Chapter Text
Draken był kimś wyjątkowym.
Mitsuya nie potrafił wyjaśnić w inny sposób tych wszystkich trzęsień ziemi, huraganów, powodzi, które nawiedzały jego życie za każdym razem, gdy Draken pojawiał się na horyzoncie - nagle praca przestawała być ważna, z głowy ulatywały pomysły na nowe projekty, maszyna do szycia przestawała istnieć, a rutyna szła w kąt i wszystkie dopracowane do perfekcji rytuały codzienności rozpadały się. Dziś nie było inaczej: zamiast delikatnej senchy w filiżance pojawiła się za mocna, przeciągnięta herbata, zamiast ryżu - rozgotowana breja. Po tak udanym śniadaniu tylko idiota mógłby próbować brać się za pracę. Nawet nie zaglądnął więc do niewielkiego pokoju, w którym urządził sobie pracownię. I tak nie byłby w stanie niczego narysować ani wykonać prostego przeszycia. Zamiast tego, by zabić czas, wziął się za sprzątanie, a że miał dużo czasu - z pieczołowitością szorował płytki w łazience, zupełnie jak gdyby wczoraj w taki sam sposób nie zabijał jeszcze większej ilości czasu. Do trzynastej jego łazienka będzie wyglądała jak nowa.
O czternastej musi wyjść z mieszkania. Musi spotkać się ze wszystkimi. Prawie wszystkimi. Później ci prawie wszyscy pojadą do pojadą do Fuchū. Powinni być na miejscu dwadzieścia minut przed piętnastą.
O piętnastej Draken powinien wyjść z więzienia.
Mitsuya zastygł w bezruchu, gdy po raz kolejny o tym pomyślał. Dokładnie tak samo jak zastygł, gdy parzył herbatę i gotował ryż. Tak samo, jak zamarł mu w dłoni ołówek kilka tygodni temu, gdy zrozumiał, że to już niedługo.
O piętnastej zobaczy go po raz pierwszy od pięciu lat. Od pięciu lat i dwóch dni dokładnie, bo dobrze pamiętał ostatni dzień, kiedy go widział.
Znów zaczął intensywnie szorować już i tak czyste płytki.
Odliczał czas do tego spotkania, ale jednocześnie obawiał się go. Nie widział Drakena od wielu lat i nie wiedział, kogo dokładnie zobaczy po pięciu latach i dwóch dniach. Tamten kwietniowy wieczór, kiedy widział go po raz ostatni, zapisał się w pamięci byłych członków Tokyo Manji jako wielka niewiadoma. Chyba tylko Mikey i Draken wiedzieli, co naprawdę wydarzyło się później, tej feralnej nocy, i z jakiego powodu chwilę po rozwiązaniu Tomanu i porzuceniu drogi delikwentów dwie najważniejsze persony z młodzieżowego gangu znalazły się w samym centrum wyrównywania już nie szczeniackich porachunków, ale tych prawdziwie gangsterskich. Tam, gdzie ktoś zginął od ciosu nożem zadanym precyzyjnie pod żebra, a na miejscu policja odnalazła narkotyki i sporo pieniędzy o niejasnym pochodzeniu.
Mitsuya wiedział tylko tyle, że Mikey, korzystając jeszcze z pogłosu, który zapewnił mu Toman, jak gwiazda - już zgasła, ale której światło dalej cięło kosmiczną pustkę - miał odzyskać pieniądze, które z haraczy zbierały młode wilki z jednego z gangów yakuzy. Tyle powiedział mu wówczas Draken, gdy po raz kolejny odwoływał z nim spotkanie. Mitsuya nie zareagował na to wówczas w stanowczy sposób, nawet dużego wrażenia nie zrobiło na nim to, że znowu Mikey okazał się ważniejszy. Przyzwyczaił się do tego. Z udawanej naiwności zapytał wówczas tylko: “musisz iść?”, dodając po chwili, że wolałby, aby się w to nie mieszał. Draken go w tradycyjny sposób zbył, zapewniając, że to jednorazowa akcja. Spodziewał się, że starym zwyczajem za kilka dni Draken się odezwie, przeprosi za odwołanie spotkania, zaproponuje kolejne, na które przyjdzie - niezależnie od tego, co będzie robił wtedy Mikey. Tym razem się nie odezwał. Telefon Mitsuyi wraz z nim odliczał czas od ostatniej rozmowy telefonicznej. “Ostatnie połączenie: 5 lat temu”. Telefon liczył mniej dokładnie niż Mitsuya. Draken już nie zadzwonił, bo nie mógł. Nie mógł też wytłumaczyć pozostałym, co się właściwie wydarzyło.
Niewiele też mówił Mikey - milczący, zirytowany, gdy ktoś dopytywał. Niedługo po tamtej nocy podpisał kontrakt z Yamahą. Jako młody, piekielnie zdolny motocyklista powoli wyrastał na nadzieję japońskich sportów motorowych. Prawie wszyscy mu gratulowali - z wyczuwalnym gorzkim posmakiem. Draken nie mógł mu pogratulować.
Gdy Draken po kilku miesiącach tymczasowego aresztowania stanął przed sądem jako oskarżony o pobicie ze skutkiem śmiertelnym kilka lat starszego od siebie gangusa, wszyscy byli już w stanie mniej-więcej domyślić się, co się wydarzyło tamtej nocy. Kilka miesięcy po tym, jak Draken usłyszał wyrok pięciu lat pozbawienia wolności, Mikey w końcu odpowiedział na pytanie, które podczas jednego z coraz rzadszych spotkań zadał Baji, już chyba nawet nie licząc na odpowiedź. Mitsuya dobrze pamiętał tę chwilę - pewnie dlatego, że była jednym z niewielu puzzli, którymi dysponował. Mikey najpierw zamilkł, w taki sam sposób, jak czynił to czasem podczas spotkań Tomanu, gdy chciał podbić stawkę tajemniczości. Powiódł wzrokiem po wszystkich, upewniając się, czy jego audytorium składa się z samych zaufanych ludzi.
