Work Text:
Kaoru jedyne, czego aktualnie chciał, to święty spokój. Chociaż jeden dzień wolny od wybrednych klientów, goniących go terminów zleceń, niewygodnych pytań rodziców, którzy nagle w tym okresie przypominali sobie o jego istnieniu, dzieciaków przychodzących do niego z byle pierdołami, wiecznie spragnionych uwagi i pieszczot przerośniętych goryli oraz wkurzających reklam świątecznych wyskakujących mu już niemal z lodówki. Z tego powodu na całą sobotę zamknął się w swoim mieszkaniu i przez większość dnia wylegiwał się na kanapie w salonie, odziany jedynie w perłowo różowy, satynowy szlafrok, leniwie przeglądając maile na przemian z różnymi artykułami na tablecie, popijając ulubione wino z kieliszka i delektując się przyjemną, wszechobecną ciszą.
Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy, o czym Kaoru przekonał się, gdy dotarł do recenzji swojego ostatniego publicznego pokazu AI kaligrafii. Biorąc pod uwagę ilość błędów, które znalazł w tekście, włącznie z przekręceniem jego nazwiska, szybko doszedł do wniosku, że autor wyraźnie nie znał się na tej dziedzinie i posiadał spore w braki w umiejętnościach poprawnego pisania. Czerwona syrena perfekcjonizmu momentalnie rozbrzmiała w jego głowie. Krzywiąc się, odnalazł adres korespondencyjny redakcji strony mającej śmiałość publikować takie paździerze i ponownie otworzył skrzynkę mailową, a następnie, wściekle uderzając w ekran urządzenia, zaczął pisać piękną i długą tyradę odnośnie ich niekompetencji.
Po wysłaniu wiadomości odetchnął głęboko, odłożył tablet na stolik kawowy koło wygaszonego laptopa i sięgnął po w połowie opróżniony kieliszek. Przez chwilę bawił się naczyniem, przyglądając się, jak znajdująca się w nim ciecz opływa jego krwistoczerwone, błyszczące ścianki. Zakup nowej zastawy do win był dla Kaoru obecnie jedynym plusem nacierającego na niego od tygodni z każdej możliwej strony świątecznego szaleństwa.
Upił spory łyk trunku i rozluźnił się, lecz niestety nie na długo, bowiem nie minęło kilka minut, a w pomieszczeniu rozległ się mechaniczny głos Carli informujący o przybyciu drugiego domownika. Zaraz drzwi apartamentu otworzyły się z hukiem i rozbrzmiało znajome:
– Wróciłem!
Kaoru wzniósł wzrok ku sufitowi i wydał z siebie jęk będący na pograniczu irytacji i znużenia.
– Dlaczego zawsze musisz być taki głośny? – rzucił burkliwie, kiedy Kojiro wtoczył się do salonu.
– Ja też za tobą tęskniłem, skarbie – odpowiedział wesoło Kojiro.
Kaoru wychynął resztę wina, zebrał pozostałe w nim strzępy cierpliwości i spojrzał w końcu na swojego partnera. Natychmiast znów się spiął, dostrzegając, że w ramionach trzyma duże, przepasane intensywnie zieloną wstążką pudło, z cudacznie powykręcaną kokardą w kolorze neonowej fuksji umieszczoną na wierzchu.
– Co to jest? – zapytał, wpatrując się podejrzliwie w pakunek.
– Ładnie wyglądasz – skomentował Kojiro, wychylając się za pudła i lubieżnie lustrując sylwetkę ukochanego, szczególnie skupiając się na tych miejscach, które odsłaniały poły szlafroka. I zupełnie przy tym ignorując jego pytanie.
– Pohamuj swoje dzikie popędy, gorylu – sarknął Kaoru i zmarszczył się gniewnie. – Ogłuchłeś? Pytałem, co to jest – dodał, wskazując kieliszkiem na paczkę.
