Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2017-04-24
Updated:
2017-05-10
Words:
4,431
Chapters:
2/?
Comments:
1
Kudos:
1
Hits:
62

It was always you (falling for me)

Summary:

Mimo, iż upłynęło wiele lat od odejścia Ryana z Panic!, jego uczucia do Brendona wciąż są żywe. W przeciwieństwie do samego Brendona.

Chapter Text

Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Ryan wstał wcześnie rano i, mimo iż przez większość nocy nie zmrużył oka, nie czuł zmęczenia. Lektura „Sekretów Twin Peaks" wciągnęła go bez reszty, odłożył książkę dopiero wtedy, gdy kilka razy przyłapał się na tym, że nie wie, o czym czytał w poprzednim akapicie. Gdy opuszczał sypialnię, zabrał książkę ze sobą, żeby móc czytać dalej przy kawie i śniadaniu. Mógł sobie pozwolić na lenistwo, jego plany na soboty zwykle ograniczały się do tworzenia muzyki i czytania. Okazyjnie wychodził gdzieś z przyjaciółmi, jednak tego dnia wolał zostać sam. W drodze do kuchni wypuścił na dwór skrobiącą pazurami w drzwi frontowe Dottie.

Dom był niewielki, ale idealnie zaspokajał potrzeby dwóch mieszkańców, z których jeden był introwertycznym, nieśmiałym i sentymentalnym muzykiem, a drugi jego psem. Półki wypełnione były drobiazgami i pamiątkami z wszystkich okresów w jego życiu, na drewnianym parkiecie leżały skóry, a okna po części przysłaniały ciężkie, ciemne zasłony. Przy jednej ze ścian stał kominek, w którym w jesiennie i zimowe wieczory płonął ogień. Resztę wolnej powierzchni zajmowały instrumenty muzyczne i sprzęt elektroniczny. Pomieszczenia mogłyby wydawać się zagracone i przytłaczające, ale Ryan kochał to miejsce całym sercem. Stworzył je, nadał mu charakter i po latach życia na walizkach nazwał je domem. Pierwszy raz, od kiedy odszedł z zespołu, jego życie zaczęło się naprawdę układać. Otaczali go wspaniali ludzie, z którymi uwielbiał spędzać czas, zajmował się tym, co kochał, w mieście, które uważał za swoje i w końcu zaczął to doceniać. Lata zajęły mu wybaczenie sobie i nauczenie się żyć z przeszłością.

Pijąc poranną kawę, Ryan czuł spokój, którego nie zaznał od bardzo dawna. Włączył laptopa ustawionego na kuchennym stole i bardziej z przyzwyczajenia, niż potrzeby zalogował się na Twitterze. Nie obserwował zbyt wielu osób, nie wdawał się też zbyt często w konwersacje z fanami. Kochał ich, oczywiście, jednak za każdym razem, gdy ktoś zadawał mu pytanie, oznaczał go na jakimś zdjęciu ze starego koncertu, kiedy jeszcze był w składzie Panic!, albo nowego, pisząc, że go tam brakowało, Ryan czuł smutek. Czasem chciał zapomnieć o tym, że jako nastolatek grał we wspaniałym zespole, dziele jego życia, które zniszczył, a potem przekazał komuś innemu. Ten ktoś zrobił z dzieła jego życia coś ponadczasowego i fenomenalnego i Ryan nie miał do niego o to żalu. Było mu po prostu przykro, że na własne życzenie już nie jest jego częścią. Czasem chciał, żeby inni też o tym zapomnieli. Dlatego rzadko wchodził w dział z interakcjami. Tego dnia jednak chciał się z tym zmierzyć. Czuł się na tyle silny i zadowolony ze swojego aktualnego życia, że nic nie mogło popsuć mu humoru.

Tak jak przypuszczał, większość wiadomości dotyczyła starych zdjęć, które Ryan obejrzał z lekkim uśmiechem na ustach, wspominając dawne dni. Zaciekawiły go najnowsze interakcje. Od kilku godzin fani z różnych stron świata wysyłali mu jeden link. Na początku pomyślał, że to jakaś akcja dotycząca Panic!, ale w końcu ciekawość wzięła górę i Ryan kliknął adres. Został przekierowany do artykułu na stronie z informacjami, którego nagłówek głosił „BRENDON URIE NIE ŻYJE".