“Zabiłem wtedy człowieka”, powiedział w końcu.
Mitsuya pamiętał też następny dźwięk, który wypełnił ciszę i zamknął usta nawet najbardziej rozgadanym. Pamiętał, jak mocno rzucił puszką z piwem w bok niewinnego automatu z przekąskami. A powinien był rzucić w winnego.
Później była awantura, w której nie chciał uczestniczyć. Gdy Baji i Kazutora naskoczyli na Mikey’ego, by wytłumaczył im, dlaczego w więzieniu siedzi Draken, a nie on, Mitsuya był już kilkadziesiąt metrów dalej, w drodze do domu. Coś do niego mówił Takemitchy, dogoniwszy go, ale ten nie słuchał. Przeprosił go, rzucając tylko krótkie: “muszę już iść”. I poszedł. Po drodze kopnął z całej siły kilka kamieni walających się na poboczu. Pierwszy: że Draken wziął na siebie winę, za coś czego nie zrobił. Drugi: że jebany wymiar sprawiedliwości tej historyjki nie przejrzał i zadowolił się rozwiązaniem zagadki kryminalnej dostarczonej przez typa, który został na miejscu zdarzenia. Na trzeci kamień Mitsuyi przyszło chwilę poczekać. Ale w końcu się pojawił, tak jak i zrozumienie, dlaczego natychmiast musiał zostawić Mikey’ego, dlaczego nie mógł go dalej słuchać. Kamień odbił się z łoskotem o kamienny mur. Mikey wreszcie powiedział im cokolwiek o Drakenie tylko dlatego, że ten już od dawna siedział w więzieniu. Już po procesie. Już jego wina została stwierdzona ponad wszelką wątpliwość. Mikey powiedział prawdę tylko dlatego, że już nie mogła mu ona zaszkodzić.
Mitsuya znów się zawiesił. Strużka mleczka do czyszczenia łazienki dotarła już do podłogi.
Westchnął ciężko, wycierając ślad na płytkach. Każde wspomnienie z tych pięciu lat obejrzał już z każdej strony. Tam, gdzie skrywała się złość na Mikey’ego, była też gorzka refleksja: Draken tego chciał, dlatego Mitsuya nie powinien był się gniewać na swojego byłego lidera. Choć Mikey nigdy nie przyznał tego wprost, Mitsuya wiedział, że tak właśnie musiało być. Draken zrobiłby dla niego wszystko, a wobec ogromu wszechrzeczy, które można zrobić dla drugiej osoby, spędzenie kilku lat w więzieniu to drobiazg.
Przycisnął dłoń do wilgotnej ścierki mocniej, aż pobielały palce.
Stracił Drakena na pięć lat, bo najważniejszy znów był Mikey. Być może gdyby go kiedyś posłuchał, dowiedziałby się, że on też jest dla kogoś najważniejszy - i z tego powodu nie powinien tak lekką ręką rujnować sobie życia w imię jakichś większych uczuć. Powinien być może czasami słuchać tego, któremu najbardziej na nim zależy. Z jednej strony czynił wyrzuty nieobecnemu Drakenowi, że go nie posłuchał, a z drugiej z trudem patrzył w lustro, gdy zalewały go wyrzuty sumienia na myśl o tym, że tamtego dnia nawet nie pomyślał o tym, by zdobyć się na stanowczość i zmusić Drakena by odmówił Mikey’emu, by tego jednego dnia wybrał kogoś innego.
Na przykład jego.
Mitsuya przepracowywał te same tematy w nieskończoność i naprawdę wolałby, żeby nie wpraszały się do jego głowy teraz - gdy za sześć godzin już się zobaczą.
Zabrał się za szorowanie podłogi w najbardziej ukrytych kątach. Przez chwilę potrafił narzucić sobie iluzję, że jego jedynym zadaniem dzisiaj jest zebranie każdego pyłka kurzu, każdego pojedynczego włókna, każdej mikroskopijnej nici z łazienkowej podłogi. Ból kolan i napięcie nienaturalnie wygiętych ramion miały przesłonić mu natłok myśli. Działało, do czasu aż nie podniósł się z podłogi i nie otarł potu z czoła, spoglądając przypadkiem w stronę lustra.
Minęło pięć lat.
Miał wrażenie, że zamiast swojego odbicia zobaczył siebie sprzed lat. Młodszego, o mniej wyrazistych rysach twarzy, z krótszymi włosami. Tamtego siebie pamiętał dobrze, bo często spoglądał na zdjęcie, które wykonali sobie w dniu rozwiązania Tokyo Manji. On i Draken stali obok siebie, uśmiechając się szeroko i wskazując palcami na swoje skronie. Mitsuya, którego przez chwilę widział w lustrze, nie uśmiechał się i nie było obok niego Drakena.
Minęło pięć lat.
Drakena nigdy nie było w tej łazience, nigdy nie patrzył w to samo lustro, w które patrzył teraz Mitsuya. Wprowadził się tutaj dopiero dwa lata temu, gdy wypłata projektanta mody zaczęła wystarczać na utrzymanie się w stolicy Japonii na dostatnim poziomie. Drakena nie było też przy nim, gdy jego pierwsze projekty zyskiwały krajowe uznanie. Nie było go, gdy po raz pierwszy leciał do Francji i do Włoch. Nie było go, gdy otrzymał zamówienie na przygotowanie kreacji na festiwal filmowy dla jednej z aktorek. Ale to wszystko szczegół. Drakena nie było nigdzie. Nie było go, gdy Takemitchy oświadczył się Hinacie. Nie było go, gdy Baji wreszcie skończył szkołę, co świętowali co najmniej tak hucznie, jak gdyby wynalazł lek na raka. Nie było go, gdy Mikey zwyciężał w pierwszych wyścigach. Nie było go na otwarciu baru z ramenem prowadzonym przez braci Kawata. Na żadnych urodzinach, żadnym wyjeździe na plażę, żadnym koncercie, nigdzie.
