Actions

Work Header

Cena nieśmiertelności

Summary:

Jeden z nich poszukuje nieśmiertelności, drugi - nosi ją jako klątwę. Co może się wydarzyć, gdy się spotkają?
Czyli: zrządzeniem losu Baizhu zawiera bardzo szczególną znajomość, a konsekwencji tego spotkania nie spodziewa się żadna ze stron.

Notes:

Poniższy fik ukazał się także w ramach inicjatywy Spring Sumeru Comic Akademiya (co wielce mnie raduje), niemniej z pewnością nie był planowany wcześniej, a po prostu się... zdarzył? Do tego gdzieś w jednej trzeciej bohaterowie przejęli stery, nie pozostawiając mi wiele do gadania - i tak się jakoś skończyło na ponad 30 stronach. To rzekłszy, mam nadzieję, że jednak się Wam spodoba ^^ Miłego!

Work Text:

 

 

– Coś mi się widzi – usłyszał tuż przy swoim uchu, gdy kolejny precyzyjnie wymierzony atak ledwie zaskwierczał na tarczy Wodnego Maga Otchłani – że tym razem chyba nieco przeszacowaliśmy przeciwnika.

– Obawiam się, że możesz mieć rację, Changsheng – zgodził się Baizhu, wyprowadzając kolejne uderzenie, z podobnym skutkiem jak poprzednio. Jego własna tarcza powoli zaczynała pękać i miał świadomość, że zapewne rozsądniej byłoby się wycofać, tego jednak, paradoksalnie, wolałby w tej chwili uniknąć. Znajdowali się na północny zachód od wioski Qingce, którą Baizhu regularnie odwiedzał, by nieść pomoc tamtejszym chorym. Gdyby zawrócili nieco na wschód, znaleźliby się na ziemiach rodu Guhua, zarządzającego Gildią Feiyun, natomiast na zachodzie, za rzeką wznosiły się zielone od upraw herbaty wzgórza Doliny Chenyu. Klimat był tu wyjątkowo sprzyjający dla co rzadszych leczniczych ziół, w ostatnim czasie jednak tereny te stawały się coraz niebezpieczniejsze i coraz więcej można tu było spotkać potworów z Otchłani. Z tego powodu wielu odradzało Baizhu wyprawy w te rejony – i właśnie dlatego wciąż się na nie udawał. I to bynajmniej nie po to, by zrobić komukolwiek na złość, o nie. Niemniej jeśli Otchłań miałaby się rozpanoszyć na tym skrawku ziemi, to wiele bezcennych składników leków, które rosły wyłącznie tutaj, zostałoby utraconych bezpowrotnie. A on nie zamierzał do tego dopuścić – choć dziś przeciwnik znacząco go przerósł.

– Jakieś pomysły, mój drogi? – Changsheng z pewnością z przekąsem uniosłaby brwi, gdyby tylko je miała. – Nie zamierzamy chyba ryzykować złamaniem warunków kontraktu, nieprawdaż?

– Ani mi się śni – zapewnił Baizhu, mocno już zdyszany, jednakże nieszczególnie widział obecnie rozsądne wyjście z sytuacji. Czy raczej: wszystkie rozsądne wyjścia zakładały w tej chwili odwrót, a z tym trudno było mu się pogodzić. Choć wyglądało na to, że chyba nie będą mieć wyboru…

Nieprzyjemny trzask zaalarmował go i w chwilę potem jego tarcza rozsypała się na świetliste kawałki. Niemal równocześnie poczuł bolesne szarpnięcie w ramieniu i zaraz drugie, w nodze. Lepkie ciepło spłynęło po jego skórze, a Changsheng przesunęła się nerwowo wokół jego szyi.

– To się robi doprawdy ryzykowne, mój drogi.

– Wiem. – Baizhu syknął z bólu i frustracji. Pozostawało im jakoś wycofać się na wschód; może ktoś z rodziny Guhua zdoła zająć się potworami, gdy im o tym wspomni. Ale na razie musieli w pierwszej kolejności się stąd wydostać. Zerknął na swoje udo, by ocenić jego stan, ale – jak się obawiał – pobieżna diagnoza nie wróżyła najlepiej. O ile rana na ramieniu była powierzchowna – i potrafił to ocenić nawet bez patrzenia – to z nogą było znacznie gorzej. Zaklęcie Otchłani głęboko przecięło tkanki, powodując dotkliwy ból. Całe szczęście, uniknął trafienia w tętnicę, wtedy sytuacja byłaby znacznie bardziej… problematyczna. Niemniej, tak czy inaczej, ucieczka raczej nie wchodziła w grę, należało raczej ukryć się gdzieś w pobliżu i potem wymknąć, gdy oddział z Otchłani choć trochę się oddali. Rozejrzał się szybko w poszukiwaniu możliwej kryjówki.

