Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2012-11-25
Words:
1,739
Chapters:
1/1
Comments:
12
Kudos:
304
Bookmarks:
12
Hits:
3,279

W Internecie jest nie tylko porno

Summary:

John jest chłopakiem Sherlocka, mieszka w Kanadzie, poznali się i kontaktują się przez Internet. Nikt w Scotland Yardzie nie wierzy, że John rzeczywiście istnieje.

Notes:

„Dziewczyna z Kanady” to typowy amerykański mem, oznaczający, że jakiś podrostek rozpaczliwie chce się pochwalić swoją wspaniałą dziewczyną, chociaż żadnej w rzeczywistości nie ma. Takiej Kanadyjki nikt nie widział i nie zna, bo ona mieszka daleko, piękna jak gwiazda filmowa i sprytna jak Batman, można ją opisać typowymi frazami i w razie czego zawsze można się wymówić, że właśnie nastąpiła kłótnia albo związek na odległość nie działa. Oczywiście prawdziwości takiej historii nie da się sprawdzić.

Work Text:

Sherlock esemesujący na miejscu przestępstwa nie był niczym niezwykłym.
Sherlock wysyłający sms, a potem odrzucający głowę i śmiejący się z czułością, nieco odbiegał od standardowego obrazu.
- Najwyraźniej ześwirował już na amen. Co za szkoda. Według moich obliczeń to powinno nastąpić dopiero za trzy miesiące. – Sally Donovan uniosła w zamyśleniu głowę. – Kto zgarnia pulę w zakładzie?
Ignorując ją demonstracyjnie, Lestrade odchrząknął i spytał:

- Sherlock, z kim rozmawiasz?
Sherlock nie odrywał oczu od ekranu.

- Nie rozmawiam.

Och, na miłość boską...

- Do kogo piszesz?

- Do swojego chłopaka.
Głucha cisza, jaka nastąpiła po tych słowach zwróciła uwagę nawet Sherlocka. Uniósł wzrok i zamrugał, jakby lekko stropiony.

- Jakiś problem?

- Twój chłopak – powiedział Anderson z niedowierzaniem.

- Dokładnie to powiedziałem – warknął Sherlock z rozdrażnieniem.

- Chłopak. Twój.

- Anderson, czyżby twoje pozostałe szare komórki podjęły ostateczną decyzję o ucieczce? Powtarzasz się. Ciągle.
- Ile za niego zapłaciłeś? – wtrąciła się Donovan. – To jeden z tych narzeczonych z ogłoszenia, tak? Nie wolno takim ufać, oskubią cię do zera a potem zwieją na Kajmany.
- Dość! Starczy! – Lestrade podniósł głos, przerywając spór, zanim przerodził się w bijatykę z takimi atrakcjami jak wyrywanie włosów i kąsanie po kostkach. Chwilami odczuwał empatyczną więź ze swoim byłym nauczycielem z podstawówki. – Gratulacje, Sherlock, ale znajdujesz się na miejscu zbrodni. Możesz poesemesować ze swoim ch... – Lestrade zaciął się. Jego mózg odmówił używania słów „Sherlock” i „jego chłopak” w jednym zdaniu. – Możesz się z nim skontaktować później.
- Raczej nie – burknął Sherlock. – Pytam go o prędkość rozkładu ludzkiej wątroby. To bardzo ważne dla śledztwa.

Wypowiedź Donovan: „Skąd on miałby wiedzieć cokolwiek o rozkładających się organach? Boże, znalazłeś sobie faceta, który jest seryjnym mordercą, prawda?” utonęła w pełnym wzburzenia krzyku Lestrade’a:

- Sherlock! Nie wolno zdradzać szczegółów trwającego śledztwa osobom postronnym! Ja już i tak naruszam regulamin, wpuszczając tutaj ciebie...
- Chociaż brzmi to strasznie, ma to jakiś sens...

- ...tylko dlatego, że ja pozwalam tobie, nie znaczy, że możesz przyprowadzać tu kumpli, żeby się razem bawić...

- ...on będzie zabijać ludzi i przynosić ci ręce, nogi i inne kawałki do eksperymentów. Pewnie będzie robił też zakupy, bo jest dostawcą...
- ...zasady istnieją nie tylko tak sobie, cholerny dupku. Możesz się nimi nie przejmować, ale wszyscy pozostali muszą się ich trzymać, jeśli chcą służyć prawu!

