Work Text:
Czternasty miesiąc banicji
Zewnętrzne Regiony
Ahch-To
Na Ahch-To przybyła zima.
A przynajmniej to, co można było uznać tutaj za zimę. Na Świątynnej Wyspie zawsze panował chłód a wiatr dął, lecz Rey w ciągu ostatniego roku nauczyła się rozróżniać niewielkie zmiany wskazujące na pory roku.
Na Jakku nie istniało nic innego niż piekące lato, ale przyroda na Ahch-To zdawała się cyklicznie przeobrażać, zupełnie jakby świat wiedział, kiedy należy zmienić swój wizerunek.
Najpierw skąpe światło dwóch słońc zaczęło ginąć za chmurami, a wiatry coraz częściej wzburzały nieskończony ocean, jaki rozlewał się od brzegów wyspy aż po widnokrąg i znacznie dalej. Wielkie stwory z głębin coraz częściej wypływały na powierzchnię, tak że Rey była w stanie dostrzec ich ciemne sylwetki wśród czarnej i granatowej toni. Thalia-syreny zniknęły ze skał Wyspy Świątynnej, co jako pierwszy zauważył Sam. Młode porgi dorosły i pochwały się w gniazdach lub mniejszych chatach w wiosce.
Świat zdawał się zasypiać.
Ocean latem wydawał się lśnić mnóstwem kolorów i odcieni, zimą zaś stawał się ciemny i złowrogi. Posyłał w swej złośliwości sztorm za sztormem i w nocy nie dawał Rey spać. Długo przyzwyczajali się z Benem do huku fal rozbijających się o skały daleko pod nimi. Raz ciemne wody dosięgnęły kadłuba Sokoła Millennium i omal nie wciągnęły statku w ciemne odmęty.
Rey nie mogła spać tej nocy, przewracała się z boku na bok i nawet ciepła obecność męża tuż obok, nie mogła jej uspokoić. Jej myśli odpływały daleko w przyszłość, chaotycznie czepiały się obrazów i skazywały ją na zmęczenie. Ben natomiast spał jak zabity tuż obok niej, zmęczony po wczorajszym wieczornym locie i ich kłótni.
W ciągu ponad roku zdążyli wielokrotnie posprzeczać się o przeróżne sprawy, wszystkie jednak wydawały się dosyć błahe w porównaniu do tego, co zajmowało ich umysły nim stali się banitami.
Zawsze jednak szybko dochodzili do porozumienia.
Gdy tylko wzeszło pierwsze ze słońc, Rey wysunęła się z łóżka, narzuciła na ramiona płaszcz i wyszła przejść się po wyspie. Patrzenie na męża nie pomagało jej uspokoić myśli, nie kiedy tak wiele wątpliwości nią targało. Musiała zdecydować, kiedy mu powiedzieć, czuła, że już długo nie utrzyma w sobie tej tajemnicy.
Odkrycie sekretu było tylko kwestią czasu, a samo nazywanie tego w ten sposób sprawiało, że Rey miała ochotę się skrzywić.
Nie chciała niczego ukrywać przed Benem, ale jej umysł nadal skupiał się na wątpliwościach. A kiedy leżała tak, wśród ciepła własnego domu, tuż obok mężczyzny, którego kochała – zdecydowała, że powie mu o wszystkiem tego wieczoru.
Cokolwiek miałoby się później stać, chciała by Ben dzielił z nią ten niepokój i nadzieję. Pomimo że bała się tego, co taka zmiana by dla nich oznaczała.
Ciemne chmury przesuwały się po niebie pchane porwistym wiatrem, a słońca leniwie posyłały światło poprzez przesmyki w gęstym, mrocznym woalu.
Rey nie miała głowy aby zapleść włosy i teraz długie, sięgające niemal pasa kosmyki chłostały jej twarz. Ben uwielbiał się nimi bawić, przeczesywać je między palcami, a Rey z czasem znudziło się podcinanie ich do bardziej funkcjonalnej długości.
Powietrze pachniało chłodem, wzięła głębszy oddech aby rozkoszować się nim. Od kiedy opuściła Jakku, woń chłodu i zimna niekiedy wyciskała jej łzy z oczu. Miała szczerą nadzieję, że już nigdy nie będzie musiała chodzić po pustynnym piasku.
Rey przeszła przez wioskę złożoną z kamiennych chat, w których w dawnych czasach mieszkali Jedi, gdy odwiedzali tę świętą wyspę. Od tego czasu budynki, jak i cały ten świat, zostały zapomniane, a następnie przebudowane przez Rey, Bena i Sama.
Opiekunki nadal miały im za złe taką profanację świętego miejsca, ale nowi mieszkańcy wioski musieli dostosować ją do własnych potrzeb, aby nie umrzeć zimą z chłodu.
Kamienne budynki zostały uszczelnione jeszcze z pomocą Rebeliantów, którzy w ten sposób okazali więźniom, choć minimum współczucia. W okna wstawiono iluminatory starych statków, budynki połączono małymi kamiennymi korytarzykami oraz prymitywną instalacją elektryczną, a także uszczelniono ze wszystkich stron. Jedną z chat przerobiono na łaźnię, inna była kuchnią, a największa stanowiła komnatę sypialną Rey i Bena. Te zbyt małe aby można było w nich funkcjonować zostały zamienione w magazyny, schowek dla akumulatorów i rupieciarnię.
Przy największych zabudowaniach postawiono prymitywne piece, aby nie musieć we wnętrzach chat palić ognisk. System rur doprowadzał ciepłe powietrze do całego kompleksu.
Instalacja psuła się co kilka tygodni i z każdą kolejną naprawą działała coraz krócej. Życie na Ahch-To nikogo nie rozpieszczało.
Jedynym nowym budynkiem była nieduża kamienna chatka znajdująca się kilkadziesiąt metrów powyżej całej wioski, stojąca przy schodach wiodących do pierwszej świątyni Jedi. Zajął ją Sam, twierdząc, że nie chce przeszkadzać małżonkom w ich radosnym pożyciu.
Rey całkowicie rozumiała tę decyzję i cieszyła się z niej, jednak wspinanie się po śliskich i wytartych stopniach tylko po to, aby przekazać mu jakąś wiadomość, było męczące.
Minęła beczki, w których Opiekunki zbierały deszczówkę i zaczęła piąć się po stopniach w górę.
Dzięki częstemu treningowi i wycieczkom do świątyni miała dobrą kondycję, lecz nim udało jej się dojść na sam szczyt zdążyła złapać zadyszkę. Tutaj fauna i flora ograniczała się do długiej trawy falującej na wietrze i patykowatych robaków, które umykały spod jej stóp.
Stąd miała świetny widok na ostre skały pod nią, ciemne dachy chat, biały spodek Sokoła, którego już dawno powinna naprawić. Widziała inne, małe i niezamieszkałe wyspy, dostrzegała kawałek wioski Opiekunek i była w stanie wyczuć Lustrzaną Jaskinię pełną ciemnej strony Mocy, zagłuszaną przez światło pierwszej światyni Jedi.
Jedynymi dźwiękami jakie do niej docierały był świst wiatru i huk fal rozbijających się o skały. Tutaj najłatwiej jej się myślało, gdy świat zdawał się niknąć w dole, mały i nieistotny. Czuła się szczęśliwa, to był jej dom, choć ten kawałek skały na środku oceanu był maleńki. Uczynili z Benem i Samem wszystko aby dobrze im się tu żyło, z dala od problemów galaktyki i pędu życia.
Po czternastu miesiącach Rey mogła stwierdzić, że naprawde kocha to miejsce i swoją nową rodzinę. Tutaj czuła się sobą, nie musiała dopasowywać się do żadnych wymogów, bo nikt takowych na nią nie nakładał.
Jej myśli zwróciły się ponownie w kierunku sekretu. Rey potrząsnęła głową i ruszyła dalej.
Niedaleko wejścia do świątyni znajdowała się skalna półka, nie była przestronna, ale na tyle duża aby można było spokojnie na niej stanąć. Znajdowały się tam trzy kamienne tabliczki z wyrytymi inicjałami głęboko wbite w ziemię.
