Actions

Work Header

Wilcza Psychologia

Summary:

Pół roku po wydarzeniach z „His Last Vow”, John ma dość udawania przed sobą, że przebaczył swojej żonie liczne kłamstwa i postrzelenie przyjaciela i przeprowadza się, z powrotem na Baker Street.
Daleko mu jednak do szczęścia.
I dlatego, gdy dostaje zaproszenie od kolegi z wojska, żeby go odwiedzić, zgadza się z ochotą.

Chapter Text

Nie wiedzieli o tym, oczywiście, ale dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby John nie pojechał do Brazylii odwiedzić przyjaciela z wojska.

Wtedy jednak nie mieli pojęcia, czym to się skończy, a John był bardzo zadowolony z zaproszenia, które jak się mu wydawało, przyszło w najbardziej odpowiednim momencie. W Londynie była właśnie brzydka i deszczowa jesień, a on miał wszystkiego dosyć i dlatego bardzo entuzjastycznie powitał możliwość oderwania się na chwilę od swego życia, które, w ostatnich miesiącach, jakoś go nie rozpieszczało.
Po tym, jak okazało się, że jego żona nie była tak naprawdę tą Mary, którą pokochał i poślubił; po tym, jak okazało się, że jej dziecko nie było jego, a ona sama nie żałuje, ani swoich kłamstw, ani postrzelenia Sherlocka, okazało się także, że życie z nią pod jednym dachem było na dłuższą metę nie do zniesienia.
John próbował i naprawdę się starał uratować to małżeństwo, ale po pół roku zorientował się, że nie chce dłużej żyć pod jednym dachem z kimś, kogo obecność wytrzymuje tylko dlatego, że tłumaczy sobie, że POWINIEN.
Patrząc na Mary, widział już tylko kogoś, kto go zdradził, okłamywał i prawie zabił mu przyjaciela, a patrząc na jej dziecko- małą Emily- widział tylko żywy dowód zdrady i kłamstwa. Wiedział, że to nie jest jej wina, ale to go tylko cofało o krok do jej matki i do jej winy- absolutnej i niezaprzeczalnej. I nie potrafił sobie z tym poradzić.
Co prawda obiecywał, że jej wybaczy, ale łatwiej to powiedzieć, niż zrobić i choć wtedy miał jak najlepsze intencje i wierzył, że da radę, to po pół roku- zaczynał się poddawać.
Życie Johna zrobiło się ostatnio bardzo trudne i strasznie nużące.
Jego samopoczucie pogarszał fakt, że mimo najszczerszych wysiłków, nie mógł pojąć, dlaczego Sherlock namówił go, by pozostał z tą kobietą; nie rozumiał, dlaczego, po rozwiązaniu sprawy nagrania z wiadomością od Moriarty’ego, które okazało się sfabrykowane (czego dowiodła szybka ekshumacja i trochę poszukiwań przez Internet) i która błyskawicznie ucichła i nigdy właściwie nie doczekała się oficjalnego końca (być może dlatego, że – jak John podejrzewał- za wszystkim stał Mycroft), Sherlock zaszył się na Baker Street i prawie odciął od swojego blogera.
Chociaż przedtem martwił się zmianą ich relacji po ślubie Johna, to od wielu miesięcy bardzo rzadko wysyłał mu SMSy, szanując „małżeńską sielankę”, jak to nazywał. John nie rozumiał, dlaczego to wszystko tak go wkurza i smuci, choć na tyle pamiętał odległe w czasie zajęcia z psychologii, żeby wiedzieć, że prawdopodobnie jego stan emocjonalny jest zupełnie normalny. Dla każdego, poza nim.
Był już tak zmęczony codziennym wypieraniem żalu, straty, wściekłości i smutku, że kiedy wreszcie podjął ostateczną decyzję i spakował swoje rzeczy i przeniósł się na Baker Street, poczuł tak wielką ulgę, że na kilka tygodni otuliła go kokonem znieczulenia.
