Actions

Work Header

czwarta rano

Summary:

"Leżeli w łóżku Sarawata, nogi splątane razem, ich oddechy już o wiele spokojniejsze, ale wciąż jeszcze nierówne. Podkoszulek wygrzebany spod łóżka nie wystarczył, żeby pozbyć się bałaganu, jakiego narobili dookoła, ale żadnemu z nich nawet nie przeszło przez myśl, żeby ruszyć się z miejsca i coś z tym zrobić."

Notes:

I've tried and failed writing this in English. Maybe one day. Sorry.
^So, someone translated this fic to English.

Minęło dobre kilka lat od czasu, kiedy napisałam jakiegokolwiek fika... To widać, wiem. Ale kiedyś trzeba było wrócić. A że ta dwójkę pokochałam od pierwszego odcinka, oto jestem.
Nie zbetowane.

Work Text:

- Jesteś za ciężki... - Tine wyjęczał żałośnie, bezskutecznie próbując się przeciągnąć. Końcówki palców u stóp powoli zaczynały go mrowić, a poskręcane pod nim prześcieradło nieprzyjemnie uwierało między łopatkami.

- Życie, - głos Sarawata był niewyraźny, przytłumiony przez poduszkę, w którą wtulił twarz. - Przywyknij, ja się nigdzie nie wybieram.

Tine parsknął rozbawiony. Jego dłonie, wciąż jeszcze lekko drżące, zsunęły się niżej, spoczęły na pośladkach Sarawata i zacisnęły. Chłopak syknął i Tine poczuł podmuch ciepłego powietrza na swojej szyi, kiedy tamten uniósł się nieco na łokciach i poprawił w miejscu. Rama łóżka zaskrzypiała cicho pod ich wspólnym ciężarem.

- Następnym razem zamieniamy się miejscami - Tine odezwał się po dłuższej chwili, kiedy Sarawat przestał się wreszcie wiercić i opadł bezwładnie u jego boku. Z ramionami dookoła niego, wciąż ciężki i wciąż w sporej części na nim. Tine odchylił się tak daleko jak pozwoliły mu na to oplatające go ciasno ramiona i zostawił szybki, krótki pocałunek tuż pod uchem Sarawata. I jeszcze jeden. Bo tak. Bo mógł. Bo wiedział jak bardzo tamten lubił, kiedy Tine całował go w to miejsce.

- Co tylko zechcesz... - Sarawat odpowiedział cicho. Brzmiał jakby w każdej chwili miał zasnąć, kompletnie wyczerpany weekendem spędzonym nad podręcznikami i tą szybką, intensywną pobudką sprzed chwili, ale Tine miał wrażenie, że w tych kilku słowach usłyszał też nutkę zadowolenia. I śladowe ilości dumy. Typowe.

Leżeli w łóżku Sarawata, nogi splątane razem, ich oddechy już o wiele spokojniejsze, ale wciąż jeszcze nierówne. Podkoszulek wygrzebany spod łóżka nie wystarczył, żeby pozbyć się bałaganu, jakiego narobili dookoła, ale żadnemu z nich nawet nie przeszło przez myśl, żeby ruszyć się z miejsca i coś z tym zrobić.

Gdzieś między stopami Tine poczuł coś, co prawdopodobnie było parą bokserek. Jego, czy Sarawata, nie miał pojęcia. Kiedy Sarawat wyrwał go z dziwacznego snu o czymś, co wydawało się być mieszaniną treningu jego grupy cheerleaderskiej i teleturnieju kulinarnego, gorące wargi na jego obojczyku, równie gorące dłonie o smukłych zwinnych palcach między jego udami, i pełne desperacji zachrypnięte „Śniłeś mi się... Mogę... Proszę?“ wyszeptane w półmrok, ostatnie o czym był w stanie myśleć, to gdzie zniknęły kolejne części ich nocnej garderoby.

Tine był trochę zazdrosny, jeśli miał być szczery, o to z jaką łatwością Sarawatowi przychodziła nauka nowych rzeczy. Nieważne, czy był to nowy trik na boisku, nowa melodia stworzona na miejscu od ręki, czy odkrycie kolejnej rzeczy, która sprawiała, że w ułamku sekundy Tine zapominał jak ma na imię i gdzie się znajdował. Tak jak miało to miejsce chwilę wcześniej, kiedy tylko to jedno rozgorączkowane „Proszę?“ wystarczyło, żeby Tine rozbudził się zupełnie, przejął kontrolę nad pocałunkiem i z głośnym pomrukiem zadowolenia przywitał nagie udo między swoimi własnymi.

(Chociaż i on sam nie pozostawał w tyle. Bo kiedy wbił zęby w jego ramię i kazał mu przestać się wygłupiać, wziąć do roboty i skończyć co zaczął, Sarawat wydał z siebie ten dźwięk... Tine jeszcze długo go nie zapomni. Jego chłopak brzmiał jakby nigdy w życiu nie przydarzyło mu się nic lepszego.)

Tine nie wiedział, ile czasu minęło odkąd otworzył oczy ani która mogła być godzina. Oba swoje telefony zostawili poprzedniego wieczora na biurku, gdzieś pomiędzy stertą notatników, pustych puszek po energetykach i podręczników, a niewielki budzik, jaki Phukong sprezentował Sarawatowi, kiedy ten po raz któryś z rzędu spóźnił się na ich rodzinne spotkanie, już dawno temu wyzionął ducha i obecnie zajmował się jedynie zbieraniem kurzu.

Dookoła nich panowała cisza. Za uchylonym oknem słońce dopiero zaczynało powoli rozjaśniać niebo. Rzędy samochodów na parkingu pod ich budynkiem wciąż jeszcze milczały w oczekiwaniu na swoich właścicieli, nie słychać było ani trzaskania drzwiami, ani tupotu niezliczonych par butów. Ich sąsiedzi z pokoi dookoła najpewniej wciąż jeszcze odsypiali weekend.

