie, ostrożnie, by nie urazić ran. Pierwsze sylaby – „zi-", widział – uformowały się terroryście na wargach. I tylko tyle.
       — Chędoż... Obojętne mi, jak ty to nazwiesz i co ty pomyślisz, Dh'oine.
       Rozkładasz „my", pomyślał Vernon, nawet wracasz do swojego rasizmu, czyli się pozbierałeś. Szybko. Szlag, trzeba było mocniej bić... Biłbym mocniej, cholera, gdyby nie Lydia.
       — A ty sam, hm? Ty sam wiesz na pewno, że to zimno? Że się nie boisz marnego Dh'oine? Że przecież karaluch by nie mógł upokorzyć elfa, skądże. Tak to nazywasz... A wiesz na pewno?
       Wiedzieć, to Iorweth musiał, o ile nie okłamywał sam siebie do szczętu, że owszem, się boi, brzydzi i jest upokarzany. A teraz zachował wyniosłe milczenie, całkiem słusznie, bo dowolna odpowiedź prowadziłaby w rejona niebezpieczne. Że wie – ach, więc cóż mu szkodzi powiedzieć, cóż mu szkodzi, przecież się go ogrzeje, cóż mu szkodzi przyjąć tę uprzejmość, od tygodnia ponad nieustannie takowe przyjmuje, na łasce takich uprzejmości jest. Że nie wie – cóż, jeszcze prościej.
       Śmiech, wreszcie.
       — Ty czegoś szukasz — syknął ranny. — I stąd to... to wszystko. Doprawdy, jakby jakikolwiek Aen Seidhe miał się nabrać na sztuczki Dh'oine, miał się dać omamić, zagonić, złamać. Nic się nie uczycie.
       Dh'oine, Dh'oine, Dh'oine. Aen Seidhe. To było cofnięcie, kombinował agent, aż do pozytywki, do standardu, ucieczka w jakieś uniwersalia, typowe śledztwa, bardzo typowe, skoro nawet bez personalnych wycieczek. I skoro ucieczka, to coś w teraz musiało być gorsze – niby co, skoro go nie bili, nie torturowali, ratowali życie, troszczyli... A. To. Zostawmy ogólniki, więc. I wstrzymajmy się od „skurwysynów".
       — Iorweth — mruknął, w miarę serdecznie, znowu zmusił do spojrzenia sobie w oczy, też raczej łagodnie. — Gdybym chciał pofilozofować o rasistowskich bredniach, to mógłbym sam sobie teatrzyk odegrać. A wiesz, czemu?
       Zapadła cisza.
       — Podpowiem. Związek z tym, czym na chleb zarabiałem, rzecz ma — podrzucił mężczyzna; uśmiech mu tańczył na wargach.
       Cisza trwała jeszcze moment, nim po prostu przypomniał:
       — Ścigałem Wiewiórki od lat. Łapałem. Wieszałem. Mamiłem, zaganiałem i łamałem. Miałem wyniki. Aen Seidhe nabierali się na moje sztuczki. — Uśmiechnął się szerzej. — Tyle razy te same... Ale wy nic, na szczęście, się nie uczycie.
       Elf zacisnął wargi. Roche przesunął palcem po jego brodzie. Nie siniaczył, jeszcze.
       — Nie jestem dowolnym Dh'oine — mruknął. — Jestem Vernon Roche, dowódca oddziałów specjalnych Temerii, człowiek, który wyrżnął ci oddział w zasadzce, a którego potem w imię głupiej dumy puściłeś żywcem. Cokolwiek ci zrobię, będziesz wiedział, że to twoja wina, twoja chwila chędożonego tryumfu spod Flotsam. Jeśli cię kiedyś złamię – a świetnie łamałem dowódców – jeśli kiedyś zabiję kolejne elfie dzieciaki, to przez to, że mnie wtedy nie zabiłeś. Żadne bajdurzenia cię przed tym nie ochronią. Będziesz wiedział.
       Oczy watażki rozszerzyły się minimalnie.
       — Że to nie Aen Seidhe i Dh'oinne, lecz twój błąd, podpułkowniku Doliny Pontaru, dowódco zjednoczonych komand, dzieciaku, który powiódł na śmierć pobratymców w imię wojny karaluchów – nie uciekaj, nie robię ci krzywdy, miej trochę godności – skazany na śmierć za mordy na cywilach, palenie wiosek, tortury, zabijanie po szpitalach i rozbijanie główek niemowlętom – one czasem się uspokajają i gaworzą, jak się je weźmie w ręce, prawda? – amnestionowany z łaski Dh'oine, morderco, którego nieludzie nazywają „Rzeźnikiem" i któremu zabroniono wstępu do Dol Blathanny. Nie gadaj mi o Dh'oinne i Aen Seidhe, tu jesteśmy tylko ty i ja.
       Przez chwilę watażka wyglądał, jakby jednak zamierzał zmilczeć, schronić się, prawie dysocjować – jednak został, odetchnąwszy tylko głębiej. Agent nawet „miejże godność" powtarzać nie musiał.
       — Niemowlęta — oznajmił spokojnie elf — rzeczywiście się często uspokajają, gaworzą. I uśmiechają, jeśli już umieją. I mają miękkie czaszki, kości się im jeszcze ruszają, więc są wytrzymałe na upadki. Trzeba, trzeba mocno uderzyć, żeby je zabić, inaczej tylko się rani, tylko się... okalecza... strasznie krzywdzi... nie zabija. Nie natychmiast. I je boli. I to jest nieprzyjemne, bo płaczą, a młode wszystkich ras są tak zrobione, żeby miały przeraźliwy, przeszywający płacz. Straszliwie nieprzyjemny ryk. Nie — dodał, gdy mężczyzna już otwierał usta — nie, nie będę tchórzył. To jest straszliwe, bo one nic nie zrobiły i się ma wyrzuty sumienia, i chciałoby się chronić, przytulić, i nie ma się siły ich dobić, ale one tylko bardziej cierpią – umarłyby z głodu, to jest straszna śmierć, krzyczałyby cały czas i nikt by im... I już nie ma nikogo, kto by mógł im pomóc, bo wszyscy są martwi, bo wszystkich się zabiło. Dobrze, zabiłem, nie będę uciekał. I to wiadomo – ale to potem i tak prześladuje... Prześladowało mnie, chociaż moja matka była akuszerką, więc wiedziałem, jak je zabić, żeby umarły od razu, żeby nie cierpiały ani sekundy. Tylko się trzeba nie wahać, bo jeśli się zawahasz, jeśli ktoś w komandzie się zawahał, to one tak strasznie, strasznie cierpiały, zupełnie niepotrzebnie... I to jest zbrodnia, wiem, ale ty to też wiesz i też z doświadczenia, to wszystko, co mówię. Ty też. — Oblizał wargi.