Oczywiście, nie obyło się bez lekkiego dramatu, John musiał swoje racje wykrzyczeć Sherlockowi (”I nie waż mi się mówić znowu, że sam ja wybrałem, bo cię uderzę!”) żeby tamten łaskawie zgodził się je zaakceptować, przez co czuł się niejasno nie w porządku, wobec niego, tak jakby coś na nim wymusił.
Ale jego ulga była tak wszechogarniająca, że nie chciał jej psuć zastanawianiem się nad tym głębiej.
Z kobietą, którą uważał za żonę, poszło dużo łatwiej- po prostu zakomunikował jej swoją decyzję, a ona skinęła głową i wyszła do kuchni. Jeśli nią to jakoś wstrząsnęło, to nieźle udało jej się to ukryć.

Ale po kilku tygodniach odrętwiałego szoku, które przeżył na Baker Street, John nadal nie potrafił dojść do siebie. Zostawiając Mary i Emily, uciekł od bólu i rozpaczy, żalu i pretensji, a to nigdy nie było zbyt dobre rozwiązanie.
Zastanawiał się często, czy przeniósł się na Baker Street (nawet nie próbował wynająć sobie czegoś na własna rękę) po to, by Sherlock dał mu jakieś wsparcie, czy po to, by znalazł mu zajęcie, które pozwoli mu zapomnieć na chwilę o tym etapie życia, gdy wydawało się, że jest kochany i ma to, czego zawsze chciał- albo myślał, że chce.
Ale jakie by nie były nieświadome nadzieje i oczekiwania Johna, Sherlock ich nie spełniał. Nie wróciła wygodna atmosfera sprzed jego „śmierci”, coś się między nimi zmieniło, a po kilku tygodniach wspólnego mieszkania, zaczynało wyglądać na permanentną sytuację i ani John ani (być może) Sherlock nie wiedzieli, co z tym zrobić.
Te dwa lata, kiedy Sherlocka nie było, zmieniły ich obu, a zwłaszcza ich podejście do siebie nawzajem. A problemy z Mary, zamiast ich zbliżyć do siebie, wydawały się oddalać. John cierpiał strasznie, nie potrafiąc o tym z nikim szczerze porozmawiać (nawet ze sobą). Potrzebował pomocy z zewnątrz i dlatego liczył na przyjaciela, tyle, że tamten też się zmienił i nie był już tym genialnym, nieczułym na emocje innych detektywem, który określenie „socjopata” nosił z dumą należną medalom.
Teraz był tylko genialny.
A John czuł się tylko coraz gorzej, ponieważ nie był nikomu potrzebny- tak interpretował sytuacje, w której Sherlock wychodził sam, bez niego, mrucząc pod nosem prawie przepraszająco.
- To nic takiego, najwyżej piątka… albo nawet i czwórka. Nie musisz iść, to będzie tylko nudne przesłuchanie, albo siedzenie w biurze.- i nie patrzył nawet w jego kierunku, a kiedy wracał potem, był tak zmęczony, że nie miał sił, ani ochoty podzielić się szczegółami sprawy (przez co John pisząc o niej na swoim blogu czuł się jak uzurpator, jak ktoś, kto relacjonuje coś z trzeciej ręki i nie lubił tego coraz bardziej, bo coraz bardziej przypominało to obowiązek jakiś, kontynuowany tylko po to, by zwabić ewentualnych nowych klientów).
Pomiędzy sprawami nie było lepiej.
Kiedyś John nie zdając sobie nawet z tego sprawy, podjął decyzje opiekowania się Sherlockiem, dbania o jego zdrowie psychiczno- fizyczne, co- choć detektyw był dorosły- zajmowało całkiem sporą część wolnego czasu.
