Chapter Text
– Hannibal…? – Will nie dowierzał własnym oczom. – Czy ty jesteś pijany?
– Pijany? Nie, absolutnie. Co najwyżej lekko pod wpływem – mówił jednak powoli, starannie artykułując każde słowo.
Siedział przy stole, z wyciągniętymi nogami, w pozie bardzo dla niego nietypowej, luźniej i swobodnej, w dodatku z rozpiętym i pomiętym kołnierzykiem. Trzymał w ręku szklankę wypełnioną jakimś jasnobursztynowym płynem. Obok stała, na oko półlitrowa i w dużej części już pusta, butelka, z zielonego szkła i wizerunkami rycerzy na etykiecie.
Will, zaintrygowany, przyniósł sobie szklankę i nalał trunku. Wziął sporego łyka i od razu wręcz zrozumiał swój błąd. Aż zaparło mu dech, gdy gorzki płyn zaczął palić go w gardło. Zakrztusił się mimowolnie i mocno skrzywił. Zupełnie nie był na to przygotowany, nie przyszłoby mu do głowy, że Hannibal, którego do tej pory kojarzył właściwie tylko z winem, mógł pić coś tak mocnego, i to ze szklanki do whisky. Podniósł butelkę, dopiero teraz dostrzegając całkiem spore cyferki — 75%.
Hannibal tymczasem patrzył na niego z lekkim rozbawieniem, sącząc dalej napój ze swojej szklanki, jakby to było co najwyżej piwo.
– Czy ty jesteś szalony? Co to niby jest?
– Will. Szaleństwo, z definicji, to nieumiejętność odróżnienia dobra od zła, co mnie, jak dobrze wiesz, nie dotyczy. A to – uniósł szklankę, jakby wznosząc toast – jest miód pitny. Litewski. Į sveikatą!
– Miód? Pitny? Temu chyba bliżej do spirytusu.
– Odrobinę szacunku, Will. To jest zwieńczenie litewskiej tradycji gorzelnictwa, to receptura sprzed wieków. Žalgiris, czyli Grunwald. 11 różnych ziół i owoców! Jałowiec… żurawina… kwiat lipy… tymianek…– Hannibal przy każdym ze składników dźgał butelkę, jakby ją o coś oskarżał.
Wyglądał przy tym tak komicznie, że Will nie mógł powstrzymać śmiechu. Na ten dźwięk palec Hannibala błyskawicznie skierował swoje oskarżenie w jego stronę. Mężczyzna milczał przez chwilę, z wyraźnym trudem próbując skupić wzrok na twarzy Willa.
– Ja bardzo proszę się nie śmiać. Ustaliliśmy przecież, że się z siebie nie śmiejemy.
Will zacisnął usta, z trudem się opanowując. Pierwszy raz widział Hannibala pijanego i był to widok doprawdy przezabawny.
– Ustalaliśmy coś podobnego? Jakoś sobie nie przypominam. Poza tym, od kiedy pijesz takie rzeczy.
Hannibal spojrzał znowu na szklankę, obracając ją w ręku i przechylając z boku na bok, grożąc, że zaraz wyleje jej zawartość.
– Ja nie piję. Ja tylko wspominam sobie dawne czasy.
Will kiwnął głową, udając zrozumienie.
– A kiedy zdążyłeś się upić, wspominając te dawne czasy?
– Nooo, właśnie nie zdążyłem – odpowiedział mu z oburzeniem i sięgnął po butelkę, jednak Will stanowczo odsunął ją poza jego zasięg.
– Starczy ci już, jesteś wystarczająco pijany.
– Ale ja nie jestem pijany. Tylko tak mi się trochę… niedobrze zrobiło. O, i tyle.
– Mhm. A Winston tak naprawdę jest kotem.
Hannibal wytrzeszczył oczy.
– A nie jest? – zapytał ze szczerym zdziwieniem w głosie.
Will parsknął, rozbawiony.
– Oczywiście, że jest. Pora się położyć, chodź.
Mężczyzna wstał ochoczo i tak energicznie, że prawie przewrócił krzesło. A potem runął jak długi na ziemię, z gracją mdlejącej kobiety.