Ryan przez kilka sekund siedział jak zmrożony, wpatrując się w otwartą stronę, poczuł, jak jego plecy oblewa zimny pot.

- To musi być żart — wymamrotał do siebie. Przeleciał wzrokiem artykuł, informujący o tym, że frontman znanej kapeli „Panic! at the Disco" ubiegłej nocy zginął w wypadku samochodowym w Los Angeles. Zero szczegółów, suche informacje i kilka zdjęć czarnego sportowego Mercedesa roztrzaskanego przez auto dostawcze.

Ryan nie wierzył w ani jedno słowo zawarte w artykule. To musiał być jakiś głupi żart zorganizowany przez fanów, a może nawet przez samego Brendona. Dla zabawy. Żeby zdenerwować Ryana. Dlatego wpisał w wyszukiwarkę pierwsze hasło, jakie przyszło mu do głowy, chociaż te słowa brzmiały równie absurdalnie w pasku przeglądarki, co w jego głowie. „Brendon Urie nie żyje". Wyświetliło się tysiące artykułów i fotografii, wszystkie potwierdzające jego najgorsze obawy. Noc, deszcz, ciężarówka, wypadek. Krzyczały o tym wszystkie portale informacyjne i plotkarskie, wszystkie media społecznościowe. Kanał informacyjny w telewizji również. Cały Twitter pogrążył się w żałobie, ale Ryan wciąż nie wierzył. To się nie mogło tak skończyć. Brendon nie mógł być martwy. Nie, dopóki Ryan nie powiedział mu tego wszystkiego, czego nie zdążył, kiedy jeszcze ze sobą rozmawiali. Nie zdążył przeprosić go za to, co robił.

W jego oczach wezbrały łzy, kiedy sięgał po telefon. Ostatnia szansa, żeby potwierdzić wszystkie informacje. Wybrał numer, którego nie używał od lat z nadzieją, że wciąż jest aktualny. Czekał na sygnał realizacji połączenia z głośno bijącym sercem.

- Ryan? - usłyszał w odpowiedzi po kilku sygnałach. Nie był to głos, który pragnął usłyszeć, ale, mimo iż osoba, która odebrała telefon zanosiła się płaczem, od razu wiedział, z kim rozmawia.

- Sarah — wyszeptał do słuchawki, czując, jak łzy, które do tej pory próbował powstrzymać spłynęły po jego policzkach. - Właśnie przeczytałem. Czy to prawda?

Ryan i Sarah nigdy nie było do siebie nastawieni zbyt przyjaźnie. Od samego początku ze sobą rywalizowali, czasem w zbyt zacięty sposób. Jednak Ryan nie potrafił jej w tej chwili nienawidzić za to, że zabrała mu Brendona. Że Brendon właśnie ją wybrał. Że Brendon pozwolił jej odbudować w sobie wszystko, co swoją zazdrością i nienawiścią zniszczył Ryan. Ponieważ Brendon był martwy i jedyną osobą na całym świecie, która mogła zrozumieć ból, który odczuwał była właśnie Sarah.

- Pojechał tylko po papierosy, zostawił telefon w domu, miał za chwilę wrócić — słychać było, że jest roztrzęsiona. - Kiedy kilka godzin później przyjechała policja...

- Tak mi przykro — Ryan nie wiedział, co powiedzieć. Nie istniała żadna formułka na pocieszenie kobiety po stracie męża, tym bardziej męża, którego również się kochało. - Sarah, ja... Tak bardzo mi przykro.

- Kochałeś go, Ryan? - zapytała, chociaż doskonale znała prawdę. Nie zdobył się na to by potwierdzić, lub zaprzeczyć.

- Jeśli mógłbym jakoś pomóc, zrobić coś dla ciebie — powiedział zamiast tego.

Po drugiej stronie było słychać, jak Sarah wyciera nos.

- Nie sądzę, ale dziękuję. Wiem gdzie cię znaleźć — jej głos stał się odrobinę spokojniejszy, ale dalej było słychać rozpacz.

- Dbaj o siebie — wyszeptał do słuchawki.

- Ty też — zapadło milczenie. Żadne z nich nie wiedziało, jak zakończyć tą niezręczną i trudną rozmowę. Ryan chciał się już rozłączyć, ale powstrzymał go jej głos. - Ryan, on ciebie też kochał.