O kilkadziesiąt kroków na lewo dostrzegł wejście do szczeliny skalnej, na pierwszy rzut oka na tyle wąskiej, by mag nie był w stanie się tam teleportować. Pozostawało jedynie się do niej dostać.

Przywołał tarczę, choć tym razem kosztowało go to znacznie więcej wysiłku, po czym przycisnął dłoń do zranionego uda, uwalniając moc dendro, by choć trochę zatamować krwawienie. Usłyszał niezadowolone syknięcie Changsheng – nie uznawała podobnych półśrodków, choć tym razem nie mieli wyjścia – i zaczął się cofać, utwierdzając przeciwników w przekonaniu o ich przewadze. W myślach odliczał kolejne kroki – dziesięć, dwadzieścia, dwadzieścia pięć… Przy trzydziestu musiał już zaciskać zęby z bólu, przy trzydziestu siedmiu postanowił postawić wszystko na jedną kartę i ruszył biegiem. Nie zdążył; był ledwie o krok od rozpadliny, gdy nagle ziemia uciekła mu spod nóg. Wodna bariera zamknęła się wokół niego, odbierając możliwość obrony i powoli pozbawiając go powietrza. Wstrzymał oddech, myśląc gorączkowo nad rozwiązaniem, ale użycie teraz ataku dendro zdecydowanie nie byłoby rozsądne…

Zaczynało mu już ciemnieć przed oczami, kiedy dookoła naraz powiało chłodem, który pokrył też cienką warstewką lodu powierzchnię otaczającej go bańki. W rozpaczliwym odruchu spróbował rozbić barierę pięścią, jednak bez skutku; stąd przez kilka przeraźliwie długich chwil mógł jedynie słuchać stłumionych odgłosów potyczki. Wreszcie wszystko ucichło – i wtedy bariera pękła znienacka, otaczając go chmurą lodowych odłamków. Baizhu raptownie wciągnął mroźne powietrze do płuc, by zaraz potem bezwładnie runąć w dół, twarzą naprzód. Zdążył jeszcze poczuć ból w dłoniach i kolanach, gdy w ostatku przytomności uderzył o ziemię – po czym spowiła go ciemność.

***

Gdy otworzył oczy, nad głową ujrzał połać granatowej tkaniny. Skłoniwszy szare komórki do lepszej współpracy, skonstatował, że najpewniej widzi nad sobą dach namiotu. Sam leżał na posłaniu, częściowo okryty kocem; zaś na piersi czuł znajomy, ciepły ciężar, w którym domyślał się śpiącej Changsheng. Chwilę trwało, nim przypomniał sobie, co zaszło – mógł mieć jednak pewność, że to jego wybawca użył w walce mocy cryo, która koniec końców pomogła się Baizhu uwolnić. Jego ranami też się zajęto – ból w nodze i ramieniu stał się znacznie mniej dotkliwy niż wcześniej. Opatrunków nie miał wprawdzie jak sprawdzić – lepiej było nie forsować się aż tak tuż po przebudzeniu – niemniej czuł, że udo i bark ma ciasno zabandażowane. Ktokolwiek przyszedł mu z pomocą, wyraźnie znał się na rzeczy na tyle, by należycie wszystkim się zająć, to zaś napawało optymizmem. Zwłaszcza że Baizhu jak na razie nie dostrzegał u siebie żadnych objawów, które mogłyby świadczyć o innych uszczerbkach na zdrowiu…

Ostrożnie uniósł się na łokciu, próbując podnieść się do pozycji siedzącej, choć zdawał sobie sprawę, że Changsheng raczej nie będzie zachwycona przerwaniem jej drzemki. Zaraz jednak pojął, że to powinno być w tej chwili najmniejsze z jego zmartwień – ledwie uniósł głowę, gdy nagle cały świat zawirował, a pod czaszką zatętnił przeszywający ból. Baizhu jęknął, zaciskając powieki w próbie zapanowania nad ogarniającą go falą mdłości; bardziej więc wyczuł, niż faktycznie usłyszał, że ktoś wchodzi do namiotu i siada obok. Silne ramię podparło jego barki, a do ust przystawiono jakieś naczynie. Pociągnął łyk odruchowo, spodziewając się wody, i zakaszlał gwałtownie, gdy w gardle rozlał się palący smak alkoholu. O dziwo jednak nudności prawie ustąpiły, a w głowie nieco mu się rozjaśniło. Zamrugał, by zogniskować spojrzenie na osobie, która mu pomogła – i cofnął się odruchowo, widząc przed sobą… człowieka bez twarzy?

– Bez obaw – odezwał się nieznajomy uspokajającym tonem. – Nic ci nie grozi.

– Wiem – zapewnił Baizhu, trochę zły na siebie: wszak podczas swej kariery medycznej widział już różne przypadki, nie powinien być aż tak wstrząśnięty. – I przepraszam. Byłem… zaskoczony.

