Chapter Text
— Nie jesteś Laurą. — Jest pierwszym, co wydobywa się z ust Dereka, podczas gdy pudełko z napisem „graty do malowania” prawie wypada mu z rąk.
Jest gotowy na Laurę i jej smutny uśmiech — upewnił się, by mentalnie przygotować siebie na to od czasu telefonu od pielęgniarki mówiącej, że wujek Peter nie żyje — i na to, jak spojrzy na niego mówiąc trochę minęło, braciszku, a potem absolutnie odmówi mu pomocy z wnoszeniem jego rzeczy do mieszkania, ponieważ nawet jeśli tęskniła za nim jak cholera, to wciąż jest jego starszą siostrą. Co oznacza, że wciąż jest suką. Nie istotnym jest to , że to właśnie ona poprosiła go by się wprowadził i wrócił do Beacon Hills, poprosiła by nie zostawiał jej samej teraz, gdy wujek Peter odszedł.
Nic dziwnego więc, że Derek jest odrobinę wstrząśnięty, gdy drzwi otwierają się zanim jeszcze zdążył zapukać a osoba stojąca w nich zdecydowanie nie jest Laurą.
Ponieważ Laura jest odrobinę niższa.
I ma długie, czarne włosy.
I piwne oczy, dokładnie takie, jak jego.
I nie jest facetem.
— Nie, nie jestem.
Derek ma chwilę, by docenić sposób, w jaki kolor tęczówek mężczyzny zdaje się zmieniać z jasnego brązu do złota i z powrotem, podczas gdy ten kręci głową; jak jego usta unoszą się w lekkim uśmiechu. a dłoń z odpryskującym, niebieskim lakierem pojawia się na górze pudełka, pomagając mu utrzymać chwyt.
— Dzięki — mówi, mocniej łapiąc pudło.
— Ty musisz być bratem Laury. — Uśmiecha się, a jego oczy błyszczą w świetle dnia. — Właśnie wychodzę, oddawałem jej srebrną kopertówkę, którą pożyczyłem.
— Derek. Jestem Derek — mówi mu. I nagle czuje się ponownie jak głupi szesnastolatek, czubki jego uszu zaczynają różowieć, gdy chłopak przygryza dolną wargę. Chce to przerwać. To uczucie, jakby coś skręcało jego żołądek, jak jego serce bije odrobinę szybciej, jak usta stają się suche.
— Wiem — przytakuje i ręką wskazuje na siebie — Mnie możesz nazywać Gorącą Lisiczką.
Derek mruga.
— Gorącą Lisiczką?
— Jeśli zostaniemy przyjaciółmi awansujesz do nazywania mnie Lisiczką — mówi, puszczając mu oko.
— Lisiczką? — powtarza, ponieważ kim jest ten gość?
— Tak. — Uśmiecha się, wyglądając na obrzydliwie z siebie zadowolonego. — W każdym razie, prawdopodobnie powinienem już wracać. Wciąż muszę zmyć ten lakier przed pójściem do pracy.
Macha mu przed twarzą swoimi pomalowanymi na niebiesko paznokciami, jakby Derek mógł w jakikolwiek sposób to przeoczyć, po czym mija go, wychodząc na korytarz.
— No tak — mówi powoli. — Nie chciałbyś chodzić z odpryśniętym lakierem.
— Dokładnie — przytakuje, a jego uśmiech się powiększa. — Do zobaczenia, Derek.
I odwraca się, otwierając drzwi do sąsiedniego mieszkania, znikając w środku. Dopiero gdy drzwi zatrzaskują się za nim dociera do Dereka, że wciąż nie poznał jego prawdziwego imienia.
— Nie, żeby nie podobał mi się widok ciebie stojącego u progu moich drzwi, z cielęcym wzrokiem wlepionym w pustkę, to myślę, że lepiej będzie jak zaczniesz rozpakowywać swoje graty, braciszku.
Jeśli Derek zaskamlał i odskoczył do tyłu na dźwięk jej głosu, jest to jedynie jego sprawa. Tak samo jak mop i wybielacz, którego będzie musiał użyć do oczyszczenia ściany i podłogi od plam z farby, gdy stracił chwyt na pudełku które niósł.
— Dzięki, Laura — prycha, wchodząc do mieszkania i sprawdzając jakie szkody pojawiły się w jego gratach do malowania.
Odmawia nazywania ich narzędziami artystycznymi.
