Actions

Work Header

Harry Potter i Powstanie Śmierciożerców

Summary:

Draco Malfoy zostaje porwany, a jedyną osobą mogącą go odnaleźć jest sam Harry Potter. Jak się jednak okazuje to dopiero początek prawdziwych problemów, bowiem, gdy powstaną Śmierciożercy, oblicze wojny raz jeszcze zatrzęsie czarodziejskim światem.
Kto odniesie zwycięstwo w tej bitwie? Komu przyjdzie zginąć, a komu żyć? A przede wszystkim, czy dwaj wrogowie potrafią stanąć ramię w ramię przeciwko najgorszemu złu?
W tej grze nic nie jest wiadome. A miłość ma przebrzydłe oblicze — atakuje wtedy, kiedy najmniej się spodziewamy.

Notes:

Miałam zamiar kiedyś w końcu napisać dobre, opasłe tomisko o Drarry i w końcu wzięłam się w garść ;)

Chapter Text

Widział ciemność. Ciemność, która kojarzyła mu się z dzieciństwem. Wspomnienia ucieczki w najczarniejszy kąt pokoju odżyły. Pamiętał jak to próbował schronić się przed światem i przed ojcem, ale każda z tych prób nie była zbyt zadowalająca. Nie dało się przecież uciec przed własnym życiem. Tyle przynajmniej nauczył się Draco, kiedy różdżka Lucjusza celowała w jego stronę, kiedy matka kuliła się i szlochała, złorzecząc na wszystkich, kiedy Czarny Pan torturował kolejnych czarodziejów...

Niegdyś to wszystko wprawiało go w trwogę, każde wspomnienie zadawało niewyobrażalny ból, gorszy nawet od rzuconego Cruciatusa. Z czasem jednak pogodził się ze swoim losem i zrozumiał, że nie tylko on miał przyjemność uczestniczyć we wojnie i być przez nią napiętnowany.

Było tyle osób, o których nie miał pojęcia...

To wcale jednak nie znaczyło, że Draco Malfoy zamieniłby się z nimi miejscami. Nie, nadal pozostawał do szpiku kości sobą i jeżeli Voldemort go nie złamał, to już nikomu się to nie uda. Bowiem każdy Malfoy miał swoją cholerną dumę. Swoje pieprzone dziedzictwo.

Gdy pięść uderzyła w jego twarz, blondyn roześmiał się histerycznie.

***

Harry przebywał właśnie w małym, acz niezwykle gustownie urządzonym salonie. Światło w pomieszczeniu było niesamowicie intensywne, przez co tym bardziej mógł podziwiać ruchome obrazy wiszące na ścianach, książki w grubych oprawach posegregowane na półkach, czy też piękne lilie, wijące się w doniczkach. Do tego kominek także wywierał ogromne wrażenie z tego względu, że był cały biały i kontrastował z czarno-szarymi ścianami.

Niemniej mężczyzna nie zwracał na to wszystko uwagi, ponieważ w tej chwili tylko jedna rzecz go interesowała. Mianowicie słowa, które właśnie padły z ust zmartwionego przyjaciela.

— Co powiedziałeś? — zapytał raz jeszcze, marszcząc brwi i jednocześnie poprawiając się na skórzanym fotelu. Teraz zaczynał rozumieć czemu Ron i Hermiona nie usiedli, a stali naprzeciwko niego z nieszczerymi uśmiechami.

— To, co słyszałeś, Harry. — Kobieta uprzedziła męża, mimowolnie kładąc dłoń na jego barku i tym samym dodając mu otuchy. — To bardzo delikatna sprawa, a ty...

— Chyba kpisz — warknął zielonooki, podrywając się do góry. — Jeśli myślisz, że ja...

— Stary, spokojnie — zaoponował Ron. Jego głos przybrał delikatną barwę, niemniej i tak słychać w nim wciąż niegasnące zdenerwowanie. Widocznie nie tylko Harry'ego ta cała sprawa zaczynała przerastać. — Powiedziałem jedynie, że Narcyza Malfoy prosiła cię o przysługę... i powinieneś tego wysłuchać.

— Nie chcę mieć do czynienia z Malfoyami — zawyrokował ostro Harry. — Owszem, w przeszłości zawarliśmy cichy rozejm, ale nigdy nie mówiłem, że będę utrzymywał z nimi jakiekolwiek kontakty. Właściwie to nadal jestem od tego daleki.

Po tych słowach skierował się w stronę drzwi wyjściowych. Chociaż równie dobrze mógłby się aportować z powrotem do domu i, prawdę mówiąc, nie wiedział czemu tego nie zrobił.

Kiedy chciał nacisnąć na klamkę, dobiegł go zdesperowany szept Hermiony.

