Actions

Work Header

Letni sen o zimie

Summary:

Stawrogin powrócił do rodzinnego majątku, a wraz z nim powróciły jego nocne koszmary. Jednej takiej nocy, którą spędził z Lizawietą Tuszyną, tuż przed pożarem Zarzecza, przyśnił mu się przedziwny sen - prawdziwe wspomnienia zacierają się w nim z ukrywanymi strachami i żądzami.

Work Text:

    Nikołaj Wsiewołodowicz Stawrogin nie bał się sypiać. Zawsze tak było. Należał do ludzi, którzy zgniliznę duszy woleli prezentować jak bagnet, błyszczącą na ramieniu, w świetle dnia. Był z niej dumny. Świat miał szczęście, że Stawrogin nie śnił często, a gdy śnił, nie zabierał pamięci o sennym marzeniu na jawę. Wszystko zapominał, gdy otwierał oczy. Pozostawało mu tylko czarne, gnębiące odczucie, pulsujące w zatokach we wczesnych chwilach poranka. 

    Świat miał szczęście, że arystokrata nie wyciąga szczupłymi palcami najgorszych sennych majaczeń z czarnej mazi świata snów do rzeczywistości. Gdyby tak było… Oh, korzystałby. Wcielałby je w życie jeden po drugim, pyszniąc się w nowych rodzajach upodlenia. W końcu nie ma na niebie i ziemii takich okrucieństw zmyślonych na jawie, które przewyższyłyby sny, chore sny, które są w stanie przyśnić się nawet zwykłej osobie. Człowiek moralny może nawet ma większe predyspozycje do obrzydliwych snów. Natura ludzka kocha przecież cierpienie, cudze i swoje, a każda z żądz musi mieć upust. Każdy marzy, aby spojrzeć jak inny cierpi, choćby po to, by zobaczyć jak to działa, jak to wygląda..! Dlatego taki to dobry człowiek śni o najbardziej wstrząsających czynach, które popełnia sam lub które są popełniane na nim. Rano wstanie i zwątpi w swą dobroć, nazwie siebie okrutnym.  Roztrzęsiony, ze wstydu nikomu się nie zwierzy. Jeśli będzie miał szczęście, zapomni.

    Za to człowiek pokroju Stawrogina wszystkie swe najgorsze pomysły wykorzystywał za dnia. Spał zatem w kompletnym spokoju, tak niewinnie jak spać mogą tylko dzieci, nie zaznajomione jeszcze ze światem. Stawrogin zbierał, oczyszczał, i przybijał do umysłowej tablicy wszystkie sposoby, w jakie może wzbudzić większą do siebie niechęć, większą odrazę. Nie musiał jeść ani pić, wykarmiało go jedynie to wspaniałe, konsumujące w całości uczucie, że ludzie go nienawidzą. Absolutnie musiał ich odrzucać, musiał być dla nich podły i obrzydliwy, każdy na świecie musiał o tym wiedzieć, każdy musiał wytykać go palcami. Nikt nie mógł mu wybaczyć, ale wszyscy musieli wiedzieć. Bez tego musiałby się chyba zastrzelić. Nie, Stawrogin nie miewał problemów ze spaniem. 

    Dlatego właśnie takim zaskoczeniem był dla niego nawrót snów, równoległy z jego powrotem do Skworesznik. Niewiele z nich pamiętał, ale gdy je śnił, był bezbronny. Bez ruchu, bez woli, świadek strasznego świata. Jakby znów był dzieckiem. Świat niszczał mu w oczach, ale tym razem nie pod jego gnijącą batutą. Nie, ten świat psuł się według własnych zachcianek. Przerażał go. W tych snach Nikołaj Wsiewołodowicz nie chciał tego zepsucia, raz w życiu chciał porządku i spokoju ale cóż, nawet w snach nie dane nam mieć wszystkiego. 

