Actions

Work Header

Nie mogę tego wymówić, więc tego nie kupię

Summary:

Klopsiki.

Tylko tyle wiedzieli przed wyjazdem. To był duży błąd.

Notes:

Chapter 1: Rozdział 1

Chapter Text

– To – mówi, zdejmując okulary przeciwsłoneczne, Bucky – nie jest sklep meblowy.

Na pierwszy rzut oka, Steve musi się z nim zgodzić. Nazwanie tego czegoś „ogromnym” byłoby niedopowiedzeniem. Próbuje dopasować to, co widzi do swojego wojskowego wykształcenia i jedyne, co przychodzi mu na myśl, to suchy dok dla lotniskowca.

Tak zwany „sklep” to ogromny betonowy bunkier z zaledwie kilkoma przeszklonymi drzwiami. Wszystko inne jest elegancko szare, z fałszywie wesołym niebiesko-żółtym napisem. Motyw ten jest przeniesiony na pachołki parkingowe, wózki sklepowe, a nawet na olbrzymie niebieskie torby, które niektórzy ludzie taszczą przez parking.

– Jeśli nadejdzie apokalipsa zombie, to ukryjemy się tutaj. – Dodaje Bucky, rzucając Steve’owi spojrzenie mówiące o powadze tej opinii.

Steve chwyta Bucky’ego za rękę, kiedy kierują się do wejścia. Ma zamiar powiedzieć mu, że to głupie, ale wtedy przypomina sobie zapewnienia Nat o tym, że w tym sklepie jest wszystko oraz podekscytowanie Clinta faktem, że podają tu klopsiki, więc to faktycznie może być całkiem niezłe schronienie na wypadek…

– Apokalipsa zombie? Naprawdę? Bucky, ze wszystkich ludzi Ty, powinieneś wiedzieć, że prędzej wybuchnie Trzecia Wojna Światowa.

CONOP 8888 myślnik jedenaście – odpowiada Bucky. Wojskowy żargon łatwo wyślizguje się z jego ust. – Koncepcja operacji Pentagonu Na Rzecz Przeciwdziałania Dominacji Zombie. To miejsce ma najlepsze cechy tymczasowej bazy operacyjnej. Dobry widok na okolicę. Bliskie węzły komunikacyjne, i tak dalej. – Ściska dłoń Steve’a, gdy podchodzą do przypominających śluzę drzwi wejściowych. Wolną ręką zaczepia okulary przeciwsłoneczne o kołnierzyk koszulki na karku. – Poza tym Barton wspominał coś o klopsikach?

Steve zatrzymuje się w miejscu i wpatruje się w Bucky'ego, a ich ramiona rozciągają się między nimi, gdy Bucky nie zatrzymuje się od razu. Spogląda za siebie i chwyta ramię Steve'a pytającym spojrzeniem, a Steve tylko szczerzy się jak głupi i przyciąga go blisko na szybki pocałunek. Klopsiki . Myśli z sentymentem Steve. Bucky jest przystojny, inteligentny i ma swoje priorytety. Mówiąc o priorytetach…

– Wybieramy nową ramę łóżka i nowy stół do jadalni. Potem przerwa na jedzenie i zastanowienie się czego jeszcze potrzebujemy.

Bucky, który nigdy nie gra uczciwie, wyładowuje całą siłę swoich szczenięcych oczu na Stevie, a jego głos rzeczywiście staje się nieco chwytliwy, gdy mówi:

– Ale Steeeeeve, klopsiki…

– Koncentracja na misji, Sierżancie. – Steve całuje Bucky’ego w nos, a potem szturcha go, by ruszył w dalszą drogę, głównie po to, żeby nie dać się rozproszyć pięknym oczom swojego chłopaka.

Śmiejąc się Bucky spogląda przez ramię i mruczy:

– Może mnie Pan później ukarać za niesubordynację, sir. 