Nie myśli o sobie jako o artyście. Właściwie już prawie w ogóle nie maluje na płótnie, praktycznie nigdy tak naprawdę tego nie robił, ale lubił posiadać te rzeczy w razie gdyby nabrał na to ochoty. No i czasami przydają się w warsztacie gdzie pracuje, albo raczej pracował zanim przeprowadził się tutaj. Gdy pojawiał się klient, który potrzebował indywidualnego lakierowania samochodu. Wszystkim co Derek musiał zrobić było dowiedzenie się, jakiego koloru potrzebował, a on miksował kilka innych na papierze by pokazać mu, czy efekt mu się podoba.
W środku pudełka jest bałagan, farby wszędzie i Derek ledwo co powstrzymuje się przed tym, by nie dać sobie w twarz za to, że nigdy nie wysilił się na tyle, by zakręcić tubki wystarczająco dokładnie kiedykolwiek kończył ich używać.
— Nie ma sprawy. — Laura uśmiecha się do niego szyderczo z kanapy. Rzuca w nią pędzlem, tylko po to by patrzeć jak uchyla się przed nim i wstaje, by podejść do miejsca gdzie stał, mierzwiąc mu włosy.
— Tęskniłam za tobą — mówi, a serce Dereka ściska się boleśnie w jego piersi, słysząc jak smutno brzmi jej głos.
— Przepraszam — mamrocze, nie patrząc na nią. Kobieta wzdycha i dźga go między żebra.
— Nie musisz przepraszać, Derek. Jedynym co musiałeś zrobić to po prostu wpadnięcie tu od czasu do czasu.
— Byłem zajęty. — Wzrusza ramionami.
— Gówno prawda — prycha.
— Laura. — Ostrzega ją.
— Rozumiem, że nie chciałeś tutaj być po... — zacina się, bierze głęboki wdech i przeciera dłonią twarz. — Ale minęły lata, Derek.
— Jestem tu teraz. — Ponownie wzrusza ramionami, wciąż nie mając odwagi spojrzeć na siostrę.
Laura wie lepiej niż ktokolwiek inny, że gdy miał osiemnaście lat był już zmęczony patrzeniem na to, co było kiedyś ich życiem. Wie, że spakował swoje rzeczy, wsiadł w Camaro i jechał dopóki nie mógł już poczuć zapachu palących się ciał i dymu.
Ale nie wie, dlaczego nigdy więcej nie wrócił.
Nie wie, że jeśli nie byłby tak młody, głupi i zakochany, ich rodzina wciąż by żyła.
— Na jak długo?
I Derek nie może odpowiedzieć na to pytanie — nie wie jak — więc po prostu wstaje i przechodzi z salonu do kuchni, zatrzymując się przy zlewie by móc zmyć z siebie farbę i zmienia temat.
— Skąd znasz Gorącą Lisiczkę?
Laura siada na ladzie i patrzy na niego, zanim zrozumienie spływa na nią, a na jej twarzy pojawia się uśmiech szaleńca.
— Gorąca Lisiczka, co?
— Stał w drzwiach gdy się tu pojawiłem — mówi. — Niebieski lakier do paznokci, złote oczy, włosy sterczące w różne strony... Wychodził bo oddawał ci twoją srebrną kopertówkę.
— I przedstawił ci się jako Gorąca Lisiczka? — spytała, unosząc brew.
— Jeśli zostaniemy przyjaciółmi będę mógł mówić do niego Lisiczka — mówi, śmiertelnie poważnie, ale nie może powstrzymać uśmiechu gdy widzi, jak Laura odchyla głowę, śmiejąc się.
— Jak on w ogóle się nazywa?
Kobieta potrząsa przecząco głową.
— Nie, nie powiem ci tego.
— Laura — mówi ostrzegawczo, wycierając swoje mokre ręce w spodnie.
— Po prostu będziesz musiał nazywać go Lisiczką, braciszku.
— Nie jesteśmy jeszcze przyjaciółmi. — Nie może uwierzyć, że to właśnie wyszło z jego ust. Nawet jako żart.
— Och, ale nie wątpię, że nimi zostaniecie. — Laura uśmiecha się złośliwie i wraca do salonu.
— A to co miało znaczyć? — Idzie za nią, ponieważ zna ten uśmiech. Ten uśmiech wróży mu złe, naprawdę złe rzeczy.
— To wiem ja, a tobie zostawiam dumanie na ten temat — mówi, biorąc z podłogi pędzel i rzucając nim w Dereka, trafiając w pierś.
— Nie dumam. — Krzywi się, łapiąc pędzel.
— Oczywiście, że nie. — Macha ręką w jego stronę. — I prawdopodobnie powinieneś wnieść swoje rzeczy do sypialni gościnnej przed obiadem.