    Pierwszy sen śnił w noc przyjazdu do miasta. Jechał tego dnia długo dorożką z Piotrem Stiepanowiczem, starając się z całych sił nie pozwolić parszywcowi na rozpoczęcie konwersacji. Ostatnie, czego potrzebował to jego bezsensowna gadanina. Zajęty był spoglądaniem na znajomy, choć zamglony zarys miasta, w którym spędził szczenięce lata. Gdy po raz pierwszy usłyszał bicie dzwonów cerkwi, wzywających posłusznie całą wieś na nabożeństwo, przypomniał sobie dlaczego nie będzie się nudził. Dzwon bił, zerwały się ptaki obsiadające kopuły i krzyże. Jakaś kobieta, owinięta w szare szmaty, z przestrachem spotkała oczyma oczy Nikołaja. W pośpiechu, wzięła oddech i przeżegnała się żywo. Stawrogin uśmiechnął się szeroko paskudnym uśmiechem. Piotr Stiepanowicz musiał również zauważyć gest, bo chwycił kolano Stawrogina śmiejąc się w głos. On wyrwał jedynie nogę i nie odpowiedział na zalążki konwersacji bezustannie rzucane w jego stronę. 

    Potem rozmawiali z Piotrem Stiepanowiczem w biurze w Skworesznikach, gdy tamten ujawnił nagle, że w walizce Nikołaja ma także swoje ubrania. Czasem robił rzeczy tak godne pożałowania, że Stawrogin nie mógł powstrzymać się od pewnego rozbawienia, podszytego jednak solidną dawką irytacji. To było najwięcej, ile ten szczurzy człowiek potrafił z niego wykrzesać, a jednak, trzymał go blisko na wypadek, gdyby miał zrobić coś równie idiotycznego jak to. Oddał mu więc jego poskładane nienagannie ubrania i utrzymywał rozmowę o czymkolwiek ten drugi chciał. Stawrogin pamiętał, że Wierchowieński był w śnie, który śnił tego dnia, niewiele więcej. Zapewne właśnie dlatego.

    Następne sny zdarzały się mniej regularnie, w różne dni i o odmiennych tematykach. Pamiętał coś o oceanie, sceny z zasnutych cieniem miast, znajome pomieszczenia i krainy zupełnie niestworzone, ludzi, których nie widział od lat. Rzadko łączyło się w to ciąg zdarzeń na tyle sensowny, by móc opowiedzieć go drugiej osobie, choćby w strzępach. Z każdym snem pamiętał więcej, otwierał oczy, by odnaleźć pod powiekami obrazy i skrawki rozmów. Często budził się w czarną noc, drżąc. Nigdy nie powiedziałby nikomu, o czym śnił.

    To była ciemna, straszna noc. Zza zasłony ciemności przebijał jedynie huk puszczyka i złowieszcze szeleszczenie liści drzew. Za dnia na pewno tak nie brzmiały. Gdyby tak słychać było w tle grzmienie rozszalałej burzy, można by nazwać tę scenerię szekspirowską. Jednak życie rzadko odzwierciedla poetyczność sztuki. Ta noc była zwyczajnie niewygodna.

    Stawrogin nie spał. Drążył oczyma sufit, jak gdyby starał się szukać na fresku tak dobrze znanym z dzieciństwa nowych szczegółów. Nie było takich. Spędził lata śledząc każdą łodygę na winorośli, każdy mięsień w subtelnej sylwetce anioła, wskazującego gdzieś poza fresk. Adam wciąż spoglądał w przerażeniu we wskazywaną dal. W ogrodzie Eden nic się nie zmieniło.

    Lizawieta Tuszyna, z rozwianymi włosami i błogim wyrazem twarzy już dawno spała. Wpleciona w fałdy pościeli wyglądała jak na miejscu, różanopalca Eos spoczęła na obłokach przed ciężką pracą poranka. Stawrogin starał się nie patrzeć w jej stronę. Nie potrafił nigdy rozkoszować się wspomnieniami rozkoszy. Gdy trzymał kobietę w uścisku, zapominał się choć na chwilę, tego szukał, za tym gonił, prawdziwe zatracenie. Gdy jednak chwila ekstazy mijała, pozostawało uczucie stokroć gorsze niż zwyczajna pustka. Chciał zedrzeć z siebie skórę, chciał wymiotować pamiętając, gdzie jego ciała dotykały obce dłonie kochanek. Nienawidził tego, nienawidził ocierania się dłoni, ud i piersi na swojej skórze, która pozostawała rozpalona tylko w tę krótką chwilę. Gdy dotyk mijał, znów stawała się lodowata, a dawne rozpalenie stawało się czerniejącym źródłem wstydu. Nikołaj Wsiewołodowicz chciał natychmiast zasnąć, by nie musieć o niczym myśleć.