       Zaiste, Roche też, więc, nalewając i podając partyzantowi wodę, potaknął, powiedział wyraźnie, głośno, by uniknąć posądzeń o tchórzostwo. On też. Przy pacyfikacji Podgórza. To był wszakże jeden z tych potężnych argumentów, które zawsze wygrywają potyczki dla tego, kto ich pierwszy użyje, kto będzie takim skurwysynem, by się zmierzyć z własnym czynem i ich użyć.
       Poza tym, cel został poniekąd osiągnięty, przybliżony z pewnością. Bardzo gorączkowa desperacja brzmiała w ostatnim zdaniu watażki, szukanie potwierdzenia. Wrócili na „ja", na „ty", na konkrety. Jeszcze nie dość, ale bliżej.
       — Pewnie, ja też nie miałem, co zrobić z tymi dziećmi. I je mordowałem — powtórzył, patrząc, jak tamten pije. — Skoro się zdjęło portki, trzeba i chędożyć. Zostawić dzieci, żeby umarły z głodu, torturować je przez swoje wahanie – ani ty, ani ja nie jesteśmy aż takimi skurwysynami. Nie aż takimi.
       My. Gorączkowa energia zabłysła w oczach Iorwetha. Ścieżka przesłuchań i nawróceń jest prosta: uświadom grzech, daj akceptację pomimo, pokaż drogę zbawienia. Ot, wszystek.
       — Puścisz mnie, jeśli odpowiem? Jeśli będę... rozmawiał? O czym chcesz? — spytał ranny kalkulująco. — I nie będziesz mnie dotykał więcej? Dasz leki i pójdziesz? Lydia się jutro zajmie...
       To akurat nierealne, nie teraz, kiedy już odwinąłem bandaże, uświadomił sobie agent, przecież ci się krzywda przez noc stanie, rany się otworzą, zakażą jeszcze. Zaczynasz wyżej, by negocjować. Albo straciłeś zdolność rozsądnego kojarzenia.
       — Nie łamię cię teraz. Zmieniam opatrunki. O nic więcej nie chodzi.
       Wsunął palce pod kołdrę, przejechał nimi po ramionach elfa (blizny na bliznach, świeższa rana przy prawej łopatce, ale tyle wiedział wcześniej), zignorował dreszcz. Drugą dłonią sięgnął po nóż, przesunął po pościeli ku watażce. Ten obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem.
       — Jeśli cię zaboli — spokojnie powiedział mężczyzna — jeśli naprawdę nie będziesz mógł znieść – zrań mnie. W rękę. Gdziekolwiek. Dasz radę nie uszkodzić nerwów ani mięśni. Jeśli zrobię cokolwiek ponad opatrzenie ran. Jeśli cię oszukałem.
       Iorweth wyglądał na zaskoczonego. I bardzo dobrze, taki był cel. Mała dezorientacja. Tudzież wielkie przedramatyzowanie, no ale to elfy akurat lubiły. Przedramatyzowanie, przemowy i teatry.
       — Tak może być? Zgadzasz się?
       Mówił ciepło. Tylko cały czas gładził partyzanta po plecach, z każdym ruchem niżej. W ramach mobilizowanie do szybszej odpowiedzi. I rzeczywiście, padła, ledwie dotknął połowy żeber, też pobrużdżonych bliznami, metodycznie, po jednym głębokim, lecz cienkim, cięciu na każde. I ślady po hakach. I świeższe, powoli zarastające, po biczowaniu; skóra, Roche pamiętał, odchodziła od kości, nim ją Telina zaleczyła. Omijał rany bardzo starannie, dotykał naokoło – tam czucie, wiedział z własnego doświadczenia, jest wrażliwsze, dziwne, jakby coś wiecznie drżało tuż pod naskórkiem.
       — Ale przestaniesz, jeśli cię – jeśli ci dam znak? — mruknął prosząco ranny; chwycił nóż, słabo, palce ślizgały się po rękojeści.
       Jak to się śmiesznie przestrasza, dumał agent, jak śmiesznie próbuje udawać. Każdego cienia kontroli chwyta.
       — Jeśli mnie zranisz? Owszem. Zvaere — potwierdził mechanicznie. — Aveleienn esse ellea. N'aen te dochaire.
       Odczekał jeszcze moment, z palcami drugiej ręki na pulsie elfa, aż tamten nieco się uspokoi, przyzwyczai. Podda. Potem dopiero przeszedł – wreszcie, jęknął w duchu – do rzeczy. Zdezynfekował całe plecy, ramiona, żebra szybkimi, sprawnymi ruchami. Musiało piec, ale wątpił, by watażka w ogóle zauważył, tamtemu palce bielały na ostrzu, zaciśnięte. Ukojenie. Bardzo fałszywe, tak naprawdę, bo różnica między drobnym przekroczeniem granic komfortu, a wbiciem noża w dłoń jest za duża, by takiego środka użyć. 
       Przy ostatnim razie musiał wziąć za dużo ziołowych, pachnących alkoholem płynów, szmatka była ciężka, zbyt mokra, rozmazał nieco wcześniejsze maści. Niedużo, nie musiał poprawiać, ale eliksiry spłynęły strumyczkiem wzdłuż kręgosłupa terrorysty i tamten zadrżał, przestraszony, więc Vernon zagarnął je, już przy dole pleców, odruchowo. A potem, niemal równie odruchowo, skoro już miał mokre, lepkie palce, a Iorweth i tak siadał, żeby pozwolić sobie zmienić bandaże na piersi, agent przeleciał mu parę razy palcami po zranionym nosie. Lekko, raczej w ramach zabawy w dezynfekowanie, z żartobliwością, która uczyniła ruch prawie czułym.