— Malfoy został porwany, Harry.

W tym momencie ręka Pottera zastygła. Stał tak chwilę, by jednak opuścić ją bezwładnie i z cichym westchnieniem odwrócił się z powrotem do przyjaciół.

— O co chodzi? — Obrał rzeczowy ton głosu, wiedząc, że nie ma znaczenia czy lubi Malfoya, czy też nie. Liczyło się tylko to, iż był wyszkolonym Aurorem, a pomoc w takich wypadkach należała się każdemu. Choćby jego byłemu wrogowi.

— Śmierciożercy go dopadli, Narcyza z kolei błaga byś go wytropił — oświadczył Ron niemal w tym samym momencie, a Harry dojrzał w jego oczach niemą prośbę.

Sprawa w istocie nie przedstawiała się najlepiej, osądził z niechęcią.

***

Narcyza Malfoy była doprawdy zniewalającą kobietą. Nawet Harry Potter musiał to przyznać, patrząc jak sunie w pięknej, czarnej sukni po krętych schodach, by w końcu stanąć tuż przed nim z wysoko uniesioną głową.

Możliwe, że była zmęczona, ale nie dała po sobie tego poznać. Jedynie lekkie zmarszczki wokół ust wydawały się ostrzejsze, niż zazwyczaj. I pewnie nawet tego by nie wychwycił, gdyby nie tak jasne oświetlenie.

— Witam, panie Potter — przywitała się oschle, po czym wyminęła go i Harry, nie mając zresztą wyboru, udał się za nią do salonu. Usiedli naprzeciwko siebie przy obszernym stole, oboje nie spuszczając wzroku z tego drugiego.

Harry odchrząknął, przerywając powstałą ciszę, gdy ta zrobiła się aż nazbyt niekomfortowa.

— Może moglibyśmy przejść do sedna tego spotkania? Przecież oboje wiemy, że jest to czysto biznesowa sprawa — zaczął Harry równie beznamiętnie.

Narcyza zaśmiała się perliście na jego słowa, choć tęczówki nadal pozostały u niej stalowe i bez cienia radości.

— Czysto biznesowa, powiadasz? — zakpiła szorstko. — Nie określiłabym tak porwania własnego dziecka. Zresztą myślałam, że już został pan, panie Potter, dokładnie doinformowany przez Ronalda o zaistniałej sytuacji. Czyżbym się pomyliła?

Harry zignorował prześmiewczy ton Narcyzy, nie dając się sprowokować. Zamiast tego zdecydował się wyjaśnić.

— Wprawdzie Ron opowiedział, co się stało, ale prosiłem by zrobił to nad wyraz ogólnikowo, bo wolę, gdy osobiście relacjonuje mi się przebieg wydarzeń. W ten sposób unikniemy jakiś drobnych przeinaczeń. A ja naprawdę nie przepadam za takimi komplikacjami.

Chciał jeszcze dodać, że nie przepadał również za zadufanymi w sobie osobami, ale w porę ugryzł się w język. Coś czuł, że kłótnia z Narcyzą mogła być zadziwiająco nieprzyjemną sprawą w tej chwili. Nie miał zamiaru doświadczyć tego na własnej skórze. Bynajmniej.

— No cóż... W takim razie zrobię to najlepiej, jak potrafię — zdecydowała kobieta ku ogromnemu zdziwieniu Harry'ego. Nie sądził, że uda mu się tak szybko wyciągnąć z niej jakieś informacje, ale widocznie pani Malfoy była aż nazbyt zdeterminowana, by jak najszybciej znaleźć syna.

— To stało się trzy dni temu — zaczęła. Wzrok jej podążył na przeciwległą ścianę, jakby tam mogła ujrzeć wyraźniej obrazy z niedalekiej przeszłości. Może faktycznie tak było, pomyślał brunet. — Byliśmy z Draco umówieni na osiemnastą, wyprawiałam o tej porze urodziny i prosiłam, żeby się nie spóźnił. Oczywiście, zjawił się... Musi pan wiedzieć, panie Potter, że na Malfoy Manor są nałożone liczne zaklęcia ochronne, które uniemożliwiają jakiekolwiek wejście do środka, a jednak... jednak, gdy ktoś się u nas zjawia, na sekundę lub dwie, nim się teleportuje, muszą zostać wyłączone. Ta niedogodność pojawiła się wraz ze śmiercią Lucjusza i doprawdy nie wiem, czym jest spowodowana, ale ona rzeczywiście istnieje...

— Rozumiem, że ktoś jeszcze musiał się o tym dowiedzieć? — wtrącił Harry, gdy Narcyza na chwilę przerwała.

Skinęła głową i orzekła z niesmakiem:

— Na to wygląda. Powiedziałabym, że mam wokół siebie tylko zaufanych ludzi, ale nawet ja nie jestem na tyle głupia.