Steve powinien był przygotować się na taką odpowiedź. Bucky ma tendencję do oszukiwania w ten sposób. Szczególnie odkąd znalazł galowy mundur Steve’a w szafie, którą teraz dzielą. Pomysły Steve’a na temat działań dyscyplinarnych nie powinny być wygłoszone na głos w miejscach publicznych, więc tylko potrząsa głową, gdy jego oddech staje się płytki.

– Jeśli nie skupisz się na zadaniu… – zaczyna, ale nie  może skończyć. Nie w otoczeniu kupujących, których większość stanowiły rodziny z dziećmi.

Bucky znów ściska jego dłoń, a potem zatrzymuje się w miejscu, gdy naruszają tłum zgromadzony w pobliżu drzwi.

– Co do cholery ? - Pyta.

I Steve musi się z tym zgodzić, bo nie pamięta, by kiedykolwiek wszedł do sklepu, tylko po to, by zderzyć się z pojedynczymi ruchomymi schodami jadącymi w górę. Są tylko trzy drogi ucieczki, które nie są zamknięte: ruchome schody, krótki korytarz, który, jak podejrzewa, prowadzi do schodów lub windy, oraz jaskrawo kolorowe więzienie dla dzieci, pełne plastikowych urządzeń do zabawy i pokoju pełnego piłek.

Winda wydaje się celem dla wszystkich dorosłych. Obok stoi stojak z żółtymi torbami na zakupy, wystarczająco dużymi, by przemycić kilka wyrzutni rakiet ziemia-powietrze, papierowe taśmy miernicze i pudełko miniaturowych ołówków. Bucky łapie mapę sklepu, gdy Steve odciąga go na bok, poza zasięg zdeterminowanych kupujących.

– Kurwa – mówi Bucky mrugając do Steve’a. Trzyma mapę, która pokazuje kropkowaną ścieżkę przez salony wystawowe dla każdego pokoju w domu, a nawet więcej. W najlepszym razie Steve podejrzewa, że to co najmniej godzina swobodnego spaceru z jednego końca na drugi.

– To jest… – szalone . Niesamowite. Przerażające. Nie może się zdecydować, które słowo najlepiej pasuje do sytuacji. Naprawdę potrzebują planu ataku na to miejsce, bo inaczej się zgubią. Nie mówiąc już, o rozproszeniu.