       Ranny zareagował tak gwałtownie – kuląc się, drżąc konwulsyjnie – że w pierwszej chwili mężczyzna sądził, iż tamten zwymiotuje. Głęboko wpojona niechęć, zgadywał Roche, połączona z potrzebą. Dla partyzanta właśnie „chcieć", podpowiadało doświadczenie, byłoby najgorsze.
       Na tyle silne, by terrorysta zapomniał o nożu, ich wspólnej umowie. Źle, znaczy, poszło za daleko, uznał Vernon. A zwykłe uspokojenie, wszystkie te ciche „już dobrze" i „już jesteś bezpieczny", nie pomoże, tylko pogorszy sprawę, bo znów wywoła ciąg potrzeba-zdrada-obrzydzenie.
       — Chciałem tylko ci oczyścić ranę, skoro mam już zioła na palcach... — westchnął, ostentacyjnie wycierając palce we włosy rannego, dając mu trochę siły płynącej z bycia męczennikiem. — Jeśli chcesz, możesz mi pomóc z tymi tutaj, dobrze?
       I tak wiedział od początku, że obrażeniami na torsie musi się zająć sam chory, w zbyt intymnych miejscach leżały. Na piersiach zresztą dużo nie było, więcej na bokach; szerokie, płaskie oparzenia różnych rodzajów. Chemiczne, magiczne, od ognia.
       Iorweth, odetchnąwszy parę razy, odepchnął palce agenta, swoimi ranami się zajął spiesznie, niemal z przestrachem, żebra się mu unosiły i opadały, jak po ciężkiej walce. Śliska, różowo błyszcząca, gładka skóra, musiała być bardzo tkliwa – mężczyzna więc kładł maści grubą warstwą, dbając, by tym razem żadnym nieopatrznie delikatnym gestem nie spłoszyć elfa. Który, na szczęście, sam się zajął swoim zdrowiem psychicznym, uciekając w skupienie nad własną częścią pracy, udając, że Roche'a po prostu nie ma.
       Bandaże nałożyli wspólnie, watażka przytrzymywał końce materiałów, agent robił całą resztę, przy okazji sprawdzają, czy tamten niczego nie popsuł. Początkowo w milczeniu, jednak po chwili opanowanie partyzanta się skończyło – może i był po prostu zmęczony. W każdym razie, lęk wykrzywiał mu rysy, zmuszał ciało do drżenia, za każdym razem, kiedy Vernon w ogóle go dotykał – i ranny najwyraźniej nie miał siły nad sobą zapanować.
       Należało dać mu linę. Pokazać, że się jest po jego stronie, łaknie się jego dobra. Wobec czego mężczyzna zagadnął, delikatnie próbując szwów na piersi, w jednej trzeciej żeber i przy obojczykach, pomijając najgorzej wyglądający środek:
       — Trzeba będzie tatuować na nowo?
       Dawniej rysowany bluszcz wił się wokół ciała od szyi, poprzez ramię, aż do żeber, jak na murach. I po przejściu Nilfgaardu zostało z niego równie niewiele, jak po tych murach. Nadpalone ruinki.
       Chory nic nie odpowiedział, patrzył napięty, gdzie i co akurat robią dłonie Roche'a. Co jakiś czas spojrzenie uciekało mu w stronę noża, ale ten, o jakże pechowo, został przy okazji bandażowania odsunięty na prawo, tuż poza zasięg wzroku Iorwetha – a ten się za bardzo bał, zgadywał agent, by odwracać głowę.
       — Najwcześniej za rok, za dwa — kontynuował Vernon konwersacyjnym tonem. — I farba już tak dobrze nie wejdzie, kolory się różnić będą... O ile się w ogóle dość dobrze zagoi, by...
       — Zagoi się — warknął elf; chciał pewnie brzmieć buńczucznie, zabrzmiał raczej desperacko.
       Ma się zagoić, odczytał mężczyzna, a nigdy nie pozwoliłem sobie na słabość, niedotrwanie tego, co musiałem.
       — Będą takie same. Najwyżej kilka razy powtórzę, żeby pigment dobrze wsiąkł. Ale będą tak samo dobre — zakończył watażka z przekonaniem.
       — Mhm. Rysunek liści był bardzo ładny. Nie będzie różnicy w stylu?
       Ten artysta jeszcze żyje? Był w komandzie? Czy to rzemieślnik z jakiejś wioski, wspierający najwyraźniej Wiewiórki? Masz z nim kontakt?
       Ale ranny też był dobry w te gry. Uśmiech przeciął mu twarz:
       — Nic tobie do tego. Ładna próba wszakże.
       Czyli przynajmniej nabrał pewności siebie, zdobył punkt, rozluźni się nieco. Dobrze, w tym kierunku zmierzajmy, uśmiechy, żarty, uspokojenie, pomyślał Roche, gramy tak, jak idzie karta.
       — To są stare tatuaże — mruknął. — Nie za młody byłeś na to? Nie bałeś się, że skóra się rozciągnie jeszcze? Że ci na starość motyw się znudzi?
       Terrorysta wybuchnął śmiechem. O, właśnie.
       — Nie sądziłem wówczas, że dożyję starości. Nadal nie sądzę. Przecież wiesz. Pasom niby zakładali fundusze emerytalne?
       — Nie, ale pensja przez to była wyższa. Sporo. Można było odkładać w banku, jak tłumaczono. Albo nawet w funduszu.
       — Ktoś to robił?
       Teraz z kolei Vernon parsknął.
       — Nie, oczywiście, że nie, przepijaliśmy i wydawaliśmy na dziwki. — Przypiął ostatnie agrafki do bandaży.
       Nastrój natychmiast się zmienił.
       — Skończyliśmy. Dotrzymałem umowy. Daj mi leki i wyjdź — warknął partyzant.
       — Jeszcze dłonie. I stopy. I kostki. I oczodół. Miałeś je w fatalnym stanie.
       Uda w jeszcze gorszym, tak samo genitalia, agent nie zamierzał jednak nawet sugerować, że mógłby w tym zastąpić Lydię. Jak znał Wiewiórki – jak znał Iorwetha – to ten by sobie na samą myśl odgryzł sobie język. Słusznie zresztą, bo faktycznie, są granice upokorzenia, po których zostaje tylko śmierć.