Watson mógł otwarcie i głośno narzekać na kolejne pranie, które musi zrobić- bo Jego Wysokość nie zniży się do uprania sobie gaci i tylko czasem wysyła do pralni coś szczególnie brudnego albo zrobionego z delikatnego materiału, albo na naczynia do umycia - bo przecież Pan Geniusz przywykł, że ktoś zrobi to za niego; i kiedy już coś zjadł- bo został do tego niemal przymuszony, to od razu szedł do swego pokoju przez co nawet nie można było na niego znacząco patrzeć, myjąc talerze. Były posiłki, które należało w detektywa wmusić, były niebezpieczne noce, kiedy nie wolno go było zostawić samego (na różny sposób niebezpieczne i nie wiadomo, który bardziej- ten bezpośredni, kiedy mógł dostać od kogoś po głowie, czy ten drugi- kiedy sam mógł sobie zrobić krzywdę).
John mógł narzekać z całych sił, ale jego nieświadomość dobrze wiedziała, co tu się dzieje- gdyby bardzo się skupił, mógłby zauważyć, że te wszystkie drobne sytuacje sprawiały, że choć Pan Geniusz nigdy mu nie dziękował (a często nawet dawał otwarcie wyraz swemu niezadowoleniu), to John i tak czuł się dzięki nim nieustannie potrzebny, niezbędny nawet.
I gdy zauważał kolejne spojrzenie Grega, które mówiło wyraźnie: „Jak ty z nim wytrzymujesz? Podziwiam!”, to John mógł czuć się kimś cholernie ważnym, bo był jedyną osobą, która potrafiła wytrzymać z Sherlockiem, który był z kolei jedyny w swoim rodzaju.
Nawet spojrzenia innych, znających trochę Sherlocka, nawet te najbardziej jadowite, te mówiące: „Musisz być takim samym świrem jak on, skoro wytrzymujesz!”, dawały podobny efekt. John nie uświadamiał sobie tego - być może, dlatego, że stawiałoby go to w niezbyt dobrym świetle, jako niemal współuzależnionego, ale nie musiał być tego świadomym, żeby działało to na niego leczniczo.
Ale teraz i to się zmieniło- Sherlock już go najwyraźniej nie potrzebował.
Przez te dwa lata na wygnaniu porobiło się z nim coś takiego, że zaczął jeść regularnie (choć nadal za mało i niezbyt zdrowo) i kiedy było trzeba nawet po sobie posprzątał. Kiedy John to zobaczył, po raz pierwszy, pomyślał, że to element jakiegoś eksperymentu i obserwował go uważnie, przez co najmniej kwadrans, próbując samemu odgadnąć, o co tu chodzi. Potem w poczuciu klęski zapytał:
- Dobra, poddaję się i przyznaję, że jestem idiotą- o co ci chodzi? Czemu to robisz?
Sherlock przerwał układanie książek i wyrzucanie pozornie przypadkowo wybranych przedmiotów z półek i spojrzał na niego, bez zrozumienia, mrugając w milczeniu i John poczuł, że musi mu to wyjaśnić:.
- No, robisz… to coś, co podejrzanie przypomina mi sprzątanie. Byłoby nim, gdyby robił to ktokolwiek inny… Bo przecież ty nie sprzątasz. Tak, jak nie pierzesz swoich ubrań. To jest jakieś prawo kosmosu, nie?
Sherlock popatrzył na swoje dłonie trzymające prawie pustą butelkę, z nie wiadomo czym i odruchowo wzruszył ramionami.
- Nie wiem, o co ci chodzi. Trzeba tu trochę ….- powiedział niewyraźnie, jakby się tłumaczył z czegoś zdrożnego i zawstydzającego i to głównie przez ten ton, John wreszcie zrozumiał. Brwi podjechały mu pod linie włosów, a usta otwarły się, by coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów i zamknął je szybko, żeby nie czuł się jeszcze większym kretynem.
Sherlock spojrzał na niego bardzo przelotnie, poruszył dłońmi, jakby coś strzepywał i wrócił do pracy. John przyjął normalny wyraz twarzy i odruchowo sięgnął po gazetę, żeby ukoić nerwy udawaniem, że ją czyta.
Od tamtej pory znajdował coraz więcej dowodów na to, że obecny detektyw potrafi się sobą zaopiekować i nie potrzebuje nikogo. Na pewno nie do tego stopnia, jak kiedyś.
I dlatego, gdy John dostał maila od Ewana McKinnleya, żeby do niego przyjechał na kilka tygodni, to się ucieszył. Tak bardzo, że aż go to zdziwiło.