Tak oto znaleźli się w tym małym korytarzu, który prowadził zarówno do schodów, jak i do windy, bazgrząc plany bitwy wojskowym szyfrem na mapie sklepu meblowego.

~~~

– Czy wszystko tutaj jest trochę… – Mówi Bucky, ale milknie, trzymając się prawego boku Steve’a w obawie, że jego metalowe ramię może przypadkiem zniszczyć te wszystkie…rzeczy. Nie jest pewien, czym jest wszystko, a etykiety nie pomagają. W połowie przypadków litera "o" ma kropki nad sobą, a wszędzie są akcenty. Jego znajomość rosyjskiego nie pomaga, bo nigdy nie wysłano go, by zabił kogokolwiek w Szwecji, a on zawsze był słuchowcem. Nikt tutaj nie mówi inaczej niż po angielsku z akcentem wschodniego wybrzeża.

Steve kładzie rękę na plecach Bucky’ego i manewruje nimi wokół wystawy kanap, które wyglądają na przeznaczone dla dzieci. Jakimś cudem udaje im się nie kopnąć trójki dzieci, które biegły tuż przed nimi.

– To wszystko jest takie malutkie. – protestuje Bucky. Nie widział do tej pory nic, co utrzymałoby jego własną wagę, nie mówiąc o Stevie, bo Steve ma nad Bucky’m przewagę trzydziestu kilku kilogramów czystych mięśni. A już na pewno nie widział niczego, co utrzymałoby wagę ich obydwu, nawet gdyby się zachowywali. W czym, co musiał przyznać Bucky, byli raczej kiepscy.

Podążają krętą ścieżką przez Świat Kanap do rogu, gdzie znajduje się przestronny, sztuczny salon. Jest modny i geometryczny i Bucky nienawidzi go na pierwszy rzut oka, ale jest spokojny, więc rusza w tamtym kierunku, chwytając Steve'a za rękę, aby pociągnąć go za sobą. Nie wiele brakuje, by zderzyli się z wózkiem na zakupy, ale w końcu są bezpieczni.

I patrzcie, regał na książki. I osłonięty kąt. Bucky mruczy i kieruje się w prawo w stronę bezpieczeństwa, odwracając się w ostatniej chwili, by znaleźć się w ramionach Steve'a.

–  Znalazłeś już coś, na czym chciałbyś się pieprzyć, kochanie? – pyta, wspinając się na palce.

– O Boże. – Steve rumieni się, oczywiście, i szczerzy się przepraszająco. – Nawet nie pomyślałem o...

– Trwałości? – sugeruje Bucky.

– Solidności strukturalnej? – Uśmiech Steve'a rozszerza się, gdy zaskakuje Bucky'ego szybkim pocałunkiem.

Czułość Steve’a nadal uderza Bucky’ego prosto w klatkę piersiową, nawet po sześciu miesiącach, sprawiając, że czuje się lekko oszołomiony. 

– Może to, co znaleźlibyśmy w komisach z rzeczami używanymi, byłoby bardziej odpowiednie. 

Bucky czuje, jak przechodzi go dreszcz i pyta: 

– Czy Nat pokazała Ci ten artykuł o pluskwach? Jeśli nie, nie czytaj go . Po prostu… nie. W najgorszym wypadku kupimy coś z wygodnymi poduszkami i położymy je na podłodze. 

– Dobrze kochanie. Byle to nie był futon. Mamy sypialnię dla gości. W salonie powinna stać porządna kanapa.

Bucky przytakuje, ale jeszcze się nie rusza. W ramionach Steve’a jest mu po prostu zbyt dobrze. Bucky potrzebuje kilku minut, zanim znowu zanurkuje w szaleństwo. Powinni byli przyjechać tutaj w każdy inny dzień poza sobotą. Złe planowanie.

Więc rozgląda się po sztucznie umeblowanym salonie i trochę nieprzytomnie pyta:

– Czy potrzebujemy regału? – On sam dwa lata wcześniej przerzucił się na ebooki, ale w tych regałach można przechowywać inne rzeczy . Doniczki, rzeźby i rośliny.

– Jeśli chcesz wstawić do salonu nowy telewizor, może powinienem znaleźć coś lepszego na moją kolekcję płyt. – Steve rozgląda się dookoła prawdopodobnie po to, by sprawdzić, czy nikogo nie urazili swoją publiczną manifestacją uczuć. W końcu spogląda na Bucky’ego ze zmarszczonymi brwiami. – Regał nie widnieje na liście.

– Na ‘liście’ mamy kanapę, stół i krzesła, których nie będą w stanie podrapać koty, i łóżko – mówi Bucky poddając się swojej ciekawości. Zdejmuje z regału doniczkę. Okrągłą, bezużyteczną do niczego konkretnego, z pewnością nieprzeznaczoną do wykorzystania jako wazon.

– To wygląda jak karny jeżyk dla niegrzecznych złotych rybek — mówi, odkładając ją z powrotem na półkę. – Wszystko musi być koto i Bartonodporne.

Steve parska, udając poirytowanie.

-Gdybyś nie dał mu zapasowego klucza…

Bucky kręci z sympatią głową.

– Jak myślisz, kto mnie nauczył wyłamywać zamki? – pyta, zbierając się na odwagę, by dołączyć do tłumu. – Dałem mu ten klucz, żeby przestał uważać nasz dom za wyzwanie.

Na twarzy Steve’a pojawia się głupi uśmiech, gdy cofa się i unosi trzymaną dłoń Bucky’ego do swoich ust.

– Skończyłeś udawać to, jak bardzo chcesz kupić regał? Możemy iść obejrzeć łóżka?

Bucky potrafi oprzeć się temu uśmiechowi przez jakieś pół sekundy zanim zamieni się w swoją młodszą siostrę czy coś w tym stylu. Spuszcza więc wzrok i wygrzebuje z kieszeni mapę sklepu. 

– Jesteśmy tak daleko od sypialni jak tylko można być, nadal będąc w tym samym rejonie kodu pocztowego. Najpierw jest dział z meblami RTV – czyta, zerkając w górę na Steve’a. – Może znajdziemy tam coś na Twoje cenne winyle. Potem możemy iść przetestować łóżka.

Uśmiech Steve’a się nie zmienił, ale w jego oczach pojawił się ten dziki wyraz, który zawsze sprawiał że Bucky miał problem ze złapaniem oddechu.

– To dobrze. Bo mam akurat kilka pomysłów.