    Wspomnienie pasji wieczornych nie pomagało. Przetarł twarz i pomyślał o pożarze. Dziś w nocy nie śpi też Wierchowieński, za przyzwoleniem Stawrogina morduje mu żonę i jej brata. Albo i akuratniej, zleca morderstwo pewnemu wyrachowanemu biesowi. Uśmiechnął się. No, wreszcie coś podłego, prawdziwie podłego, co leży w jego kontroli. Oh, gdyby tylko Wierchowieński teraz tu przyszedł, Nikołaj z pewnością uścisnąłby mu dłoń i zaśmiał się głośno razem z nim, tak był z niego zadowolony. Przewrócił się na bok, plecami do Lizy. Jutro rano będzie mógł udać zdziwienie. Lepiej, będzie mógł z kamienną twarzą powiedzieć prawdę! O tak, tak właśnie zrobi. Przyzna się do wszystkiego, oby jak największej grupie osób. Niech Piotr Stiepanowicz błaga go, by nie powiedział — a on powie i tak! Jakież to będzie potworne, piękne..!

    Płomienie pożaru lizały powoli jego świadomość. Konsumowały napięcie i obrzydzenie, aż przepaliły w nim wszystkie myśli, a on padł bez przytomności na poduszkę. Nareszcie spał. 

    Jechał na wozie, a przed nim droga. Zielony mundur wciąż nie nosił śladu przetarcia. To miało się zmienić. Naprzeciwko z jego kolanami zderzały się kolana starszych kolegów. Jechali, popijając wódkę. Ktoś śpiewał. Jaką piosenkę? Nie sposób powiedzieć. Czapkę oficerską miał zapiętą zbyt ciasno. A może to głowa go bolała? Koledzy śmiali się głośno. 

    Szedł ulicą. Gdzieś tu, na około, chowa się jego batalion… ale on jest sam. Musi iść naprzód. Przed nim jest miasteczko, malutkie, plac jedynie, kilka kamienic, niskie murowane domy. Tam musi dojść… coś jest na rynku. Ze sobą niesie karabin, kolba obija mu się o biodro. Gdzieś za nim śmieją się koledzy żołnierze. Wie, że coś jest nie tak. Coś go niepokoi. Co? Nie wie. Skręca go w brzuchu, pulsuje głowa.

    Powstańcy-buntownicy mają szare płaszcze i chowają się w domach, w krzakach, w objęciach nocy. Wyskakują jedynie, gdy nikt się nie spodziewa, okradają, zabijają, biegną dalej. W oddziale to nie strach… Samemu inaczej. Naskoczą, zaczną szeleścić tą swoją dziwną mową… Tą polską mową, i nie ma człowieka.

    Potyczka z powstańczym patrolem. Była już zima. Śnieg pokrywał ulice, padał, świat się rozmazuje, traci kształt. Było zimno w dłonie, tak, że ciężko nawet prochu nasypać. Nikołaj jest młody, pierwszy miesiąc w wojsku, to koledzy za niego mu strzelbę nabijają. Ostrzegają o Polakach, że jeńców nie biorą, że będą cię nienawidzić, dlatego tylko, żeś jest Rosjanin i nosisz wojskowy mundur. Nikołaj trzęsie się na te opowieści. To był styczeń…. Może grudzień…. Może listopad. Śnieg już padał. 

    Pamiętał ruch. Krew na śniegu. Krzyk się podniósł i nagle leżał mu pod nogami trup. W rękach ściskał odgiętą kosę. Pierś miał we krwi. Trzeba się chować, trzeba uciekać. Nie widać powstańców, nie widać kamratów. Spojrzał w niebo. Na niebie chmury tworzyły spirale, obracały się, układały w taki jeden obraz… Fiolety i pomarańcze przenikają się, ciemnieją, gęstnieją… Zaraz przygwożdżą go do ziemi. Barwy spadają na ziemię, jak deszcz. Plamy to krew. Dalej plami śnieg. Trzeba się schować. Nikołaj przeładowuje strzelbę. Szuka jej na plecach, przeciąga na pierś, i chce przeładować. Już zrobione. Stoi na dachu jednej z kamieniczek. Musiał wejść… tylną drabiną. Pod nogami biegają dzieci, zna je z dzieciństwa. To Dima, to Wania, tam biegnie Miszka... Krzyczą do siebie i bawią się. Przecież jest zima…. 