Natomiast nie zdziwiło go, że Sherlock skwitował całą sprawę wzruszeniem ramion- kolejny dowód na to, jak mało potrzebował teraz Johna.
Dlatego nie zwlekał z odpowiedzią Ewanowi i natychmiast zaczął się zastanawiać, co musi spakować i czy przepisy dotyczące bezpieczeństwa na lotniskach się zmieniły.
Okazało się, że może lecieć za tydzień i choć nie oczekiwał żadnego komentarza od Sherlocka, to jednak… ta cisza zaczynała mu grać na nerwach.
Choć przecież rozmawiali; a czasem Sherlock grał na skrzypcach, co niemal (choć tylko niemal) można było uznać za jakąś formę ekspresji jego uczuć i myśli i gdy John go wtedy słuchał, to było niemal jak rozmowa.
John wyjechał 10 września, przekonany, że ten wyjazd to coś, czego najbardziej teraz potrzebuje. Cieszył się na nowe miejsca do zobaczenia, ludzi do poznania, smaki do odkrycia, a przede wszystkim- na coś nowego, co, jak miał nadzieje, skutecznie oderwie go od starego.
Ewan okazał się być dokładnie takim, jakim go zapamiętał – przyjacielski, otwarty i wesoły. Miał wiele pomysłów a wszelkie przeszkody w ich realizacji traktował jak wyzwania i zakładał, że inni są tacy jak on- optymistycznie nastawieni do rzeczywistości. Dla Johna przebywanie z nim było to cudownie odświeżające i relaksujące zarazem- wreszcie był przy nim ktoś, dla kogo życie było pasmem fantastycznych niespodzianek.
Ewan miał dużo planów: mieli jechać na wycieczkę na kilka dni, zobaczyć jakieś wspaniałe jezioro, potem Rio de Janeiro i dżungla- ta prawdziwa, bez dróg i cywilizacji. John nie miał nic przeciwko- właściwie był zachwycony, bo od dawna nie czuł się tak dobrze. Od dawna nie czuł się tak zajęty, tak żywy, tak młody i pozbawiony tego ciężaru, który w Londynie wydawał się być nieunikniony, wrośnięty w każdą chwilę jego nowego pół- życia.
Ewan przygotował wypad do dżungli bardzo porządnie- spakował ich tak, żeby mogli tam wytrzymać kilka tygodni, choć plan był taki, że pojadą najwyżej na tydzień, bo później mieli polecieć do Rio de Janeiro. John był spokojny, Ewan tyle razy jeździł tam i przeżył, że musiał wiedzieć wystarczająco dużo, by można było czuć się z nim bezpiecznie. Podobało mu się to uczucie- co było dziwne, bo pół roku temu był tak bardzo znudzony bezpieczną nudą domku z ogródkiem, że gotowy był ruszyć do meliny ćpunów uzbrojony tylko w łyżkę do opon. Najwyraźniej to też się zmieniło.
Najpierw polecieli regularnym samolotem do Manaus, stolicy stanu Amazonas, a stamtąd ruszyli na wschód, wynajętym autem z kierowcą, który miał ich dowieźć do jakiejś małej miejscowości nad Amazonką, skąd mieli ruszyć wynajętą łodzią. Ewan był ewidentnie przekonany, że zajmie im to najwyżej jeden dzień i jest równie proste, co przechadzka po bułki do najbliższego sklepu. Ciągle podkreślał, ile razy był w dżungli i Watson nie miał powodów, by mu nie wierzyć albo zadawać podchwytliwe pytania typu: a ile razy i w jakiej porze roku byłeś, w tym konkretnym miejscu? Czy miałeś przewodnika krajowca? Jak liczna była wasza grupa? Które zadawałby (nauczony doświadczeniem) Sherlockowi. Bo Ewan wydawał się przeciwieństwem Sherlocka i John nie podejrzewał go o posiadanie nadmiernej pewności siebie niepopartej doświadczeniem.