L. O.
L. S.
H. S.
Były to swego rodzaju groby stworzone przez Bena w tych najcięższych dniach zaraz po przybyciu na wyspę. Wspomnienie cierpiącego i apatycznego Bena wciąż prześladowało sny Rey, a to miejsce było największym manifestem ich poprzedniego życia i złych uczynków na jakie sobie pozwolili.
Dziewczyna uklękła przed tablicami. Nigdy nie była przesadnie religijna i gdyby nie świadomość istnienia Duchów Mocy, chyba nigdy nie zaczęłaby zastanawiać się co czeka na nią po śmierci.
Przypomniała sobie dokładnie twarze Lei, Luke'a i Hana. Ich oblicza powoli zamazywały się w jej pamięci, lecz tęsknota pozostała. Kiedyś myślała, że być może będą dla niej rodziną, że zapełnią to puste miejsce w jej duszy. Później zrozumiała, że się myliła.
Odkryła co takiego uczynili Benowi, a on im i zrozumiała, że w tej historii nie było ani dobrych, ani złych. Jedynie ludzie, którzy krzywdzili się nawzajem, zawodzili i popełniali błędy. A później uczyli się na nich.
Najbardziej tęskniła za Leią, jej opanowaniem i matczyną troską.
"Gdybyś tu była, mogłabyś posłużyć mi radą" – pomyślała i przesunęła palcami po nierównych literach wyżłobionych w kamieniu.
– Jak mam mu to przekazać? – zapytała samą siebie, a jej umysł nawiedził pomysł.
Jej myśli uciekły daleko w jej własne wnętrze. Przypomniała jej się Lustrzana Jaskinia, wiadomość bez słów.
Niebo zaczęło się rozpogadzać, a wiatr nieco uspokoił. Szaty Rey furkotały na wietrze, ale dziewczyna słyszała tylko cichą pieśń Mocy. Czuła jak powoli się w niej zmienia i wiedzie ją ku nowej rzeczywistości – pięknej, ale i nieznanej, a tym samym niepewnej.
Gdzie uciekłaś?, wyrwał ją z rozmyślań cichy głos Bena.
Rey poczuła, że się rumieni. Jej więź z mężem była tak silna, że czasami mogli nawzajem wyczuwać swoje myśli i zamiary. Ben nie wydawał się jednak specjalnie zainteresowany jej nagłym pogrążeniem w Mocy, a przynajmniej takowy brak zainteresowania udawał. Wiedziała, że prędzej czy później ją o to zapyta. Chciał jednak aby najpierw sama do niego przyszła i okazała mu zaufanie. W ciągu swojego małżeństwa nauczyli się, że lepiej nie naciskać zbyt mocno na tę drugą stronę. Wojenne blizny wciąż były nader świeże.
Poszłam na spacer, odparła spokojnie.
Podniosła się na nogi i otrzepała szaty. Ponura aura tego miejsca powoli sączyła się w jej serce. Przyjście tutaj oznaczało dla niej i dla Bena pewien rodzaj pokuty, samobiczowania się.
Już zawsze mieli pamiętać o swoich błędach.
Mieli być nimi naznaczeni.
Ostatni raz zerknęła na symboliczne nagrobki, puste manifesty cierpienia. Nie istniały ciała, które mogliby pochować. To zniszczony miecz Luke'a Skywalkera zakopali pod tablicami, stanowił on jedną z bardzo niewielu pamiątek, jaka została po rodzinie jej męża.
Po wielkich Skywalkerach.
Za dobrze pamiętała szloch Bena nad losem swoich bliskich, drżenie jego ciała, ciężki oddechu, gdy zasypiał tuż obok niej. Tak dużo przeszli razem. Nawet na krańcu świata przeszłość była ich częścią i ich prześladowała.
Tak głośno chrapałem?
Rey posłała wzdłuż ich więzi śmiech, umysł Bena otarł się figlarnie o jej świadomość. Musiał wyczuć jej smutek.
Twoje chrapanie jest urocze, jak u zaślinionego małego porga.
Porównałaś mnie do porga?, obruszył się.
Macie takie śliczne oczka, zachichotała.
O nie! Odszczekaj to, żono! Rey niemal zadrżała, jak zawsze gdy nazywał ją w ten sposób – swoją żoną. Pomimo tylu miesięcy to słowo wciąż wprawiało ją w zachwyt. Moje oczy się sto razy piękniejsze od ślepi tych małych tłuściochów!
Hmm... No nie wiem, nie wiem...
Zeszła szybko po schodach, niemal zapominając o przygnębieniu. Widziała przy chatach w dole wysoką postać, która do niej machała.
Jej serce zaczęło bić szybciej, i to nie bynajmniej z powodu wysiłku.
Tak właśnie było z Benem – gdy był przy niej, czuła całkowity spokój, była szczęśliwa, a jej świat sprowadzał się do tego pokiereszowanego mężczyzny. Do jego uśmiechu, pocałunków i małych gestów czułości.
Czasami nie wierzyła, że do szczęścia potrzeba tak niewiele i zarazem tak dużo.
Kiedy była niedaleko chatki Sama, Ben zawołał swoim niskim i dźwięcznym głosem:
– Pospiesz się, moja miła. Niedługo będziemy mieli gości!
Porgi, przestraszone tym krzykiem, zerwał się do lotu, będącego raczej rezultatem determinacji niż umiejętności, a głos poniósł się po całej wyspie i rozbił dopiero na wzburzonych falach.
Rey już miała mu odpowiedzieć, gdy z chatki wyburzył się Sam z wściekłą miną. Trzasnął drzwiami i dotknął dziury w boku głowy, miejsca, które zostało pozbawione małżowiny, jak zawsze kiedy był zły. Brzydkie blizny były dobrze widoczne na tle ciemnych włosów i kwaśnego grymasu.
– Nie drzyj mordy, cwelu! – wrzasnął do Bena, choć dzieliło ich wiele metrów. – Czy wiesz, która jest godzina?! Nie mieszkasz na tej wyspie sam, śmieciu!
Rey przystanęła, aby móc doświadczyć ich kolejnej kłótni. Choć relacja Sama i Bena była dosyć dziwna i czasami nieco podszyta szyderstwem, mężczyźni dobrze się ze sobą dogadywali. Przekomarzanki szybko stały się ważną częścią ich życia, a Rey zaczęła czerpać z nich przyjemność.
Ich przyjaźń opierała się na osobliwych podwalinach, lecz ciągle trwała. To Sam zawsze wymuszał na Benie poranne polowania na ryby i prace renowacyjne. Gdyby nie on, Rey i Ben już dawno spaliby na kupie gruzów.
– Rusz dupę, śpiący królewiczu! – huknął Ben. – Nie możesz przyjmować gości w takim stanie.
– Właśnie, że mogę. – Sam odwrócił się do Rey, wskazał gestem na swoje znoszone szaty nijakiego koloru. – Możesz powiedzieć temu troglodycie, żeby nie budził całej wyspy za każdym razem, kiedy będzie chciał z tobą porozmawiać? Naprawdę mam dość bycia budzonym o świcie przez wasze małżeńskie porachunki, siostro. Choć może dobrze, że przynajmniej nie ganiacie się z mieczami świetlnymi poza treningiem, a ja nie muszę interweniować przeciw przemocy domowej. – Sam miał talent do odlatywania w rozmyślaniach i jednoczesnego paplania, jak przekupka na targu. – Czy każdy wasz wieczór wygląda w ten sposób – krzyczcie do siebie? Albo na siebie? Lubisz jak się podnosi na ciebie głos? To jakiś fetysz?
Rey czuła śmiech Bena w swoim umyśle.
– Sammy, ubierz się ładnie – powiedziała jedynie. – Będziemy mieć gości.
– Tylko nie Sammy! – zawołał za nią, kiedy zaczęła zabiegać po stopniach w dół.
Czuła jak każda jej komórka pragnęła być jak najbliżej Bena. Usta piekły ją by wykrzyczeć mu sekret prosto w twarz. Nie chciała jednak robić tego w ten sposób, musiała przekazać mu to wszystko w odpowiedniej scenerii, odpowiednio dobierając słowa.