– Nie żywię urazy. – Czy mu się zdawało, czy w głębokim głosie mężczyzny zabrzmiała nuta humoru? – Natomiast… jeśli czujesz się na siłach, muszę o coś prosić. Dla twojego własnego dobra.

– Tak? – Baizhu popatrzył na nieznajomego nieufnie. Teraz, gdy przyjrzał się bliżej, widział wyraźnie, że rozmówca ma na sobie hełm, który ocieniał jego twarz w taki sposób, że dało się dostrzec jedynie zarys jej rysów. Tylko oczy z jakiejś przyczyny widać było wyraźnie, intensywnie niebieskie i przenikliwe.

– Chcę, byś opisał swoje otoczenie. O ile zdołasz, ze szczegółami. Nawet jeśli wydaje ci się to dziwne… wierz mi, to ważne.

Lekarz ściągnął brwi. Słowa, które usłyszał, zabrzmiały nader poważnie, postanowił więc chwilowo nie zadawać pytań i usłuchać.

– O ile zechcesz oddać mi okulary – zaznaczył tylko, a wtedy mężczyzna sięgnął gdzieś w pobliżu posłania i podał mu szkła. Baizhu włożył je i skupił całą swoją uwagę na wnętrzu namiotu: ciemnoszafirowa tkanina, zaścielone posłanie naprzeciwko, obok niego czarna, podróżna sakwa, obecnie rozsznurowana i manierka, najpewniej z wodą. Zaś na ścianie namiotu i na naczyniu nad wyraz charakterystyczny symbol – czteroramienna gwiazda z wpisanymi nią okręgami.

Znak Fatui.

Odkaszlnął, tylko trochę nerwowo, po czym możliwie dokładnie, zreferował to, co widzi. Domniemany Fatuus skinął nieznacznie, jakby usatysfakcjonowany odpowiedzią.

– Dobrze. Ale na wszelki wypadek wypij. Nie zaszkodzi.

Podsunął mu niewielki flakon, a Baizhu bez przekonania powąchał jego zawartość. Tym razem nie wyczuł alkoholu; mimo to zerknął na rozmówcę pytająco.

– Sekretna receptura Fatui?

– Znacznie starsza. – Głos nieznajomego nawet nie drgnął. – W każdym razie pomaga na skutki zetknięcia z Otchłanią. A ty wydajesz się dość podatny na działanie ich zaklęć, panie adepcie.

Adepcie? Baizhu już miał wyprowadzić mężczyznę z błędu co do swojej tożsamości, gdy znaczące syknięcie przebudzonej Changsheng odwiodło go od tego zamiaru. Ugryzł się w język. Może w istocie tak było rozsądniej – jako domniemany adept był zapewne bezpieczniejszy.

Upił łyk mikstury – istotnie nie smakowała jak żaden z leków, które znał – po czym uznał, że pora na jego własne pytania. Oddał butelkę rozmówcy i poprawił się na posłaniu, z zadowoleniem konstatując, że czuje się na tyle lepiej, by usiąść jedynie z lekkim zawrotem głowy. Changsheng skorzystała z okazji i wspięła mu się na ramiona, sadowiąc się tam wygodnie.

– Jak długo byłem nieprzytomny? – zagadnął, gdy Fatuus odszedł na chwilę, by schować flakon do sakwy. – Kilka godzin?

– Dwa dni. – Mężczyzna na powrót zwrócił się ku niemu, a w niebieskich oczach odbiło się coś nieodgadnionego. – Mam podstawy uważać, że to hydro bariera tak ci się przysłużyła.

Baizhu skrzywił się niemiłosiernie na samo wspomnienie zamknięcia w tamtej przeklętej bańce – nie pamiętał, kiedy czuł się równie bezsilny i bezradny. Zdecydowanie nie chciałby tego przechodzić ponownie – zwłaszcza jeśli niosło ze sobą potencjalnie wyniszczające skutki. Zmarszczył brwi.

– Objawy? – zapytał krótko. Fatuus popatrzył na niego przenikliwie.

– Gorączka, majaki, niewspółmiernie duże osłabienie – wyliczył, wspierając się o jedną z podpór namiotu. – Przy czym podobna reakcja dotyczy raczej przypadków długotrwałej styczności z mocą Otchłani. Nie jestem pewien, czemu wystąpiła akurat u ciebie.

Baizhu przygryzł wnętrze policzka. On akurat rozumiał aż nadto dobrze, jaka mogła być tego przyczyna; jednak tym wolał się z nikim nie dzielić. I to niezależnie, czy jego rozmówca był Fatui, czy nie.

– Zatem podałeś mi ten… Dekokt – podjął w zamian. Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi.

– W istocie – odparł. – I rzekłbym, że poprawa wydaje się znacząca.