       — Dłonie, tak. I stopy. Możesz — mruknął z wahaniem ranny.
       I jak tylko cię dotknę wyżej, będziemy się kłócili, gdzie się kończy stopa, pomyślał z rodzajem znużenia mężczyzna. Zmilczał wszakże, rzucił elfowi sztylet i wrócił do pracy, skuteczny, obojętny, pozornie nieobecny. To powinno zdusić sprzeciwy. Przez jakiś czas. Dość długi, by opatrzyć ręce, co zresztą Roche już czasem robił, więc watażka zniósł rzecz spokojnie, odprężając się trochę. Gorzej było, gdy przeszli dalej.
       Stopy były teraz już tylko żółto-zielone, nie czarne. Większość ran też zdążyła się zasklepić, nie sączyło się z nich, jak na początku. Kości nastawiła Telina, magią, Lydia twierdziła, że dobrze. Co nie zmieniało faktu, że chodzenie nadal musiało być bolesne. Właściwie ranny nie powinien chodzić w ogóle, przed każdym krokiem bandażował stopy kilkoma warstwami materiału. Blizny były jeszcze świeże, różowe, podbiegłe krwią. Lekarka nie zdjęła głównych szwów, biegły na środku, wzdłuż całego podbicia, od szczytu po koniec pięty. Przy każdym ruchu koło tej blizny, najmniejszym dotknięciu, nawet szmatką, palce elfa drżały konwulsyjnie – zresztą, tamten cały drżał, jak przy zarazie – raz ześlizgnęły się z rękojeści na ostrze. Syknął lekko. Roche przeleciał mu środkami dezynfekującymi, delikatnie poprawił ułożenie jego dłoni, przesunął z powrotem na rękojeść, zacisnął. Nic nie mówił, czegokolwiek by spróbował, mogłoby się skojarzyć z przesłuchaniami.
       Pamiętał te rany na stopach, z dworku Gaspara. Głębokie, do kości, parę razy poprawiane, celowo zakażone, zaropiałe, cuchnące. To, że przestały się sączyć, że ciało przestało gnić, było wielkim sukcesem medycznym, mówiła Lydia i Vernon bez trudu wierzył.
       Padlinożerne robaki obrabiały uraz kilka dni, nim wreszcie dały radę względnie rzecz oczyścić.
       — Wystarczy.
       Czas się skończył. Zdecydowanie za wcześnie.
       — W stawach nic cię nie boli? Jak obciążasz i poruszasz? — spytał agent neutralnym tonem, niby mimochodem sprawdzając kolana; wyglądały faktycznie nieźle, można było spokojnie zostawić, najwyżej nieco zwęziwszy poluzowane stabilizatory.
       — Nie dotykaj mnie.
       Ranny zacisnął zęby. Szczękały mu prawie, odkrył ze zdumieniem Roche. Czyli w coś trafił. Jak miło. Jak byłoby miło, gdyby, ach, mógł danej rzeczy użyć, użyć naprawdę, nie do nadzorowanych przez Geralta, Lydię i rację stanu zabaw.
       — Zimno? — Taki wygodny wybieg, taki drobny żart, taka ad hoc tworzona wspólnota.
       Nie zadziałało. Nie zadziałało, bo elf się wciąż za bardzo bał, wciąż zaciskał zęby. I Vernon sobie wreszcie przypomniał. W końcu naprawdę przebierał nieprzytomnego watażkę, naprawdę pomagał Lydii parę razy, naprawdę widział. Z miłych, profesjonalnych pogawędek z dowódcami innych oddziałów specjalnych jeszcze wiedział.
       Nikolaus Trift, na przykład, kiedy po obaleniu Dijkstry – arcyszpiega nigdy nie znosił, z wzajemnością – znalazł się w międzynarodowym zespole śledczym hulającym po Drakenborgu, kazał tatuować albo rżnąć nożem, co mu danego dnia fantazja podpowiedziała, swoje imię i nazwisko, i pełne tytuły, trochę ich zaś miał, pan hrabia, na ciałach więźniów. Tych, którzy mogli wyjść zwłaszcza. Pamiątka. Rzucał podobno losy o to, gdzie ją zostawi. Albo kazał innym więźniom wybierać.
       W sumie sprytne psychologicznie, agent mu gratulował pomysłu na którymś z międzynarodowych szkoleń czy konferencji. Chociaż jemu by się bawić nie chciało. No, ale Nikolus był sadystycznym fiutem – ważna różnica, zwykli, czysto erotyczni sadyści należeli do miłych, empatycznych ludzi, mężczyzna pamiętał jeszcze z domu – i to czasem ważyło mu na osądzie.
       Iorweth był w Drakenborgu. Wyszedł. Miał rozległą bliznę na lewym podudziu, długą, ciągnącą się do bioder, bardzo metodycznie zrobioną, wskazująca na głębokie oparzenia.
       — Ciaran ci pomógł tamto wypalić? — zapytał Roche, kładąc rękę na kolanie rannego, jakby się opierał po prostu.
       Watażka przymknął oczy. Przez chwilę Vernon się bał, że tamten ucieknie w głąb siebie, widział początek w dreszczu, który przeszedł elfa. Niedobrze.
       — To, że to zniosłeś, jest godne podziwu. Niezależnie od poglądów i... całej reszty. Jestem w stanie podziwiać poświęcenie. Czym bylibyśmy bez naszego honoru?
       — Tym, czym był właśnie Trift — warknął nagle partyzant. — On nie zasługiwał na życie, to była zdegenerowana, potworna, nikczemna istota, to nawet nie był Dh'oine, tylko diabeł wcielony... On nie zasługiwał na powietrze, Roche, za szybko go zabiliśmy, przysięgam, zabijałbym go nie dobę, a dwie, a tydzień, męczyłbym go tygodniami, gdyby nie to, że ludzkie oddziały się pojawiły. On za mało cierpiał...
       — Widziałem trupa Nikolausa. To, co mu zrobiliście, to było barbarzyństwo — warknął mężczyzna. — Nie podziwiam okrucieństwa. Ale to, że wybrałeś takie cierpienie, że wytrzymałeś – w tym jest honor. Godny żołnierza. Musiałeś to potem wszystko... — zawahał się.