    Spogląda znowu. Faktycznie. To polscy powstańcy, nie żaden Miszka. Krzyczą coś, w ferworze walki młody Nikołaj nie rozumie. Na ziemi zielone mundury… Leżą kompanii w śniegu i nie wstają. W sumie nie jest straszno. Nie, nie boi się wcale. W tle słyszy mazura, oj takich mazurów już nie grają w karczmach! Ta scena musiała być zabawna, jak pomylił ich z Waniuszką… Biegnie Polak na dole. Muzyka gra. Nikołaj ma strzelbę załadowaną. No to bierze go na muszkę, bezwiednie, nie myśli za wiele, i od tak, choćby by się czymś zająć, strzela. Pada szary płaszcz na ziemię i kwitnie pod nim krwawy kwiat. No proszę, więc to tyle, człowiek umarł. Patrzy na strzelbę. Nie, nie widać po niej by coś się zmieniło, że wybiła duszę z ciała. 

    Jest na piętrze, przy oknie. Kroki za nim. Teraz zaczyna narastać w nim niepokój. Jezu, strzelił, przecież usłyszą… Jest się gdzie schować? Szuka, ale tak wolno idzie rozglądanie… Na ścianie wisi Rembrandt, „Straż Nocna”… Co ona tu robi? Postać z obrazu odwraca się plecami i kiwa głową na boki, nie wpuszcza Nikołaja za ich płaszcze, gdzie byłby bezpieczny. Ktoś się zbliża, czuje, że ktoś się zbliża. Nad drzwiami był krzyż..! Jezus kręci tylko głową, drewniany Jezus też nie pomoże. Wpada Polak. Sapie, jakby biegł długo. W sekundę jest przy Nikołaju, chwyta go za poły munduru, i jednym ruchem wystawia za rozbite okno. Wisi żołnierzyk nad placem, dobre trzy piętra. Wołać pomoc..? Polak ma lat ze trzydzieści, rozwiany blond włos, dziką twarz, czerwone oczy. 

 

 - Jesteś taki młody…. Jesteś dzieckiem – Polak rozszerza oczy. Nikołaj patrzy bez słowa, niezdolny się poruszyć.

 

 Polak powoli opada z szału.

 

 - Jezu najdroższy, takie dziecko…. Co oni ci zrobili? Nie tu powinieneś być, z bronią w ręku… 

 

Nikołaj spluwa mu w twarz. 

 

 - Puszczaj mnie, pszeku. 

 

Na twarzy Polaka rośnie smutek, głęboki, dobijający smutek, którego nie potrafi Nikołaj od dekady zapomnieć.

 

 - Co myśmy wam zrobili – Polak zaciska zęby - Co myśmy wam zrobili, co?! 

 

Słychać kroki. Polak puszcza go, osuwa bezpiecznie na podłogę pod oknem. Bierze kolbę karabinu Nikołaja i uderza go w głowę… Ciemność.

Jedzie dorożką. Wokół gadanie. Ludzie ciągną ulicami. Poznaje osoby z salonów Petersburskich, ale są na zewnątrz, nie w Petersburgu. Ktoś jedzie z nim, ale nie potrafi się zdecydować, kto to taki. Arystokracja przechadza się ulicami Skworesznik. Spoglądają na niego i oceniają… Jaki wstyd! Nie, to nie tak… Wstydzi się czegoś. Czego? W dorożce jest z kobietą, ona gładzi jego uda, jej dłoń krąży... Kim ona jest? Kim jest? Rozpięła mu już koszulę, dlatego się patrzą tak krzywo? Musi jak najszybciej dojechać do domu, szybciej woźnica, szybciej! Trzeba się ukryć! Woźnica gada z jakimś człowiekiem i nie jedzie. Z kim tak długo..?