Pozostanie tutaj było jednak dobrym pomysłem. Jego własny pokój w tej chwili był najprawdopodobniej po brzegi wypełniony jego nieprzytomnymi przyjaciółmi, resztkami przekąsek, które przytargali ze sobą, zapachem nadchodzącego dużymi krokami kaca poganianego wyrzutami sumienia i pustymi obietnicami, że nigdy więcej, to był ostatni taki raz.

(Któregoś dnia będzie musiał zebrać się w sobie i odebrać Fongowi zapasowy klucz do swojego mieszkania, a później przeprowadzić z całą trójką poważną rozmowę na temat prywatności i poszanowania cudzej własności. I tego, że pomimo tego, że Tine jako jedyny z całej ich grupy nie miał współlokatorów, nie znaczyło to, że cała reszta miała prawo za każdym razem kończyć weekendowy przemarsz po wszystkich okolicznych klubach i barach właśnie u niego.)

Dla odmiany tutaj byli tylko oni. Sami. Wśród zupełnej ciszy. Bardzo dobra decyzja, pogratulował sobie.

Nie chcę wstawać, Tine zdecydował. Jego dłonie przesunęły się wzdłuż pleców Sarawata, do jego karku (uwielbiał sposób w jaki chłopak drżał za każdym razem, kiedy to robił) i wyżej, we włosy. Potargane, lekko splątane, przygniecione z jednej strony i sterczące z drugiej.

Jego powieki stawały się coraz cięższe. Wydostanie się spod Sarawata i wyruszenie prosto w rozwrzeszczany świat pełny skacowanych przyjaciół, egzaminów, do których zdecydowanie powinien wreszcie zacząć się uczyć, było ostatnią rzeczą, o której chciał teraz myśleć. Może powinien zaproponować wzięcie dzisiaj wolnego. Zafundowaliby sobie taki trochę dłuższy weekend. Poniedziałek? Odwołany. Przepadł. Nikt nie wiedział gdzie.

- Jak na kogoś, kto się w ogóle nie rusza i nic nie mówi, strasznie hałasujesz....

Sarawat ziewnął i przesunął nieco w bok. Nie na tyle daleko, żeby chłodne poranne powietrze dostało się pomiędzy nich, ale wystarczająco, żeby palce Tine’a wsunęły się jeszcze głębiej w jego włosy. Tine uśmiechnął się sam do siebie i zacisnął je delikatnie.

Sarawat westchnął zadowolony.

- Jeśli obiecam, że na śniadanie zjemy te twoje paskudne bułki z... Cokolwiek jest to, czym je faszerują... Pójdziesz spać?

- Bułki. Później precle. I dasz mi dzisiaj prowadzić swój samochód.

- Nie przesadzasz?

Tine poczuł jak kolejny uśmiech pojawia się na jego twarzy. Nie mógł nic na to poradzić. Ton głosu Sarawata w połączeniu z tym poirytowanym, ale jednocześnie pełnym rozbawienia westchnieniem, działał na niego tak za każdym razem.

Jestem zbyt łatwy, mówiło to westchnienie, ale kompletnie mi to nie przeszkadza, bo tylko dla ciebie.

- Nie wiem, dlaczego pozwoliłem ci wczoraj zostać. Sprawiasz same kłopoty i...

Sarawat nie dokończył. Ziewnął głośno i wtulił się w jego bok niczym wielkie kocisko.

Tine miał całą listę rzeczy i powodów, dla których lubił Sarawata. Lista była długa i wypełniona najróżniejszymi pozycjami. Od tych szybkich spojrzeń jakie wymieniali między sobą mijając się w drodze na kolejne zajęcia, przez szturchnięcia łokciem i dyskretne uśmiechy, kiedy siedzieli obok siebie pochyleni nad gitarami, do tego, jak rozbrajająco uroczo wyglądały jego wilgotne, zawijające mu się za uszami włosy, chwilę po tym jak wyszedł spod prysznica.

Zmęczony, śpiący Sarawat znajdował się na tej liście gdzieś pomiędzy spojrzeniem, jakim chłopak obdarzał go za każdym razem, kiedy Tine świadomie lub nie pozwolił, żeby poły jego koszuli rozchyliły się i fragment jego obojczyka ujrzał światło dzienne (Tine nawet nie próbował udawać, że nie lubił, kiedy wzrok Sarawata odrywał się od jego twarzy i wędrował w dół, a policzki pokrywały się rumieńcem), a tym, który czekał na niego po każdym egzaminie z puszką zimnego napoju i dziwacznym memem, który udało mu się znaleźć w przerwie między zajęciami.

Pierwsza piątka, na pewno.

- Nie wiem dlaczego zgodziłem się wczoraj zostać. Mogłem tak dobrze bawić się z Ohm’em i resztą. Mówili, że planują...

Ramiona dookoła niego zacisnęły się mocniej.

- Po moim trupie - Sarawat mruknął.

Jego wargi musnęły policzek Tine’a przy ostatnim słowie. W żaden sposób nie można było nazwać tego pocałunkiem, nawet przy najlepszych chęciach, ale Tine byłby w tej chwili gotów oddać wiele, żeby tylko mieć pewność, że od teraz każdy jego poranek będzie zawierał co najmniej jeden taki gest. Taki lub podobny. Cokolwiek.

Kolejna minuta, może dwie i Sarawat rozluźnił się, a jego oddech spowolnił.

Zdecydowanie dobra decyzja, przebiegło mu po raz kolejny przez myśl, i Tine zamknął oczy.