Baizhu przytaknął skinieniem.

– Dziękuję – dodał, poniewczasie uświadamiając sobie, że być może należało to zrobić nieco wcześniej. – Za opatrzenie ran także.

– Jestem żołnierzem, podstawy zna każdy. – Fatuus tylko potrząsnął głową. – Z szyciem już tak dobrze sobie nie radzę.

Baizhu zamrugał oszołomiony, gdy dotarł do niego pełen sens tych słów.

– Chcesz powiedzieć, że…

– Rana na nodze wymagała szycia, więc to zrobiłem. Inaczej nie powstrzymałbym krwawienia. A z dwojga złego…

– Lepszy krzywy szew niż ogień – dokończył Baizhu domyślnie. Wypalanie ran nawet w Liyue wciąż uchodziło za najszybszą metodę radzenia sobie z utratą krwi i zakażeniem, zwłaszcza w warunkach polowych, jednak on sam stosował je tylko w ostateczności. – Tym bardziej jestem wdzięczny. Zdaje się, że zaoszczędziłeś mi pracy.

Niebieskie oczy popatrzyły na niego bystro.

– Jesteś lekarzem?

– Owszem.

– To wiele tłumaczy – dobiegło w odpowiedzi; gdy zaś Baizhu pytająco uniósł brew, Fatuus doprecyzował: – Wykazujesz niezwykłe opanowanie jak na kogoś, kto właśnie stoczył potyczkę z Otchłanią.

I został uratowany przez Fatui, zawisło w powietrzu między nimi, choć żaden nie wypowiedział tych słów na głos. Na chwilę zapadło niezręczne milczenie, które nieznajomy przerwał jako pierwszy.

– Masz jakieś imię, doktorze? Myślę, że ułatwi nam życie przez najbliższych kilka dni.

– Baizhu – odparł medyk ze spokojem, choć Changsheng przesunęła się po jego ramieniu jakby w geście ostrzeżenia. – A ty, szanowny Fatui? Chciałbym wiedzieć, komu zawdzięczam życie.

Mężczyzna zawahał się nagle.

– Powiedzmy, że… Thrain – powiedział w końcu, podchodząc do wyjścia z namiotu. – Odpocznij, doktorze Baizhu. Przyniosę nam coś do jedzenia.

Baizhu skinął. Kolejnych kilka dni zapowiadało się… Interesująco.

***

Kiedy tamtego dnia Fatuus wyszedł z namiotu, Changsheng z miejsca zarzuciła Baizhu gradem pretensji, wypowiedzianych oburzonym półsykiem. Został zrugany za lekkomyślność, dalece posuniętą nieostrożność, zwłaszcza w zakresie przyjmowania podejrzanych medykamentów niewiadomej proweniencji, a przede wszystkim – za nadmierne zaufanie wobec możliwego wroga, którego faktycznych intencji przecież nie znał. Niemniej, kiedy wypytał Changsheng bliżej o poczynania Fatui, gdy sam był nieprzytomny, jedynie utwierdził się w przekonaniu, że ów wydawał się mieć szczere zamiary. Wedle słów wężowej adeptki po tym, jak Thrain – o ile w istocie było to jego imię – błyskawicznie poradził sobie z przeciwnikami, natychmiast skierował uwagę na rannego Baizhu.  Odkrywszy, że lekarz stracił przytomność, bez wahania wziął go na plecy i przeniósł do pobliskiej dolinki, gdzie mieścił się ich skromny obóz. Następnie przez kilka godzin miał zajmować się jego ranami – to wydawało się szczególnie frustrować Changsheng, która nijak nie mogła interweniować, jeśli nie chciała się ujawnić – po czym długimi godzinami czuwał przy nim, gdy Baizhu zmagał się z halucynacjami i nadspodziewanie wysoką gorączką.

Tego fragmentu opowieści medyk słuchał ze szczególnym niepokojem; wyglądało jednak na to, że choć dręczyły go doprawdy niepokojące wizje, to nie znalazło się w nich nic, co mogłoby jakkolwiek zagrozić ich kontraktowi. Zatem nie, wbrew obawom Changsheng, Baizhu nie miał jak dotąd powodów, by nie ufać swojemu wybawcy, choć, oczywiście, nie zamierzał tracić czujności, bacznie obserwując jego poczynania.

Kolejne dni nie przyniosły jednak powodów do podejrzeń. Przebiegały wobec zbliżonego schematu: Fatuus budził się pierwszy, przygotowywał jedzenie, po czym sprawdzał i w razie potrzeby zmieniał jego opatrunki. Rany goiły się zaskakująco dobrze i trzeciego dnia Baizhu spróbował już wstać, choć z pomocą Fatui. Ten zresztą pomagał mu za każdym razem, gdy Baizhu potrzebował się odświeżyć bądź iść za potrzebą, nawet jeśli to ostatnie było z początku trochę krępujące.