To nie była byle błahostka.
Uczucia tętniły w niej, kiedy obiecała sobie, że zrobi to już dziś.
Zbiegła do wioski. Ben stał przed ich domem z urządzeniem do komunikacji w ręku. Miał na sobie to, co tutaj mogło uchodzić za piżamę – luźne szaty – i uśmiechał się szeroko.
Prawe oko lśniło nienaturalnie w słońcu, a to dlatego, że było sztuczne. Siatka blizn dookoła oczodołu była śladem tortur, jaki miał już na zawsze znaczyć jego ciało i duszę. Rey szybko przyzwyczaiła się do nowego wyglądu jego twarzy, ale przypomnienie najgorszego dnia ich życia miało nigdy nie opuścić i jej.
Ben znowu pomachał urządzeniem komunikacyjnym jakie zostawili im Rebelianci w czasach, gdy Rebelia jeszcze istniała. Dwa mechaniczne palce – serdeczny i środkowy – wydawały się czarne na tle jasnej skóry. Przez ostatnie miesiące Ben zapuścił brodę, jego twarz stała się ogorzała od częstego przebywania na wietrze i słońcu.
Jego widok zapierał jej dech w piersiach.
Uśmiechał się do niej spokojnie i szczerze.
Wydawał się taki spokojny i szczęśliwy, lecz Rey wiedziała ile musiał przejść, aby dojść do tego stanu. Ile wszyscy musieli przecierpieć. Obiecała sobie, że już nigdy więcej nie pozwoli mu na odczuwanie takiego bólu.
Kiedy ją do siebie przyciągnął i pocałował w czubek głowy, dziewczyna zyskała pewność, że zrobi to właśnie dzisiaj.
Dziś wieczorem.
Ben ocknął się z półsnu w pustym łóżku.
Nie pamiętał o czym śnił, ale nie czuł się wyspany, więc musiał to być koszmar lub jedna z tych niepokojących mar sennych.
W pierwszej chwili przestraszył się, czując, że Rey zniknęła. Pościel po jej stronie łóżka była zmięta i zimna. Czasami Ben budził się i nie całkiem świadomy swoich czynów, szukał obecności żony, a gdy jej nie znajdował, zaczynał panikować. Ile to razy śnił, że Rey odeszła od niego? Zostawiła go lub nigdy jej nie było? Może tylko ją wyśnił?
A przecież była najlepszym co mu się przytrafiło.
Ben budził się zlany potem, z łomoczącym sercem i tylko słowa Rey umiały go uspokoić. Była dla niego jak kotwica, jasne światło w ciemności. Gdyby nie ona, już dawno by oszalał.
Niczego nie bał się tak, jak utraty jej.
Wyczuł jej obecność po drugiej stronie ich więzi, widział jej ubrania i miecz świetlny leżące na rozklekotanym krześle po drugiej stronie chatki, a namacalność tych dowodów jej obecności pozwoliła mu się uspokoić.
Zaraz potem nadeszły wyrzuty sumienia.
Poprzedniego wieczoru pokłócili się i choć dosyć szybko udało im się pogodzić, Ben wciąż czuł, jak zalążki silnych emocji tlą się w jego sercu. Rey jak zawsze miała rację, a on nie umiał znaleźć lepszego wyjścia niż gwałtowne, nieprzemyślane działania.
Czasami złość, strach i żal go przygniatały. Emocje i wspomnienia czekały na momenty szczęścia, spokoju ducha i wtedy atakowały. Ben coraz rzadziej się im poddawał, ale myśli o rodzicach i o tym, jak wiele zła uczynił, sprawiały, że ściskało mu się serce, a w uszach słyszał tylko szum krwi.
Ben wziął Sokoła Millennium i zaczął latać nim wokół wyspy. Rebelianci zostawili im tę kupę złomu tylko dlatego, że statek nie był w stanie wejść w nadprzestrzeń, specjalnie go uszkodzono aby nikt nie mógł uciec z Ahch-To.
Niedaleko orbity planety znajdowała się mała baza kosmiczna, która miała monitorować, czy nikt nie próbuje dostać się na planetę lub z niej uciec. Mimo to Ben kochał latać statkiem ojca, zniszczonym gratem, który odzwierciedlał jego umysł. Jako mały chłopiec bawił się na nim, obserwował ojca przy pracy, tutaj uczył się pilotażu.
Złote kostki Hana zniknęły, zabrał je Luke. Ben nie znalazł ich wśród rzeczy starca.
Przyspieszenie, szybszy ciąg silnika, głośny szum i gwałtowne skręty – wszystko to sprawiało, że łatwiej mu się oddychało. Krążył z zawrotną prędkością wokół Wyspy Świątynnej, wchodził w ciasne zakręty i leciał tuż nad powierzchnią wody, strasząc morskie stwory. Czuł jak adrenalina wypełnia jego żyły, miał ochotę krzyczeć, wyć.
W pewnym momencie łzy pociekły mu po policzkach. Zwolnił i wyrównał lot.
Powoli się uspokajał.
A gdy wylądował zadowolony na kawałku skały, który miał być jego domem, Rey już czekała z wściekłą miną. Nakrzyczała na niego, że mógł się rozbić, zrobić sobie krzywdę, że jest idiotą, który ryzykuje wsiadając do tej kupy złomu. Ben wierzył jej, wiedział, że mogło się to dla niego źle skończyć. Wiedział też, że w inny sposób nie byłby w stanie wyładować emocji. Próbował jej to wytłumaczyć, ale ona nie ustępowała.
– Nie musisz się mną tak przejmować.
Słysząc te słowa, Rey go uderzyła w ramię, a potem przytuliła.
– Nie waż się więcej tego robić, dobrze? – zapytała miękkim głosem. – Nie strasz mnie już więcej. Nie jestem w stanie znieść myśli, że może stać ci się krzywda. Nie po tym co się wydarzyło na Supremacy – dodała cicho.
Świadomość, że mógł napędzić jej strachu była bolesna.
To żona pomagała mu sobie poradzić z tym wszystkim, co go przerastało. W ciągu ponad roku wiele razy go pocieszała, pozwalała mu się wygadać, śpiewała, gdy nie mógł zasnąć. W najgorszych momentach przynosiła mu jedzenie i zachęcała do treningu, gdy nie był wstanie podnieść się z łóżka, gdy nawet umycie się go przerastało, bo ten niewidzialny ciężar emocji zgniatał mu klatkę piersiową i odbierał wszelkie siły.
Siedziała godzinami i ściskała go za palce, kiedy potrzebował ciszy.
Świat tracił wtedy kolory i kontury, wszystko było szare i miękkie, nijakie. I tylko jej głos przebijał się do jego umysłu – „Jestem tutaj, wszystko będzie dobrze. Jestem przy tobie, jesteśmy bezpieczni".
Powoli i z uporem wyciągała go na powierzchnię, pokazywała jak zacząć żyć na nowo, jak patrzeć na świat po tym wszystkim czego doświadczyli.
Bo chociaż on się zmienił, świat uparcie trwał nienaruszony. Jakby z niego drwił.
Ben musiał zawsze mieć coś do zrobienia, ważne zadanie do wypełnienia, a wyspa była w nie uboga. Gdyby nadal zajmował ważne stanowisko w Najwyższym Porządku, mógłby poświęcić się pracy, w której był dobry. Polityczno-wojskowe machinacje zawsze były dla niego fascynującym tematem, a tymczasem jedyne, czym mógł się zająć na tym odludziu była naprawa kamiennych domków, szperanie w i tak popsutym, Sokole, walka na miecze świetlne lub polowanie z paplającym nieustannie Samem.
Na samym początku ich zesłania pracy do wykonania było znacznie więcej, z czasem Rebelianci zaczęli przywozić im holopowieści i holofilmy, Rey za nimi przepadała, ale Ben szybko znudził się popularnymi tytułami. Poe, jak na złość, nie chciał przywieźć mu czegoś ambitniejszego niż przygodowe romanse w horrorowych klimatach.