Po tych słowach połączenie zostało przerwane, jakby Sarah nie mogła dłużej znieść towarzystwa byłego ukochanego swojego męża. Ryan czuł ciężaru wypowiedzianych przez nią słowa, czuł też, że jeszcze chwila i zupełnie straci panowanie nad sobą. Odsunął od siebie telefon i zatrzasnął laptopa. Nie mógł dłużej znieść widoku tych wszystkich artykułów i zdjęć. Pomieszczenie dookoła niego zaczęło się rozmywać, przez coraz większą ilość łez napływającą do jego oczu, zrobiło mu się słabo. Czuł, że za chwilę straci grunt pod nogami, że cała ta otoczka, świat, który wokół siebie zbudował przez ostatnie lata runie za chwilę z hukiem, a on zostanie pogrzebany pod jego gruzami. Doskonale wiedział, że Sarah miała rację. On i Brendon się kochali. Kochali się tak mocno, że zaczęli niszczyć siebie nawzajem. Sarah była dla Brendona lepsza. Umiała nad nim zapanować, dać mu poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Jedyne, co w tamtym okresie mógł mu zapewnić Ryan, to nieprzespane noce wypełnione muzyką i seksem, oraz swój gniew i nienawiść do samego siebie. Odszedł z zespołu i od Brendona, bo nie chciał go zniszczyć. Ale było już za późno, żeby powiedzieć prawdę.

Zapłakany usiadł na podłodze w kuchni, chowając głowę między kolanami. Nie zwrócił najmniejszej uwagi na upływający czas ani na zmianę pogody. Płakał, dopóki nie poczuł, jak zupełnie opada z sił. Nie robił tego od lat, chyba po raz ostatni, gdy zmarł jego ojciec. Już zapomniał już jakie to paskudne uczucie.

Do wstania z podłogi zmusiło go dopiero ujadanie Dottie, która za wszelką cenę chciała dostać się z powrotem do domu.

Ryan nie wiedział, co ze sobą zrobić. Mimo iż nie rozmawiał z Brendonem od lat, czuł ogromną tęsknotę. Wszystko go bolało, fizycznie i psychicznie. Nie potrafił zająć niczym myśli, bo wszystko sprowadzało się do zespołu, albo jego frontmana. Wszystkie drogi zawsze prowadziły go do Brendona, nawet kiedy już się rozstali. Podświadomie robił rzeczy, które sprawią, że będzie dla niego znów zauważalny, jak wtedy w Halloween u Adama Levine'a, gdy przebrał się za gremlina. Teraz gdy Brendona już nie było, Ryan czuł się, jakby jego życie zostało pozbawione sensu.

Przez jakiś czas włóczył się bez celu po domu, karmiąc psa przysmakami z lodówki, wstawiając naczynia do zmywarki, robiąc wszystko, żeby zająć czymś ręce. Wyciągnął z kuchennej szafki fiolkę valium i połknął dwie kapsułki. Kiedy nie zostało mu już nic innego do zrobienia, położył się w sypialni z zamiarem obejrzenia czegoś na DVD, żeby przypadkiem nie natknąć się na wiadomości w telewizji. Nie mógł się zdecydować, co włączyć, żeby znów się nie rozsypać. Ostatecznie wybrał Fight Club, ponieważ film był zbyt brutalny, by przy nim płakać, a młodym Nortonem można się zachwycać bez koncentracji na fabule.

Film był na etapie, w którym główny bohater poznaje Tylera, kiedy Dottie do tej pory zwinięta w kłębek przy właścicielu zerwała się, pobiegła na korytarz i zaczęła szczekać. Ryan by się tym nie przejął, gdyby nie fakt, że przez dźwięki wydobywające się z telewizora przebił się odgłos rozbijanego szkła i wiązanka przekleństw.

Zastał swojego psa w salonie, warczącego na stojącego tyłem mężczyznę ubranego w czerwony garnitur. Pod jego stopami rozbił się w drobny mak szklany kufel. Ryan już zamierzał sięgnąć po telefon, żeby zgłosić włamanie, kiedy mężczyzna odwrócił się w jego stronę.

- Możesz mi powiedzieć, co ja tutaj robię? - powiedział Brendon.