Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 2 of Gerlion one-shots
Stats:
Published:
2020-01-10
Updated:
2020-12-06
Words:
5,370
Chapters:
6/?
Kudos:
53
Bookmarks:
2
Hits:
988

W ciszy i niezauważalnie

Notes:

Art by Johix's: johix.tumblr.com/post/168045283315/taking-a-break-from-everything-just-thinking

Chapter 1: Słoneczny dzień w Corvo Bianco

Chapter Text

Geralt nigdy nie lubił zamków. Uważał, że były za wielkie, przez co zasłaniały widok na morze czy góry. Nie znosił, tego że miały skomplikowaną sieć korytarzy, w których łatwo można było zabłądzić i które miały stanowić skróty do niezliczonej liczby komnat, ale w praktyce dwukrotnie wydłużały drogę do celu. Nie lubił, tego że od kamienia wiecznie ciągnęło chłodem, a w obszernych salach hulały przeciągi. Nie znosił również, tego że każda królewska służba składała się głównie ze szpicli, podsłuchujących na każdym kroku. Geralt tolerował zamki tylko wtedy, gdy skrywały w swoich piwnicach obmierzłe potwory lub upiorne księżniczki uwięzione na wieczność w jednej z licznych wież.

Pierwszym (i do tej pory jedynym) zamek jaki zaczął lubić była posiadłość księżnej Anny Henrietty w Toussaint. Skąpane w zieleni i słońcu pagórki, stoki i winnice oraz wznoszące się nad tym wszystkim czerwone dachy wież i kaszteli, lśniących po porannym deszczu zrobiły wrażenie nawet na nim. Spędził tutaj błogie tygodnie, uczęszczając w licznych dworskich ucztach i mniej oficjalnych dyskusjach przy suto zastawionym kuchennym stole. Uczestniczył w wielkim święcie winobrania, które trwało wiele dni i podczas którego najlepsze wino płynęło strumieniami. Wydawało się, że w tym księstwie słońce nigdy nie zachodzi, a ludzie nie przestają się uśmiechać.

Miał jeszcze jeden powód by lubić zamek w Toussaint. Otrzymał tu kiedyś winiarnię Corvo Bianco, jako podziękowanie od Anny Henrietty. Oczywiście nigdy nie marzył o niczym innym niż o własnym cichym kącie, jednak rzeczywistość przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Kiedyś, gdyby ktokolwiek chociażby zasugerował, że wiedźmin mógłby stać się właścicielem winiarni, parsknąłby śmiechem uznając to za początek marnego żartu. Teraz cieszył się z luksusu jaki dawało mu posiadanie własnej posiadłości. Było to tym dogodniejsze, że Jaskier mógł swobodnie odwiedzać go kiedy chciał, a Geralt mógł przyjąć go na osobności.

I właśnie w tej chwili korzystał z tej błogosławionej możliwości odosobnienia. Na swoich nagich plecach czuł ciepłe promienie późnopopołudniowego słońca. W nozdrzach czuł zapachy żywokostu i macierzanki rozchodzących się intensywnie w całej szklarni. Wyczuwał również delikatną woń rumianku, którego Jaskier używał do płukania włosów. Aktualnie wciskał twarz w kaskadę złotych loków spływających na ramiona poety, który stał oparty o jeden z łuków znajdującej się na uboczu szklarni. Po łukach z piaskowej cegły pięły się dostojne ogrodowe róże, a pod nimi rosły sięgające powyżej kolan łubiny.

Policzki Jaskra przybrały kolor świeżo zakwitłych róż, ponieważ Geralt trzymał w swojej dłoni część ciała idealnie przystosowaną do trzymania. Szorstką dłonią gładził delikatną skórę, pocierając w górę i w dół.  Wywoływało to u Jaskra sporadyczne jęki, przechodzące ze szkolonego tenoru w falset. Słysząc to, Geralt zaczął pocierać energiczniej, aż Jaskier zaczął ciężko dyszeć. Od tak dawna na to czekał i tak bardzo tego pragnął, że teraz nie zamierzał być ostrożny ani delikatny. Ileż to nocy spędził leżąc na pustym sienniku w jednym z pokoi Corvo Bianco, marząc o tym, że Jaskier był tuż obok, a jęki wypełniające alkowę brzmiały jak słowiczy falset?