– Już nie mogę cię komplementować? – Kojiro uniósł zadziornie brew, ale szybko zreflektował się, widząc minę Kaoru. Wszedł więc głębiej do pokoju i zrzucił swój tobołek tuż przy kanapie. – Kurier przywiózł dzisiaj tę przesyłkę do restauracji. Sądząc po adresie, z którego przybyła, chyba nawet wiem, od kogo jest.
Kaoru podniósł się do pozycji siedzącej i już zamierzał zerknąć na etykietę przyklejoną do kartonu, aby sprawdzić domysły Kojiro, kiedy nagle z dotąd uśpionego laptopa dobiegł dźwięk przychodzącego połączenia ze Skype. Kaoru prawie że podskoczył z zaskoczenia.
Obaj od razu skierowali swoją uwagę na urządzenie i przez parę sekund wpatrywali się w nie skołowani. Wreszcie Kaoru odłożył kieliszek z powrotem na stolik i zamiast niego wziął do ręki laptopa, po czym ostrożnie uchylił jego klapę. Po wpisaniu hasła na ekranie automatycznie pojawiło się okienko komunikatora. Kaoru, zauważywszy nazwę osoby, która się z nim kontaktowała, otworzył szerzej oczy.
– Valentina?!
– Oho? Czyżby nasza kochana cioteczka sobie o nas przypomniała?
Kojiro zaintrygowany usiadł na kanapie obok partnera i pochylił się nad komputerem.
– Dlaczego ona dzwoni akurat do mnie? – fuknął Kaoru, łypiąc na sprzęt tak, jakby miał go zaraz zaatakować.
– Przekonajmy się – odparł Kojiro i kliknął zieloną słuchawkę.
– WESOŁYCH ŚWIĄT!
Kaoru aż odsunął się, słysząc ten wrzask. Oszołomiony zamrugał, gdy w polu rozmowy zobaczył nie jedną głowę, a trzy – Valentiny i jej dwójki dzieci, Francesci oraz Emilio.
– Jakich świąt? – stęknął, pozostając w bezpiecznej odległości od monitora. – Carla, ile nam jeszcze zostało?
– Dokładnie 5 dni, 3 godziny, 58 minut i 39 sekund, mistrzu – poinformowała Carla ze swojego miejsca w stacji dokującej.
– Wow – wyrwało się Emilio. – Carla jest super.
– Wiem, bo ja ją stworzyłem – odparował dumnie Kaoru.
– Och, ale się za wami stęskniłam, moje ulubione gołąbeczki! – zawołała Val, wciskając twarz do kamerki. – Nadal jesteś tak samo przystojny, elegancki i... eee... poważny jak rok temu, Kaoru. A ty, Kojiro, nadal nie potrafisz się ubierać.
– Też się cieszę, że cię widzę, Val – westchnął Kojiro i uśmiechnął się półgębkiem. – Ty również nic a nic się nie zmieniłaś.
– Wasz antygust jest raczej dziedziczny – wtrącił Kaoru, spoglądając najpierw na krzykliwy, świąteczny sweter Kojiro z wyszytą na samym środku wielką lamą obwieszoną światełkami, w czapce Mikołaja i okularach przeciwsłonecznych, a potem na tunikę Valentiny ozdobioną równie kiczowatymi, kolorowymi pomponami.
– Hej, sam kupiłeś mi ten sweter dwa lata temu!
– Bo przegrałeś ze mną wyś... zakład! I miałeś go założyć tylko raz, a nie łazić tak wszędzie, gdzie popadnie!
– Dramatyzujesz...
– Brakowało mi tego – oznajmiła z teatralnym roztkliwieniem Valentina, łapiąc się za policzki. – Miłość jest piękna, co nie, dzieciaki?
– Jest dziwna – skontrował Emilio, przypatrując się całej scenie nieco zmieszany.
– Oni interpretują ją na dosyć powalony sposób – dodała Francesca, która była z kolei całkowicie niewzruszona i oglądała swoje pomalowane paznokcie.
– Kaoru po prostu nie zna się na zabawie – zawyrokował Kojiro, za co natychmiast oberwał kopniaka w udo.
– Apropo zabawy... – Valentina jeszcze bardziej wepchnęła się w kadr – ...spodobał wam się nasz prezent?
