Work Text:
Gilbert pociągnął długi łyk z kufla i odstawił go z głośnym stuknięciem.
– Ona nic nie kuma! – poskarżył się. – Każdą uwagę, komplement czy próbę rozmowy bierze za zaczepkę, jakby jedyne czego chciała, to wieczna wojna. W dodatku uważa, że wszystkie te kłótnie i bijatyki to moja wina. Mam już dość bycia tym najgorszym!
– Może powinieneś sobie dać spokój, stary. Nie warto sobie psuć nastroju z powodu panny – Odezwał się Hiszpania, niedbale rozwalony na krześle. Kiwał się na nim jak na bujanym fotelu.
Gilbert, Antonio i François mieli swoje rytuały dotyczące wychodzenia na piwo. Jednym z nich – najbardziej charakterystyczny, było to, że wcale się nie umawiali na konkretny dzień lub porę, wszystko wychodziło zawsze spontanicznie. Dziwnym trafem obowiązki nigdy nie stawały im wtedy na przeszkodzie, albo zwyczajnie je olewali, w końcu kumple przede wszystkim.
– Warto czy nie warto, już jest zepsuty. I przestań się bujać, bo się wywalisz… – Odparł mu Prusak kątem oka patrząc, jak Antonio po raz kolejny traci równowagę i odzyskuje ją w ostatnim momencie.
– Mon ami, spróbuj do tego podejść inaczej niż do tej pory. Najwyraźniej twoja dama nie wierzy w romantyczne intencje. Przekonaj ją, że się myli. – François odgarnął włosy i obrócił się, żeby z emfazą zademonstrować podejście, jakie według niego należało obrać – Na każdą potworę, amator znajdzie sposób! L’amour jest magią bez granic i ona w końcu spije z twoich ust…
– Weź przestań – Gilbert zasłonił swoją zaczerwienioną twarz dłonią w akcie zażenowania i rezygnacji.
– WIEM!!!
TRZASK!
W tej samej chwili, w której Hiszpania wyrwał się ze swoim olśnieniem, krzesło osunęło się, a Antonio wylądował plackiem na podłodze. Huk poderwał obu jego towarzyszy na nogi.
– Ej, żyjesz? – Gilbert po przykucnięciu trącił kumpla palcem.
– Żyję, w dodatku mam pomysł – Odparł Antonio wspinając się z powrotem na krzesło z szerokim uśmiechem na twarzy – Powinieneś rzeczywiście posłużyć się magią!
Francja i Prusy bez przekonania wpatrywali się w Hiszpana, który zadowolony wychylił swój kufel do końca.
– Za dużo wypiłeś – Stwierdził Prusy kwaśno.
– Nie no, słuchaj, zrobisz tak…
***
Gilbert szedł z niedużą, zakorkowaną buteleczką, wpatrując się w nią z powątpiewaniem. Cały ten plan Antonia wydawał mu się idiotyczną stratą czasu, czego nie omieszkał mu powiedzieć. Oczywiście zamierzał mu to udowodnić, wykonując co do joty, jego propozycję, bo jak inaczej dowieść miał swojej racji? Z resztą był gotów wypróbować i to. Teraz należało jedynie znaleźć Węgry, którą często można było znaleźć w tej okolicy, bo niedaleko znajdowała się stadnina. Lubiła jeździć od rana, tak rekreacyjnie. Ale jak ją by tu przekonać, żeby…
– Ugh!
– Auć!
Gilbert wpadł na kogoś i w ostatniej chwili złapał cenną buteleczkę końcami palców. Odwrócił się, żeby ostro skarcić osobę, która ośmieliła się nie zauważyć osobistości, jaką wielki i wspaniały Prusy reprezentował! Ale głos zaraz uwiązł mu w gardle.
– Czy ty oczu nie masz? Patrz jak chodzisz, ścieżka wcale nie jest taka mała!
Węgry wstała i gniewnie otrzepała spódnicę. Wyglądała bardzo ładnie w zielonej, prostej sukience z zapinanym na guziki dekoltem, nieodłącznym kwiatem we włosach i z błyszczącymi oczami. Brwi miała zmarszczone w lekkiej irytacji.
– Złość piękności szkodzi… – Skomentował natychmiast, wpatrzony w tę zmarszczkę, pragnąc, żeby zniknęła, a dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
– Tylko to masz do powiedzenia? – Węgry podniosła w końcu na niego wzrok, a serce zabiło mu mocniej, kiedy przeszyła go spojrzeniem jak sztyletem. – Najpierw mnie przewracasz, a teraz jeszcze raczysz szowinistycznym frazesem?
Czemu do cholery to zawsze się tak kończyło?! Przecież nie miał nic złego na myśli!