- Nie moglibyśmy zrobić tego jak przystało... - wysapał poeta z trudem - w twoim łóżku?

Prawda że mogliby, ale jeszcze chwilę temu Geralt był w trakcie oprowadzania gościa po swojej posiadłości i nie zdążył pokazać mu alkierza. Poza tym, kiedy przekroczyli próg szklarni i Geralt zobaczył jak światło przefiltrowane przez umieszczone w dachu witraże, tworzy wokół Jaskra tęczowy nimb, nie minęła minuta, a on miał go już w swoich ramionach. Zaczęli się całować, a potem koszula Geralta wylądowała gdzieś na jednej z grządek, a spodnie wokół jego kostek.

- Tu jest lepiej niż w którymkolwiek z tych tanich burdeli, w których bywasz.

- Masz rację – uśmiechnął się Jaskier, chociaż wiedział, że wiedźmin nie może tego zobaczyć. - A na dodatek obsługa...

Nie zdążył dokończyć zdania, bo z jego ust wyrwał się stłumiony krzyk, który poniósł się echem w gęstym od miodowego światła powietrzu.

- Założę się, że nie zdołałbym znaleźć słów, żeby opisać to w balladzie. Chyba, że...

Odwrócił się twarzą do Geralta, a wiedźmin zobaczył przebiegły błysk czający się w jego oczach.

- Dasz mi więcej materiału – powiedział, kładąc twardo swoją smukłą dłoń na śnieżnobiałej głowie.

Geralt nie protestował.

Posłusznie uklęknął w fioletowych łubinach, które swoim kolorem harmonizowały z bufiastymi rękawami kaftana Jaskra. Na szczęście nie musiał kłopotać się z rozpinaniem guzików, żeby dostać się do obiektu swoich zainteresowań. Przed oczami miał tylko promienistą, połyskującą w świetle słońca skórę, zadziwiająco gładką w dotyku. Stanowczym naciskiem dłoni przytrzymał poetę, kiedy zanurzył nos w złotych spiralach miękkiego puchu. Te również pachniały rumiankiem.

Jaskier wciąż trzymał dłoń na głowie wiedźmina, tym razem jednak palce wplótł mocno w jego włosy. Drugą dłoń opierał na rozgrzanych cegłach, drapiąc ich powierzchnię paznokciami i dwoma wielkimi pierścieniami, podarowanymi mu przez Łasiczkę.

- To już zdecydowanie bardziej nadaje się na balladę. Masz może jakiś rym do „srebrzysty”? - zapytał, w zadumie gładząc włosy Geralta.

Geralt naturalnie nie odpowiedział. Przymknął powieki, pod którymi tańczyły złote i czerwone cętki. Słyszał w uszach szum krwi, a może było to bzyczenie pszczół? Nie wiedział. W tej chwili liczyła się dla niego tylko aksamitna skóra opinająca zadziwiająco umięśnione uda, drżące pod jego palcami.

- Pomyślmy – nie rezygnował Jaskier, chociaż myślenie przychodziło mu z coraz większym trudem. - „twój język zwinny niczym...” nie, nie, nie, AH!

Jaskier zadrżał silniej pod dłońmi Geralta po raz drugi tego dnia. I po raz drugi tego dnia Geralt miał lepkie ręce, które wytarł pospiesznie w porzuconą samotnie koszulę.

- Nie znam się na poezji, ale myślę jakaś zimna ryba nie doprowadziłaby cię do takiego stanu – wiedźmin parsknął śmiechem.

- Pewnie nie – westchnął Jaskier, poprawiając i wygładzając ubranie. - Od tego mam Białego Wilka. Możemy kontynuować wycieczkę?