– Prezent? – zapytał Kaoru, przerywając szamotanie się z Kojiro.
– Czyli to od was przyszło? Wiedziałem – powiedział Kojiro i zerknął na leżący obok jego nóg pakunek.
– Skoro nie mogliście przylecieć w tym roku do nas na święta przez te wasze prace, pomyśleliśmy, że chociaż coś wam wyślemy pod choinkę – wyjaśniła Valentina, a jej brązowe oczy błysnęły filuternie. – No dalej, szkoda czekać, otwórzcie! Chcę zobaczyć, jak zareagujecie.
– Aż się boję... – mruknął Kaoru, żałując, że skończyło mu się wino. W kościach czuł, że pomysły kobiety na trzeźwo ciężko będzie przetrawić.
Kojiro także wydawał się być powściągliwy – pokiwał jedynie głową na znak "miejmy to już za sobą" i wstał na poszukiwanie nożyczek. Kiedy je znalazł, ukucnął przy kartonie, sprawnie rozciął wstążki oraz zabezpieczającą go taśmę i otworzył.
Na chwilę zapadła pełna napięcia cisza.
Kojiro spojrzał na zawartość pudła. Następnie na Kaoru. I znów na tajemniczy przedmiot. Z wyraźnym wahaniem sięgnął po niego i wyciągnął bardzo powoli, ukazując partnerowi... kostium Mikołajki.
Nie byle jaki zresztą, bo wyglądający, jakby został kupiony w pierwszym lepszym sex shopie. Kojiro trzymał w dłoniach krótką, czerwoną sukienkę obszytą białym, sztucznym futerkiem, z fikuśnym wycięciem na brzuchu i gorsetowym wiązaniem na plecach, przyozdobioną dodatkowo na przodzie złotą kokardką ze zwisającymi z niej dzwoneczkami.
Kaoru na ten widok wydał z siebie dziki skrzek, po czym odskoczył do tyłu tak gwałtownie, że niemal sturlał się z kanapy, jakby zobaczył co najmniej bombę.
– CO. TO. KURWA. JEST?!
Ku jego przerażeniu, Kojiro wydobył z pudła także czerwone pończochy ze strapsami, czerwone, również obszyte u dołu białym futerkiem długie rękawki, choker z podobną do tej umieszczonej na sukience kokardką i mikołajową czapkę.
– Żyjecie, chłopaki? – odezwała się Francesca, wychylając się nieco zza ramienia matki.
– Ja tak, ale Kaoru chyba niezbyt – odpowiedział Kojiro, przypatrując się ułożonemu na dywanie kompletowi z niejednoznacznym wyrazem twarzy.
– KTO NORMALNY...
– To był pomysł mamy – szybko doprecyzował Emilio.
– WY WSZYSCY JESTEŚCIE NIENORMALNI!
– Nie wiedziałam, że to wzbudzi u ciebie takie emocje, kochaneczku – rzuciła Valentina, która nie sprawiała wrażenia szczególnie przejętej rozsierdzeniem Kaoru.
– Skąd ci przyszedł do głowy pomysł na kupienie czegoś takiego?! – Kaoru, po względnym ogarnięciu się, usiadł z powrotem na kanapie, ale jak najdalej od Kojiro oraz ich prezentu, i nadal wzburzony splótł ręce na piersi, piorunując wzrokiem ekran laptopa.
– No wiesz, mio caro – zaczęła Valentina i uśmiechnęła się niewinnie – mam tyle lat, że zdążyłam poznać się już trochę na romansach i związkach. Urozmaicenie pożycia może znacząco je umocnić i...
– To... to są nasze prywatne sprawy! – przerwał jej Kaoru, lekko się rumieniąc. – Dlaczego my w ogóle o nich rozmawiamy? Dzieci tego słuchają!
– Nie jesteśmy dziećmi! – zaoponowali jednocześnie Francesca i Emilio.