No i rozmawiali: Thrain, choć małomówny, bynajmniej nie stronił od konwersacji; ba, czasem nawet sam je inicjował, a Baizhu z chęcią podejmował temat. Wyglądało na to, że obaj próbowali wywiedzieć się o sobie jak najwięcej i nie można było się temu dziwić. Bądź co bądź, obaj mieli przed sobą kogoś, z kim nigdy wcześniej nie mieli styczności; choć Fatuus wciąż wychodził z błędnego założenia, że ma do czynienia z jednym z adeptów.

– Co właściwie robiłeś wtedy w górach? – zapytał drugiego dnia od przebudzenia Baizhu, zaraz po tym, jak skończyli śniadanie złożone z upieczonej nad ogniskiem ryby. – Sądziłem, że adepci stronią od ludzkich siedzib.

– Nie wszyscy. – Baizhu uśmiechnął się nieznacznie, wycierając palce w kawałek płótna. Babcię Ping z pewnością setnie ubawiłaby taka sugestia. – Są i tacy, którzy od stuleci mieszkają wśród ludzi.

– Jak ty? – Fatuus popatrzył na niego pytająco. Medyk w odpowiedzi jedynie uniósł brew.

– Niech będzie, nie było pytania. – Baizhu mógłby przysiąc, że mężczyzna odwzajemnił uśmiech, choć jego twarz była skryta pod hełmem. – Niemniej tym bardziej nie rozumiem. Po co w takim razie zapuszczać się w dzicz i ryzykować konfrontację z Otchłanią…

– …skoro wyraźnie brak mi kompetencji, by stawić jej czoła? – dopowiedział, zerkając na niego zza okularów. – Cóż… powiedzmy, że miałem powód…

Nie zdołał ukryć nieznacznie zmieszanej nuty, która zabrzmiała w jego głosie, co najwyraźniej nie umknęło uwadze Thraina.

– Zechcesz rozwinąć?

– Zechcę – przytaknął Baizhu z westchnieniem, po czym – choć Changsheng znów ostrzegawczo syczała mu nad uchem – możliwie najkonkretniej zreferował nie tylko przyczyny swojej bytności w tamtym konkretnym miejscu, ale też starcia z Magiem Otchłani i jego świtą. Fatuus wysłuchał go z uwagą, po czym skinął głową, jak gdyby w geście uznania.

– Bardzo chwalebnie – podsumował krótko. Baizhu skrzyżował ramiona na piersi, tylko odrobinę prowokacyjnie.

– Doprawdy? – rzucił. – Większość powiedziałaby raczej, że bardzo lekkomyślnie.

– Jeszcze parę chwil temu sam bym tak stwierdził – przyznał rozbrajająco szczerze jego rozmówca. – Ale… szlachetne intencje często pozostają niezrozumiane.

– Mówisz z doświadczenia? – Medyk spojrzał na niego pytająco. Jego towarzysz zmierzył go przeciągłym, błękitnym spojrzeniem, nim podjął.

– Jestem Fatui. Mam świadomość, że ludzie raczej nie pałają entuzjazmem na nasz widok.

– Nie wątpię, że wiesz, co mówisz. – Baizhu pokiwał głową z przekonaniem. – A skoro mowa o szlachetnych intencjach… Czemu tamtego dnia ruszyłeś mi z pomocą?

Tym razem Thrain dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Przyjmijmy, że… nie darzę Otchłani szczególną sympatią. I mam z nimi własne, niedokończone porachunki.

– Więc – Baizhu postanowił ponaciskać jeszcze przez chwilę, choć wiedział, że być może ryzykuje – mam przez to rozumieć, że nie kiwnąłbyś palcem, gdyby atakował mnie kto inny? Łowcy Skarbów, dajmy na to?

– Z Łowcami Skarbów doskonale poradziłbyś sobie w pojedynkę. Podobnie jak z innymi pomniejszymi wrogami – odparował Fatuus dość niespodziewanie, zaskakując medyka swą przenikliwością. – Widziałem dość śladów w tamtym obozowisku, by wiedzieć, że nie jesteś w walce zupełnie bezradny.

– A gdybym miał do czynienia z czymś znacznie potężniejszym? Powiedzmy, że… Lavachurlem? Albo choćby twoimi towarzyszami z Fatui. Co wtedy?

– Chyba wolałem, gdy byłeś nieprzytomny. – Thrain tylko potrząsnął głową z westchnieniem. – Choć rozumiem, czemu nie masz o nas najlepszej opinii.

– Z empatii raczej nie słyniecie. – Baizhu posłał mu wymowne spojrzenie. – Dlatego…

– …chciałbyś poznać moje faktyczne pobudki – podsumował Fatuus, nim medyk zdążył dokończyć. – Niemniej… Skąd pewność, że cię nie okłamię?