       Czego tamten mógł pragnąć, od niego? Konkretnie od niego?
       — Mógłbyś być dobrym żołnierzem. Szanowanym dowódcą. Nie rzeźnikiem. Mógłbyś prowadzić swoje oddziały nie tylko do śmierci. Mogłyby mieć szansę. — Przejeżdżał opuszkami po palcach elfa, spokojnie; tak, żeby tamten nie zauważył. — Twoi podwładni cię uwielbiają, wymykałeś się tak długo... Byłbyś dobry. Żyłbyś jak żołnierz, nie jak bandyta. Z honorem. Owszem, musiałbyś wykonywać rozkazy, ale… Szlag, byłbyś mi pewnie równy stopniem.
       — Miałem już tytuł oficerski — syknął partyzant; nie wyrwał ręki. — Miałem już raz tytuł oficerski. Pamiętasz, kiedy? Pamiętasz, gdzie mnie to zaprowadziło?
       Vernon sklął w duchu. Zdecydowanie niedobry kierunek rozmowy. I powinien go przewidzieć. Ale skoro nie przewidział, to powinien przynajmniej powiedzieć prawdę. Nie bać się, lęk zniszczy wszystko, co zbudował dotąd.
       — Poprzednia wojna. I posłało cię do Drakenborga. I na szubienicę, z której cię ściągnęła amnestia. A potem znów do Drakenborga, żebyś odbył złagodzoną karę. Kolejna amnestia cię wyciągnęła. Wszystkiego kilka miesięcy. Kilka miesięcy za zbrodnie wojenne, to nie jest znowu tak dużo.
       Postarał się brzmi bardzo łagodnie. Szukał w pamięci wiedzy o elfiej kulturze, o pieszczotach, jaki używają rodzice. Włosy, zaplatanie warkoczyków, oczywiście, tylko teraz wolał nie przenosić dłoni, nie wykonywać tak gwałtownych ruchów.
       — Ciebie tam nie było, Roche — jakaś gorączkowa wiara i równie gorączkowa nadzieja zabrzmiały w głosie rannego. — Gdybyś był, to byś mnie uczciwie zabił albo uczciwie rozciągał, albo łamał kołem, albo ćwiartował, to wszystko, co jest w kodeksie. Nie to, co zrobił Nikolaus.
       Pewnie nie. Przypalanie genitaliów mnie nie bawi, nie jestem prostytutką, żeby się tym zajmować, pomyślał z sarkazmem, słabo skrywającym wspomnienie. Ale nie powstrzymałbym go, niezależnie od tego, w jakie role i elfie szufladki mnie sobie wkładasz, kogo z tych waszych pieśni chcesz we mnie widzieć: nie powstrzymałbym ani Nikolausa, ani reszty.
       — Zabiłbyś mnie — powtórzył Iorweth. — Zabijesz mnie kiedyś jeszcze, jeśli przegram...
       I nie chcę słuchać twoich majaków.
       — Nie myśl o tamtym — mruknął mechanicznie. — Tamto minęło. A tutaj jesteś bezpieczny, Lydia nigdy nikomu nie pozwoliła skrzywdzić pacjenta.
       — W Nilfgaardzie mówili to samo.
       — Nie jestem cesarzem Emhyrem. Jestem skurwysynem z oddziałów specjalnych. Morduję, torturuję, pacyfikuję i czuję się urażony sugestią, że mógłbym upaść tak nisko, by zostać politykiem. — Przeniósł dłoń z kolan na włosy tamtego, powoli. — Mogę ci sprawdzić opatrunki wyżej? Tylko kawałek, obiecuję. Potem dostaniesz środki przeciwbólowe, zaśniesz, jutro przyjdzie Lydia i się zajmie resztą.
       Chory się zawahał, potem pokręcił przecząco głową.
       — Ale możesz zostać. I możemy rozmawiać — zaproponował. — Tylko mnie nie dotykaj. Zabierz rękę.
       Roche sklął w duchu, zatrzymał dłoń, którą już zaczynał gładzić tamtemu włosy. Nie zabrał jej wszakże, rozluźnił palce. Zaplatanie warkoczyków, ta mocna siatka skojarzeniowa. Nawet jeśli elfowi obcięto włosy do skóry. W Drakenborgu. To akurat nie był pomysł Nikolausa, a ówczesnego dowódcy twierdzy, Nervala. Ówczesnego, bo w ciągu tych siedmiu lat, którego minęły od pokoju cintryjskiego, Iorweth i pozostałe Wiewiórki dopadły cały zespół śledczy. Wszystkich, którzy ich w Drakenborgu choćby dotknęli. Łącznie z lekarzami. Kadra, rzec można, przeszła błyskawiczną rotację. Rodziny kadry też.
       Z Lydiusią mu te włosy rozplatali godzinami, powoli, myli, wypłukiwali krew, kurz i strupy, rozplatali palcami, szczotkami, grzebieniami. Byleby nie ścinać. Agent by się nie certolił, to Lydieczka nie pozwalała. Ze względu na kulturę starszych ras. W każdych innych ustach Vernon nazwałby rzecz bredniami, w tych jednych miała wagę dogmatu.
       — Ciaran ci wtedy pomógł z wypalaniem? — wrócił do tematu.
       — Musimy akurat o tym? — szepnął watażka, prawie prosząco.
       Roche nie odpowiedział. Przeniósł palce na ramię elfa, zaczął trochę głaskać, trochę masować, trochę po prostu mącić. Ranny spiął się, przez moment, potem rozluźnił. Cudowna moc przebycia kryzysu, pomyślał agent. Skoro tamten myśli, że już po wszystkim, że główne upokorzenie się skończyło, to pozwala sobie na nieuwagę, odprężenie. Zaufanie. Drobne przyjemności.
       — Tak, Ciaran — szepnął wreszcie Iorweth.
       — Jak on to zniósł? — dopytał mężczyzna, możliwie konwersacyjnym tonem.
       Zawahanie, znowu.
       — Nie będę sypał. Nieważne, co mi zrobisz, nikogo nie wydam, nie będę ci podawał informacji, żadnych informacji...