Z chaotycznych rozmyślań Bena wyrwał nieprzyjemny dźwięk urządzenia do komunikacji z Poem. Mały, owalny dysk leżał na stole pod niedużym oknem i uporczywie pikał, świecąc na zielono.
Mężczyzna przyciągnął go Mocą z niechęcią. Zazwyczaj to Rey rozmawiała z generałem Sojuszu Wolnych Planet, czyli iście republikańskiego tworu politycznego, który uparcie twierdził, że nie zamierza przekształcać się w kolejną Republikę. Ben znał historię za dobrze, aby w to wierzyć, ale musiał odebrać. Inaczej Poe mógłby pomyśleć, że banici nie wywiązują się ze swojej umowy, a to jedynie sprowadziłoby na nich większe kłopoty.
Ben nawet chwilę nie myślał o tym, że jest zaspany, siedzi w rozgrzebanej pościeli i ma na sobie rozciągniętą szatę, która stanowiła jego piżamę w chłodniejsze dni.
Odebrał, a niewielki hologram Poego Damerona wyrósł mu przed twarzą.
Generał jak zawsze był nienagannie ubrany i ogolony, stał wyprostowany i dumny. Zapewne spodziewał się rozmowy z Rey, a nie z jej mężem o oszpeconej twarzy i nierównej brodzie. Ben miał ochotę wyszczerzyć się do niego, ale postanowił nie psuć swojego, i tak już dziwnego, obrazu w oczach Poego.
– Witam – powiedział Poe nieco zmieszany. – Spodziewałem się Rey.
– Zdaję sobie z tego sprawę – odparł Solo z irytacją w głosie.
Poe zmrużył oczy, jak zawsze kiedy musieli ze sobą porozmawiać. Zapewne spodziewał się, że Ben zaraz wyciągnie miecz świetlny i się na niego rzuci, jak na zbrodniarza wojennego przystało. Rebelianci – których już nikt tak nie nazywał, bo zapanował pokój w galaktyce – nie mieli pojęcia, że Rey użyła Mocy, aby odebrać im miecze świetlne Bena, jej i Sama.
To była chyba ich największa tajemnica, ale wszyscy troje zgodnie milczeli. Czuli się bez broni, jak bez ręki.
– Czego chcesz? – warknął do generała.
Poe nie wyglądał, jakby zrobiło to na nim wrażenie. Przybrał znudzony wyraz twarzy.
– Mamy dla was nową dostawę, a ja muszę porozmawiać z twoją żoną.
Ben przekrzywił głowę i uśmiechnął się do hologramu, wiedział, że zdenerwuje tym Damerona.
– A mogę wiedzieć w jakim celu?
– Nie – burknął Poe. Na słowa Bena zawsze reagował gwałtownie, choć rozmawiali ze sobą ledwie kilka razy w życiu i zazwyczaj tylko podczas nowych dostaw. – Będziemy za dwie godziny, powiedz Rey, że chciałbym z nią porozmawiać.
– No spoko – wymamrotał Ben, a Poe się rozłączył.
Przez chwilę mężczyzna siedział w bezruchu, walcząc z ochotą ciśnięcia komunikatorem przez całe pomieszczenie. Nie z wściekłości, jaka napędzała go, gdy był pogrążony w ciemnej stronie Mocy, ale ze zwykłej ludzkiej irytacji.
Chwilę zbierał się sobie, aż w końcu podążył za więzią w kierunku umysłu żony i zawołał ją. Musiał przygotować się na ten dzień.
Ludzie z Sojuszu Wolnych Światów przywozili zaopatrzenie na Ahch-To dwa razy w miesiącu. Zazwyczaj było to jedzenie w puszkach, skrzynki z owocami, które trzeba było szybko zjeść, bukłaki z wodą, sprzęty pierwszej potrzeby, leki, nowe ubrania. Jednocześnie dokonywali inspekcji warunków życia zesłańców i kontroli bezpieczeństwa.
O Ahch-To wiedziało dziesięć osób, mapa została zniszczona po tym, jak Poe zapamiętał cały tor lotu i teraz to on za każdym razem pilotował U-winga, jakim przywożono rzeczy. Wśród wtajemniczonych znajdowali się najbliżsi i najbardziej zaufani współpracownicy generała, w tym jego mąż – Finn. Ben ledwie pamiętał ciemnoskórego chłopaka, byłego szturmowca z ich kilku spotkań sprzed małżeństwa z Rey. Lubił go znacznie bardziej niż jego męża, choć kiedyś skrzywdził go na Starkillerze, ale nie pamiętał tamtego dnia zbyt dobrze.
W ich towarzystwie zawsze czuł się jak ten zły kolega, z którym muszą się użerać i który ściągnął ich przyjaciółkę na drogę ku ciemności.
Rey zawsze bawiło to twierdzenie, ale Ben widział błysk w jej oczach, gdy sugerował, że to miłość do niego tak ją zmieniła.
Odpowiedź brzmiała: i tak, i nie.
Oboje wpływali na siebie nawzajem, ale też kształtowali się niezależnie od siebie. Ich miłość, ta osobliwa więź dusz, była wynikiem tego, w kogo powoli się zamieniali. Była wynikiem końcowym docierania się ich osobowości.
Lecz gdyby się nie znaleźli, ich światy wyglądałyby zupełnie inaczej i byłyby znacznie uboższe.
Poe wdawał się Benowi wyniosły i choć jako pilot i dowódca wojskowy najwyraźniej sprawdzał się świetnie, miał irytujący nawyk formalizowania większości aspektów życia skazańców. Ben cztery tygodnie starał się o pozwolenie dla niego i Rey na opuszczenie planety w celu wzięcia ślubu. Nawet podczas krótkiej ceremonii Rebelianci – wciąż tak przez nich nazywani z braku lepszej nazwy – uważnie ich obserwowali i traktowali jak więźniów.
U-wing wylądował na nisko umiejscowionym, płaskim kawałku skały. Wcześniej w tym miejscu stał Sokół, ale musieli go przenieść, gdy woda zaczęła podmywać statek, a porgi zrobiły z niego gniazdo.
– Wiem, że ich nie lubisz, ale postaraj się nikogo nie mordować wzrokiem – poprosiła Rey.
Od rana wyglądała na zdenerwowaną, szczególnie, gdy Ben przekazał jej, że Poe lub Finn chcą porozmawiać z nią na osobności. Od razu zaznaczył, że mu się to niepodoba, a żona zgodziła się z nim.
Osiągnęli w końcu upragniony spokój, nie mieli zamiaru teraz go zaprzepaścić.
Oboje mieli mieszane uczucia co do nowej władzy, jaka zaczynała roztaczać się na galaktyką. Na razie były to jedynie sojusze i mniejsze unie międzyplanetarne, ale powstanie większego tworu było tylko kwestią czasu.
– Dla ciebie wszystko, moja miła – rzekł Solo z uśmiechem.
Sam udał, że wymiotuje, słysząc ich słowa i wywrócił oczami, a Rey zaśmiała się. Czasami Sam wydawał się być ich dużym dzieckiem, które musieli stawiać do pionu, ale oboje bardzo cieszyli się z jego obecności.
Właz U-winga się otworzył i na targaną wiatrem wyspę wyszedł Poe Dameron w swoim idiotycznie dopracowanym stroju, butach wyczyszczonych na wysoki połysk i irytująco wesołej twarzy. Tuż za nim czaił się Finn w nie mniej niedorzecznym kaftanie.
– Cześć – rzuciła Rey jako pierwsza.
Ostatnie spotkania przy dostawach nie były już tak niezręczne, jak te pierwsze, lecz atmosfera nadal była gęsta i napięta.
– No witamy, witamy – dodał Sam. – Przywieźliście nam jakieś urocze stworki w charakterze zwierzątek domowych? Ostatnio myślałem nad hobbystyczną hodowlą phillaków.
Poe kiwnął głową, jakby on również brał kiedyś pod uwagę zostanie farmerem kosmicznych kóz. Finn niemal się uśmiechnął. Z godnym pozazdroszczenia zapałem rozglądał się po wyspie.