A jednak trzeba było wcześniej spytać o te rzeczy- tak sobie pomyślał, kiedy zaczęli się przedzierać przez nieprawdopodobną zieloność puszczy, bo szybko okazało się, że jednak przedzieranie się przez prawdziwą puszczę w niczym nie przypomina wyprawy po bułki..
Po pierwsze: droga okazała się nadzwyczaj ciężka, bo sporo ostatnio padało (więcej, niż zwykle o tej porze roku) i tutejsze drogi, które, nawet w najsuchszej porze roku, nie były według angielskich standardów drogami, zamieniły się w rozjeżdżone bagna. Kierowca uśmiechał się cały czas, ale John widział przecież, ile wysiłku kosztuje go, żeby objechać co większe bajora, w których mogliby utknąć, bo naprawdę trudno było oszacować ich głębokość. Czasami zresztą utykali w czymś, co wydawało się mała kałużą, a okazywało jakimś rodzajem błotno- wodnej pułapki bez dna; i tracili godziny na wyciągnięcie z niej ciężkiego auta.
Jako narzędzia mieli tylko to, co mogli znaleźć dookoła siebie i na ogół kończyło się na tym, że pełni frustracji (no, może z wyjątkiem tubylca, którego najwyraźniej nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi) wtykali pod koła wszystko, co byli w stanie ruszyć z miejsca i co dawało szanse na oddanie kołom z powrotem przyczepności.
Pośród tych nużących atrakcji, przerywanych sondowaniem kolejnego bajora (co często polegało na tym, że któryś z nich musiał na piechotę przeleźć na jego drugą stronę) oraz krótkimi odcinkami w miarę spokojnej jazdy, Johnowi coraz częściej zdarzało się kwestionować sens tej orki. Ale Ewan nie tracił nadziei- choć z planowanego dnia jazdy autem, zrobiły się już trzy i John zaczynał wątpić, czy gdy przyjadą na miejsce spotkania, to łódź z wynajętymi ludźmi będzie na nich jeszcze czekać. Poruszali się coraz wolniej i John miał poważne wątpliwości co do tego, czy to naprawdę musi tak wyglądać, i czy nie wolałby jednak siedzieć gdzieś teraz na placu w ładnym mieście, oglądając przechodzące dziewczyny w skąpych strojach i z najróżniejszymi odcieniami skóry, jedząc dobre (i niezbyt drogie) potrawy, do których jego brytyjski żołądek zdążył się już przyzwyczaić.
Ponieważ jednak entuzjazm i pogoda ducha Ewana wydawały się być nieskończone, ciągle odkładał decyzję o rozmowie o tych swoich wątpliwościach i starał się nie narzekać zbyt często.
Mimo, że co noc musieli spać na niewygodnych hamakach, osłonięci przed krwiożerczymi owadami cienkimi i mocno zawodnymi moskitierami, a przed deszczem (który padał tu w zasadzie co chwilę)- płachtami grubego plastiku, podwieszonymi na gałęziach. Mimo niemal krańcowego zmęczenia pod koniec każdego dnia, John źle tu sypiał- tak głośno tu było po zmroku, tyle nieznanych, zwierzęcych odgłosów… Ewan zaczynał chrapać tuż po tym jak umościł się wygodnie na nylonowej ścierce, robiącej za hamak, czyli jedyne, słuszne tu łóżko. Ale John nie potrafił spać zasnąć głębszym snem, wisząc półtora metra nad ziemią, oddzielony od upadku tkaniną grubości pół milimetra, z plecami wygiętymi w nienaturalnej pozycji, bojąc się poruszyć, żeby nie spaść na ziemię, rozmokniętą w błocko i wręcz rojącą się od owadów. Słuchając hałasów świata tak nieprzyjaznego ludziom, po raz kolejny myślał gorzko, że jeśli tak dalej pójdzie, to zacznie zasypiać w ciągu dnia.
Akurat teraz, gdy powinien się wyciszyć, by zasnąć, całe jego ciało próbowało mu niedwuznacznie dać do zrozumienia, jakie jest poobcierane i poobijane od jazdy po wybojach i pogryzione przez różne owady. Jednym słowem- ta wycieczka przestała mu się podobać już dawno.