       — Ciii. Zamknij się. Ciii. — Roche dał sobie spokój z opłotkami, zaczął zagarniać włosy rannego szerokimi, powolnymi ruchami, od karku do skroni i z powrotem. — Jak sam zauważyłeś, nie było mnie w Drakenborgu. Czyli nie możesz być w więzieniu, skoro ja tu jestem, prawda? Nie złapałem cię w końcu.
       — Poza teraz — mruknął tamten. — A ja ci już powiedziałem za dużo.
       Pewnie, deliberował agent, gdybym dopadł Ciarana, po kilku wstępnych pobiciach spytałbym, jak się czuł, kiedy musiał ci przykładać rozżarzoną głownię, pewnie więcej niż jedną, do ud, i patrzeć, kiedy musiał cię trzymać i nie pozwalać uciec od bólu, jak się wiłeś, jak krzyczałeś, jak zaciskałeś zęby na czymkolwiek, co ci tam wcisnął w usta. Jak zgrzytało szkliwo, jak to „cokolwiek" raniło ci dziąsła tam, gdzie nie miałeś już zębów. Zapytałbym go o to wszystko. I czy próbował ci to wyperswadować, czy tłumaczył, prosił, czy może przywykł do słuchania rozkazów za bardzo, by protestować. Ale zapytałbym o to także bez twojego potwierdzenia. Nie masz wielu istot dość bliskich, by się podjęły takich zadań. Póki co nie dałeś mi nic – pytanie, czy lepiej, żebym ci to powiedział, czy jednak cię podobijał.
       Watażka znowu zaczął oddychać szybciej, prawie hiperwentylując, wyrwał dłoń spod palców Vernona, zarzucił głową. Nie najlepsza pora na dobijanie, znaczy.
       — A bo to ja sam nie wiem, że Ciaran jest twoim zastępcą? I że czekał na ciebie, wierny, jak pies, przed samiutką bramą Drakenborga? Wynosili cię stamtąd przecież, nie dałeś rady iść... Ile poczekaliście nim zająłeś się... drobiazgiem od Nikolausa?
       — Tydzień. Wcześniej nie mogłem mówić dość przytomnie, by moje słowa ważyły. Potem trzy dni, bo się... bo musiałem nabrać sił.
       Zdecydowanie za krótko, by Iorweth był w stanie dość dobrym na taką operację. Te trzy dni wynikały więc prawdopodobnie z prób wpłynięcia na jego decyzję. Bardzo rozsądnych prób. Wobec czego mężczyzna nawet nie musiał udawać gniewu, gdy warczał:
       — Aż tak pragnąłeś śmierci? To cię mogło – powinno – było zabić, tak głupio się naraziłeś, po tym wszystkim, co wytrzymałeś – chciałeś, żeby to było na próżno?
       Ranny się zaśmiał.
       — Nie mogłem z tym żyć, sam bym to sobie zdrapał pazurami, gdyby było trzeba. Nie mogłem czekać, za każdym razem, kiedy to widziałem, kiedy to wyczuwałem, a się nie dało przecież nie czuć... Oszalałbym. Jakbym się nie ułożył, to zawsze jakoś przypominało — urwał gwałtownie.
       Myśli, że coś powiedział, zgadywał agent, nie naciskając, podając nawet wodę, łatwą wymówkę. Bo i najwięcej powiedziało to nagłe milczenie. No, oraz dawne listy Nikolausa. Znajomość jego charakteru, całej palety, od zimnego okrucieństwa – tam był jakiś sadyzm, ale inny niż ten, który widział u klientów matki, inny, lodowaty właśnie, zawsze pod kontrolą – do wylewnej serdeczności wobec kolegów. Co sprawiało, że bardzo łatwo szło mu namawianie innych do pójścia dalej niż zwykle.
       Roche teraz z łatwością sobie wyobrażał, co się kryło pod mętnymi tłumaczeniami Iorwetha. Bo tak, przecież po wyjściu z więzienia nie mógł uciec od pamiątki. Spałby z założonymi nogami, to by ją wyczuł, ładną, wyrazistą, piekącą. Rozłożyć ich nie mógł, bo przecież mu je tak właśnie trzymano, gdy napis rżnięto. I jak Vernon znał Nikolausa, to tamten się nie powstrzymał przed komentarzem o rozkładaniu nóg, jak elfia dziwka.
       Trift naprawdę, naprawdę zapewniał rozrywkę ludziom z oddziałów, tak swoich, kaedweńskich, jak każdych innych Północy – rasistą, nie nacjonalistą, był, uważał, że akurat siły specjalne łączy zadanie tak ważne, że blakną przy nim granice. Tortury zamieniał w bale, orgie, dziecinne gry, towarzyskie zabawy. Jeśli miał czas, pozwolenie, środki.
       Nie, żeby Roche tego nie robił, jakoś w końcu podwładnym trzeba łagodzić to, do czego zmuszały ich obowiązki. Niemniej, nie na poziomie Nikolausa. Fakt, że się powstrzymał głównie ze względu na dbałość o skarb państwa, orgie kosztują, ale, tak czy siak, się powstrzymał.
       Nie rżnął też swoich tytułów na ciałach więźniów, nie tylko dlatego, że nie miał specjalnie hrabiowskich tytułów do rżnięcia – w sumie wizja wytatuowania Iorwethowi tych wszystkich uroczych określeń, jakich ten użył pod Flotsam, miała sporo czaru – ani nie dlatego, że w trakcie tej wielkiej imprezy w Drakenborgu akurat dostali cynk, dotyczący kryjówki jednej z większych band Wiewiórek, a nie był jeszcze dowódcą, więc musiał spędzić te podobno najżywsze parę tygodni śledztwa na łonie matki-dziwki-natury, skacząc jak jelonek po lasach. Nie dlatego, że nie był sadystą – za dobrze się znał, by łudzić w tej kwestii, bywał.
       Dlatego, że zamiast się kretyńsko bawić, wolał, zajechawszy do twierdzy, wówczas już po amnestii, opustoszałej z większości ważniejszych więźniów, wydobywać informacje. Już na spokojnie, w końcu wojna wygrana była. Przydatne, precyzyjne informacje. Nie bredzenia majaczących, prawie zakatowanych istot, one się do niczego nie nadawały. I w tym aspekcie, czysto wywiadowczym, udało się mu osiągnąć dużo.