Z statku wyszło jeszcze kilkoro ludzi, wszyscy byli znani mieszkańcom wyspy, choć Ben nie znał ich imion. Trzymali się na dystans od banitów, jakby ci zarażali.
Od razu zaczęli wynosić pudła i skrzynki na zewnątrz.
– Oprowadźcie mnie po wiosce, a nasi przyjaciele wszystko rozpakują – zaproponował Poe zwyczajowo.
Zawsze on lub Finn odciągali skazańców od statku, aby reszta mogła wyładować wszystko, zostawić na środku niczego, a potem odlecieć, podczas gdy Ben, Rey i Sam musieli wszystko zanosić kilkadziesiąt metrów wyżej.
Na takie życie się zgodzili i teraz musieli znosić jego uroki.
Poe i Finn zagajali Bena i Rey rozmową, na Sama prawie w ogóle nie zwracali uwagi, co najwyraźniej mu się podobało. Jak zwykle kręcił się gdzieś pod nogami i rzucał dziwne komentarze. Kiedy nie miał już ważnego zadania jako Rycerz Ren, jego entuzjazm i wrodzona nadpobudliwość dawały o sobie znać.
Ben odburknął kilka odpowiedzi na pytania Poego, kiedy wspinali się po schodach do wioski. Generał co chwila rzucał okiem na swojego męża, a Finn patrzył z obawą na wzburzony ocean i potwory w nim żyjące.
– Więc, jak żyje się w spokoju, z dala od problemów galaktyki? – zagaił Poe, patrząc na Bena.
Tak naprawdę nie obchodziło go to, ale starał się sprawiać wrażenie uprzejmego, a Solo nie mógł choć tego nie docenić.
– Cudownie – odparł z wymuszonym uśmiechem. Poe nieznacznie się skrzywił, widząc jego mechaniczne oko, za co Ben miał ochotę mu przyłożyć, choć sam przez pierwsze tygodnie reagował w ten sposób na swoje odbicie. Rey natomiast nigdy nie miała z tym problemu, patrzyła na niego tak samo, jak wcześniej. – No wiesz, dojenie morskich krów, łapanie ryb, kłócenie z się z upierdliwymi Opiekunkami, świeże powietrze i przyroda. No i woda, od której temperatury odmarzają ci jaja.
I wiatr, najgorszy jest wiatr, dodała Rey, śmiejąc się poprzez ich więź.
Ich oczy spotkały się nad ramieniem Poego i Ben dostrzegł w jej spojrzeniu figlarne ogniki. Od razu zrobiło mu się cieplej, a uśmiech stał się szerszy.
Tak bardzo kochał swoją żonę, że momentami to aż bolało.
Poe zaczął coś mówić, ale małżonkowie już go nie słuchali.
Nie irytuje cię ich ignorancja?, zapytał.
Irytuje, ale musimy wytrzymać jeszcze tylko trochę. Zaraz się stąd zmyją, a wieczorem... Uśmiechnęła się do niego znacząco.
Ben zamruczał, czuł jak jego krew zaczyna buzować w żyłach.
Czy to jest obietnica?
Być może, zaśmiała się.
– Na wszystkie światy, czy wy właśnie uprawiacie mentalny seks? – zapytał Sam zdecydowanie zbyt głośno. – Znowu?!
Rey się zarumieniła, Finn spuścił wzrok, a Ben trzepnął Sama w głowę, omijając miejsce, z którego odcięto mu ucho. Kolega wydawał się dumny ze swojego komentarza.
Poe za to zmarszczył brwi.
– Czy to jakiś nowy rodzaj cyberseksu? – zapytał.
– Błagam, nie rozmawiajmy o tym – wymamrotała Rey i od razu zmieniła temat na sposób, w jaki przygotowują wioskę do zimy.
I nagle wszyscy wydali się bardzo zaciekawieni systemem grzewczym, na który składało się kilka rozklekotanych przenośnych grzejników rzężących niemiłosiernie i niedziałającyh pieców.
Finn i Poe szybko obejrzeli chaty w wiosce. Ben wcześniej pochował miecze świetlne i inne mało legalne przedmioty, ale nie zdążył posprzątać. Nikt najwyraźniej nie przejmował się bajzlem, który ostatnimi czasy stał się niemal namacalną istotą.
W pewnym momencie Rey, Sam i Finn wyszli na zewnątrz i Solo został z Dameronem w magazynie na beczki z wodą.
– Benie – odezwał się w pewnym momencie Poe. Ben nie pamiętał, czy generał kiedykolwiek wcześniej wymówił jego imię. – Ostatnie tygodnie były dosyć ciężkie, mamy trudną sytuację polityczną i gdybyś zechciał nam użyczyć dzienników swojej matki...
– Nie.
Poe już wielokrotnie prosił go o użyczenie dostępu do pamiętników i dzienników Lei Organy, ale Ben nie był gotowy aby dzielić się nimi z kimkolwiek. Nawet Rey ich nie czytała. Solo czuł, że jeśli pozwoli komuś do nich zajrzeć, odsłoni również głębię swojej straty i tęsknoty za matką.
Generał zacisnął usta i skinął głową.
– Dobrze – orzekł niechętnie.
Ben mimo wszystko wiedział, że Dameron wkrótce znowu powróci do tej sprawy. Poczuł się jednak trochę źle z powodu tak ostrej odmowy. W końcu generał i tak traktował ich dosyć ulgowo.
A może to ostry wiatr stępił oschłość Bena.
– Wiem, że wam trudno, cokolwiek próbujecie stworzyć, ale dacie sobie radę bez przewodnictwa mojej matki.
Poe jednak zdawał się go nie słyszeć, zajęty problemami w swojej głowie. Po chwili odwrócił się i wyszedł, najwyraźniej usatysfakcjonowany inspekcją chat.
Skarbie?, głos Rey wyrwał Bena z konsternacji. Możesz mi pomóc?
Co się stało?
Oni chcą mnie, gdzieś wysłać na misję...
Nim Rey skończyła mówić, Ben stał już na zewnątrz tuż przy jej boku. Przyciągnął ją do siebie, wiedząc, że ten pokaz męskiej terytorialności ją jedynie rozbawi. Za to na twarzy Finna odmalował się strach.
Solo ostatkiem sił powstrzymał się przed przed odrzuceniem włosów, aby uwidocznić mechaniczne oko i przed uśmiechnięciem się niczym prawdziwy diabeł.
– Do czego chcecie zmusić Rey? – warknął, wciąż się szczerząc.
Finn przełknął ślinę, ale nie ustąpił pod spojrzeniem Bena, dzięki czemu urósł w jego oczach. Choć dosyć nieznacznie.
– Mamy problemy z niezadowolonymi byłymi generałami Najwyższego Porządku i interwencja Rey mogłaby rozwiązać tę sprawę.
W sercu Bena obudziła się panika. Za każdym razem, gdy się budził, właśnie tego się obawiał – że kiedyś, ktoś odbierze mu żonę lub ona sama go zostawi.
Umysł Rey drgnął, była świadoma tego lęku wewnątrz jego serca.
– Nie po to zgodziłam się na wygnanie, żebyście teraz mogli mnie wysyłać, gdzie wam się chce – odparła chłodno. Ben wiedział ile ją to kosztowało. – To jest ta sprawa, którą chciał ze mną omówić Poe?
– Tak. – Finn był wyraźnie zmieszany. – Ale twoja pomoc...
– Nie słyszałeś co powiedziała moja żona? – warknął Ben. Czuł jak złość zaczynam w nim buzować, lecz teraz, w przeciwieństwie do dawnych czasów, był w stanie ją kontrolować, nadać jej bardziej konstruktywny kształt. – Jaki sens ma wysyłanie nas na tę zabitą dechami wyspę, skoro chcecie nas teraz traktować jak najemników?
Finn przygryzł wargi i Ben już wiedział, że wygrali. Rey nieco się rozluźniła i odsunęła od męża. Pomimo stanowczości, wciąż lubiła swoich dawnych towarzyszy broni.
– Nie mogę tego zrobić – wyjaśniła. – To byłoby niefair wobec wszystkich strat i całego bólu, jakiego doświadczyliśmy nim ta wyspa stała się naszym domem.