— Dlaczego?
— Ponieważ Lisiczka wpada — mówi mu i kontynuuje, zanim ten może coś odpowiedzieć. — I musisz pójść do warsztatu porozmawiać z Boydem o twojej nowej pracy. I może podziękować mi za to, że powiedziałam mu kilka miłych słów o tobie.
Derek jedynie unosi na to brew, nie mówiąc nic; Ponieważ obydwoje dobrze wiedzą, że zostałby przyjęty tak czy owak.
— W każdym razie — mówi Laura, biorąc swoje klucze i torebkę ze stolika. — Muszę iść do pracy, więc postaraj się nie zniszczyć niczego w czasie gdy będziesz wypakowywał swoje rzeczy.
— Zrobię wszystko co w mojej mocy. — Wywraca oczami.
— Jeśli tego nie zrobisz — grozi, otwierając drzwi i wychodząc — To powiem Lisiczce, że o niego wypytywałeś.
— Laura! — krzyczy za zamykającymi się drzwiami, słysząc kliknięcie zamka zanim zdążyłby otworzyć i ją udusić.
Do czasu kiedy w końcu udaje mu się znaleźć zapasowy klucz i otworzyć drzwi, Laura prawdopodobnie zdążyła już powiedzieć wszystkie z najbardziej żenujących bzdur o nim i spierdolić wszystko.
Nie to, żeby było cokolwiek do spierdolenia.
Nie to, żeby Derek chciał, by było.
Pomijając fakt, że absolutnie, kurwa, chce tego i zastanawia się co do cholery jest w tym gościu, którego dopiero co poznał i z którym wymienił jakieś trzy słowa.
Zastanawia się, czy to nie przypadkiem ten odpryskujący, niebieski lakier.
Ponieważ to było gorące. W bardzo, bardzo dziwny sposób.
W końcu jednak po prostu decyduje się na wypakowanie swoich rzeczy z Camaro. Nie wziął ze sobą dużo — nie ma nawet dużo rzeczy, od czasu pożaru — więc nie zajmuje mu długo wniesienie pudeł do mieszkania i wstawienia ich do swojego nowego pokoju. Nie przejmuje się na razie ich rozpakowywaniem, wyciągając jedynie czyste ubranie, by móc wziąć prysznic, a następnie udać się do garażu.
I jeśli myśli o długich palcach i pomalowanych na niebiesko paznokciach zaciskających się wokół jego penisa, podczas gdy masturbuje się pod prysznicem, nikt nie musi o tym wiedzieć.
— Cóż, czyż nie jesteś ulgą dla zbolałych oczu?
Derek odwraca głowę w kierunku głosu, by zobaczyć kobietę opierającą się biodrem o maskę samochodu. Nawet ze związanymi blond włosami, bez makijażu i smugami brudu pokrywającymi dłonie i ubranie, może powiedzieć że jest śliczna.
I po sposobie w jaki uśmiecha się w jego stronę może również powiedzieć, że prawdopodobnie udusiłaby go w trakcie snu.
— Erica, przestań straszyć klientów. — Męski głos wydobywa się spod samochodu.
— Nikogo nie straszę. — Wzrusza ramionami. — Tylko stwierdzam fakt.
— Brzmisz jak Stiles — odpowiada głos.
— Nie jestem klientem — przerywa im Derek, zanim mogą kontynuować przekomarzanie się. Naprawdę ma nadzieję, że ten cały Stiles tu nie pracuje, ponieważ jeśli ona czy on jest odrobinę podobny do Erici, zamierza kogoś pociąć. — Jestem tu by zobaczyć się z Boydem.
Mężczyzna wynurza się ze swojego miejsca spod samochodu, jego blond loki są przyklejone do czoła z powodu potu i siada, patrząc na niego. — Jesteś tym nowym.
— Derek — przytakuje.
— Cóż, cześć Derek — mruczy blondynka, wyszczerzając się do niego.
— Boyd jest na tyłach — mówi chłopak. — Ja jestem Isaac, a to jest Erica.
Kiwa głową obydwojgu przed tym, jak wskazuje na tyły. — Mam po prostu wejść?
— Tak — mówi Issac. — Spodziewa się ciebie.
Skinął im ponownie i przeszedł obok zaparkowanych samochodów, zmierzając do drzwi, które znajdowały się na końcu hali. Dostrzega przyczepioną do nich tabliczkę, a gdy podchodzi bliżej widzi na niej napis, wykonany czarnym markerem „Bossman Boyd i Złote Bliźnięta”. Zatrzymuje się i bierze głęboki wdech — zastanawia się co to do cholery jest za warsztat i w co do cholery się wpakował — kiedy drzwi się otwierają.