Baizhu drgnął. Tego pytania się nie spodziewał. Mimo to…

– Sądzę, że nie jesteś takim człowiekiem – podjął w końcu, uważnie dobierając słowa. – To tylko intuicja, ale czuję, że chciałbym ci zaufać.

Thrain dłuższy czas jedynie przypatrywał mu się bez słowa. Gdy znów się odezwał, ton jego głosu był śmiertelnie poważny.

– Żyję już na tym świecie długo. Być może za długo. Niemniej… Miałem dość czasu, by zrozumieć, jak ważne jest życie, w każdym jego przejawie nieskażonym przez ciemność. Dlatego nie odwrócę wzroku i nie przejdę obojętnie, gdy jest zagrożone. Czy taka odpowiedź cię zadowala, doktorze Baizhu? Zakładam, że jako lekarz ty także nie odmówiłbyś pomocy nikomu, kto by jej potrzebował.

Subtelny przytyk sprawił, że Baizhu poczuł ukłucie wstydu; zaraz jednak uniósł pewnie głowę.

– Leczyłem też Fatui – oznajmił pewnie, wytrzymując intensywnie niebieskie spojrzenie. – I zawsze wybiorę życie… O ile tylko będzie chciało być ocalone.

Miał poczucie, że swoimi słowami w jakiś sposób zaimponował Fatui; z perspektywy zaś widział, że ta rozmowa ugruntowała pomiędzy nimi pewną nić porozumienia. Nawet Changsheng przestała się upierać, że Thrain nie jest osobą godną zaufania, choć wciąż nie wydawała się zachwycona jego towarzystwem. Dawała temu wyraz za każdym razem, gdy Fatuus znikał im z pola widzenia, poddając krytyce najróżniejsze aspekty jego zachowania. Szczególnie wydawało się jej przeszkadzać, że ich wybawca jak dotąd ani na chwilę nie raczył zdjąć hełmu – i choć Baizhu ta kwestia również intrygowała, to na razie nie planował się nad nią pochylać. Wiedział doskonale, że Fatui nosili maski i rzadko kiedy odsłaniali twarze przed nieznajomymi, toteż to wyjaśnienie na razie mu wystarczało. O ile więc z początku starał się słuchać wywodów Changsheng możliwie najuważniej, z czasem zaczął wpuszczać je jednym uchem, a wypuszczać drugim. I to nie dlatego, że ją lekceważył, ale dlatego, że nurtowało go chwilowo zupełnie coś innego. Kto wie, być może wynikało to z jego medycznej intuicji – niemniej był pewien niuans tamtej rozmowy, który nadal nie dawał mu spokoju; dwa zdania, które tkwiły z tyłu głowy i nie pozwalały o sobie zapomnieć.

Żyję już na tym świecie długo. Być może za długo. Baizhu był pewien, że Fatuus nie użył ich tylko jako figury retorycznej – co zatem chciał przez to powiedzieć? Nie wyglądał na starca – przeczyły temu zarówno jego głos, jak sylwetka. Był wysoki i barczysty, choć szczupły; trzymał się prosto, a w jego ruchach znać było pewność doświadczonego żołnierza. Nawet nie widząc jego twarzy, Baizhu szacował jego wiek na góra czterdzieści–czterdzieści kilka lat, o ile nie mniej.

Co zatem miały znaczyć te słowa? Czy nie był człowiekiem? Była to chyba najbardziej szalona koncepcja, jednak nie dało się jej całkiem wykluczyć; a na pewno nie w Liyue, gdzie adepci coraz częściej mieszali się z ludźmi, a żywy dowód na to, choć aktualnie mocno urażony, spoczywał właśnie na ramionach Baizhu. Czym jednak miałby być? Raczej nie adeptem, bo ich aurę akurat lekarz rozpoznawał nieomylnie po wszystkich latach spędzonych z Changsheng. W takim razie… Zaginiony Yaksha? Pomniejsze bóstwo, jeszcze z czasów wojny Archonów? Nie, to nie miało sensu, a każda kolejna opcja wydawała się mniej prawdopodobna od poprzedniej. Należało podejść do tematu z innej strony.

Czyli – choroba? To przekonywało Baizhu bardziej. W swej karierze medycznej zetknął się już z działaniem deluzji, kiedy tamten rudy postrzeleniec trafił pod jego opiekę w Porcie Liyue; teoretycznie więc mogłyby to być konsekwencje jej użycia. Tyle że deluzje – przynajmniej wedle jego wiedzy – raczej skracały czas życia, niż go wydłużały, toteż i ta teoria niekoniecznie była spójna. Chyba że był jakiś aspekt, o którym wciąż nie miał pojęcia…

***

– Nad czym tak dumasz, doktorze? – zagadnął Fatuus dwa wieczory później, gdy siedzieli przy ogniu, dojadając skromną kolację. Baizhu zerknął na niego znad ogryzanego właśnie ptasiego udka i uznał, że tym razem może równie dobrze spytać wprost.