– Szczerze mówiąc, chciałam sprawić wam coś bardziej... rocznicowego. Zależy mi na waszym szczęściu, Kaoru, na każdej płaszczyźnie. W końcu, gdybyś razem z Kojiro nie przyjechał do nas w zeszłym roku, pewnie zeszlibyście się za kolejną dekadę. Albo dekady.
– Chwila...
– Odwaliliście wtedy taki cyrk, że wszyscy prędzej czy później go przejrzeli – wtrąciła Francesca. – Swoją drogą, zachowywaliście się mega żałośnie.
– Racja – przytaknął jej Emilio.
– Specjalne wydarzenia wymagają specjalnego uczczenia – kontynuowała Valentina. – Zresztą, Kojiro nie zaprzecza.
Kaoru zerknął na partnera, który w tym czasie wyciągnął z kartonu drugi strój – Mikołaja. Dosyć kusy jak na jego powszechny wygląd.
– W sumie podobają mi się te kostiumy – stwierdził Kojiro i wskazał na krótką, karmazynową, obszytą białym futerkiem kamizelkę. – Ten pasuje do mojego stylu.
– Twój styl pozostawia wiele do życzenia – burknął Kaoru.
– Ha! Będziecie wspaniałą, mikołajową parą.
– Ugh, zaraz nie wytrzymam...
Kaoru zapadł się głębiej w oparcie kanapy, marząc o zniknięciu w tej chwili, z tego miejsca i z tego świata.
– Ciesz się, że nie dorzuciła tam jeszcze zabawek erotycznych – palnęła Francesca i pokazała mu język.
– DOŚĆ – huknął Kaoru i zerwał się na równe nogi.
– Skarbie, ale ja chętnie zobaczyłbym cię jako seksowną...
– Musimy sobie wyjaśnić z Kojiro pewne rzeczy, także wesołych świąt, nie dzwońcie do mnie przez następny rok. – Kaoru chwycił laptopa, zamierzając zakończyć połączenie i równocześnie swoje męki.
– Dziękujemy za ten... bardzo oryginalny prezent, ciociu, też cię kochamy i na pewno się jakoś odwdzięczymy! – zawołał na odchodne Kojiro.
– Udanej zabawy! – krzyknęła Francesca.
– Sorki za nie – dodał Emilio, machając im na pożegnanie.
– Nie zapomnijcie napisać później jak wrażenia! - rzuciła jeszcze Valentina, a jej rozradowana twarz okolona podrygującymi, kasztanowymi lokami była ostatnim, co ujrzeli na ekranie, nim Kaoru wreszcie zamknął okno rozmowy.
Kiedy w pomieszczeniu znów zapadła cisza, Kaoru zwrócił się ku Kojiro, który nadal siedział na dywanie wśród części ich przeklętych przebrań. I patrzył się na niego wielkimi, błagalnymi, psimi oczami.
– Nie – warknął Kaoru, doskonale wiedząc, o czym drugi mężczyzna właśnie myśli. – Nie tknę tego nawet kijem.
– Ale Kaoruuu...
– Nie Kaoruj mi tu, tym razem niczego nie ugrasz.
– ...naprawdę byłbyś piękną Mikołajką, nie żartuję!
– A w łeb chcesz dostać? Lepiej idź i zrób mi kolację, od użerania się z twoją rodziną i waszej głupoty aż zgłodniałem.
Powiedziawszy to, poprawił swój szlafrok i rozchełstany od jego wcześniejszych wygibasów warkocz, po czym nonszalancko pomaszerował w stronę kuchni. Może i teraz święta nienawidził trochę mniej, bo to ich magia dokładnie dwanaście miesięcy temu sprawiła, że on i Kojiro w końcu otworzyli przed sobą swoje serca, może i rzeczywiście mieli okazję do szczególnego celebrowania, ale... istniały rzeczy, na które Kaoru po prostu nie zamierzał się zgodzić.
Za żadne istniejące skarby.