— Derek Hale?
Derek musi unieść odrobinę głowę, by przyjrzeć się mężczyźnie naprzeciwko. — Boyd?
— Zapraszam. — Mężczyzna robi krok w bok i wskazuje mu, by wszedł do środka.
Siada na jednym z krzeseł znajdujących się przed biurkiem i czeka, aż Boyd zajmie swoje miejsce, za nim. Pokój wygląda na zorganizowany, miła odmiana po warsztacie, w którym pracował wcześniej w Nowym Jorku, gdzie przez papiery prawie nie mógł dostrzec blatu biurka.
— Cóż — zaczyna Boyd. — Obydwaj wiemy, że i tak zamierzam cię zatrudnić, więc nie widzę powodu by to ciągnąć. Musiałeś słyszeć od Laury, że potrzebujemy każdej pomocy jaką możemy teraz dostać, gdy jeden z naszych mechaników zadecydował, że życie w Beacon Hills nie jest dla niego i wyjechał. Chcę, byś pojawiał się tutaj codziennie przez pierwsze kilka tygodni, pomijając przedpołudnia w piątki.
— Co dzieje się w piątki? — Derek marszczy brwi w zmieszaniu.
— Tym, co się dzieje jest twoja siostra, terroryzująca nas by jeść z nią śniadanie — tłumaczy, wysyłając mu wiele mówiące spojrzenie.
— Mam wrażenie, że powinienem za nią przeprosić.
— Nie martw się tym — zapewnia go Boyd. — Znając Laurę ty masz o wiele gorzej.
— Prawdopodobnie — wzdycha.
— Cóż — kontynuuje jego szef. — Poznałeś już Złote Bliźnięta, Isaaca i Ericę.
— O co w tym chodzi? — pyta, nie potrafiąc się powstrzymać.
— Stiles tak ich nazywa, ale to nie istotne. — I Derek naprawdę chce zapytać kim jest ta cała osoba o imieniu Stiles, ale mężczyzna po prostu kontynuuje. — To, co jest istotne to to, że Issac jest geniuszem, jeśli chodzi o samochody a Erica boginią, gdy przychodzi do motorów. To jest to, co tu robią. Oczekuję od ciebie, że przez te kilka pierwszych tygodni po prostu pomożesz im z robotą, by odesłać kilka samochodów do ich właścicieli, ok?
Derek kiwa głową.
— Da się zrobić.
Potem już nie zostaje długo, pozwalając jedynie by szef oprowadził go, opowiadając przy tym czego będzie się od niego oczekiwało. Dowiaduje się też, że Boyd i Erica są ze sobą dzięki sposobowi, w jaki dziewczyna podchodzi do niego, wręcz przyklejając się do jego boku, brudząc mu koszulkę i uśmiechając się z czułością.
Stara się nie odetchnąć z ulgą na ten widok, ale po sposobie w jaki Isaac patrzy na niego i parska, nie jest do końca pewien, czy mu się to udało.
Wraca z powrotem do mieszkania siostry, by znaleźć cały dobytek swojego życia wyzywająco gapiący się na niego z pudeł. Kiedy skończył osiemnaście lat i wyprowadził, nauczył się żyć z małą ilością rzeczy. Wie, że Laura pilnowała go wtedy i uważała na to, by zawsze deponować pieniądze — te z ubezpieczenia — na jego koncie bankowym, i jest jej wdzięczny że nie próbowała kontaktować się przez te pierwsze kilka lat.
Nigdy nie został w jednym miejscu na długo, ponieważ to kończyło się zaangażowaniem się w związki z innymi ludźmi albo przynajmniej z czuciem się dobrze przy nich a to było ostatnim czego chciał.
Nie, kiedy ostatnim razem gdy to zrobił doprowadził do tego, że prawie cała jego rodzina została zamordowana.
Powrót do Beacon Hills nigdy nie był opcją. Nie tak naprawdę. Dobrze radził sobie w Nowym Jorku, lepiej. Miał znajomych i pracę a wina nie powodowała, że chciał wydłubać sobie oczy przez większość dni.
Ale wtedy wuj Peter zmarł.
Pamięta telefon z domu opieki, ktoś mówiący mu, Laura jest nieosiągalna, a jego imię było kolejne na liście kontaktów w razie nagłego wypadku. Pamięta miażdżący smutek i rozpacz spowodowaną utratą kolejnego członka rodziny i to, że ledwie udało mu się dobiec do łazienki zanim zwymiotował swoje wnętrzności.