W trakcie dnia John jeszcze się zmuszał do utrzymania fasonu przy Ewanie, który tyle się natrudził i wydał pieniędzy, żeby dostał swoją porcję przygody, ale w nocy zaczynał tęsknić za suchym upałem Afganistanu; albo niechby i mokrą, ale jednak wygodą Londynu.
To nie wróżyło dobrze na dalszą część wycieczki.
W końcu poddał się i zerknął na zegarek- 02.30. Zszedł z hamaka, poddając się kolejnemu żądaniu swego ciała, które przynajmniej miał możliwość zaspokoić- był głodny, bo dopiero po zmroku zaczynał odczuwać apetyt, w ciągu dnia było mu na to za gorąco.
Starając się nie obudzić nikogo, wygrzebał sobie z auta jakiś rozmiękły baton proteinowy i popił go wodą z butelki.
Nadal kompletnie nie chciało mu się spać, za to oczy przywykły do ciemności, leciutko rozjaśnionej światłem gwiazd, które tutaj, kiedy drzewa na chwile się przerzedzały, wydawały się być na wyciągnięcie rąk. Nie tak blisko jak w Afganistanie, ale na pewno bliżej, niż w Anglii.
Potem John wpadł na pomysł, bardzo głupi, jak się szybko okazało, żeby się przejść dookoła ich zaimprowizowanego obozu, a po drodze wysikać. Rozumował w ten sposób: i tak nie miał nic ciekawszego do roboty, odtwarzacz MP3 zepsuł mu się wczoraj, a książek ze sobą nie zabrali i jedyne, co mógłby poczytać w tej chwili, gdyby miał światło, to etykiety produktów spożywczych po hiszpańsku, czyli w języku, w którym nadal rozumiał najwyżej dziesięć słów i nie był w dodatku pewny, jak się je pisze.
Kiedy szedł, przedzierając się przez gęste poszycie, klnąc na czym świat stoi, półgłosem, żeby nie budzić nikogo, usłyszał coś, co zdołało się przebić przez ogólny gwar kumkań, cykań, małpich wrzasków i tysiąca innych niesprecyzowanych odgłosów. Brzmiało jak gardłowy pomruk i było na tyle bliskie i nisko, że John od razu pomyślał o psie i jego gadzi mózg zareagował gęsią skórką i jeszcze większą ilością potu, spływającego po plecach i skroniach. Znieruchomiał ze strachu, przekonany, że jeśli zacznie uciekać, to zwierzę natychmiast rzuci się w pogoń, a przecież, w tej ciemności, nie przebiegnie więcej, niż dziesięciu kroków po pełnym korzeni i dziur poszyciu, bez wywrócenia się na wznak, albo nadziania na coś kolczastego i prawdopodobniej trującego, przez co odstanie obrzydliwej wysypki. (Ewan od razu uświadomił go o niebezpieczeństwie dotykania tutejszych roślin- które, choć bardzo piękne na ogół były też bardzo niebezpieczne).
Pomruk przechodzący w warkot zabrzmiał wyraźniej i John poczuł taką niezrozumiałą i obezwładniającą zgrozę, że zaczynał się bać o swoje serce.
Przestawał myśleć i kontrolować zachowanie i kiedy coś ukąsiło go w prawą łydkę, dosłownie podskoczył i pobiegł na oślep, ogólnie kierunku samochodu.
Nie czuł bólu, ale to nie miało znaczenia- to tylko adrenalina i automatyczny system ochrony życia, które na chwilą włączyły mu dopalanie dbając o to, by jak najszybciej uciekł, od być może śmiertelnego zagrożenia. Brak bólu nie oznaczał, że wszystko było w porządku.
John był bliski paniki przede wszystkim dlatego, że nie wiedział, co go ugryzło i kiedy znalazł się przy aucie miał w głowie tylko jedną myśl- obudzić krajowca, żeby mu to powiedział.