~~~

Ile jest sposobów na ustawienie telewizora? – pyta Bucky rozglądając się w oszołomieniu.

– Zbyt wiele – potrząsa głową Steve. – Wystarczy Ci to, co mamy w domu?

– Zdecydowanie – odpowiada Bucky i rusza do następnej części sklepu.

~~~

Znajdują schronienie w najmniejszej kuchni, jaką Steve kiedykolwiek widział. Bucky ma trochę dzikie oczy, bawi się stalowym pojemnikiem na akcesoria kuchenne z coraz większym wyrazem zdziwienia na twarzy.

Steve wcale mu się nie dziwi. Nie zwiedzili jeszcze nawet połowy piętra sklepu, a on ma trudności z przypomnieniem sobie, co było na ich krótkiej liście zakupów.

– Widzisz? I właśnie dlatego nie gotuję. – Mówi Bucky odstawiając pojemnik na miejsce wystarczająco mocno, że jego zawartość grzechocze. – Przez ten sprzęt. Nikt nie wie, do czego on służy. To znaczy… co do cholery? Prawdopodobnie mógłbym tym kogoś zabić, tylko po co ?

Wskazuje coś, co, według Steve’a, jest tłuczkiem do ziemniaków, trzepaczką w kształcie pączka i szczypcami do makaronu w kształcie ludzika z szaloną fryzurą.

Skup się, Rogers!

Steve odwraca Bucky’ego przodem do siebie i kładzie ręce na jego ramionach.

– Potrzebujemy lepszego planu. Kuchnia jest w porządku. Niczego stąd nie potrzebujemy. Chodźmy prosto do działu sypialnianego, nie zatrzymując się po drodze. Gotowy?

Bucky kiwa głową, wyciągając mapę. Jest już wytarta na krawędziach, ale rozkłada ją na blacie i natychmiast wskazuje ich obecne miejsce. 

– Musimy przejść przez dział z jadalniami. Potrzebujemy stołu – mówi, rzucając szybkie spojrzenie na Steve’a. Kiedy spogląda w dół zakrywa dłonią dział dziecięcy mieszczący się przed sypialniami. – To wszystko możemy sobie darować. I, zobacz, restauracja. Klopsiki?

– Obiecałeś, że mogę najpierw zaciągnąć Cię do łóżek. Wybór stołu nie powinien zająć nam więcej niż dziesięć minut. – Steve przyciąga bliżej twarz Bucky’ego i trzymając go za podbródek, całuje jego skroń. Czuje mapę wsuwaną do tylnej kieszeni jego spodni oraz napięcie wyciekające z ciała Bucky’ego. Obaj są w tym coraz lepsi, w znajdowaniu tego rodzaju uziemienia w sobie nawzajem, bez względu na to, czym zaskakuje ich świat, koty, bądź ich przyjaciele. Bucky mruczy cicho, chowając twarz w szyi Steve’a.

– Jeśli wyjdziemy stąd żywi, przez następne dwa dni wstajemy z łóżka tylko po to, żeby nakarmić koty. Zgoda?

Mówiąc o skupieniu na misji . Nagle to „jeśli” nie było już takie straszne.

– Zgoda.

~~~

Uzbrojeni w cały zapas etykietek, z których każda powinna pasować do elementu zestawu mebli do jadalni, który wybrali, docierają do działu sypialnianego i zatrzymują się na chwilę, by cieszyć się tym zwycięstwem.