*
Szybko jednak okazało się, że Kojiro z kolei nie planował tak łatwo się poddać, traktując sprawę prezentu Valentiny niemal jak kwestię życia i śmierci. Przez kolejne dwa dni mimo wyraźnych i twardych sprzeciwów Kaoru próbował przekonać go, że pomysł z kostiumami nie był wcale taki zły, powołując się na argument "co się dzieje w alkowie, pozostaje w alkowie". A gdy Kaoru zbywał partnera, wciąż upierając się przy swoim, ten naburmuszał się i dąsał niczym małe dziecko. Ostatecznie ich wymiany zdań tradycyjnie ewaluowały w sprzeczkę, w wyniku której Kojiro został na jedną noc wyeksmitowany do salonu.
Kaoru błędnie sądził, że ukróci tym ruchem jego starania, bowiem trzeciego dnia Kojiro niespodziewanie zmienił taktykę – zamiast prowokować nowe, zupełnie bezowocne dyskusje, zaczął się do niego podejrzanie przymilać. Rankiem przyrządził mu prawdziwie włoskie, kilkudaniowe śniadanie, po południu, kiedy zajęli się swoimi obowiązkami, średnio raz na godzinę Carla zawiadamiała Kaoru o pojawieniu się nowej, nader przesłodzonej wiadomości od Kojiro (aktualnie szczególnie dużego) imbecyla, wieczorem zaś ów imbecyl przytargał nie wiadomo skąd ogromnego, zielonego krzaczora oraz karton pełen kiczowatych ozdób świątecznych i radośnie zbezcześcił nimi estetyczne wnętrza jego mieszkania. Całość podjętych przez siebie działań zwieńczył puszczeniem z kina domowego okropnie ckliwego utworu jakiejś amerykańskiej piosenkarki i poproszeniem go do tańca.
Choć Kojiro często zachowywał się podobnie także i w normalnych okolicznościach, Kaoru domyślał się, co w tym przypadku chce osiągnąć. Dlatego nawet ciepłe ramiona, czułe pocałunki i nieprzejednany romantyzm ukochanego nie złamały go w obliczu zagrożenia jego godności.
Nawet płynąca z tych gestów przyjemność, którą mimowolnie w głębi swojego łaknącego pieszczot ducha odczuwał.
Zarówno walki wewnętrzne, jak i zewnętrzne, które Kaoru toczył tak zajadle w temacie pozornie miałkim, finalnie doprowadziły do tego, że piątego dnia uaktywniła się najbardziej problematyczna część jego mózgu, ta odpowiadająca za nadmierną interpretację i analizę wszystkiego. Mieląc w kółko słowa Valentiny i natarczywe umizgi Kojiro, wysunął pewne, wydawałoby się, że brzmiące kuriozalnie wątpliwości – może Kojiro nie chodziło tylko o świętowanie rocznicy ich związku, może Kaoru przestał już dawać mu satysfakcję w łóżku i zwyczajnie się nim znudził. On nie pierwszy zresztą.
Im więcej może produkował umysł Kaoru, tym coraz intensywniejsza gorzkość rozlewała się po jego sercu. Nie będąc w stanie się jej samodzielnie pozbyć, razem z nią wybrał się na kolację wigilijną, organizowaną przez Kojiro w Sia la Luce dla grupy ich przyjaciół. Przed wejściem do lokalu przybrał jednak swoją standardową maskę lokalnego Grincha, aby nikt nie zorientował się, że coś gryzie go mocniej niż zawsze. Na szczęście dzieciaki głównie interesowały się jedzeniem, Shadow Oką i rozrabiającym Sketchy'm, a Kojiro pilnowaniem porządku. Kaoru mógł więc w spokoju pałaszować swoją świąteczną carbonarę, przynajmniej aż do momentu, gdy Kojiro zniknął z brudnymi naczyniami na zapleczu. Wtedy spojrzenia wszystkich siedzących przy stole jednocześnie skierowały się na jego osobę.
– No i czego patrzycie się jak sroka w gnat? – burknął, przełknąwszy kolejną porcję makaronu.
– Dobrze się czujesz, Cherry? – zapytał nieco niepewnie Reki.
– Wyśmienicie – wycedził Kaoru, łypiąc z irytacją na nastolatka.