Ewan trochę się przestraszył, kiedy John wpadając na jego hamak wyrwał go ze snu, ale kiedy obaj oprzytomnieli i ciut ochłonęli, a potem obudzili krajowca i włączyli wszystkie latarnie, jakie mieli (które natychmiast oblepiły oczywiście chmary robactwa) zaczęli starannie oglądać nogę Johna.
Na szczęście, według tego, co obaj znający się na rzeczy ustalili między sobą po hiszpańsku, nie był to żaden wąż.
Ponieważ Ewan nie wiedział, jakie to mogło być dokładnie zwierzę, a wypytywany tubylec także wzruszał nonszalancko ramionami, John starał się wmówić w siebie, że to nic groźnego. Zdezynfekował ranę, owinął ją porządnie opatrunkiem i zdążył nawet jeszcze zasnąć na chwilę, zanim wstało słońce.
Następnego dnia zrobili tak, jak zapowiedział Ewan- przesiedli się na jakąś łódź i nawet zdążyli do zmroku dopłynąć do jakiejś osady, ale choć John docenił przewagę poruszania się tym szlakiem komunikacyjnym i zdołał nawet znaleźć jakiegoś lekarza, znającego się na tutejszych chorobach, który zrobił mu (podobno nie przeterminowane a na pewno cholernie drogie zastrzyki przeciw wściekliźnie i tężcowi), ochota na przygodę całkowicie wywietrzała mu z głowy.
Rana nie była ani rozległa, ani głęboka i nie tylko nie wymagała szwów, ale już nawet zaczynała się goić, ale pomimo lekkiego rozczarowania Ewana, John stanowczo odmówił dalszej wycieczki, bo stracił do niej resztkę serca.
Kiedy wrócili do domu, po dwóch dniach (zeszli na ląd w miejscu, gdzie było nawet maleńkie lotnisko) John poszedł jeszcze raz do lekarza i odetchnął z ulgą, widząc, że wszystko jest w porządku, a rana goi się ładnie.
A jednak tu też nie spał lepiej, budząc się po kilku godzinach płytkiego snu, przez jakieś niejasne niezapamiętane koszmary i nie mogąc już potem zasnąć, aż do rana.
Oczywiście przez to był coraz bardziej zmęczony i - co wydawało się oczywiste- coraz bardziej rozdrażniony. Mimo przyjacielskości Ewana, zaczynał zdawać sobie sprawę, że w tym stanie nie jest już zbyt przyjemnym towarzystwem.
Martwiło go to i po dwóch dniach decyzja o wcześniejszym powrocie do UK była prosta. Upewnił się tylko, że postąpił dobrze, gdy przyjaciel nie wyszedł poza uprzejme zdziwienie i nie namawiał go zbyt długo na wyprawę do Rio.
Dlatego John czuł ulgę, pakując swe rzeczy do torby, a jeszcze większą, jadąc na lotnisko. Lot do Anglii prawie cały przespał.

Londyn przywitał go angielską pogodą, ale o dziwo, to go tylko uspokoiło. Uznał, że widocznie dosyć miał już tego oślepiającego, przytłaczającego brazylijskiego słońca i nasycił się nim wystarczająco, żeby mu go nie brakowało przez następne kilka miesięcy pochmurnej londyńskiej zimy i wczesnej wiosny.
Mieszkanie 221 B przywitało go ciszą i spokojem oraz znajomym zapachem, od którego widocznie zdążył odwyknąć, bo uderzył go w nos z niespotykaną wcześniej intensywnością. John uśmiechnął się do siebie i pomyślał, że chyba musi być chory, skoro tak go cieszy powrót do zimnego, mokrego Londynu i najwyraźniej pustego domu, bez żadnych interesujących perspektyw wypełnionego adrenalina śledztwa czy nawet pracy w przychodni.
Kiedy się rozpakował i poszedł do kuchni, sprawdzić jak pilne jest wyjście do sklepu, okazało się, że nie jest tak samotny w mieszkaniu jak sądził. Sherlock musiał pójść do swego Pałacu Umysłu, bo nie tylko był cicho przez ponad godzinę, ale i nie narzucał się w tym czasie ze swoją obecnością tak bardzo, że John go z początku w ogóle nie zauważył.