Albo raczej zapanować nad przerażeniem.

– A wydawało mi się, że tylko kanapy tutaj są mikroskopijne – mówi Bucky.

Nie ma tu ani jednego łóżka, które byłoby odpowiedniej wysokości. Nie, żeby był przeciwny niskim łóżkom, wypadnięcie z takiego podczas sesji łóżkowych zapasów jest zdecydowanie mniej bolesne, ale wiele można by mówić o łóżku wystarczająco wysokim, aby dwóch facetów mogło porządnie pieprzyć się przy dolnym oparciu bez zbędnego obciążania kolan i dolnej części pleców.

Steve wypuszcza zduszony jęk a Bucky odwraca się do niego akurat by zobaczyć, jak jego twarz robi się czerwona.

– Cholera – mówi Bucky rozglądając się za przebywającymi w okolicy dziećmi. – Czy ja powiedziałem to głośno?

Bucky otrzymuje od Steve’a surowe spojrzenie. Najwyraźniej odpowiedź brzmi tak.

Z lekkim poczuciem winy podąża za Steve’em do sypialni, w której, stoi łóżko z ramą wykonaną z czarnych metalowych prętów, a nad nim wisi dziwnie nie na miejscu drewniana belka, prawie jak gałąź drzewa. Z belki dyndają postrzępione liny, nie, czekaj, to część wymyślnego sposobu jej podtrzymywania i wygląda na to, że ktoś urządził ten pokój do zabaw w niewolę. Przynajmniej tak to wygląda według Bucky'ego.

 Biorąc pod wielkie oczy Steve'a, również według niego. I czyż to nie jest właśnie fascynująca nowość?

Bucky celowo sięga w górę i szturcha gałąź. Kołysze się ona dziko, a on szarpnął ręką do tyłu z ociąganiem, na wpół oczekując, że się rozbije. 

– Tak, to nie zadziała bez lepszych kotwic w suficie. To jakiś pomysł, co? –  pyta, rzucając chytry grymas na Steve'a, kiedy są już poza strefą zagrożenia gałęzi.

Steve rumieni się, łapiąc spojrzenie Bucky’ego i przytakuje.

– A ja myślałem, że moje mentalne obrazy Ciebie w łóżku nie mogły stać się bardziej niegrzeczne.

To nie powinno być legalne, sposób, w jaki słowa Steve'a rozpalają krew Bucky'ego i sprawiają, że Bucky chce zawinąć go w koc i przytulić. Bo niegrzeczny to niedorzeczne słowo, zwłaszcza od dorosłego mężczyzny, oficera z Medalem Honoru, nie mniej, i tylko świadomość, że są otoczeni przez rodziny, powstrzymuje Bucky'ego przed sięgnięciem w górę, by chwycić za tę gałąź  i zaproponować mały trening na miejscu.

Musi się odwrócić, żeby pamiętać o oddychaniu. Daje łóżku kopniaka i odkrywa jego raczej wątłą konstrukcję, ale od czego są wzmacniane śruby sprzedawane w sklepach budowlanych? Steve lubi majsterkować. Wzmocnienie łóżka mogłoby się okazać ciekawym projektem na weekend.

– Sprzedają je tylko jako pełnowymiarowe bądź w rozmiarze królewskim – mówi, lekko zawiedziony, Bucky przeglądając etykietki. Nie przeszkadzałoby mu przytulanie się do Steve’a w zbyt małym łóżku, ale ich koty rosną jak na drożdżach i ostatnio wybrały sobie środek ich łóżka jako swój teren. Jeśli to potrwa dłużej on i Steve w ogóle zostaną z niego wypchnięci. – Pewnie uda się nam znaleźć większe łóżko w internecie.

– Kiedy leżysz na środku królewskiego łoża, nie sięgasz do jego krawędzi. – Oczy Steve’a nadal są skupione na jego dłoniach przesuwających się po metalowych wspornikach ramy łóżka, więc zdecydowanie nie słyszy tego, co mówi. Albo nie jest świadomy, że powiedział to na głos.