Nikołaj wygląda z dorożki. Dorożkarz gada z jakimś kupcem, w cylindrze i porządnym szynelu. Kupiec ma czerwone dłonie i smutne oczy. Odwraca się i patrzy mu bystro w oczy. 

 

 - Co myśmy wam zrobili? – mówi kupiec, marszcząc brwi. 

 

    Kobieta całuje szyję Nikołaja. 

    Nareszcie, są już w domu, w jego sypialni… A może to na strychu? Z okien widok jak na strychu. Takich mebli na pewno nie ma w jego domu… Ale to chyba u niego. Są bezpieczni. Nie myśli, rzuca kobietę na łóżko, zrzuca z siebie koszulę, chciwie przygważdża nieznajomą do materaca. Unieruchamia jej dłonie, ściskając nad głową nadgarstki. Pokój robi się bardzo mały, intymny, nikt go tu nie znajdzie. Wszystko pokrywa czerwień… Widzi na czerwono. Czuje się dobrze, ah, wreszcie dobrze! Smukła dłoń zgina mu kark, on spogląda znów w dół. 

    Pod nim, na czystej, białej pościeli leży Wierchowieński. Policzki ma rozpalone, patrzy w górę z ulubowaniem. Ciężko dyszy, uśmiecha się szeroko, pot spływa mu z rozgrzanej twarzy… Piękną szyję i tors, unoszący się rytmicznie, ma pokryte śladami ugryzień, tak samo ramiona. Z ran leją się pojedyncze strugi krwi. Jego oczy błagają: Tak, jeszcze, jeszcze…

    Stawrogin sięga dłonią do ust. Wkłada ją między zęby, wyciąga dłoń pokrytą krwią. Obmacuje drżącą już szczękę. Ma kły, zwyczajne psie kły. Czuje metaliczny smak w gardle…Wierchowieński całuje go po zakrwawionych rękach, zaczyna zlizywać czerwone ślady. Wszystko jest skąpane w czerwonym świetle. Nie, nie, nie, to nie mógł być on, to nie tak… 

    On i Wierchowieński siedzą w jego biurze. Rozmawiają. Oboje wyglądają jak pierwszego dnia, gdy przyjechali. Piotr Stiepanowicz gada coś, jak zwykle od rzeczy. Stawrogin nie próbuje się skupić, coś odpowiada. Na biurku układa stos papierów. Nie chce patrzeć na rozmówcę. Boi się podnieść wzrok. Co jeśli zobaczy znów…

    Rozmawia w biurze z matką. Siedzi przy biurku, układa stos papierów. Nie do końca słucha. Matka mówi coś o ślubie… Ślubie? Nie, na to się nie zgodzi… Ale już postanowione. Już postanowione! Ślub umówiony, cerkiew umówiona, przyjeżdża ambasador. On już jedzie, już nic się nie da zrobić… Jest gdzie się schować? Nie ma… Na ścianie wisi „Pies” Goyi… Ma ostre kły. Znika powoli, powolutku pod piaskiem. Nikołaj wstrzymuje oddech. Nie może zniknąć zupełnie, stanie się coś bardzo złego… Jeszcze milimetry, jeszcze jego nos i ostre kły wystają…

    Zerwał się ze snu jak oparzony. Powstrzymał się od krzyku. Podparł się na ramionach, zlany kompletnie zimnym potem, dyszał możliwie bezgłośnie. Nie może zbudzić Lizawiety. Dziś przecież spłonie Zarzecze. Ręce mu się trzęsły, wzrok nie potrafił złapać ostrości. Otarł twarz z lepkiego potu. Nie chciał myśleć. Nie chciał myśleć. Nie chciał myśleć. Musi tej nocy jeszcze zasnąć. Powoli osunął się z powrotem na łóżko. Chwilę leżał bez ruchu. Wpatrywał się nieprzytomnie przed siebie. W kącikach pola widzenia biegały mroczki. Objął się rękami, jakby mógł odgonić wspomnienie, położył delikatnie mokre włosy na poduszce. 

Lecz sen, jak na złość, nie chciał wcale przyjść.