A ta droga była długa, bardzo długa i bolesna. Zniszczyła ich i stworzyła na nowo. Być może nie przetrwaliby większej ilości strat.
– Rozumiem – przyznał były szturmowiec i Ben mu wierzył.
Żona postąpiła krok naprzód i uścisnęła dłonie Finna.
– Ale mam do ciebie jedną prośbę. Chodzi mi o zamówienia na... – zawahała się na zaledwie kilka sekund, ale to wystarczyło aby Ben nabrał pewności, że ma to związek z tym, co ostatnio ją trapiło i zaprzątało myśli. – Droida medycznego klasy czwartej.
Benowi na chwilę zrobiło się słabo, gdy bardzo abstrakcyjna myśl uderzyła go znienacka. Odepchnął ją, nie dając sobie złudnej nadziei.
Finn również wyglądał na zmieszanego.
– Potrzebujecie droida?
– Nie teraz, ale wkrótce się przyda. Nadchodzą ciężkie miesiące, ostatniej zimy mieliśmy dużo szczęścia, ale sztormy będą pojawiać się coraz częściej.
Rey uśmiechnęła się łagodnie i najwyraźniej sympatia do niej wzięła górę nad podejrzliwością w sercu Finna, pomimo niezbyt logicznego wyjaśnienia.
– No dobra.
Finn odszedł w stronę U-winga.
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Ben pochylił się i pocałował ją w czubek głowy, Rey zadrżała i splotła ich palce. Przez chwilę istniała tylko ich dwójka, nie było wyspy, natrętnych resztek Rebelii, ani Sama kłócącego się z Poem o potencjał gospodarczy hodowli porgów.
– Wyjawisz mi co kombinujesz? – zapytał Ben.
Rey uśmiechnęła się, a jej nos zmarszczył się przy tym uroczo.
– Niedługo.
Rebelianci odlecieli, zostawiwszy zaopatrzenie bliżej wioski niż zazwyczaj. Dzięki temu banici mieli mniej roboty przy przenoszeniu rzeczy niż zazwyczaj. Nie sprawiło to jednak, że praca nagle stała się ciekawsza lub łatwiejsza.
Rey nie miała jednak nic przeciwko kilku minutom, jakie musiała poświęcić na skupienie się przy używaniu Mocy. Dzięki temu mogła przestać się denerwować tym, jak szybko czas przecieka jej przez palce.
"Dzisiaj, to musi być dzisiaj".
Podczas gdy Ben i Sam dźwigali ciężkie pakunki i skrzynki dzięki sile mięśni, ona wolała sięgnąć do Mocy. Jej silny strumień zawsze oblewał umysł Rey niczym chłodne wody oceanu, za każdym razem zachwycał ją fakt, jak bardzo Moc była częścią niej. Nie była w stanie sobie przypomnieć, jak żyło się bez niej.
Czy w tamtych latach jej dusza nie czuła się jałowym polem?
Dzięki Mocy widziała świat zupełnie inaczej, wyraźniej, dokładniej. Czuła go dookoła siebie, jak życie tętniło w każdej istocie, każdym zdarzeniu, każdym podmuchu wiatru.
Przenosiła zaopatrzenie szybko i skutecznie, unosiła je Mocą i kierowała do magazynu. Musiała przy tym kilkakrotnie zbiec po schodach, a później się po nich wspiąć. Czuła, jak powoli opuszczają ją siły. Od dawna wolała zmęczenie spowodowane posługiwaniem się Mocą – ospałość i otępiałość jakie atakowały umysł.
W ostatnich dniach nie czuła się najlepiej pod względem fizycznym. Zbrzydł jej ból mięśni i pot zalewający oczy z wysiłku, żołądkiem coraz częściej targały mdłości.
Wiedziała, że Ben to zauważył. I czekał aż sama mu zaufa.
Jednak problem polegał na tym, że to sobie nie umiała zaufać.
– Nie zamierzasz pobrudzić rączek, co? – zagaił Sam, taszcząc baniak z wodą jedną ręką, a drugą przyciskał do boku jakieś pudło.
– Wybacz, ale nie chcę zalatywać potem na kilometr.
Sam uśmiechnął się do niej i poczłapał dalej.
– A więc jesteś taka delikatna? – zapytał ją głos Bena za plecami.
Rey pisnęła z zaskoczenia, musiał się do niej podkraść, gdy skupiła się na Samie. Mąż porwał ją w ramiona i mocno pocałował w policzek. Był cały zlany potem, ale zdawał się tym nie przejmować.
Rey spróbowała wyrwać się z jego uścisku ze śmiechem, a kiedy jej się nie udało, pocałowała go mocno.
– Postaw mnie – wyszeptała prosto w jego wargi.
– A co za to dostanę?
Pocałowała go, rozchyliła wargi i wsunęła dłonie w jego włosy. Ben wciąż trzymał ją w żelaznym uścisku, ale jego dłonie zadrżały, chcąc sięgnąć do jej pleców i pośladków. Była świadoma ile warstw ubrań ich dzieli, lepkości jego skóry i walenia własnego serca.
Odsunęła się, a on opuścił ją na ziemię. Nie zdawała sobie sprawy, jak zmiękły jej kolana. Ben zawsze tak na nią działał. Uśmiechnął się do niej w ten cudowny sposób, jakby nigdy nie cierpiał z powodu dramatu w jaki zmieniło się jego życie.
– Czy to źle, że czasami żałuję, że to wszystko nas spotkało? – zapytała, nim zdążyła przemyśleć te słowa.
Uśmiech Bena zbladł.
– Żałujesz tego, co nas połączyło czy strat, które ponieśliśmy?
Rey zamknęła oczy. Strach, złość i żal nawiedzały ją w tak różnych momentach. Nie chciała by stały się również ciężarem dla Bena.
– Po prostu czasami nie umiem nie myśleć o tym, co czeka nas w przyszłości. – Ben dotknął jej policzka, ale Rey wciąż nie rozchyliła powiek. Wypowiedzenie tego, co ciążyło jej na duszy było łatwiejsze, gdy mogła ukryć szklące się oczy. – Mamy już tak wiele, myślałam, że to całkowicie mi wystarczy. Ale pragnę... Pragnę czegoś więcej. Wierzę, że czeka na nas coś więcej.
– Nie ma nic złego w pragnieniu szczęścia i spokoju.
Mąż przytulił ją mocno do siebie, Rey pozwoliła łzom wydostać się i spłynąć po policzkach. Ben trzymał ją mocno, lecz delikatnie zarazem. Nie pozwalał jej się ukruszyć, przez ten cały czas był dla niej wsparciem tak, jak i ona dla niego.
– Czasami boję się tego, co nas czeka – wyznał cicho. – Bo życie to zagadka. Ale wiem, że razem damy sobie radę cokolwiek nas czeka.
Stali tak dłuższą chwilę, trzymając swoje obawy i pewności blisko swoich serc. A na ich dnie, zamiast nadziei, mieli uporczywą pewność tych, którzy przetrwali.
Kobiety Lanai, zwane też Opiekunkami, z początku nie znosiły dobrze obecności Przybyszów. Byli głośni i szwędali się bez celu po wyspie, nie pozwalali Lanai zajmować się wioską – co było ich obowiązkiem, od kiedy pierwsi Jedi stworzyli na wyspie świątynie – a do tego zaczęli przekształcać kamienne chaty w iście groteskowe struktury. Lanai nie znały prądu, technologii i były zaniepokojone za każdym razem, gdy Rebelianci przywozili zaopatrzenie.
Innymi słowy, przez pierwsze miesiące Opiekunki nie odnosiły się miło i grzecznie do banitów. Niejednokrotnie wdawały się w sprzeczki z Benem czy Samem, gdy ci polowali na ryby. Przeszkadzały Rey w montowaniu iluminatorów w oknach i nie chciały cerować ubrań przybyszom – choć to też był ich obowiązek.