Mitsuya bał się przeszłości, tej dziwnej wypadkowej losu naznaczonej nieobecnością kogoś najdroższego. Kogoś, za kim zawsze chciał podążać i w pewnym momencie już nie mógł. Szerokie plecy Drakena i ciasno spleciony warkocz, które widział z reguły dwa kroki przed sobą, przez pięć lat nie przesłaniały mu już jakiegokolwiek widoku. Dlatego z mniejszą ochotą na cokolwiek patrzył. Nawet na własne odbicie w lustrze.
Ale dziś wyjątkowo w tych wiecznie zmęczonych, przymrużonych oczach, dojrzał więcej światła. Pomimo plątaniny nierozwiązanych spraw, nieprzeprowadzonych rozmów, cierpienia w ciszy istniała też nadzieja. Ta sama, którą wydobył w sobie tamten Mitsuya sprzed wielu lat. Jedna z niewielu ocalałych.
Uśmiechnął się do swojego odbicia. Dzisiaj go wreszcie zobaczy. Ciekawe, jak wygląda. Czy bardzo się zmienił, czy jest jeszcze wyższy. Czy zmienił mu się głos, czy ma nowe tatuaże. Jak zareaguje, gdy zobaczy, że Takemitchy już nie jest tlenionym blondynem, Pah zaokrąglił się jeszcze bardziej, a Kazutora zapuścił włosy. Jak zareaguje, gdy zobaczy, że Mitsuya też je zapuścił. Kilka dni wcześniej pofarbował odrost i odświeżył kolor. Srebrne refleksy połyskiwały na jasnoliliowych włosach prawie tak samo intensywnie jak wyszorowane płytki.
W końcu zalśniły też i oczy. Po pięciu latach czekania.
Jeszcze tylko kilka godzin. Mitsuya kolejny raz przeczytał ostatni list, który otrzymał od Drakena tydzień wcześniej. Upewnił się, że nic mu nie umknęło. Draken informował go, o której wyjdzie, z którego pawilonu i że byłoby miło, gdyby mogli się wtedy zobaczyć. Co prawda napisał, że chciałby się zobaczyć ze wszystkimi, ale słowa, których użył kurtuazyjnie dawały znać, że pod słowem “wszyscy” kryło się “ty i pozostali”. Cieszył się tym krótkim fragmentem listu, choć wiedział, że bardzo podobnych słów Draken użył w listach do Takemitchy’ego, Paha i Bajiego.
Pamiętał, że w jednym ze wcześniejszych listów Draken pisał mu, co zamierza zrobić natychmiast po wyjściu z więzienia - wrócić do dawnej fryzury, przede wszystkim wygolić boki, by - jak to napisał - obudzić smoka, a później zafarbować włosy z powrotem na blond. Uśmiechnął się znowu na wspomnienie tego listu. Typowy Draken. Najpierw myśl o nim wpędzała Mitsuyę w poczucie zagubienia, rozpraszała każdy aspekt jego życia, wzbudzała obawę o to, co było, co jest i co będzie. Później Mitsuya nie myślał o niczym innym niż o Drakenie golącym głowę w toalecie na stacji benzynowej tuż obok więzienia. W tym marzeniu Mitsuya trzyma mniejsze lusterko tuż przy głowie Drakena, tak aby ten mógł sprawniej operować strzyżarką. Już ta wizja go uszczęśliwiała. Gdy miewał jednak lepsze dni, potrafił pójść o krok dalej - wtedy on sam proponuje Drakenowi, że zrobi to za niego, bo tak będzie łatwiej. Draken się zgadza. Wtedy Mitsuya dotyka jego włosów po raz pierwszy od lat.
Nie potrafił sobie wyobrazić, jak to uczucie mogło smakować. Chciałby jednak wiedzieć.
Typowy Draken wpędzający go w huśtawki emocjonalne nawet pomimo swej uporczywej nieobecności. Chcąc sobie jednak dać choćby cień szansy na ten wymarzony, odważny scenariusz, Mitsuya zapakował do swojego plecaka strzyżarkę i kilka innych szpargałów fryzjerskich.
Z mieszkania wyszedł wcześniej niż powinien, więc i na miejsce spotkania dotarł przed czasem. Umówili się na parkingu przed S.S. Motor. Mitsuyę przeszył przyjemny dreszcz na widok kilku motocykli stojących przed sklepem. To tutaj, w zamkniętym garażu, znajdował się Zephyr Drakena. Shinichiro obiecał się przechować go na czas nieobecności właściciela. Dawniej, szczególnie na początku, Mitsuya przychodził tu pod pretekstem przejechania nim kilku kilometrów - tylko po to, żeby rozgrzać silnik, choć w rzeczywistości chodziło chyba tylko o wsłuchiwanie się w jego dźwięk, w odgłos, który pozwalał łudzić się, że Draken jest obecny, bo przecież nie pozwoliłby nikomu choćby się nim przejechać.
Zephyr prawie w ogóle się go nie słuchał. Zupełnie jak jego prawdziwy właściciel. Mitsuya bez trudu się do tego przyzwyczaił.
Wszedł do środka, gdzie przywitał się z Inupim i Shinichiro. Na środku sklepu, na oświetlonym podwyższeniu, stał i on: Kawasaki Zephyr, wypolerowany, po detailingu. Namalowany ponad dziesięć lat temu na zbiorniku paliwa smok - ten sam, który obaj sobie wytatuowali - wyglądał jak nowy.
Jeżeli widok odnowionego motocykla wystarcza by zakręcić mu w głowie, co wydarzy się za jakieś półtora godziny?