– Sama nie patrzyłaś na drogę, nie zrzucaj całej winy na mnie! – Oburzył się – W zaufaniu powierzono mi misję, mam zanieść ten magiczny eliksir do Francji – pomachał jej przed nosem buteleczką – Więc zwyczajnie starałem się go nie rozlać. I masz źle zapięty guzik!!! – Oskarżył ją nagle, bo faktycznie dwa guziki były zapięte krzywo, a to – ceniącego porządek i symetrię Prusaka – dodatkowo rozjuszyło.
– Po co ci był magiczny eliksir? – Zapytała Erzsebet, zerknąwszy na guziki i poprawiła je niespiesznie.
– François go u mnie zostawił i zadzwonił z prośbą, żeby mu go dostarczyć. – Oznajmił dumnie, a że zauważył okazję, do przedstawienia się w lepszym świetle, zaraz dodał: – Musisz wiedzieć, że jestem wspaniałym przyjacielem, który zawsze wyciągnie pomocną dłoń kumplowi, na przykład kiedy…
Jednak przyzwyczajona do pruskich przechwałek dziewczyna nie przywiązywała szczególnej uwagi do treści jego przemowy, natomiast z zainteresowaniem przyjrzała się nalepce na fiolce, która głosiła „Potion d'amour”, a niżej „La fleshe Cupidon”.
– Chcesz powiedzieć, że Francja używa prawdziwej magii do uwodzenia? – Przerwała Gilbertowi zdumionym tonem. – Nie pomyślałabym.
– …wdzięczności podarował mi cały… Co?
– To naprawdę działa?
– A ja wiem? Nigdy nie potrzebowałem takich rzeczy! – Zakręcił fiolką na wskazującym palcu jak popisujący się gracze piłką do koszykówki. – Chociaż Francja wspominał, że to ma tylko tymczasowe działanie, więc po co to komu? Mi wystarczą moja aparycja i urok osobisty! Jeśli chcesz mógłbym ci…
– Nie, serio, dzięki – Odparła szybko Węgry. – Nie mam na to czasu! – Wyminęła Prusaka, choć wcześniej w ogóle nie wyglądała jakby się gdziekolwiek spieszyła. Gilbert nie miał zamiaru zmarnować takiej okazji, skoro się już spotkali i wyciągnął rękę, żeby ją złapać. Erzsebet automatycznie ją odtrąciła, wybijając mu przy okazji fiolkę z dłoni. Buteleczka przefrunęła wysoko nad ich głowami, a promień słońca błysnął złowieszczo w szkle. Oboje stali jak zahipnotyzowani, obserwując fiolkę spadającą niczym w zwolnionym tempie. Nie zdążyli zareagować. Buteleczka roztrzaskała się na gilbertowej głowie, twardej jak pruski hełm. Mężczyzna przetarł twarz i włosy starając się je oczyścić z resztek szkła.
– Hej, wszystko gra? – Zapytała dziewczyna nieco skonsternowana jego nieobecnym spojrzeniem. Gilbert zwrócił ku niej twarz i obdarzył ją szerokim uśmiechem.
– Jesteś miłością mojego życia. – Oznajmił, po czym wyciągnął do niej ręce i zamknął jej dłonie w swoim uścisku. – Nie wyobrażam sobie, żebym mógł pokochać kogoś innego niż ciebie, my dwoje razem stanowilibyśmy najwspanialszą parę jaką widziała Europa, albo nawet świat!
– Nie wygłupiaj się!
Zaszokowana Węgry cofnęła się o krok, a Gilbert z roziskrzonymi oczami wyciągnął swój przytroczony do pasa miecz i uklęknął, wbijając ostrze w ziemię.
– Jesteś kobietą, której pragnę, powiedz co mam zrobić, aby ci to udowodnić?
– Nic! – Zawołała dziewczyna zaniepokojona. – Niesamowite, że zadziałało… Co ja mam teraz z tobą zrobić? Gdzie jest etykieta z tej butelki?! – Gilbert natychmiast sięgnął po etykietkę, nieco zmiętą i wciąż z odłamkami szkła, po czym podał ją Węgierce.
– „Działanie obejmuje 24 godziny”.
***
Erzsebet postanowiła zwyczajnie przeczekać aż działanie miłosnej mikstury straci moc, więc przez najbliższe kilka godzin cierpliwie przyjmowała dziwne podarki od Gilberta, takie jak niemieckojęzyczną biblię, zwiędłe kwiaty czy zaproszenie na kolację przy świecach, na którą się niechętnie zgodziła. Jednak zanim nawet nadszedł wieczór, wypadki potoczyły się zupełnie niespodziewanie. Gilbert zdążył przywitać Węgry w drzwiach starego klasztoru, do którego ją zaprosił. Byłoby to bardzo dziwne miejsce na randkę, gdyby nie piękny widok, jaki rozciągał się ze wzniesienia, na którym klasztor był usytuowany.
– No i się pojawiłaś!
– W końcu obiecałam… – Westchnęła dziewczyna, ale rozejrzała się z uznaniem – Nie spodziewałam się, że tu jest tak ładnie.