Szczególnie podejrzliwie Lanai przyglądały się Rey. Dziewczyna nigdy nie wyjawiła im, co stało się z księgami, które ukradła. Gdy przybyła na wyspę, z drzewa, w którym mieściły się święte teksty, pozostał jedynie spopielony konar. Zaczęły porastać go kwiaty i trawy, jakby wyspa próbowała ukryć tę bliznę pod nowym życiem.
Z czasem Opiekunki i banici doszli do cichego porozumienia, a później przyzwyczaili się do siebie. Trudno było koegzystować na tak małym spłachetku ziemi z wrogo nastawionymi sąsiadami.
To Rey najlepiej dogadywała się z tubylczymi mniszkami, mimo że nie znała ich języka. Pamiętały ją jeszcze z czasów, gdy przybyła na Ahch-To w poszukiwaniu Luke'a Skywalkera.
Mężczyźni Lanai cały miesiąc spędzali na morzu. Byli rybakami, którzy po połowie wracali do rodzinnej wioski ze zdobyczami. Był to jedyny dzień, który spędzali ze swoimi kobietami, tańcząc, śpiewając i zajadając się potrawami z mulistych ryb i innych morskich stworów.
Rey była wcześniej tylko na trzech takich wydarzeniach z własnej inicjatywy, ale tym razem to Lanai osobiście zaprosiły ją, Bena i Sama na uroczystość. Ich matronie, Alcidzie-Auce, urodziła się wnuczka i Opiekunki chciały aby użytkownicy Mocy uświęcili swą obecnością to wydarzenie.
Dopiero wtedy do Rey dotarło, że mniszki musiały brać ich za Jedi. Nie zamierzała wyprowadzać ich z błędu.
Gdy tylko Ben poszedł się umyć, Rey zmieniła ubrania na coś mniej zużytego. Wybrała białą tunikę i jasnoszarą spódnicę, ręce obwiązała białym płótnem, a na plecy zarzuciła ciemny płaszcz z kapturem. Rzadko nosiła podobne stroje, przy wietrznej pogodzie spódnice były bardzo niewygodne, ale w tym stroju czuła, że jest silna.
Chciała podkreślić wagę tego dnia i słów, jakie miała wypowiedzieć dzięki strojowi.
Wymknęła się z chaty nim Ben skończył się myć. Niebo zaczęło ciemnieć, wiatr nieco się uspokoił, ale gęste chmury już napłynęły nad wyspę. Powietrze pachniało chłodem, mgła powoli zaczynała klarować się nad połaciami traw.
Rey przygładziła włosy dłonią i ruszyła do Wioski Opiekunek krętym szlakiem.
Znajdowała się ona na północnym brzegu wyspy. Zabudowania Lanai były mniejszymi kopiami z chat z Wioski Jedi i przystosowanymi do życia i zwyczajów tych istot.
Nad wejściem górowała brama, stworzona z drewna wyrzuconego przez ocean i krzewów uneti. Na placyku zebrali się mężczyźni i samice Lanai. W dłoniach ściskali kiście krasnorostów pełnych fosforyzujących pęcherzyków, machali nimi, jednocześnie tańcząc na chudych kończynach. Kilkoro Lanai grało na rogach i bębnach rytmiczne melodie, a tłum śpiewał w swoim skrzekliwym języku.
Z tego, co rozumiała Rey, pieśni Lanai zawsze opowiadały o prostym, codziennym życiu – świecie, który znali mieszkańcy tej wyspy.
Nigdy zaś nie wspominali o Jedi.
Na kamiennych stołach wyłożono misy pełne ryb, ikry i morskiej zieleniny. Samice rozlewały grog do kamiennych kubków i rozdawały każdemu, kto był chętny.
Alcida-Auka i jej potomkini z córką na rękach stały z boku i przyjmowały gratulacje od swych współplemieńców. Rey skłoniła głowę matronie Lanai i stanęła na obrzeżach światła rzucanego przez pochodnie. Miała stąd dobry widok na ocean i mgłę, która powoli wkraczała na brzegi wyspy oraz na roztańczony tłum.
Goście – jak nazywano samców – przybyli na Święto Powrotu i mieli zostać aż do kolejnego wieczoru. Nosili grube ubrania, coś w rodzaju prymitywnych kolorowych kapoków i wełniane czapki o dziwnym kształcie, przystosowanym do budowy ich głów.
Rey zapatrzyła się na radosny zgiełk, zapachy przedzierały się przez mroźne powietrze, a wiatr dął tak blisko brzegu niemiłosiernie. Mimo to Lanai bawili się hucznie, a ich energia porwała również serce Rey. Z zafascynowaniem patrzyła na prostą radość tych istot, ich nieskomplikowane życie.
Właśnie po to przybyli tutaj z Benem.
Prostota tego szczęścia ją ujęła i wzruszyła. Wszelkie wątpliwości ją opuściły.
Widziała córkę Alcidy-Auki i małe zawiniątko w jej ramionach. Młoda Opiekunka zdawała się patrzeć prosto na nią. Rey wytrzymała pod ciężarem tego spojrzenia.
W pewnym momencie ktoś wcisnął jej w dłoń kubek pełen parującego grogu. Upiła nieduży łyk rozcieńczonego alkoholu i od razu go odstawiła na najbliższy stół. Zamiast tego poczęstowała się aromatyczną zupą rybną.
Przeżuwała akurat kawałki mięsa i gumowatych warzyw, gdy do wioski przybyli Ben i Sam.
Oboje ubrali czyste i schludne szaty, a na plecy narzucili płaszcze. Lanai otoczyli ich, mahali na nich krasnorostami, śpiewali coś w swoim języku i wpychali w dłonie kubki z grogiem.
Sam dał się porwać do tańca, ku uciesze Opiekunek, a Ben szybko wycofał się, póki tubylcy stracili zainteresowanie jego osobą.
Rey czuła jak jego umysł napierał na jej, jego oczy szukały w jej twarzy tego, czego mu nie mówiła. Uśmiechnęła się, odstawiła miskę zupą i wyciągnęła do jego rękę.
Ujął ją delikatnie, jego dłonie były miejscami twarde od odcisków, a tych oboje nazbierali wiele w ciągu czternastu miesięcy na wyspie. Rey wciąż zaskakiwało jak wiele emocji można było wyrazić za pomocą drobnych gestów, uśmiechów i spojrzeń.
O tym co najważniejsze, nie trzeba było krzyczeć.
– Myślałem, że na mnie poczekasz – powiedział delikatnie.
Ciemne i nieco za długie włosy zaczynały skręcać się na końcach, przy uszach i na karku. W półmroku blizna przecinająca twarz Bena była niczym mroczne wyżłobienie.
– Musiałam pomyśleć – odparła zgodnie z prawdą.
Odwrócili się od głośnego tłumu i ciepła ognisk oraz pochodni. Stali na skraju placu w wiosce. Patrzyli na ocean, mgłę i trawy targane wiatrem. Ben gładził palcami dłoń żony. Było tak jakby na chwilę odcięli się od wszystkiego i byli sami na świecie.
– I namyśliłaś się?
– Tak.
Objął ją w pasie
– Ja też myślałem nad wieloma sprawami, kiedy tutaj szedłem z Samem – wyznał cichym głosem, niskim i pełnym siły zarazem. – Głównie nad tym, co powiedziałaś. I choć tego wcześniej nie dostrzegłem, również pragnę czegoś więcej. Również chcę... by nasz świat stał się pełniejszy. Piękniejszy. O ile możliwe jest byśmy dostali coś więcej od losu, skoro mamy już tak wiele.
Ben odwrócił do niej twarz, a Rey patrząc w jego oblicze, czuła jak prawda zaczyna napierać na jej klatkę piersiową, jak domaga się uwolnienia. Ciemne oczy męża były spokojne, a jego umysł wycofany.
Czekał na jej słowa.
A te miały smak słodyczy.
– Jestem z tobą szczęśliwa – zaczęła. Spuściła oczy, do których cisnęły się łzy radości. – Nic lepszego nie mogło mnie spotkać w życiu. Tak jak obiecałeś mi dawno temu, to była trudna przeprawa, ale przetrwaliśmy bo byliśmy razem każdego cholernego dnia. – Nie mogła pozwolić by jej głos drżał, nie mogła niepokoić Bena. – I choć mieszkanie na tej wyspie to raczej konieczność, udało nam się uczynić z niego dom. Dla naszej trójki. – Ujęła jego dużą dłoń i splotła palce z mężem. Przełknęła ślinę. – A raczej, już czwórki.