       Oczywiście, był radosnemu międzynarodowemu zespołowi niesamowicie wdzięczny za stworzenie kontrastu.
       — Nie mówmy o tym — przerwał mu rozmyślania ranny, wypiwszy cały dzbanek wody i straciwszy wymówkę. — Nie mówmy o więzieniach i śledztwach. Ty nie wiesz, co tam się działo, nie wyobrażasz sobie...
       — Wiem, że nic nie powiedziałeś. Wiem, mniej więcej, co ci robiono, żebyś jednak powiedział. To, co zrobiłeś potem, to było czyste skurwysyństwo, zwłaszcza wobec lekarzy. Ale za to, że wytrzymałeś te parę miesięcy, mogę cię tylko szanować.
       Przytrzymał twarz partyzanta, starannie omijając ślady po swoim drobnym wybuchu na początku, zmusił do patrzenia na siebie.
       — I szanuję cię za to, że nie chciałeś żyć jako oznakowany piesek. To głupie było, straszliwie głupie, ale honorowe. Zupełnie, jak zachowania naszych szlachetnych arystokratów. W pieśniach, na żywo to wiele szlachetności oni w sobie nie mają. Są rzeczy, za które cię mogę szanować – i wolałabym, żeby ich było więcej. Chciałbym, jasne? — Złagodził uchwyt, aż w końcu znów podpadał bardziej pod uspokojenie niż przemoc. — I ty mi to uniemożliwiasz. Rozpętaliście to wszystko, w imię Nilfgaardu, zmusiliście nas do reakcji, wiedzieliście, jak będzie wyglądać – skazaliście własną rasę. W imię Nilfgaardu. To wyście wszystko zaczęli. Foltest nie miał nic do elfów, krasnoludów, niziołków. Szlag, on by pewnie nawet z utopcem pogadał, gdyby znalazł się jakiś do gadania zdolny. On miałby być uprzedzony? Po tej historii z Addą?
       — Nie zmusisz mnie do uznania zbrodni twojej rasy za moje własne.
       — Na co mi to? Popełniałem zbrodnie i wiem o tym. Chcę tylko, żebyś uznał swoje. Nic więcej. A jesteś w końcu istotą honoru. Honor wymaga. — Poklepał partyzanta po policzku, zabawny gest: podobno krzepiący, równie często odbierany jako drwina. — Nie odpowiadaj teraz. Przemyśl to tylko. Podam ci środki nasenne.
       — Jeszcze nie... — mruknął Iorweth.
       Nie chciał pewnie zostawać samemu, skoro już przeżył najgorsze, opatrunki. I skoro już przywołał wspomnienia. Nagrody za dzielność oczekujemy, prychnął w duchu Vernon, a bo to świat takie daje? Nic cię Nilfgaard nie nauczył?
       — Dobrze, proszę, tutaj odmierzona dawka — postawił zioła i starannie zagniecione tabletki na stoliku. — Weźmiesz, kiedy chcesz. Dobranoc. Dziękuję za kooperację.
       Zastanawiał się, wypowiadając słowa, czy tamtego to bardziej zaboli, przestraszy czy rozczaruje. Po emocjonalnych wyznaniach zwykle oczekujemy wsparcia. Prosty mechanizm, zbyt prosty, by móc go wyłączyć, można co najwyżej zwodzić samego siebie, że się na nic nie liczy, nie liczyło, można ukryć uczucia.
       Rozczarowanie, jednak. I trochę bólu. Ciekawe, dumał Roche, chociaż nie takie znowuż nie do przewidzenia. Watażka go raz puścił żywcem, ilekroć widywał, miał tendencje do długich przemów, on sam raz go niemal złapał, teraz pielęgnował. Rozmawiali. To wszystko stanowiło idealny materiał na jedną z tych elfich pieśni o honorze, szacunku, fatum stawiającym naprzeciw siebie dwie godne istoty.
       Agenci służb specjalnych godnych istot w rozumieniu rycerskiego kodeksu honorowego nie stanowili. Niemniej, partyzanci też nie za bardzo. Ranny próbował wpasować Vernona w jakiś schemat, znany i bezpieczny, z typową dla elfów wielkopańską manierą ignorując fakty oraz życzenia osoby, którą do schematu przycinał.
       Oczekiwał od agenta wypełnienia tego fatum, mitycznego wzoru. Zrozumienia, znaczy, ustawienia na jednym poziomie, wyrażenia szacunku. W trakcie tej rozmowy w końcu dobre parę razy mężczyzna na tym zagrał. Tym boleśniejsze przebudzenie.
       Pytanie było, czy dość bolesne, by tamten jednak spróbował je złagodzić, uniknąć – by poprosił. Roche obstawiał, ostrożnie…
       — Lydia cię bardzo potrzebuje? Minęło trochę czasu. Pomocnicy nie wystarczą? 
       …właśnie.
       — Na pewno się na coś przyda jeszcze jedna para rąk. Dobranoc.
       — Jesteś dumny, że możesz się pokazać przyjaciółce od innej strony niż mordy? Poudawać dobrego?
       Osłaniamy słabość.
       — Ja przynajmniej mam inną stronę do pokazania.
       Watażka się minimalnie odprężył. Założył, że jak mnie wciągnie w kłótnie, zgadywał Vernon, to jeszcze przy nim trochę zostanę, a awantura mu przykryje wszystko poprzednie – wyznanie, przywiązanie, okazane emocje, strzępek więzi. Tkanina złudzeń. Pytanie, co tu uznać za postęp i co nagradzać.
       — Jesteś pewien?
       — Wiewiórki nie?
       — Pytanie na pytanie to nędzna taktyka.
       Nie gorsza niż wdawanie się w spory, bo nie chcemy zostawać samemu, prychnął w duchu Roche. Ale nie zamierzał mówić, bo tym samym zmusiłby partyzanta do wyrzucenia siebie z pokoju.
       — Jestem pewien. Wiewiórek też. — Zawrócił, znów przysiadł na łóżku, znów na tyle blisko, by dotykać elfa, lekko. — I ciebie.
       Ranny się nie odsunął. Raczej nieco podkulił, minimalnie, pewnie odruchowo. Zwiększył powierzchnię dotyku.