– Trzeba było wcześniej mnie słuchać, jak chciałem cię tu zabrać! – Prusak upojony pochwałą nabrał przekonania, że wreszcie mu się udało. – Ale nie, przed tobą trzeba udawać wariata.
– Co ty masz na myśli? Jak udawać…?!
– Co ty, myślałaś, że to prawdziwy eliksir? To tylko ściema, żebyś wreszcie zaczęła mnie słuchać, no i zadziałało!
– Chcesz powiedzieć, że od samego rana robiłeś ze mnie kretynkę?!
Węgry wściekła sięgnęła po pierwszą rzecz, jaką miała w zasięgu ręki. Prusak musiał reagować szybko, bo nieszczęśliwie była to obnażona szabla, wisząca jako jedna ozdób na ścianie, między toporem a włócznią. Trzeba było się bronić! Całe szczęście, że miał czym, więc czym prędzej wyciągnął miecz, akurat na czas, kiedy dziewczyna go dopadła. Rozbrzmiał brzęk metalu o metal, a Węgry wyładowywała swoją złość na Prusaku. No cóż, w głowie Gilberta nie tak miał skończyć się ten wieczór.
– Wyluzuj w końcu! – Zawołał, kiedy dostał już zadyszki. Z resztą nie tylko on, bo Węgry też oddychała ciężko.
– To po co ci był cały ten cyrk z eliksirem?!SZCZĘK!
– Bo NAPRAWDĘ mi się podobasz, chciałem, żeby to do ciebie w końcu dotarło!
BRZĘK! Unik, chybienie, SZCZĘK!
– Ale ja to wiem od dawna.
Chybił, bardziej z braku czujności niż jej zwinności. Bo… Co ona powiedziała?
– Jak to, serio?
Trafiła. Zapiekł go policzek, ale nie przejął się tym.
– Nie jesteś zbyt dyskretny, łatwo się domyślić o co ci chodzi. – Skomentowała uśmiechając się niezręcznie.
– To dlaczego zawsze udajesz, że nie rozumiesz?!
– Bo nie mam zamiaru się z tobą umawiać, matole!
– To zwyczajnie powiedz, że nie chcesz, rany!
– Nie powiedziałam wcale, że nie chcę.
Gilbert opuścił miecz.
– To znaczy… Że chciałabyś…?
Węgry pozostała w pozycji bojowej, choć odwróciła wzrok od przeciwnika.
– Sama nie wiem. Przez większość czasu jesteś egocentrycznym i strasznie wkurzającym dupkiem, nie mam ochoty z kimś takim się umawiać.
Zakłuło to jego męską dumę i skrzywił się poirytowany. ON niby jest dupkiem? To ona właśnie obraża go prosto w twarz, no chamstwo.
– A czasami mam wrażenie, że całkiem w porządku z ciebie facet, ale wtedy nigdy nikogo dookoła nie ma, więc nie wiem… Czy ja to sobie zmyślam, wyobrażam, czy też faktycznie zachowujesz się inaczej.
Prusak wzruszył ramionami i burknął obrażony. Po chwili niezręcznej ciszy, Węgry również opuściła broń. Obróciła się, przeszła parę kroków i usiadła na szczycie pagórka, na którym się znajdowali. Gilbert
zdziwiony podążył za nią wzrokiem, a po chwili dołączył do niej na pagórku. Powoli zachodziło słońce, nadając wszystkiemu dookoła złotopomarańczowy blask.
– Czyli co…? – Odezwał się w końcu, chociaż nie miał pojęcia o co właściwie pyta. Czy da się gdzieś zaprosić? Czy dostał kosza? A może, że jednak utworzą wspólnie potężne imperium, które podbije świat?
– Czyli nic. – Węgry wpatrywała się w chmury zabarwione na fioletowo. – Nie mam pojęcia co o tobie myśleć, ani o sobie, więc najlepiej by było, żebyś dał sobie spokój. Nie warto.
Westchnął niezadowolony, bo to nie była zbyt jasna odpowiedź. Może jej się wydaje, że powinien odpuścić, ale skoro rzeczywiście są jakieś szanse, żeby podbić jej serce, to jednak spróbuje. W podbijaniu był dobry i nie zamierzał łatwo rezygnować tylko dlatego, że ona w niego wątpi!
– Nie masz racji. – Stwierdził i również spojrzał w niebo. – O ciebie warto się starać.
Wyczuł, że odwróciła w jego stronę twarz, ale nie zamierzał na nią patrzeć. Uparł się i z zaciętą miną przyglądał się chmurom, które rozrzedzał pędzący wiatr. Dziewczyna mu nie odpowiedziała, ale poczuł, jak położyła mu głowę na ramieniu. Pomyślał, że oto właśnie wygrał jedną z ważniejszych bitew na tej wojnie.