– Jak wygląda służba w Fatui? – wypalił, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. Thrain otaksował go przeciągłym spojrzeniem.

– Planujesz dołączyć? – zapytał w odpowiedzi, po raz kolejny dowodząc swojego poczucia humoru. Baizhu potrząsnął głową, uśmiechając się kątem ust.

– Szło mi raczej o… zdrowotny wymiar całego przedsięwzięcia – wyjaśnił. – Z mojej wiedzy wynika, że narzędzia, które zapewniają wam moc, mogą działać silnie wyniszczająco.

– Hmmm. – Fatuus zamyślił się, tym razem już poważny. – Zasadniczo za samą znajomość takich informacji powinienem cię zabić, ale stałoby to w jawnej sprzeczności z faktem, że dopiero co uratowałem ci życie. Poza tym, jak mówisz, leczyłeś już Fatui, zakładam więc, że pytasz z zawodowej ciekawości.

Baizhu skinął. Bądź co bądź, nie było to znacząco odległe od prawdy. Thrain znów milczał dłuższą chwilę.

– Nie wszyscy korzystają z deluzji – podjął w końcu. – Z kolei ci, którzy potrafią używać mocy żywiołów, zwykle lepiej sobie radzą z ich działaniem. Niemniej… większość tych, którzy otrzymują deluzje, uważa to za największy możliwy zaszczyt. Są wręcz dumni z tego, że mogą oddać życie za sprawę.

– A ty tego nie pochwalasz. – Lekarz popatrzył na niego bystro. – Bo to życie szanujesz.

– W istocie – przytaknął Fatuus. – Chociaż… wiele zależy też od tego, kto stoi na czele oddziału. Dobry dowódca nie poprowadzi swoich ludzi na pewną śmierć. Chyba że nie ma innej możliwości.

– Twoi ludzie muszą cię mocno szanować – zaryzykował Baizhu. Błękitne oczy zwęziły się lekko.

– Skąd pomysł, że jestem oficerem?

– Cóż, z pewnością nie wyglądasz na szeregowca. – Medyk tylko rozłożył ręce. Thrain popatrzył na niego bez słowa, nim westchnął, trochę z rezygnacją, a trochę z uznaniem.

– Bardzoś przenikliwy, panie adepcie – skomentował. Baizhu uśmiechnął się pojednawczo.

– Próbuję jedynie poznać to, czego nie rozumiem. To kluczowe w mojej pracy.

– Ufam więc, że zaspokoiłem twoją ciekawość – odparł Fatuus, po czym pochylił się, by dorzucić do ognia. – Powinieneś teraz odpocząć, doktorze. Nie jesteś jeszcze w pełni sił.

Lekarz zaklął w duchu. Świadomie czy też nie, Thrain chwilowo odebrał mu możliwość kontynuowania tematu – dalsze próby nacisku z jego strony mogłyby zostać uznane za podejrzane. Pozostawało na razie skapitulować.

– Ty się nie kładziesz? – zagadnął jeszcze. Rzut oka na nocne niebo uświadomił mu, że jest później, niż przypuszczał. Fatuus potrząsnął głową.

– Przywykłem do warty nocą. Ale… Dziękuję za troskę.

Zabrzmiało to dużo bardziej szczerze, niż Baizhu mógł w tej chwili oczekiwać; nie pozostawało mu więc nic innego, jak tylko wycofać się do namiotu. Rozmowa ta upewniła go jednak co do dwóch kwestii. Po pierwsze, Fatuus w istocie był tak inteligentny, jak medyk od początku przypuszczał; należało więc bardzo uważać przy zadawaniu mu kolejnych pytań. I po drugie, jeśli diagnoza Baizhu była trafna i Thrain zmagał się z jakąś chorobą, prawie na pewno nie był to efekt działania deluzji. Ba, intuicja podpowiadała mu, że Fatuus w ogóle jej nie używał. Jaki więc mógł być inny powód? Baizhu przez kolejne dni rozważał różne możliwości, a wciąż nie był ani o krok bliżej odpowiedzi. Podłe Dziedzictwo? Teoretycznie prawdopodobne, w praktyce jednak mało realne, głównie ze względu na to, że szansa spotkania Orędownika Fatui na zupełnym pustkowiu wydawała się bliska zeru. Korozja? Być może, ale Baizhu miał za mało wiedzy na ten temat, aby mieć pewność. Do tego im dłużej obserwował Thraina, tym więcej dostrzegał objawów, które mogły być niepokojące, ale wcale nie musiały. Fatuus mało spał – za każdym razem, gdy Baizhu się budził, on już był na nogach, gdy zaś medyk zasypiał, Thrain wciąż jeszcze czuwał. Jadł też niezbyt wiele, przynajmniej na mężczyznę jego postury; to jednak niczego nie dowodziło, bo jedno i drugie można było złożyć na karb żołnierskiego życia. Jednocześnie, im dłużej Baizhu mu się przyglądał, tym bardziej Fatuus sprawiał wrażenie potwornie zmęczonego – zwłaszcza w tych momentach, gdy siedział samotnie przy gasnącym ognisku i wydawało się, że w istocie dźwiga na barkach przynajmniej kilka stuleci. I… Może jednak należało posłuchać Changsheng w kwestii hełmu, który ani na chwilę nie znikał z jego głowy? Czy nosił go tylko po to, by nie zostać rozpoznanym, czy też kryło się za tym coś więcej?