- ...a potem będziecie tulić się do siebie na kanapie i opowiadać jak wam minął dzień. On opowie ci o ludziach, których zamordował, a ty o najgorszych sprawach kryminalnych, jakie rozwiązałeś i wszystko będzie takie koszmarnie, obrzydliwie, przytulnie domowe...
Sherlock przeszył spojrzeniem ich oboje.

- John jest lekarzem! – warknął do Donovan, a do Lestrade’a powiedział: - Wątpię, by Kanadyjczyków cokolwiek obchodziła banalna afera spadkowa.

Lestrade powoli zamknął oczy, potem ponownie je otworzył.

- Kanadyjczyków...
- Cudownie, teraz ty się powtarzasz. – Sherlock odwrócił się do stojącego nieopodal kryminalistyka. – Anderson, gratulacje. Dokonałeś pierwszego w dziejach transferu głupoty z człowieka do człowieka.
- Sherlock. – Lestrade prawie krzyczał. – Co ma z tym wspólnego Kanada?
Sherlock wzniósł oczy ku niebu z miną pod tytułem „Ach, dlaczegóż moja genialność przyćmiewana jest przez obecność tych śmiertelników”. Lestrade doskonale znał ten wyraz twarzy. Wystarczająco często się spotykali, by być już po imieniu. 

- John mieszka w Kanadzie. I choć jest bardzo bystry, wątpię by mógł z Richmond wpływać jakkolwiek na brytyjski system sądowniczy.  
Wszyscy obecni wymienili znaczące spojrzenia.
- Sherlock... – zaczął Lestrade ostrożnie - ...jak właściwie poznałeś się z... ekhm... Johnem?

- Przez internet.
Głucha cisza powróciła razem z przyjaciółmi: Skrępowaniem i O-Jasnym-Gwintem.

- Boże... – jęknęła Donovan. – Dlaczego nie mogłeś sobie znaleźć jakiegoś miłego seryjnego mordercy?

 

888

 

- Co słychać u twojego korespondencyjnego przyjaciela?

- To nie korespondent, tylko mój chłopak, pani Hudson.

- Oczywiście, mój drogi.

 

888



Nie powinieneś spotykać się z kimś poznanym w Internecie. Mamie to się nie spodoba. MH

 

Spadaj. SH


888

 

Lestrade miał nadzieję, że Sherlock znudzi się i porzuci zabawę pod tytułem „to mój chłopak z Kanady, spotykamy się w sieci”.

Nie porzucił. Na odwrót, całkiem już stracił głowę.
- Jak możecie być aż tak tępi?! – Sherlock zamachał rękami. – Gdyby był tu John, domyśliłby się tego już wieki temu!
Teraz słyszeli takie rzeczy nieustannie. Gdyby był tu John. John powiedział to. John powiedział tamto. John by tupnął, a ziemia by się rozstąpiła i pojawiłby się spod niej przestępca – od razu w kajdankach i z założoną kartoteką.
Tak upłynęło kilka miesięcy. Doszło do tego, że Lestrade wzdrygał się nerwowo, kiedy tylko słyszał imię „John”.
Donovan w końcu miała dość.

- Kiedy wreszcie z tym skończysz?!

- Nie musiałbym nawet zaczynać, gdybyście wykonywali swoją pracę! – odparł Sherlock jadowicie. – Doprawdy, John...

- John nie istnieje! I nigdy nie istniał! To twój wymysł, żebyśmy uwierzyli, że jesteś bardziej ludzki!
- O, i co doprowadziło sierżant Donovan do tak błyskotliwego wniosku? – Sherlock uniósł się. – Proszę się podzielić wiedzą. Twoje próby logicznego myślenia dostarczają mi prawdziwej rozrywki.

- Dosyć! – ryknął Lestrade. – Donovan, zabezpiecz miejsce przestępstwa. Sherlock, za mną.
Inspektor zaprowadził Sherlocka do spokojnego kąta, gdzie detektyw wbił w niego spojrzenie, w którym malowała się dziwna mieszanina rozdrażnienia i obawy.