Faktycznie, gdyby Harry'ego ktoś zapytał o zdanie, to musiałby przyznać, że Narcyza w ogóle nie była głupia, a raczej cholernie inteligentna. Niemniej teraz potulnie milczał, aż dźwięczny głos Narcyzy powtórnie rozbrzmiał w pomieszczeniu.

— Jak się domyślasz, albo już wiesz, Draco nie przybył sam. Trzech zakapturzonych postaci wylądowało razem z nim w moim holu i, nim cokolwiek zdążyłam zrobić, zabrali go... Mój biedny synek — wyszeptała, a Harry odruchowo się wzdrygnął. Było coś dziwnego w tym jak nagle krucha stała się ta kobieta. Jej głos niemalże drżał w szlochu. Harry modlił się, by nie musiał oglądać rzeczywistych łez. Nie wiedział jak miałby zareagować.

— Pytanie zasadnicze brzmi, czego chcą? Przysłali jakieś prośby, rozkazy? Pogróżki? — zainteresował się, jednocześnie próbując zmienić temat. I odciągnąć Narcyzę od mrocznych myśli. Dla niego aktualnie liczyły się jedynie fakty, a nie związane z nimi emocje. One w pracy zdecydowanie przeszkadzały.

Narcyza zaprzeczyła ruchem głowy.

— Jedyne, czego mogą pragnąć od mojego syna, to zemsty. Zemsty za to, że ciebie wtedy nie zabił, panie Potter.

Wspomnienia z poprzedniej wizyty w tym miejscu zalały intensywną falą jego umysł. Pamiętał, jak to modlił się, by Malfoy chociaż raz nie okazał się aż takim gnojkiem jak zwykle i nie wydał go przed swoją popieprzoną ciotką. Chociaż to pragnienie było niemal irracjonalne, bo przecież Malfoy wiedział kim był po samych oczach. Z pewnością wystarczyło też podać imię Harry’ego. I chłopak nie miał powodu, by tego nie zrobić.

Mimo tego nic takiego się nie wydarzyło, a Malfoy okazał w tym jednym, bardzo znaczącym momencie prawdzie człowieczeństwo. Harry co prawda wciąż nim gardził, ale szczerze doceniał przezwyciężenie strachu. I był wdzięczny, bo cała ta wojna mogła się inaczej skończyć, gdyby konfrontacja z Voldemortem odbyła się tamtego dnia.

Nagle wyrwał się z sideł przeszłości i skierował ponownie spojrzenie na kobietę.

— Czyżbym miał czuć się winny? — zakpił.

Narcyza machnęła lekceważąco ręką.

— Na Salazara, oczywiście, że nie. Wbrew pozorom nie uważam pana za kogoś, kto powinien zniknąć z tego świata, a wręcz przeciwnie... Czuję do pana wdzięczność, bo dzięki panu wojna się nareszcie skończyła, zaś Czarny Pan odszedł. — Lekkie nutki strachu zadźwięczały w uszach Harry'ego, przez co uświadomił sobie, jak bardzo Narcyza musiała się wtedy bać. Ile nocy pewnie przepłakała i modlitw odmówiła…

Ale czy Narcyza Malfoy w istocie tak na to wszystko by reagowała? Wątpię, stwierdził po namyśle. Raczej nie uroniłaby żadnej łzy, zacisnęłaby zęby i szła dalej, walcząc o każdy kolejny dzień dla siebie oraz Dracona.

— Pani także się do tego przyczyniła — oznajmił swobodnie Harry, w pewnym sensie dziękując za jej odwagę, gdy orzekła, że Chłopiec, Który Przeżył leżał martwy.

— Ten fakt jest obecnie bez znaczenia — zauważyła niezbyt wdzięczna za pochwałę. — Przejdźmy raczej do głównego problemu... Draco zniknął dokładnie o osiemnastej pięć, pamiętam, bo akurat wtedy zerknęłam na zegar, wiszący w holu — przypomniała, jakby Harry zapomniał o tym fakcie. — Spóźnił się.

— Trzy dni to sporo czasu... — Harry zmrużył oczy, mentalnie przygotowując się na ostateczne pytanie. — Skąd więc można mieć pewność, że Draco żyje?

— Bo jestem jego matką, panie Potter.

Może nikt inny nie wziąłby tych słów sobie do serca, ale Harry Potter wiedział, że instynkt i niezawodny, bystry umysł Narcyzy Malfoy były lepszym dowodem, niż cokolwiek innego. Dlatego nie potrzebował więcej; powstał z zadowolonym błyskiem w oku.

— Dobrze, podejmę się tego — zdecydował, tym razem bez cienia wahania.