– Robi wrażenie, co? - zapytał Inupi, przejeżdżając palcem po przedniej oponie Zephyra.
– Mhm - przytaknął, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego konkretnego słowa.
– Teraz to już niemal zabytek, ale za to jaki! - rzucił Shinichiro, podchodząc stając obok Inupiego. - Niech Draken go szybko odbiera, bo mam na niego paru kupców.
– I chodzi jak marzenie - komplementował Inupi. - Na początku trochę rzęził, ale to pewnie przez to, że nikt nim dawno nie jeździł.
– No, Mitsuya, kiedy tu byłeś na ostatniej przejażdżce? - zapytał Shinichiro.
– Nie pamiętam dokładnie - skłamał, nadal nie mogąc oderwać wzroku od motocykla. - Myślę, że dwa lata temu?
Dwa lata temu, dokładnie w dzień swoich urodzin. Przyjechał popołudniem do sklepu, a po zamienieniu dwóch słów z Shinichiro wyprowadził Zephyra z garażu. W kieszeni miał list, który trafił do niego tydzień wcześniej - już z życzeniami urodzinowymi. Postanowił, że przeczyta go dopiero w dzień urodzin. Siedząc na kamiennym murze nad Zatoką Tokijską, łapczywie czytał kolejne słowa. Draken życzył mu spełnienia marzeń, świetlanej kariery, dużo szczęścia. Później napisał, że cieszy się, że go poznał i że jest dumny, że spośród wszystkich osób to z nim jest złączony więzią Bliźniaczych Smoków. Że nigdy go nie zapomni, niezależnie od tego, co wydarzy się między nimi w przyszłości i że zawsze będzie mu kibicować.
Spełnienie marzeń i szczęście.
Draken z pewnością nie wiedział, ile te życzenia mają z nim wspólnego.
Spoglądając na zachodzące słońce, Mitsuya myślał tylko o nim. Niebezpiecznie się rozmarzył, do czasu aż powiew chłodnego powietrza nie otrzeźwił go. Trzeba było się zbierać z powrotem i oddać motocykl. Gdy już jechał Zephyrem, wsłuchując się w ten doskonale znany dźwięk silnika i czując na twarzy przyjemny wiatr, wyobraził sobie, że jedzie z Drakenem razem na jego motocyklu. Draken prowadzi, a on siedzi tuż za nim, mocno wtulając się w jego plecy ze splecionymi dłońmi wokół jego torsu. Nie widzi nic innego niż czarno-biały wzór haori, nie czuje nic innego niż jego zapach. Nic innego nie ma znaczenia. Życie jest wtedy najpiękniejsze.
Mitsuya na chwilę zamknął oczy i niemal natychmiast poczuł, że traci panowanie nad Zephyrem. Gwałtownie wyprostował kierownicę i jakoś udało mu się ustabilizować sytuację. Odstawiając motocykl u Shinichiro, pomyślał, że jeżeli chce dożyć spotkania z Drakenem, musi sobie odpuścić randki z jego motocyklem.
I dożył.
– Już przyjechali - oznajmił Inupi, patrząc przez sklepową witrynę.
Mitsuya otrząsnął się ze wspomnień i zerknął w tym samym kierunku co Inupi. Na parkingu pod sklepem stał samochód Pah-china, który chyba nadal siedział w środku. Z auta właśnie wysiadali Kazutora i Baji.
– Pójdę do nich - powiedział Mitsuya.
– Pewnie - mówił Shinichiro. - Widzimy się później. Do zobaczenia!
Przez “później” Shinichiro miał na myśli planowaną imprezę powitalną, na którą Draken rzekomo zgodził się w liście do Mikey’ego. Tam mieli być już wszyscy, jak za czasów najpotężniejszego Tokyo Manji. Gdyby Mitsuya mógł wybrać, pewnie wolałby inny scenariusz na pierwszy dzień wolności swojego najbliższego kumpla, ale czas spędzony na obserwowaniu Drakena, który pewnie będzie chciał nadrobić wszystkie historie, które go ominęły i każdego obdarzyć równomiernie swoją uwagą, ku demonstracyjnej rozpaczy Mikey’ego, wydawał się być przyjemną aktywnością. Każdy scenariusz, w którym główną rolę grał Draken, był dobry.
– No i gdzie jest reszta? - powiedział Baji na powitanie.
– Cześć tobie też - przywitał się Mitsuya ze złośliwym uśmiechem.
– Ktoś się niecierpliwi - zaśmiał się pod nosem Kazutora.
– Że niby ja? Pomyśl, jak niecierpliwić musi się Draken! - zawarczał Baji, krzyżując ręce na piersi. - Nie chcę się po prostu spóźnić.
– Jesteśmy jeszcze przed czasem, Baji, wyluzuj - wykrzyczał do niego Pah-chin, rozmawiając w tym samym czasie przez telefon.
– A ten co? - zapytał Mitsuya, wskazując głową w kierunku Paha.
– Całą drogę próbował wcisnąć jakiemuś frajerowi mieszkanie. - Baji przewrócił oczami.
– Ten frajer nazywa się klient - poprawił go Kazutora.
– Jeżeli chce kupić tę zatęchłą norę, na końcu świata i za tę cenę, którą Pah-chin przedstawia jako super ofertę, to jest to frajer, a nie klient.
– Nie wiesz za wiele o rynku nieruchomości, co? - rzucił złośliwie Mitsuya.
– To, że nie mam mieszkania w Shibuyi nie znaczy, że nic nie wiem!
– Już, już, chłopaki. - Kazutora stanął między Mitsuyą a Bajim, kładąc im dłonie na barkach. - Jedziemy zaraz na spotkanie ze starym kumplem i chcemy na to spotkanie dotrzeć w jednym kawałku.