- John istnieje. Prowadzi bloga. Właśnie tak na niego trafiłem.
- Tak, wierzę ci. Wierzę, że John istnieje. Ale, Sherlock... – Lestrade starał się mówić jak najłagodniej - ...czy ty go znasz?
- Oczywiście, że znam! Jest lekarzem, służył w oddziale medycznym kanadyjskich sił zbrojnych. Jest beznadziejny w sprawach technicznych i...

- Spotkałeś go? Wiesz chociaż, jak wygląda?
Sherlock prychnął z irytacją.

- Cenię w nim jego umysł. Jego powierzchowność jest mi obojętna.
- Sherlock... – westchnął Lestrade. – Wiem, że to trudno przyjąć, ale John może być całkiem inną osobą, niż ci się wydaje.

- Ja doskonale wiem, kim on jest.

- Jesteś pewien? – upierał się Lestrade. – Możesz z absolutną, stuprocentową pewnością powiedzieć, że go znasz? W Internecie człowiek może ukryć wiele informacji o sobie. Nikt nie może wydedukować wszystkiego na podstawie kilku maili i bloga. Nawet ty.
Przez sekundę Sherlock wyglądał, jakby ktoś dał mu w twarz. Natychmiast wrócił do normalnej dla siebie, beznamiętnej miny, ale Lestrade zauważył w jego oczach cień zwątpienia.

- Posłuchaj, John może być tym, za kogo się podaje, ale może być też jakimś znudzonym dzieciakiem, który się tobą zabawia. Albo samotną starszą panią. Rzecz w tym, że nie możesz mieć absolutnej pewności. Nie w takiej sytuacji.
Na miejsce przestępstwa Sherlock wrócił cichszy, przytłumiony. Rozwiązał przypadek ze zwykłą sprawnością, lecz bez zwyczajowych sarkastycznych uwag.
O Johnie już nie wspominał.

 

888

 

Po tygodniu Lestrade zajrzał na Baker Street 221b. Drzwi otworzyła pani Hudson.
- Och, przykro mi, minął się pan z nim, inspektorze. Wyjechał za granicę w jakiejś sprawie.

Lestrade’owi mrówki przebiegły po plecach.

- Poleciał do Kanady?
- Do Kanady? Nie. Wspominał coś o Białorusi.
- A... No cóż, dobrze. Kiedy wróci, mogłaby pani przekazać, żeby do mnie zadzwonił?

- Oczywiście, mój drogi.
Lestrade pojechał do Scotland Yardu z pewną ulgą. Wyglądało na to, że Sherlock Holmes choć raz go usłuchał i jego życie wracało na normalne tory.

Wspaniale. Im prędzej wyrzucą z głowy to fiasko z wymyślonym chłopakiem, tym lepiej.

888

 

Lestrade nie widział Sherlocka przez cały miesiąc, dopóki wyjątkowo dziwaczne, potrójne morderstwo nie zmusiło go do wysłania esemesa o treści: „Przywlecz tu dupę, albo oddam sprawę Dimmockowi”.

- Anderson, nie waż się tego dotykać!

Sherlock wyskoczył na scenę zbrodni jak diabeł z pudełka, dramatycznie powiewając połami rozpiętego płaszcza. Powitanie zamarło inspektorowi na wargach, kiedy ujrzał niewysokiego, jasnowłosego mężczyznę, idącego za Holmesem. Przybysz miał na sobie dżinsy i kurtkę militarnego kroju w kolorze khaki, i rozglądał się dokoła z widocznym zainteresowaniem.

- Sherlock, co ja ci mówiłem o przyprowadzaniu znajomków na miejsce przestępstwa?
Sherlock rzucił inspektorowi mordercze spojrzenie i już otwierał usta, kiedy nieznajomy ubiegł:

- O, przepraszam. Zdaje się, że nie powinno mnie tu być. Sherlock, poczekam na zewnątrz.

Sherlock nachmurzył się. Pochylona nad trupem Donovan wyprostowała się raptownie.

- Pan jest Amerykaninem?
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko.

- Tak dokładnie, to Kanadyjczykiem.

Wszyscy zamarli.

- Kanadyjczykiem... – powtórzył Lestrade ledwo dosłyszalnie. – Nie ma pan przypadkiem na imię John?

Gość uśmiechnął się ponownie, z lekkim zmieszaniem.

- Tak. Doktor John Watson. Witam. – Wyciągnął rękę.