Nie pamięta wiele po tym.
Nie poszedł na pogrzeb, nie mógł jeszcze zmusić siebie do powrotu, do zobaczenia jak spuszczają ciało Petera do grobu. Nie pamięta zbyt dużo o tym co działo się przez kilka następnych miesięcy pomijając kilka zamazanych wspomnień chodzenia do pracy i wracania do domu by spać, tylko po to, by budzić się z koszmarów i duszących oparów dymu.
Po trzech miesiącach unikania telefonów Laury wraca do mieszkania by znaleźć ją siedzącą przed jego drzwiami.
Pierwszą rzeczą którą robi gdy go widzi jest strzelenie go w twarz.
Drugą załamanie się i płacz.
A trzecią prośba by wrócił do domu.
By nie zostawiał jej samej.
By przestał uciekać.
Więc przytula ją mówiąc:
— W porządku.
Derek żałuje, że w ogóle wrócił do tego miejsca, gdy Laura wraca z pracy i zmusza go do zrobienia sałatki.
— Nie pisałem się na to.
— Nie obchodzi mnie to — mówi, wręczając mu nóż. — Jeśli zamierzasz spędzić całą kolację gapiąc się na Lisiczkę z pożądaniem, przynajmniej możesz mi pomóc.
— Nie pożądam go — mamrocze, spuszczając wzrok na nóż, rozważając dźgnięcie Laury w oko.
Nie pożąda go. Nie do końca.
Po prostu podobają mu się jego dłonie.
— Och, w takim razie nie chcesz wiedzieć, że Lisiczka wypytywał o ciebie dzisiaj w pracy — Laura mówi do niego przez ramię, wyciągając cokolwiek tam potrzebuje z lodówki.
— Pracujecie razem? — unosi brew, ponieważ jego siostra pracuje w bibliotece.
Nie jest pewien czego oczekiwał, ale wie, że to na pewno nie jest to.
— Nie mogę uwierzyć, że skupiasz się właśnie na tym. — Kobieta wywraca na niego oczami.
Jeśli miałby być ze sobą szczery, on także.
Ale na tym właśnie każe skupić mu się jego instynkt samozachowawczy i teraz już wie, że jeśli się go nie posłucha, będą dziać się naprawdę złe rzeczy.
Więc po prostu wzrusza ramionami i wraca do krojenia marchewek.
— Jesteś niemożliwy — fuka Laura.
— A ty wredna — mamrocze pod nosem.
— Niezła riposta, braciszku.
— Zamknij się.
— I stają się one coraz lepsze i lepsze.
— Nienawidzę cię.
— Nie. — I Derek może poczuć zadowolenie, z jakim Laura macha na niego, mówiąc — Naprawdę nie.
— Dlaczego w ogóle zgodziłem się, by z tobą zamieszkać? — Derek potrząsa głową, unosząc wargi w słabym uśmiechu.
Tęsknił za tym, za prostotą przepychanek słownych z Laurą. Tego, jak cholernie irytująca jest, i nie wie czy chce ją przytulić i nigdy nie puścić, czy przydusić.
— Nie wiem — mówi poważnym tonem zanim nie wytrzymuje, uśmiechając się i poruszając brwiami. — Ale przynajmniej poznałeś Lisiczkę.
Z ust Dereka wydobywa się głuchy jęk i rzuca w nią kawałkiem marchewki, czując lekkie rozczarowanie, gdy łapie go ustami.
Kolejne kilka godzin spędzają gotując — albo raczej Derek spędza ten czas pomagając Laurze w krojeniu różnych rzeczy nie przeszkadzając jej — i rozmawiając. Nadrabiają te małe niuanse, które przeoczyli przez te trzy miesiące, podczas których Derek był absolutnym i skończonym pieprzonym dupkiem, słowa Laury, i mężczyzna jest zaskoczony jak dobrze się czuje, znajdując się tu z Laurą, po prostu będąc na nowo jej młodszym bratem.
Nakrywa właśnie do stołu gdy słyszy pukanie do drzwi i widzi siostrę biegnącą by otworzyć, po drodze rzucającą mu jeszcze uśmiech. Krzywi się do niej i ignoruje sposób w jaki jego brzuch się skręca, gdy słyszy odgłos zamykanych drzwi i dwa głosy śmiejące się z czegoś.
— Derek, patrz! — mówi Laura, trzymając pojemnik przed jego twarzą. — Lisiczka zrobił cytrynowe babeczki!
— Pieczesz? — pyta go.
— Mam wiele ukrytych talentów. — Wzrusza ramionami.