Na parking wjechał kolejny samochód, z którego natychmiast wysiadł Takemitchy, witając się ze wszystkimi z typowym dla siebie entuzjazmem. Za nim z samochodu wyskoczył Chifuyu.
– Nigdzie nie słyszę tego pierdzącego Babu - wymruczał groźnie Baji. – Przysięgam, jak się spóźnimy przez Mikey’ego, wszyscy będziecie świadkami zbrodni, a ja będę następny do odsiadki.
– A, Mikey przyjechał z nami - wyjaśnił Takemitchy zmieszanym tonem.
– Za co chcesz trafić do więzienia, Baji Keisuke? - Spokojny głos Mikey’ego przeciął powietrze jak strzała. Nie wiedzieć jak, Mikey pojawił się tuż obok Bajiego, patrząc na niego badawczo.
– Już za nic, chyba - natychmiast spuścił z tonu - ale zaraz. Miałeś przyjechać motocyklem. Jak teraz zabierzemy Drakena, skoro w każdym samochodzie są zajęte cztery miejsca? Spakujesz się do bagażnika w drodze powrotnej? I gdzie jest Emma?
Mikey nie odpowiedział od razu. Powiódł wzrokiem w kierunku drugiego samochodu, w którym Pah-chin dalej prowadził rozmowę przez telefon. Mikey pomachał mu przez szybę, przywołując go do grupy. Pah natychmiast zakończył rozmowę. Pomimo tego, że Tokyo Manji nie istniało już od ponad pięciu lat, autorytet, który zbudował Mikey, dalej dawał mu przywileje.
Gdy Pah dotarł już do pozostałych, Mikey kucnął, chwytając w dłonie małą gałązkę, którą następnie zaczął kreślić niewidzialne znaki na płycie parkingu.
– Emma odmówiła - powiedział w końcu. - Nie będzie jej też na imprezie.
– To było do przewidzenia - mruknął Kazutora.
– Nie wiem, jak do tego podejdzie Draken, ale myślę, że lepiej będzie, jeżeli dzisiaj nie będziemy poruszać jej tematu. Jeżeli was zapyta, dlaczego jej nie ma, powiedzcie mu po prostu, że nie mogła przyjść, bo miała inne plany.
– Plan na nieprzyjście - ironizował Baji.
– Baji - skarcił go Chifuyu.
– Dobra, jebać to. - Kazutora znów wcielił się w rolę deeskalatora konfliktu. - Zabieramy Drakena i jedziemy dobrze się dzisiaj bawić. Nie wiem, jak wy, ale ja tu dzisiaj jestem ze względu na niego, a nie kogokolwiek innego. Z Emmą czy bez niej, będzie tak samo zajebiście.
– Kazutora ma rację - powiedział Mitsuya, patrząc na zegarek w telefonie. - Powinniśmy już jechać.
Mikey kiwnął głową potakująco i odrzucił gałązkę na trawnik.
Mitsuya wsiadł do samochodu Pah-china, rozsiadając się na tylnej kanapie z Kazutorą. Jego głowa opadła ciężko na zagłówek. Spodziewał się za chwilę dyskusji na temat kolejnego aspektu przeszłości, której nie rozumiał.
– Nie wiem, dlaczego Mikey uważa, że powinniśmy gadać jakieś bzdury, że Emma miała inne plany na dzisiaj - zaczął Baji. – Czy on uważa, że Draken przez pięć lat nie zauważył, że ona się do niego wcale nie odzywa? Dlaczego miałaby teraz zmienić zdanie i nagle się pojawić?
– Mikey wolałby, żeby się do siebie jednak odzywali - odpowiedział Mitsuya. – Pewnie dlatego w ogóle wpadł na pomysł, by ją zabrać z nami.
Emma stała się osobną zagadką w tym samym czasie, w którym wieść o aresztowaniu Drakena rozniosła się już po byłych członkach Tokyo Manji. Mitsuya nie wiedział wiele; podobnie jak w sprawie Drakena dysponował tylko kilkoma puzzlami, które starał się ze sobą połączyć różnymi teoriami.
Pamiętał, kiedy Emma zawiodła go po raz pierwszy. Gdy Draken był tymczasowo aresztowany, o widzenia z nim mogli ubiegać się tylko członkowie rodziny. Draken nie miał żadnej rodziny i myśl o tym, że pozostaje w areszcie sam, widząc współosadzonych, którzy spotykają się z matkami, ojcami, żonami, dręczyła ich wszystkich. Wówczas Pah-chin za pierwszą zarobioną prowizję zabrał ich na spotkanie z adwokatem. Dowiedzieli się tylko tyle, że mogą zapomnieć o zgodzie na widzenie z Drakenem albo o kierowaniu do niego korespondencji, ale taką zgodę mogłaby otrzymać Emma jako jego partnerka. Mikey odskoczył wtedy od biurka mecenasa, mówiąc, że natychmiast do niej zadzwoni. Mitsuya słyszał tylko skrawki ich rozmowy, ale wniosek z niej był oczywisty dla nich wszystkich: Emma odmówiła kontaktu z Drakenem.
Nie umiał jej tego wybaczyć. Wiedziała, że jest jedyną osobą, która może mu pomóc po prostu przetrwać i odmówiła. Gdyby to on był na jej miejscu, czekałby jak pies pod drzwiami gabinetu prokuratora na wydanie zgody. Nigdy by nie zrezygnował z Drakena.
Pah-chin wtedy piekielnie się wkurzył. Opłacił drugiego obrońcę dla Drakena tylko po to, by ten mógł umówić się na rozmowę z ich przyjacielem i przekazać mu, z czego wynika, że nie mogą się z nim spotkać, ani do niego napisać oraz by powiedział mu, że o nim pamiętają i stoją po jego stronie.