Lestrade uścisnął ją całkowicie automatycznie, gdyż jego umysł właśnie zawiesił się, jak wysoce wyspecjalizowany produkt Microsoftu.
Sherlock wyglądał na obrzydliwie zadowolonego z siebie.
Nikt się nie ruszał. Wszyscy byli zbyt zajęci oglądaniem Johna Watsona, by wykonywać policyjną robotę. Lestrade powinien na nich wrzasnąć i przywrócić porządek, jednak mózg mu się jeszcze nie restartował. Sądząc po czasie, jaki to zajmowało, pewnie pracował pod Windows Vista.

John rozejrzał się niepewnie i wskazał kciukiem za siebie.

- To ja już chyba pójdę...?

- Nie. – Sherlock nagle znalazł się na drugim końcu pomieszczenia, stając tak blisko, że prawie stykali się piersiami. – Zostań. Przyda mi się twoja pomoc.
John uśmiechnął się do niego, a w kącikach jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki. Sherlock nie oddał uśmiechu, lecz wyraz jego twarzy wyraźnie złagodniał.
Kiedy Sherlock oglądał zwłoki, Donovan zagaiła:

- A więc to pan jest tym osławionym Johnem.

- Nie wiem czy osławionym, ale owszem.

- Jest pan seryjnym mordercą?
- Eee... Nie.

- A ten świr, który tam stoi, owszem, może być. – Donovan obejrzała krytycznie wełniany sweter i kraciastą koszulę Johna Watsona. – Wydaje się pan całkiem normalny.

- Proszę...?
- Rozumie pan, świr nieustannie nam powtarzał, że jest pan jego chłopakiem.

- Tak? – John zmarszczył brwi. – Bardzo dziwne.

Donovan zrobiła minę człowieka pomszczonego, który zawsze wiedział, że zasady normalności i rozsądku w końcu zatriumfują.

- No właśnie.

- Oświadczył mi się już kilka miesięcy temu.

Triumf okazał się krótkotrwały.

- Hej! Nie rozmyśliłeś się chyba?! – zawołał John do Sherlocka.
- Nie bądź głupi. Czekamy. Mamusia chce urządzić wesele latem.
- Świetnie. Pamiętaj tylko, że wiza mi się kończy za parę miesięcy.

- Niezupełnie. Mycroft już potwierdził, że otrzymałeś podwójne obywatelstwo. Dokumenty będą gotowe we wtorek.
- Aha. Fajnie. – John zmarszczył nos. – Przypomnij mi, czym zajmuje się twój brat?

- Nieważne. Chodź obejrzeć ciało.

John spojrzał pytająco na Lestrade’a, który tylko w milczeniu machnął ręką. Czuł, że powinien się położyć. Z zimnym kompresem na czole. Albo zaaplikować sobie w celach leczniczych whisky. Dużo whisky. Donovan bez słowa podała mu batonik „Mars”. Lestrade pochłonął go w dwóch kęsach.

- Niewiarygodne.

- Aha...

- Jest milion wersji, w których to wszystko mogło źle się potoczyć. Według wszelkich prawideł to powinno pójść nie tak – rozmyślała głośno Donovan.
- Mhm...

- Ale kto, jeśli nie Holmes, mógłby obalić prawo Murphy’ego i zdobyć fajnego chłopaka? – Donovan westchnęła. – Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
John tymczasem coś szeptał do Sherlocka, gestykulując nad jednym z ciał. Pokazywał na paznokcie u reki, potem na głowę. Sherlock zakrzyknął radośnie, a potem chwycił Johna za kołnierz, przyciągnął do siebie i obdarował długim, namiętnym pocałunkiem.
Sierżant Donovan obserwowała to z zawiścią.

- O rany...

- Sherlock, coś wymyśliłeś? – zapytał Lestrade z miną człowieka, który przeżył straszliwą traumę i pokornie spędzi resztę życia jako pusta, pobliźniona skorupa.
- Bliźniacy! – wrzasnął Sherlock, przebiegając obok. – John, za mną!

John pokłusował za nim, po drodze życzliwie machając ręką policjantom.

Lestrade ścisnął palcami nasadę nosa.

- Boże, dopomóż nam. Teraz jest ich dwóch.

Donovan wydała współczujący pomruk.

- Ciekawe, czy dostaniemy zaproszenie na ślub.


koniec