Laura parska i całuje każdego w policzek, zanim mówi:
— Idę odłożyć je do kuchni, Lisiczko, proszę upewnij się, że mój brat dobrze nakrył do stołu.
Derek marszczy na nią brwi zanim spogląda w dół, dostrzegając że położył dodatkowy widelec zamiast noża przy jednym z talerzy, ale zanim zdążył wykonać jakikolwiek ruch by go wziąć, pewna dłoń podnosi widelec za niego.
— Tym razem bez lakieru? — pyta, wskazując na jego dłoń.
— A co? Brakuje ci go? — pyta, przekrzywiając głowę i odsłaniając zęby w uśmiechu.
Derek chce powiedzieć, że tak, brakuje mu go, więc zmienia temat.
— Kiedy zamierzasz powiedzieć mi swoje prawdziwie imię? Ponieważ to absurdalne nazywać cię Lisiczką przez cały czas — mówi, i zaraz dodaje — Lisiczko.
Chłopak odrzuca głowę do tyłu i śmieje się, odsłaniając jasną skórę szyi i widocznie trzęsąc ramionami i Derek nie może wyrzucić z myśli jak przystojny jest. Zwłaszcza w ciemnych jeansach i czerwonej koszuli ze zwiniętymi do trzech czwartych rękawami.
— Myślę, że nie mogę się z tobą zgodzić — mówi, uśmiechając się radośnie. — Podoba mi się, gdy nazywasz mnie Lisiczką.
Derek czuje, jak czubki jego uszu robią się czerwone i nigdy wcześniej nie był tak szczęśliwy, gdy Laura wyszła z kuchni, niosąc ze sobą butelkę wina.
— Proszę, powiedz mi, że nie zamierzasz mnie dzisiaj spić — młodszy mężczyzna jęczy, gdy kobieta macha butelką w jego stronę.
— Nie powiem ci nic takiego. — Uśmiecha się wrednie w jego stronę, podchodząc do stołu by napełnić kieliszki.
— No weź — mamrocze, próbując zabrać jej butelkę, co jednak kończy się dostaniem z łokcia w brzuch. — Ugh, ty suko. Mam dzisiaj występ, nie mogę być pijany.
— Masz występ? — Derek marszczy brwi, wpychając palec pomiędzy żebra siostry i zabierając butelkę z jej rąk podczas gdy kobieta skomli i odsuwa się od niego. — Myślałem, że pracujecie razem.
— Pracujemy — tłumaczy Laura, wlepiając w niego gniewny wzrok, podczas gdy stawia butelkę na górze jednej z jej półek na książki.
— Ale występuję również jako wykonawca kabaretowy — dodaje, jakby to nie było nic wielkiego.
Jakby Derek nie miał pojęcia co to znaczy i jakby przez jego umysł nie przewinęło się milion pieprzonych rzeczy, które mógłby robić.
— Z czym dokładnie się to wiąże? — odchrząkuje, skupiając swój wzrok na punkcie znajdującym się gdzieś nad jego ramieniem. Nie ośmiela się spojrzeć teraz na jego twarz, ponieważ jest całkiem pewny, że rumieniec znajdujący się wcześniej na czubkach jego uszu zsunął się w dół na kark i powoli zaczyna kolorować twarz i policzki.
— Och, no wiesz — mówi, machając dłonią w nieokreślonym kierunku. — Odrobina muzyki, odrobina gry, odrobina interakcji z publicznością. Nic wielkiego.
— I nie zapomnijmy o kostiumach — dopowiada Laura, brzmiąc na rozbawioną. — I o tańcu.
— Taniec? — pyta zdławionym głosem.
— Laura, zamknij się — mamrocze, a jego policzki czerwienieją.
Kobieta spogląda od jednego do drugiego i przyklaskuje.
— Cóż, co wy na to, bym ja przyniosła jedzenie a ty — tu wskazuje palcem na Lisiczkę. — wypytasz Dereka o jego życie?
— Co ty na to, byś zachłysnęła się w zamian winem? — odburkuje, marszcząc na nią brwi, podczas gdy ta odwraca się od niego plecami, pstryka na niego unosząc dłoń a potem znika w kuchni.
— Och — mówi, kiedy Derek odwraca się by spojrzeć na niego, dostrzegając jak jego oczy świecą jasno z rozbawienia. — Podoba mi się ten pomysł.
Derek wzdycha i spogląda na sufit, zastanawiając się nad tym co zrobił, by na to zasłużyć.
Zapach dymu i kobiecy śmiech nagle pojawiają się w jego umyśle.