Z czasem dowiedział się, że Draken zranił Emmę, tak samo jak zranił Mitsuyę tamtego przeklętego wieczoru. Mitsuya był przyzwyczajony do przegrywania walk o uwagę Drakena: najpierw był Mikey, a chwilę później pojawiła się Emma. W najlepszym rozrachunku był numerem trzy w jego życiu. Ona jednak nie była do takiego traktowania przyzwyczajona. Być może nigdy wcześniej Draken nie musiał stanąć przed wyborem między nią a Mikey’em. Być może błagała go, by tam nie szedł, wiedziona kobiecą intuicją. Być może zagroziła mu, że jeżeli to zrobi, to koniec. Emma nie chciała, by Draken zszedł na złą stronę. Bała się, że zostanie przestępcą, szczególnie gdy w schyłkowej fazie aktywności Tomanu zaczął spędzać więcej czasu z Hanmą, Kakucho, Izaną i braćmi Haitani.
Niezależnie od tego, jak to tamtego wieczoru przedstawiła, swoją walkę także przegrała. Draken wybrał Mikey’ego, jak zwykle.
Drugi raz Emma zawiodła go po ogłoszeniu wyroku skazującego. Mikey chyba wierzył, że niechęć Emmy do kontaktu z Drakenem była częściowo motywowana trudnościami administracyjnymi. Z rozmowy z adwokatem wiedzieli, że trzeba byłoby pisać jakieś wnioski, a w przypadku Emmy - partnerki, a nie żony - koniecznym byłoby jeszcze udowodnienie, że jest jego prawdziwą partnerką, a nie podstawioną kukłą. Musiałaby dostarczyć jakieś zdjęcia, być może trzeba byłoby kogoś przesłuchać. Po uprawomocnieniu się wyroku rygor widzeń zelżał, choć wszyscy z Tokyo Manji nadal nie mogli się ubiegać się o spotkanie z Drakenem. Emma miała mieć natomiast niemal pewność, że taką zgodę otrzyma natychmiast, jeżeli tylko złoży jeden podpis pod wnioskiem. Znowu odmówiła, lecz tym razem Mitsuya widział, ile ją to kosztowało. Rozmawiała z Mikey’em w parku przed kancelarią prawną, w której znowu szukali pomocy. Płakała, trzęsły jej się dłonie, krzyczała na Mikey’ego, który wyraźnie na nią naciskał. Jakiś przechodzień zareagował - obydwoje musieli się tłumaczyć, że są rodzeństwem i mają problemy rodzinne. Koniec końców Emma wyrzuciła Mikey’emu, że zniszczył jej życie i żeby dał jej spokój, bo już dawno napisała do Drakena, że to koniec.
Zostawiła go, gdy siedział w więzieniu. Gdy był sam, gdy nie mógł się do nikogo z przyjaciół zwrócić. Odebrała mu siebie i cień nadziei na przyszłość. Że będzie mógł być z nią szczęśliwy, że jeszcze wszystko naprawią. Że spełni się ich wielki sen o rodzinie. Że Draken będzie wreszcie miał prawdziwą rodzinę, w tym swojego uwielbianego Mikey’ego, a nie tylko przyszywanego brata.
Przez wiele tygodni Mitsuya czuł się tak, jak gdyby to Emma zerwała z nim, a nie z jego najbliższym przyjacielem. Ich rozstanie przestał przeżywać, gdy podczas jednego z kolejnych spotkań adwokat oznajmił Mitsuyi i pozostałym, że będą mogli kontaktować się z Drakenem, jeżeli ten wyrazi na to zgodę. Niedługo później Mitsuya pisał już pierwszy list, odbudowując nadszarpniętą nieobecnością więź z Drakenem - na tyle, na ile mógł sobie na to pozwolić, wiedząc że jego listy są cenzurowane.
Domyślał się, że teraz, gdy Emma odmówiła spotkania twarzą w twarz z Drakenem, być może zawiodła Mikey’ego po raz trzeci. Mitsuya jednak już niczego od niej nie oczekiwał. Im bliżej było do tego wielkiego dnia, tym częściej łapał się na samolubnym myśleniu, że ich zerwanie oznacza, że ma szansę z powrotem wskoczyć na pozycję drugą w życiu Drakena. Mikey, jako zawodowy motocyklista, miał zajęte niemal wszystkie weekendy na wyścigi i treningi. Może w te dni wyścigowe Draken miałby czas gdzieś razem wyjść albo po prostu razem posiedzieć. A jeżeli koniecznie musiałby siedzieć na trybunach toru wyścigowego, może zgodziłby się siedzieć obok Mitsuyi. W tych wizjach też czasami pozwalał sobie na zbyt wiele. Widział siebie opierającego głowę o ramię Drakena; widział, jak wracają z wyścigu zatłoczonym ostatnim pociągiem metra, w wymuszonej bliskości, którą Mitsuya ze skrywanym uśmiechem w pełni aprobował.
Znów zaszedł za daleko.
Wyrwał się z przyjemnych rozmyślań, powracając z powrotem do samochodu, w którym ciągle trwała dyskusja na temat Emmy. Mitsuya postanowił już się nie odzywać.
– Ona od dawna już się z kimś spotyka - mówił Kazutora. - Widziałem ją kiedyś w restauracji. No i nie była to pierwsza randka.
– Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego Mikey tak na nią naciskał. Co on sobie wyobrażał? Że teraz, jak sobie ułożyła życie z nowym typem, rzuci wszystko i przyjedzie powitać byłego, w dodatku kryminalistę? - dopytywał złośliwie Baji.
– Widać po was, że nie wyszło wam z waszymi pierwszymi dziewczynami - mruknął Pah-chin.
– Co to niby ma znaczyć, Pah? - wywarczał Baji.
– To, co słyszałeś. - Pah uśmiechnął się cynicznie. - Jest coś fajnego w tym, że pierwsza osoba, w której się zakochujesz, zostaje twoją żoną albo mężem i jest z tobą do końca życia. Możesz wtedy uwierzyć w przeznaczenie.