Na widok Johna, który do niego podszedł i stanęła blisko, żeby dać znać o swojej obecności, Sherlock oderwał wzrok od ściany i… uśmiechnął się, tym swoim specyficznym uśmiechem, który znikał dużo szybciej, niż się pojawiał i nie zostawiał po sobie śladu- do tego stopnia, że po chwili już nikt by nie uwierzył, że się w ogóle uśmiechnął.
- John.- stwierdził, jak zwykle na powitanie i Johnowi lekko zakręciło się w głowie i zemdliło leciutko, bo choć Sherlock wyglądał jak zwykle- na niedawno wykąpanego, gładko ogolonego i ze świeżo umytymi włosami (a pod niebieskim szlafrokiem miał przynajmniej podkoszulek i spodnie), to John poczuł jego zapach. Nie był to smród papierosów (które niestety, czasem zdarzało mu się od niego wyczuć, za co się złościł, ale dostawał odpowiedź: Nie miałem dostępu do plastrów nikotynowych, John!) ani chemikaliów, którymi Sherlock pachniał często po jakichś eksperymentach- tylko zapach, który widocznie John musiał znać od bardzo dawna, ale nigdy do tej pory świadomie nie zarejestrował: indywidualny zapach Sherlocka. Przez chwilę czuł go tak mocno, że aż go lekko zemdliło- nie dlatego, że był nieprzyjemny, ale… wywołał tak mocne emocje, że John nie wiedział, jak na nie zareagować.
Mdłości na szczęście szybko minęły, a nos, jak zawsze w takich sytuacjach przyzwyczaił się do woni i przestał zwracać świadomie uwagę swego właściciela, na tyle, by mógł skupić myśli i wyartykułować, nieco zduszone, oszołomione sytuacją:
- Sherlock… wróciłem wcześniej.
Brwi detektywa podjechały lekko do góry, a usta wygięły się dla równowagi- w dół.
- Widzę.- odwrócił spojrzenie, jakby się lekko speszył z niewiadomego powodu, co było do niego zupełnie niepodobne, bo zazwyczaj zachowywał się tak, jakby był z natury niezdolny do odczuwania takich uczuć.- Było nudno? Czy twój przyjaciel…- zawiesił głos, jakby coś insynuując, ale John wiedział z doświadczenia, że to tylko oznacza, że albo ta konwersacja znudziła mu się w połowie zdania, albo po prostu nie miał pomysłu, jak ma je dokończyć.
Uśmiechnął się z zadowoleniem, którego przyczyn także nie zrozumiał, ale jego humorzastość nie była niczym nowym, trwała mniej więcej odkąd dowiedział się, kim jest jego żona.
- Było w porządku. A Ewan był… bardziej, niż w porządku, ale… coś mnie ugryzło, a dżungla okazała się nie taka zajmująca jak na filmach i… wróciłem.- zakończył.- Jakaś fajna sprawa?- spytał lekko, choć z widoczną nadzieją. Mimo, że był zmęczony podróżą, nie odmówiłby jakiemuś ciekawemu śledztwu. Może wreszcie Sherlock by go na jakieś zabrał?
- Taak… właściwie…- Sherlock jakby się wahał, ale John już czuł znajome podekscytowanie.
- Mógłbyś mi się trochę przydać.- przyznał łaskawie i John poczuł wielką ulgę, że wrócił do domu. Tak, do DOMU. Właśnie uświadomił sobie, że TO jest jego dom- to mieszkanie, a raczej… ten współlokator (bo bez niego to mieszkanie było tak straszne, że gdy zabrakło w nim Sherlocka, John musiała się z niego szybko wyprowadzić).
John uśmiechnął się do tych swoich myśli, już całkiem otwarcie, pogodzony z nimi, jak prawie nigdy, domyślając sie, że słowa Sherlocka oznaczają, że właśnie wrócili do starego układu, który się sprawdzał przez tyle lat: geniusz i jego bloger.
O niczym innym nie marzył.