— Mi nie — mówi, odsuwając sobie krzesło i siadając.
— No weź — nalega, siadając naprzeciw niego. — Powiem ci moje prawdziwe imię.
— Naprawdę? — Brunet unosi na niego brew.
— Cóż, nie moje prawdziwe, prawdziwe imię. — Wywraca oczami. — Ponieważ jest okropne i nikt poza mną i moim ojcem nie potrafi go wymówić, ale powiem ci imię, pod którym znają mnie wszyscy.
— Myślałem, że to Lisiczka — mówi płytko.
— To jest zarezerwowane jedynie na wieczory od czwartku do soboty — chichocze.
Derek fuka i prawie podskakuje na krześle, gdy Laura stawia na stole miskę ze spaghetti tuż przed nim, zanim siada u szczytu stołu.
— Przestań się zgrywać i w końcu mu powiedz. — Kobieta wywraca oczami, nakładając sobie jedzenie.
— Ale to takie zabawne patrzeć jak jego twarz wykrzywia się za każdym razem, gdy musi nazwać mnie Lisiczką — mówi, wydymając wargi.
Derek przejeżdża dłonią po swojej twarzy zastanawiając się czy Laura wytropiłaby go i zabiła, gdyby w tym momencie wstał, wsiadł w Camaro i wyjechał do Nowego Jorku. Z jakiegoś powodu postuluje za tym, że mogłaby, więc po prostu zsuwa się po oparciu swojego krzesła i zrównuje chłopaka najbardziej pustym spojrzeniem, na jakie go stać.
— Najpierw twoje imię — mówi, biorąc łyżkę od Laury i nakładając sobie spaghetti. — Potem możesz mnie pytać.
— O cokolwiek zechcę? — pyta, brzmiąc na zbyt podekscytowanego, gdyby zapytać o zdanie Dereka.
— Nie — odpowiada, ponieważ nie jest głupi. Zanim jednak Lisiczka może coś powiedzieć jego siostra otwiera usta, mówiąc:
— Cokolwiek chcesz wiedzieć, a on będzie zbyt uparty by odpowiedzieć, możesz zapytać mnie.
— Za to upiekę ci kilka babeczek ekstra. — Kiwa głową w jej kierunku, z poważnym wyrazem twarzy.
— A ja zwalniam cię ze stanowiska mojej siostry — mówi jej Derek, podając miskę i łyżkę do chłopaka, by ten także mógł się obsłużyć.
— Proszę — sarka. — I kto wtedy robiłby ci naleśniki na śniadanie?
— Nie robisz mi naleśników na śniadanie — mówi, unosząc brwi.
— Ale mogłabym — prycha.
— Tak, mogłabyś — uspokaja ją Lisiczka, klepiąc jej ramię w pocieszającym geście, następnie odwracając się w stronę mężczyzny.
— Więc, Derek. Pytania.
— Więc, Lisiczko — mówi Derek — Twoje imię.
— Nie ma z tobą żadnej zabawy. — Marszczy kpiąco brwi.
— Zdecydowanie nie ma — Laura zgadza się z nim, z ustami pełnymi makaronu.
— Jest — mamrocze, krzywiąc się na swoje jedzenie.
— Jesteś uroczy — grucha. — Laura, on jest uroczy. Nigdy nie powiedziałaś mi, że twój brat jest uroczy, ty kłamiąca kłamczucho która kłamie.
— On nie jest uroczy. — Marszczy nos. — Jest humorzasty i zrzędliwy i smętny, a na dodatek wszędzie zostawia plamy z farby.
— Plamy z farby? — pyta Dereka, wyglądając na zainteresowanego.
— Żadnych pytań dopóki nie poznam twojego imienia — mówi mu, ignorując ciepłe uczucie w dołku, kiedy Lisiczka nazwał go uroczym.
Ponieważ nie jest uroczy.
Kotki, szczeniaczki i niemowlęta są urocze, ale nie Derek.
— Jestem Stiles. — Lisiczka, Stiles, mówi. — Stilinski.
— Co to w ogóle za imię Stiles Stilinski? — Wyrywa mu się zanim może to powstrzymać i kuli się pod spojrzeniem, jakie wysyła mu Laura.
— To imię, które jest moje. — Otrzymuje dodatkowo zmarszczenie brwi.
— Wybacz — mówi, rumieniąc się i spuszczając wzrok na stół. — To po prostu. Ja. Ty.
— Och, to było urocze — Laura kpi. — Stiles, sprawiłeś że mój brat się zarumienił, jesteś moim nowym ulubieńcem.
— W porządku, Derek — mówi, ignorując ją. — Po prostu staję się... defensywny.