Mitsuya uśmiechnął się pod nosem, spoglądając przez szybę na mijane zabudowania.
– Wow, Pah, od kiedy jesteś w ogóle zdolny do takich przemyśleń? - zaśmiał się Kazutora.
– Nie zrozumiesz tego, bo tego nie doświadczyłeś - odpowiedział Pah spokojnie. – I ty, Baji, też. Dlatego obaj błaznujecie.
– To ty znowu czegoś nie rozumiesz. Gdyby Emma jechała z nami, to uroniłbym nawet łezkę, gdybym ich zobaczył przytulonych - argumentował Baji. - Ale nie jedzie, bo nie chce. To Mikey chce, żeby znowu było jak dawniej.
– Może Draken też chce? - zapytał Pah.
Mitsuya popatrzył w przednie lusterko, gdzie zobaczył skupioną twarz Pah-china. Przez chwilę w samochodzie było cicho.
Ciekawe, czy Draken bardziej ucieszyłby się na spotkanie z Mikey’em czy z Emmą. I czy jej nieobecność zostawi gorzki posmak na dzisiejszym dniu. Mitsuya miał wrażenie, że odwiedził dzisiaj już wszystkie stany emocjonalne, a jeszcze nawet nie dojechali pod zakład karny.
– Ale ja trochę rozumiem Mikey’ego - odezwał się Kazutora. - Gdybym miał siostrę, to uznałbym, że Draken to najlepszy kandydat na męża. No i od razu wpada zajebisty szwagier do kompletu.
Baji prychnął z dezaprobatą.
– Chłop od pięciu lat nie gra w grę zwaną życie i dalej jest na szczycie rankingu najlepszego kandydata na męża - rzucił.
– To nie moja wina, że jedyne, co osiągnąłeś przez te pięć lat, to skończenie szkoły - zaśmiał się Kazutora. - Ale spoko, może jak już skończysz studia, to będziesz lepszym kandydatem niż typ po wyroku.
– Zgodzisz się z nim, Mitsuya? - zapytał Baji.
– Hm?
– No, z tym, co powiedział Kazutora. Ty masz siostry, nie? Chciałbyś, żeby Draken był mężem którejś z nich?
Mitsuya zamknął na chwilę oczy.
– Wolę, by moje siostry same wybrały sobie mężów.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
– Trudno, innej nie dostaniesz - powiedział Mitsuya, uśmiechając się złośliwie. - Pah, i co z tym mieszkaniem? Kazutora i Baji mówili mi, że dopinasz jakąś umowę.
– Klient się jeszcze zastanawia, ale jestem dobrej myśli. Podoba mu się, to w zasadzie niedaleko stąd. - Pah wskazał głową na okolicę, przez którą przejeżdżali. - Też w Fuchū.
Pah-chin się rozgadał na temat oferowanego mieszkania tak jakby chciał je wcisnąć jeszcze Mitsuyi, który też wczuł się w rolę potencjalnego klienta. Nie tak dawno sam kupował mieszkanie, więc łatwiej było mu znaleźć wspólny biznesowy język z Pah-chinem. Gdyby kilkanaście lat temu ktoś powiedział mu, że będą rozmawiać o plusach i minusach konkretnych systemów ogrzewania i o rosnących cenach nieruchomości, kazałby mu się puknąć w głowę.
Po krótkiej rozmowie, przerywanej co jakiś czas przez wyzłośliwianie się Bajiego, Mitsuya w końcu powiedział:
– To faktycznie niezła oferta, Pah.
– Widzisz, Baji? - Kazutora pochylił się do przodu i chwycił Bajiego za ramię. - Pah ma jednak klienta, a nie frajera.
– Po czyjej ty jesteś stronie, Kazutora? - Baji odchylił energicznie głowę do tyłu, patrząc wyzywająco na Kazutorę.
– Po twojej, oczywiście - odpowiedział zmieszany.
– No to jest dwa do dwóch. Mitsuya i Pah przeciwko nam. Musimy zapytać piątą osobę, co sądzi o wspaniałym mieszkaniu w Fuchū.
– Zapytajmy Drakena - zaproponował Kazutora. - Tak zupełnie od czapy.
Baji prychnął złośliwie.
– No to już lepiej przyznać, że Pah faktycznie ma klienta, a nie nagonionego frajera - wymruczał Baji.
– Co, czemu? - dopytywał Kazutora.
– Bo on zawsze stanie po stronie Mitsuyi.
Na twarzy Mitsuyi pojawił się półuśmiech. Słowa Bajiego zagrały na przyjemnych strunach jego podświadomości. W połączeniu z wygodną kanapą, na której siedział, relaksującym szumem samochodu, słońcem przebijającym się zza szarych chmur tworzyły wspaniałą scenerię. Scenerię fikcyjnego świata, w którym Draken zawsze stawał po stronie Mitsuyi.
Nie chciał jej opuszczać. Nie chciał ani tłumaczyć Bajiemu, że to nieprawda, bo przecież wystarczyłoby postawić Mikey’ego po przeciwnej stronie, by bycie po stronie Mitsuyi zmieniło się z “zawsze” na “nigdy”. Nie chciał też słyszeć, gdy tę samą oczywistą prawdę o świecie wypowiada Kazutora czy Pah-chin.
Ale było coś kuszącego w tym, że chociaż w wyobraźni Bajiego Mitsuya i Draken zawsze się wspierali.
W końcu dojechali. Zatrzymali się na parkingu przed bramą prowadzącą do zakładu karnego. Dwadzieścia długich minut przed czasem. Mitsuya patrzył tępo na drzwi, w których za jakiś czas miał pojawić się Draken. Wzdrygnął się, gdy drzwi poruszyły się, a w nich pojawił się mężczyzna - nie Draken. Jakiś inny szczęśliwiec, po którego przyjechali rodzice. Mitsuya chciał ukradkiem poobserwować, jak się witają po długiej rozłące, być może nawet podsłuchać, o czym rozmawiają, ale nie mógł. Musiał wpatrywać się w drzwi. Jego oczy nie pozwoliłby mu patrzeć na cokolwiek innego - spragnione Drakena w polu widzenia.