Przycisnęła ich splecione dłonie do lekko wypukłego brzucha.
Czuła jak sięga Mocą do jej ciała, jak delikatnie je badał, zupełnie jakby przesuwał po nim dłońmi. Rey niecierpliwie czekała, aż zda sobie sprawę... A potem wyczuł coś jeszcze i...
Ben zamarł w bezruchu na sekundę, wstrzymał oddech. A potem rozplótł drżące palce, delikatnie dotknął brzucha żony. Rey uniosła twarz, po której spływały łzy, takie same jak te na policzkach Bena.
– Rey... – wychrypiał z niedowierzaniem i nadzieją.
– Będziesz ojcem – rzekła przez ściśnięte gardło. – Jestem w ciąży.
Oczy Bena zalśniły, z jego gardła wyrwał się ryk radości, gdy wziął żonę w ramiona i zakręcił nią ostrożnie w powietrzu, jakby nic nie ważyła. Rey odrzuciła głowę do tyłu oszołomiona szczęściem, ulgą i wielką miłością. Wybuchnęła śmiechem. Otworzyła umysł na męża i spletli się ze sobą w metafizyczny, niemożliwy do opisania sposób sięgający głębiej niż cokolwiek innego.
Uzmysłowił sobie co oznaczało dziwne zachowanie Rey przez ostatnie dni; to jak unikała wysiłku, problemy ze snem i wieczna zaduma, która była ostatnio obca jego roześmianej żonie.
Ben postawił Rey na ziemi tylko po to, aby zaraz wziąć ją ponownie w ramiona i pocałować, śmiejąc się. By ująć jej twarz w dłonie i dotknąć jej czoła swoim. Żona zarzuciła mu ramiona na szyję. Oboje płakali.
Gdzieś z oddali dobiegły do nich odgłosy przyjęcia, ale cały świat skurczył się do ich dwójki i obietnicy cudu, jaki miał ich czekać.
– Czy serce może pęc z nadmiaru miłości? – zapytał Ben. W tym momencie właśnie tak się czuł, jakby serce miało od wewnątrz rozsadzić mu klatkę piersiową, bo w tej nagle zabrakło miejsca.
Rey pocałowała go lekko ustami mokrymi od łez. Jej wargi drżały.
Ledwie czuli swoje zmarznięte palce, nosy i policzki. Gorąca krew tętniłą ogłuszająco w ich żyłach.
– Oby nie, bo ktoś będzie musiał mnie rozpieszczać przez najbliższe miesiące – wymamrotała prosto w jego usta. – No wiesz, pewnie będę mieć smaka na wędzone ryby i inne okropności.
Perspektywa tego, co miało nadejść wydawała się Benowi piękna i niepojęta. Nawet w snach nie pozwalał sobie marzyć o czymś takim. Uważał, że nic lepszego niż małżeństwo z kobietą, którą kocha go nie czeka. Teraz widział przyszłość w perspektywie tak innej od tej, jaką miał jeszcze tego ranka.
Jego świat gwałtownie się powiększył, a serce wypełniło nowe, nieznane dotąd uczucie.
Coś większego od nadziei, czego Ben nie umiał nazwać słowami.
– Od jak dawna wiesz? – zapytał.
– Od dłuższego czasu, ale pewność zyskałam dwa tygodnie temu.
– I dopiero teraz mi o tym mówisz? – Pocałował ją w czoło. – Ty mała zołzo. – Cmoknął ją w policzek, potem w zaczerwieniony nos. – Kocham cię, kocham cię, kocham cię. – Ich usta spotkały się na dłuższy moment.
Rey czuła bicie jego serca pod swoją dłonią i jego dłoń na swoim brzuchu.
Przez większość życia głodowała, jej brzuch był wklęsły, a krwawienie nie pojawiało się miesiącami. Jej rozwój zatrzymał się na wiele lat, z powodu głodu była słaba, ale pustynia zahartowała ją w inny sposób – nauczyła zaradności i kurczowego trzymania się życia. Później dołączyła do Rebelii i zaczęła przybierać na wadze, jej wklęsłości się wypełniły, krwawienia stały się regularne, lecz jej brzuch nadal był płaski.
I myślała, że tak będzie już zawsze.
Kiedy dwa tygodnie wcześniej, stwierdziła z pewnością, że jest w ciąży, a jej brzuch zaczął się powoli zaokrąglać, zapłakała z radości. Myślała, że życie na Jakku na zawsze uczyniło z niej pustą powłokę, zostawiło ślad, który miał nigdy nie zniknąć.
Ale myliła się.
Nigdy nie sądziła, że tak bardzo ją to poruszy. Rozmawiali z Benem tuż przed ślubem o tym, że chcieliby mieć pewnego dnia dzieci, lecz dopiero, gdy zrozumiała, że zostanie matką uderzyło ją z całą swoją siłą.
Jej serce pękało z miłości i niepewności.
– Musiałam być pewna, że będziesz gotowy na taką wiadomość – wyjaśniła. – Na nasze coś więcej.
Oczy Bena błyszczały.
– Nasze coś więcej – powtórzył niemal z nabożną czcią.
Rey wtuliła się w jego ramię, Ben objął ją mocno i pogłaskał po włosach. Chłód powoli stawał się dotkliwy nawet pod grubymi płaszczami.
– Musisz wiedzieć, że się boję – wyznała mu. – Nie tego, czy sobie poradzimy, ale jak to będzie dorastać na tej wyspie. Co to będzie oznaczać dla naszego dziecka.
Naszego dziecka.
Te słowa wydarły Benowi powietrze z płuc. Z powodu tych radosnych wieści kręciło mu się w głowie.
– Poradzimy sobie i z tym – zapewnił ją, choć wiedział, że będzie to trudne zadanie. – Będziemy potrzebować pomocy Rebeliantów. – Delikatnie zaplótł kosmyki włosów żony wokół własnych palców, jak miał w zwyczaju, gdy się denerwował. – Nie miałem najlepszych wzorców za rodziców, ale dam z siebie wszystko. Nie zawiodę – obiecał drżącym głosem.
Rey westchnęła, doskonale wiedziała, że właśnie tego Ben będzie bał się najbardziej – że nie okaże się dobrym rodzicem, zawiedzie swoje dziecko, tak jak jego zawiódł Han.
– Nie pozwolę ci na to – zapewniła go. Odsunęła się i dotknęła jego policzka, przesunęła kciukiem po bliznach wokół oka. Czuła pod palcami ziemne łzy. Zmarszczyła brwi, myśląc o tym wszystkim co ich doprowadziło do tego momentu. – Ty przynajmniej miałeś jakiś wzór, a ja...
Ben nie był w stanie znieść tej cierpiętniczej nuty w głosie żony, która dawała o sobie znać nawet na długi czas po tym, jak Rey pogodziła się ze swoim pochodzeniem.
– A ty świetnie dasz sobie radę.
Rey uśmiechnęła się, widząc pewność męża.
– Skąd to wiesz?
– Bo cię znam.
„Tak, on jeden naprawdę mnie zna"– pomyślała Rey z czułością. – A ja jego"
Przez chwilę patrzyli uśmiechnięci na mgłę powoli wspinającą się po zboczu w ich stronę, a potem odwrócili się i odeszli w stronę ognisk, gdzie biesiadnicy przywitali ich radośnie.
Pieśniom nie było końca, aż do pierwszych promieni dwóch słońc, a Rey i Ben tańczyli do wtóru wesołych melodii, aż nie rozbolały ich stopy. Kiedy nadeszła pora na powrót do domu, obudzili pijanego Sama i udali się do własnej chaty.
Przez cały ten czas trzymali się za ręce.
—
Nadzieja jest jak słońce. Jeśli wierzysz tylko, gdy ją dostrzegasz, nigdy nie przetrwasz nocy.