– Na pewno? – wtrącił Miya ze swoim charakterystycznym, złośliwym błyskiem w oku. – Wyglądasz dzisiaj, jakbyś miał nie kija, a cały tartak w tyłku.
– Miya...
– Miya chciał przez to powiedzieć, że wyglądasz na przygnębionego – uściślił natychmiast Shadow. – Ja też tak uważam. Jeśli coś się u ciebie dzieje, możesz się z nami tym podzielić, pamiętaj.
– Pokłóciłeś się z Kojiro i żyjecie teraz w celibacie?
– Miya!
Kaoru z łoskotem odłożył widelec, odsunął od siebie prawie wyczyszczony talerz i przesunął wzrokiem po swoich towarzyszach, którzy wciąż wpatrywali się w niego nieustępliwie. Następnie westchnął ciężko i zaplótł ręce na piersi.
Pięć na jednego, cóż za niesprawiedliwość. Chociaż tyle, że Adam i Tadashi ulotnili się z Okinawy już tydzień wcześniej pod pretekstem zagranicznej delegacji. Wolał nie spekulować, co by się działo, gdyby jeszcze z nimi musiał się tutaj mierzyć.
– Ugh, niech wam będzie – mruknął i streścił im pokrótce sprawę prezentu ciotki Kojiro (ale bez dokładnego opisywania jego zawartości, dlatego że w grę wciąż wchodziła jego godność) i swoje wątpliwości.
Kiedy skończył, na długą chwilę zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosami dochodzącymi z tylnej części restauracji.
Wreszcie jako pierwszy odezwał się Shadow, stwierdzając, że prędzej kaktus urośnie mu na dłoni, niż Kojiro się nim znudzi. Miya rzucił, że obaj są kompletnymi idiotami, Reki im przytaknął, a Langa nie skomentował tego w ogóle, bo pochłaniał właśnie szóstego świątecznego burgera.
– Według mnie, Kojiro po prostu zależy na tym, żebyście miło spędzili waszą rocznicę – oznajmił z kolei Oka i była to jedyna mądra rzecz, którą od nich usłyszał.
Ich dalsze dywagacje przerwał Kojiro, który wrócił z kuchni z tacami pełnymi różnorodnych ciast i Sketchy, który skoczył na stojącą w rogu pomieszczenia choinkę i stłukł parę wiszących na niej bombek.
Wypowiedź Oki trzymała się jednak Kaoru przez resztę spotkania. Nie opuściła go także później, w trakcie jego nocnych, gorączkowych rozmyślań nad tą kwestią.
Może... może Oka rzeczywiście miał rację.
*
Takim oto sposobem wieczorem dwudziestego piątego grudnia Kaoru stanął przed lustrem w swojej garderobie odziany w fikuśny strój Mikołajki. Materiał sukienki i strapsy podtrzymujące pończochy nie należały do wygodnych i trochę go uwierały, lecz poza tym nie prezentował się tak źle, jak przypuszczał. Dodatkowo kostium iście kusząco uwydatniał walory jego sylwetki, więc Kojiro powinien się podobać. I raczej będzie, biorąc pod uwagę, że rano, kiedy zakomunikował mu, iż zgadza się na wypróbowanie ich prezentu, Kojiro uwiesił się na nim niczym rozradowany pies.
Kaoru ostatni raz obrócił się, krzywiąc się na dźwięki wydawane przez dzwoneczki, i sięgnął po leżącą na podłodze czapkę. Ostrożnie nałożył ją i przygładził dłońmi swoje opadające miękkimi, różowymi falami na ramiona i plecy włosy. Następnie zerknął na stojącą na półce nad wieszakami z ubraniami figurkę kraciastego gnoma, która prawdopodobnie znalazła się tam z inicjatywy Kojiro.
– To wszystko wasza wina – fuknął, wskazując na nią palcem.
Wasza i przeklętej rodziny Nanjo. Niech ich renifer kopnie.