Minęło pięć lat.
Za dziesięć piętnasta nikt już się nie odzywał. Wszyscy w oczekiwaniu patrzyli w tym samym kierunku.
Minęło pięć lat i dwa dni.
Draken wyszedł z więzienia.
Gdy go zobaczył, świat wokół przestał istnieć, a czas się zatrzymał. Wszystko rozpadło się w niebyt: jego serce zamarło, puls najpierw się zatrzymał, a później oszalał. Przestał czuć, że stoi na betonowej płycie chodnika, że obok niego ktokolwiek jest. Liczyło się tylko ten, który stał przed nim. Widok Drakena uderzył go jak huragan, który porwał wszystkie wymyślone obawy, wszystkie wykreowane lęki, wszystkie idiotyczne przemyślenia i zostawił tylko to, co miało przetrwać.
Był szczęśliwy. Szczęśliwy jak nigdy w życiu.
Zanim zdążył odzyskać władzę w nogach, Mikey już w kilku susach dobiegł do Drakena, wtulając się w niego tak samo, jak za czasów Tomanu. Później ruszyli wszyscy, Mitsuya nie mógł pozostać z tyłu. Całą grupą otoczyli Drakena, do którego Mikey przykleił się już chyba na dobre.
– Mikey, nie mogę się ruszyć - powiedział Draken.
Jego głos brzmiał dokładnie tak samo, jak Mitsuya go zapamiętał. Och, jak bardzo za nim tęsknił. Za jakimkolwiek słowem, byleby tylko w uszach zamknąć rozedrgane jego głosem powietrze.
Wyglądał trochę inaczej, ale nie na tyle, by mógł go nie odnaleźć w tłumie albo nie rozpoznać w ciągu ułamka sekundy. Jego znak rozpoznawczy, tatuaż smoka, zarósł czarnymi włosami, które obecnie miał takiej długości jak Shinichiro. Chciał ich dotknąć, wpleść swoje palce między kosmyki, a później palcem wskazującym wytropić tatuaż i z pamięci prześledzić jego kontur.
Chciał być blisko. Z bliska zobaczyć te nieco zapadłe policzki, wydobyte kości policzkowe, wyostrzoną linię żuchwy, wspaniale łączącą się z silną szyją i szerokimi ramionami. Draken był nadal od nich wszystkich wyższy. I gdy w szumie rozmów, śmiechów, powitań i próby oderwania Mikey’ego od torsu Drakena, Mitsuya mu się przyglądał, wiedział, że Draken nie tylko wzrostem przewyższał ich wszystkich; był wyższy o głowę od całego pokolenia, jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy, najwspanialszy. Z uśmiechem, najpierw niepewnym, jak gdyby mięśnie jego twarzy nie miały pewności, czy układają się w dobrym sposób, lecz później dokładnie takim, jak go zapamiętał. Mitsuya delektował się tym widokiem. Napawał się własnym szczęściem, jak gdyby wszystkie smutki, które sam w sobie nagromadził, zniknęły. Po raz pierwszy od dawna czuł, że jest dokładnie tam, gdzie powinien być.
Gdy Pah-chinowi i Bajiemu udało się odseparować Mikey’ego od Drakena, Mitsuya musiał jednak działać szybko. Jeżeli chciał zajmować drugie miejsce w życiu Drakena, musiał je sobie wywalczyć. Korzystając z momentu, w którym Mikey już odpuścił, a nikt nie zajął jeszcze jego miejsca, Mitsuya zanurkował pod ramieniem Kazutory, odepchnął delikatnie Chifuyu i znalazł się dokładnie tam, gdzie planował - tuż przed Drakenem. W jego oczach dojrzał wszystko to, czego przez lata nie był w stanie dojrzeć we własnych. Radość.
– Mitsuya! - Draken przyciągnął go do siebie, na co ten nie mógł zareagować inaczej niż tylko wtulając się w niego.
Był na skraju wytrzymałości. Za chwilę mógł się rozpłakać ze szczęścia. Draken był przy nim. Jego obecność była wszystkim, czego potrzebował - i dzisiaj, i wczoraj, i pięć lat temu, i gdy obaj zakładali Tokyo Maji.
– Witaj z powrotem, Draken - wydobył z siebie wreszcie, gdy oderwał głowę od jego klatki piersiowej.
Już chwilę później poczuł, że łapsko Bajiego też próbuje go odseparować od Drakena, tak jak wcześniej Mikey’ego. Powoli zwalniał uścisk w pięściach, w których gniótł materiał bluzy na plecach Drakena. Korzystając jeszcze z okazji, przejechał dłonią po całej długości jego pleców.
– Bliźniacze Smoki wracają do akcji! - Draken uśmiechnął się szeroko.
Teraz pod ramieniem Drakena pojawił się Takemitchy, a z drugiej strony Chifuyu. Mitsuya zrobił krok w tył, nie odrywając od niego wzroku. Jego plecy, tam gdzie przez krótką chwilę, dotykały ich dłonie Drakena, emanowały ekstazą. W klatce piersiowej poczuł ogrom ciepła, które do wczoraj interpretowałby pewnie jako objaw zawału serca. Dziś jednak huragan zwany Drakenem zmiótł wszystkie naleciałości z jego życia i zostawił tylko to, co miało zostać. Tylko to, co wrosło głęboko w jego serce i pozostało nietknięte pomimo smutku, wątpliwości i bólu. Pomimo wszystkiego, co złe.
Kochał go tak samo, jak kochał go pięć lat temu.