Ha, myśli Bucky czując sie zrehabilitowanym. W końcu udało mu się zepsuć Steve’a na tyle, że żaden z nich nie powinien być wypuszczany w miejsca publiczne bez nadzoru.

Ponieważ w tym momencie nie są nadzorowani, Bucky przysiada na brzegu materaca, bardzo blisko miejsca, w którym stoi Steve, i rzuca mu swoje najbardziej uwodzicielskie spojrzenie, mówiąc:

– Chcesz, żebym to sprawdził, Cap?

Steve natychmiast się na nim skupia, a jego spojrzenie jest ostre jak brzytwa. Przez sekundę rozgląda się dookoła, a potem spogląda na niego rozszerzonymi źrenicami.

– Tak.

Błąd taktyczny. Steve nigdy nie wyjeżdżał na misje z Buckym. Inaczej wiedziałby, że nie istnieje nic czego Bucky nie spróbowałby przynajmniej raz. Bucky unosi nogi, przekręca się na plecy i ignoruje sposób, w jaki łóżko, skręcone prawdopodobnie przez nastolatków, drży. Przez cały czas wpatruje się w oczy Steve’a, kiedy kładzie się, poruszając biodrami, więcej niż trzeba, a potem rozkłada nogi. Uśmiechając się na widok rumieńca na policzkach Steve’a, spogląda w górę, w kierunku wezgłowia, z rozmysłem oblizuje wargi i muska palcami pręty łóżka. I jasne, gdyby się rozciągnął, mógłby je chwycić, jego metalowe ramię jednak tego nie potrzebuje, ale…

Kiedy spogląda z powrotem na Steve’a, to wszystko jest tego warte. Cała ta wyprawa na zakupy. 

Bo Steve raz po raz zaciska pięści a jego wzrok przesuwa się po ciele Bucky’ego jakby starał się zdecydować gdzie ukąsić go najpierw. Mięśnie jego szczęki drgają, jakby sprawdzał, jak mocno może go ugryźć. Łapie go za kostkę, ale zanim Bucky może złapać oddech, albo coś z tym zrobić, Steve mruga i spogląda przez swoje ramię.

– Spocznij.

Bucky śmieje się z zachwytem, myśląc o tym, że naprawdę, naprawdę kocha Steve’a. Unosi się do siadu i Steve puszcza jego kostkę Bucky przesuwa nogi poza krawędź łóżka i wstaje, stając kilka centymetrów obok Steve’a.

W momencie, kiedy ich spojrzenia się krzyżują Bucky zarzuca ramiona na szyję Steve’a i dotyka ustami jego ust, nie po to, żeby go pocałować, ale żeby wyszeptać: – Tak jest, sir.

Potem ręce Steve’a zaciskają się na jego biodrach, a jego usta są gorące i wymagające, i pewnie zaraz zwrócą im uwagę, jacyś dupkowaci pracownicy sklepu, czy coś w tym stylu, ale Bucky nawet nie może nawet udawać, że ma to w dupie. Prawie minutę później obaj sapią a każde zakończenie nerwowe w ciele Bucky’ego mrowi. Trzymają się siebie nawzajem, próbując utrzymać się w pionie.

– Jesteś zmorą – oskarża go bez tchu Steve – ale i tak Cię kocham.

– Boże, jesteś dla mnie tak kurewsko idealny – mówi Bucky, chociaż trudno mu wydobyć z siebie słowa poprzez ucisk w klatce piersiowej. – Tak kurewsko mocno Cię kocham.

Steve chichocze, a jego oczy błyszczą czystą radością, kiedy lekko się cofa, nie zwalniając uścisku. – Myślę, że weźmiemy to, hmm?

– Tylko jeśli jest na stanie. Żebyśmy mogli pieprzyć się na nim dziś wieczorem. Inaczej, chrzanić to – postanawia Bucky łapiąc odpowiednią etykietkę, a potem prowadzi Steve’a w stronę wyjścia.

~~~

Kompletnie zapominają o klopsikach.