— Wciąż. — Wzrusza ramionami, skupiając wzrok na obrusie. — Przepraszam. Nie to miałem na myśli. To po prostu. Stiles Stilinski jest odrobinę...
— Niesamowitym imieniem? — Oferuje, jakby wyzywająco, by ten powiedział coś innego.
— Zamierzałem powiedzieć niecodziennym — mamrocze.
— To dlatego, że to nie jest jego prawdziwe, prawdziwe imię — wtrąca się Laura. Głowa Dereka podnosi się na to.
— Możesz zapomnieć o tych dodatkowych babeczkach — rzuca jej gromiące spojrzenie, ignorując zaskoczone westchnienie i zaszklone oczy, jakby to było najgorszą rzeczą, jaką mogło ją spotkać.
— Myślałem, że mieliśmy układ — Derek mówi do Stilesa.
— Mieliśmy — przytakuje. — I powiedziałem ci imię, pod którym wszyscy mnie znają, ponieważ nikt nie może wymówić tego prawdziwego.
Otwiera usta by zaprzeczyć, ze to nie było to na co się zgodzili, jednak zamyka je przypominając sobie całą rozmowę. Marszczy na niego brwi, ale chłopak jedynie uśmiecha się i pyta:
— Plamy z farby?
— Pomagam w doborze koloru karoserii dla samochodów i motorów. I maluję je — tłumaczy. — A przynajmniej robiłem to w Nowym Jorku. Nie jestem pewien, czy Boyd będzie chciał bym robił to tutaj.
Na wspomnienie Boyda, Derekowi coś zaskakuje.
— Jesteś tym Stilesem, który nazwał Ericę i Isaaca Złotymi Bliźniętami.
— Tak, to on — Laura mówi znad swojego kieliszka.
— No co? Wyglądają tak samo. Z kręconymi blond włosami, szalonymi oczami i niesamowitymi zdolnościami mechanicznymi.
— Szalonymi oczami? — pyta, a jego oczy nieco się rozszerzają w zaskoczeniu.
— Ignoruj go — mówi mu siostra, a potem zwraca się do Stilesa. — Żadnego straszenia mojego brata zanim zacznie pracować w warsztacie.
— Myślę, że potrafi o siebie zadbać — odpowiada jej Stiles, mierząc wzrokiem jego ramiona i klatkę piersiową.
Derek absolutnie nie puszy się na to.
Nie robi tego.
— Czy możemy nie? — pyta Laura, nieco zduszonym głosem. — Jem obiad.
Derek i Stiles patrzą od Laury do siebie i wywracają oczami. Usta starszego mężczyzny unoszą się lekko kiedy chłopak chichocze do siebie cicho, nakładając makaron na swój widelec.
— Więc — zaczyna, czekając aż chłopak przełknie, a następnie jeszcze przez chwilę próbuje zmusić siebie do nie myślenia o jego ustach, zawiniętych wokół swojego penisa. — Gdzie... występujesz?
— W klubie mojego przyjaciela Danny'ego — mówi i zaraz dodaje. — Dżungli.
Derek prawie krztusi się swoim piciem na to stwierdzenie, ponieważ zna Dżunglę.
Jego siedemnastoletnie ja zna to miejsce bardzo dobrze.
I po znaczącym spojrzeniu Laury wycelowanym w niego wie, że ona także pamięta wszystkie te razy, gdy była ona jedyną osobą która odwoziła go do domu upewniając się, że nie udusi się swoimi wymiotami, kiedykolwiek był zbyt pijany by móc zająć się sobą samemu.
— Danny kupił je po tym, jak były właściciel zmarł — Stiles kontynuuje, kompletnie nieświadomy — Wiedział, że występowałem w trakcie studiów, nawet był na kilku moich występach, i że w trakcie lata robiłem objazdówki. Więc kiedy skończyłem studia i zaproponował mi miejsce, zgodziłem się.
— I to było dwa, wypełnione niesamowitością i brokatem lata temu — dokańcza za niego Laura, uśmiechając się szeroko do jednego i drugiego.
— Powinieneś przyjść dzisiaj na mój występ — mówi do Dereka, nachylając się w jego kierunku.
— Tak, braciszku — zgadza się Laura, szturchając go w ramię swoim widelcem. — Myślę, że by ci się spodobało. W każdym razie ja idę, by pomóc Lisiczce się przygotować.
— Ahm... — Derek przesuwa wzrokiem od złośliwie uśmiechającej się Laury do gorliwego wyrazu twarzy Stilesa i mówi — Jasne.
____________________