Z tymi myślami obrócił się napięcie i opuścił pomieszczenie, po czym powoli podreptał do dzielonej z Kojiro sypialni. W zasadzie dysponował jeszcze nikłą szansą na ucieczkę...
Robisz to tylko i wyłącznie dla Kojiro. Nikt inny cię w tym nie zobaczy, przypomniał sobie natychmiast.
Kaoru przełknął ślinę i pchnął drzwi prowadzące do pokoju. Wnet cała zalegająca w jego umyśle negatywność rozpierzchła się, gdy zobaczył, co się w nim kryło.
Na łóżku, rozwalony jak król, leżał bowiem Kojiro, ubrany jedynie w luźne, mikołajowe portki oraz niemal w pełni odsłaniającą jego muskularną pierś kamizelkę, i uśmiechając się swawolnie, bawił się pomponem od swojego nakrycia głowy.
Kaoru postąpił krok do przodu, zahipnotyzowany apetycznym widokiem ukochanego. Mimo że Kojiro paradował przed nim mniej lub bardziej nago praktycznie codziennie, za każdym razem oddziaływał na niego tak samo mocno. Zwłaszcza teraz, co było zarazem kuriozalne i intrygujące.
Kojiro, zauważywszy partnera, od razu uniósł się i zlustrował go uważnie. Kaoru aż zarumienił się pod naporem jego pożądliwego spojrzenia.
– Kaoru... moja świąteczna piękności... chodź do mnie, chcę cię dotknąć – rzekł po chwili i wyciągnął ku niemu rękę.
Kaoru, nieco skulony, w odpowiedzi przybliżył się do łóżka. Kiedy tylko znalazł się w zasięgu Kojiro, ten pochwycił go w swoje ramiona i zmusił do usiądnięcia na nim okrakiem.
– Wyglądasz wspaniale – wymruczał mu do ucha, a jego wielkie dłonie instynktownie ułożyły się na jego talii, prawie obejmując ją w całości.
Kaoru zadrżał nieznacznie.
– Chyba jak idiota – bąknął, lekko się krzywiąc.
– Czy ty siebie widziałeś?
– Bardzo wyraźnie.
Kojiro przewrócił oczami i nachylił się do kochanka, po czym musnął nosem choker oplatający jego smukłą szyję.
– Przypomina mi to czasy naszej młodości, nosiłeś wtedy podobne rzeczy – szepnął i złożył pocałunek w miejscu tuż nad ozdobą.
– Podobne? Nie obrażaj mojej markowej i starannie dobieranej biżuterii – wycedził przez zaciśnięte usta Kaoru, starając pohamować inne dźwięki, które także cisnęły mu się na język.
– Wracając do pierwszego tematu... – Kojiro pocałował go ponownie, tym razem pod paskiem akcesorium – ...jeśli chodzi o posądzanie mnie o to, że się tobą znudziłem, to prawda, w tej kwestii możesz określić się najprawdziwszym idiotą.
– Czekaj... skąd wiesz?
– Miya powiedział mi wczoraj po kolacji.
Kaoru ściągnął brwi i przygryzł wargę. Złość momentalnie zastąpiła u niego napięcie wywołane pieszczotami ukochanego.
Przeklęty dzieciak.
– Nie denerwuj się, kochanie, nie każdy jest odporny tak jak ja na twoje dzikie wymysły. – Kojiro wyszczerzył się zawadiacko.
– Sam do nich doprowadziłeś, nieznośny gorylu...
– Cii, było, minęło, teraz skupmy się lepiej na świętowaniu.
Dla zaakcentowania swoich słów Kojiro zsunął dłonie na uda Kaoru i filuternie zahaczył palcami o strapsy i koronkowe zdobienia pończoch.
– Jesteś wszystkim, czego pragnę, Kaoru, nie tylko na święta – dodał owładniętym uczuciami głosem, patrząc mu w oczy.
Ciepło i ekscytacja ponownie rozeszły się po ciele Kaoru, kumulując się w jego podbrzuszu.
– T-ty dla mnie też, głupku – wyjąkał, nim na dobre oddali się objęciom ich miłości.
Na zawsze ty.