       — Mordowałem Dh'oinne z przekonaniem, radością, dumą i przyjemnością — oznajmił jednak hardo. — Nie znajdziesz we mnie żalu.
       — Oczywiście. Dlatego budujesz tolerancyjną, wielorasową Dolinę Pontaru. Bo nie żałujesz.
       Zmieszał się. I w tym zmieszaniu, skrywanym, wyglądał nagle na przyłapane dziecko. Agentowi się niemal szkoda zrobiło. Z naciskiem na „mal" i nieco większym na „nie". Niemniej, naprawdę chciał pomóc przyjaciółce, naprawdę spędził tu za dużo czasu.
       — Weź lekarstwa, idź spać. Zostanę tutaj z tobą, póki nie uśniesz. A rano będzie Lydia albo ktoś z pomocników — zaproponował łagodnym tonem.
       — Nie chcę spać jeszcze — zaoponował chory.
       — Nie mam czasu przy tobie siedzieć.
       — Nie prosiłem cię o to.
       Nie, wcale, syknął zirytowany głos wewnętrzny Roche'a. Ale skoro tamten chciał się bawić.
       — Nie powiedziałem, że prosiłeś. Przedstawiłem sytuację. Podejmij decyzję. Tylko szybko. Chcesz tutaj leżeć i robić problem Lydii, czy dokonasz tego wielkiego poświęcenia i pójdziesz spać?
       Iorweth wzruszył ramionami, nieco zbyt wyraźnie. Przykrywał wahanie.
       — Lydia mi pomaga — szepnął.
       — Ja też — przypomniał Vernon.
       Elf zastygł. Wypuścił powoli powietrze. A potem chwycił leki, wziął szybko. I grzecznie się ułożył na łóżku, na boku. Nie przeszedł na środek i agent przemknęło przeze głowę, jak bardzo bandyci muszą być przyzwyczajeni do fizycznej bliskości, spania na małej przestrzeni, skoro tamten nie zauważył – dał radę znieść – że ułożył się tak blisko, iż agent czuł jego oddech na swoich dłoniach.
       Właściwie nihil novi, osadzenie w pojedynczej celi było dla niektórych złapanych Wiewiórek torturą. Ale zawsze ciekawe w obserwowaniu, dumał sobie mężczyzna, podziwiając mętniejący wzrok elfa.
       — Będziesz dobrze spał? — zapytał nagle, tknięty myślą.
       — Sen to jedyne, co mnie nigdy nie zawiodło, nawet w Drakenborgu. Zawsze mi dawał wytchnienie. Śmierć jest ostatecznym snem, snem… — wymruczał, rzeczywiście sennie, splątanie — …miłym, ciepłym i… i jasnym, i złotym, i miękkim, i liście. I mnie kiedyś zabijesz — dodał przytomniej.
       Jak zwykle. Który to już raz tego wieczoru, setny? Tylko Roche poczuł się tym nagle niemal rozwścieczony – z trudem wstrzymał odruch potrząśnięcia terrorystą.
       — Próbuję sprawić, żebyś przeżył. A ty znowu chędożysz o śmierci. Dosyć mam całej tej histerii i pogardy dla mojego trudu, dla życia, dość mam chędożonego pójścia na łatwiznę i umierania – uciekania w sen. W sen o waszej chwalebnej przeszłości, którą wam niby odebraliśmy, jakby ktokolwiek mógł cokolwiek odebrać temu, kto o to dba. Rzeczywistość się nam nie podoba, to sobie umrzemy i pozabijamy innych, zamiast spróbować w niej prowadzić chędożone życie.
       Ranny prychnął drwiąco. Coś o marnych Dh'oinne, o podłości chwytania się tylko przetrwania, o braku honoru, o tym, że sam Vernon był gotów umrzeć pod Flotsam…
       — Kiedy trzeba ginąć, to się ginie. Dla walki, dla zwycięstwa, nie dla ucieczki. A po drodze się walczy o to cholerne życie. Bo się je szanuje. I szanuje się też tych, którzy się o to nasze cholerne życie troszczą. Ty to w ogóle rozumiesz, egoistyczny, nieodpowiedzialny skurwysynu? — Nie dał rady się powstrzymać, potrząsnął chorym, klnąc w duchu już w trakcie czynności, bo przecież go wybudzał.
       Zdał sobie sprawę, że potrząsa za mocno, że wbija elfowi palce i paznokcie w skórę, że kropelki jego śliny spadły tamtemu na twarz – obserwacja dała mu przelotną satysfakcję – że sprawia ból. Ale Iorweth sprawiał wrażenie obojętnego, odpływał już. Uśmiechnął się nawet, połową ust. Powieki mu trzepotały, z trudem utrzymywał je otwarte.
       — Dbasz — mruknął bełkotliwie. — Szalony… jak ja…
       Agent wycofał dłonie. Watażka opadł na poduszki, skulił się jeszcze bardziej, teraz praktycznie oparł czoło o kolano mężczyzny, aczkolwiek agent wątpił, by tamten to w ogóle zauważył, lekarstwa Lydii były mocne.
       Oddech rannego się przez chwilę jeszcze wahał, potem wyrównał. Roche patrzył na niego przez moment. Co właściwie wstrzymywało Vernona przed złamaniem mu karku albo uduszeniem? Temeria? Słowo dane Geraltowi, święta wiara Lydii? Jakiś nieszczęsny honor, jednak, zabraniający wykorzystywać taką sytuację, tak ewidentną słabość?
       Et, filozoficzne chędożenie, godne czarodziejów. Należało raczej przejść do konkretów – skoro tamten już smacznie spał, to można było się zająć tym oczodołem, oszczędzić Lydieczce trochę pracy. Kobieta twierdziła, że przy takiej bliskości mózgu zakażenie może mieć tragiczne skutki, dezynfekowała nawet kilka razy dziennie, a oczodół był porządnie przypalony, głównie magią i kwasem, skóra z niego odchodziła płatami strupów; tutaj się Nilfgaardczycy przyłożyli. Do zadawania bólu zamiast zdobywania zeznań. Durni barbarzyńcy, pomyślał z rozbawieniem Roche.
       A potem rozbawienie przeszło w zirytowany niepokój, gdy uświadomił sobie, że on z kolei, zamiast zdobywać zeznania, przyłożył się do budowania więzi.