Grzebień utknął w świeżo umytych włosach. Baizhu westchnął, nagle sfrustrowany. Mijał już niemal tydzień od ich spotkania, tymczasem nadal niczego nie wymyślił. Fatuus był niczym jedno z liyueyańskich pudełek-zagadek, a on wciąż nie odgadł, który element przycisnąć, by się otworzyło. Doprawdy, jeszcze chwila, a zacznie podejrzewać Thraina o pochodzenie z Khaenri’i…

– Daj mi to – usłyszał nagle nad swoją głową. Ton był niemal łagodny, ale nienawykły do sprzeciwu, więc Baizhu posłusznie oddał grzebień. W najśmielszych wizjach nie spodziewałby się takiego obrotu wydarzeń.

– Nie wiedziałem, że umiesz pleść warkocze – zauważył na pozór niefrasobliwie, choć tak naprawdę poczuł się nieco spięty, gdy Fatuus przysiadł za nim i powoli, pasmo po paśmie, zaczął rozczesywać mu włosy.

– Kiedyś zdarzało się to częściej – przyznał niespodziewanie Fatuus. Baizhu nadstawił ucha, ale nie doczekał się rozwinięcia.

– Zdradzisz coś więcej? – zagadnął. – Chyba nie zaplatasz włosów swoim towarzyszom z Fatui?

– Cóż… Właściwie to i tak, i nie – odparł Thrain, a jego głosie dało się słyszeć cień uśmiechu. Baizhu drgnął, zaintrygowany, choć mogło to mieć też związek z faktem, że Fatuus właśnie zebrał włosy z jego karku. Zdecydowanie nie przywykł, by czesał go ktoś inny…

– Znajoma prowadzi sierociniec. W Fontaine – ciągnął tymczasem Thrain, kończąc rozczesywanie i zabierając się do faktycznego splatania warkocza. – Zdarzało mi się tam bywać co jakiś czas.

Baizhu chwilę zajęło, nim przetworzył tę informację.

– Fatui mają w Fontaine sierociniec? – upewnił się. – Czy… to aby znów nie jest wiedza, za którą mógłbym stracić życie?

– Być może – odezwał się Fatuus zza jego pleców. – Niemniej ufam, że jako lekarz potrafisz dochować tajemnicy.

– Milczę jak grób – przyobiecał medyk z cichym śmiechem, nim dodał, na powrót poważniejąc. – I daruj. Po prostu… Trochę trudno to sobie wyobrazić.

– To, że prowadzimy sierociniec? Myślę, że dla tych dzieci to wciąż lepsza opcja niż ulica. Albo kłamliwa pomoc fałszywie życzliwych ludzi. Chyba się z tym zgodzisz.

– To na pewno – przytaknął Baizhu, nieznacznie odchylając głowę w tył, by poddać się przyjemnemu rytmowi zaplatania. – Bardziej chodziło mi o twoje wizyty, ale teraz już rozumiem. Pewnie miałeś tam cały wianuszek wielbicieli.

– Cóż, zazwyczaj faktycznie robiła się kolejka – przyznał Thrain. – Chociaż… bardziej mnie ciekawi, jak się tego domyśliłeś.

– Myślę, że szczerze lubiłeś te dzieciaki. – Lekarz uśmiechnął się do siebie. – A one odwzajemniały się tym samym.

– Na pewno nigdy się mnie nie bały – przytaknął Fatuus nadspodziewanie miękko, nim podjął – Dawno ich nie widziałem. Większość jest już pewnie dorosła…

– Tęsknisz za nimi? – podchwycił Baizhu, zaciekawiony. Dłonie plotące warkocz zatrzymały się na chwilę, by zaraz podjąć pracę na nowo.

– Nie wiem – padło w odpowiedzi. – Dotąd o tym nie myślałem.

Medyk wyczuł subtelną zmianę nastroju Thraina, więc postanowił także zmienić temat.

– Wybacz ciekawość, ale… wtedy też nie ściągałeś rękawic i hełmu? Odnoszę wrażenie, że bez nich byłoby wygodniej… chyba że to zbyt duża niedyskrecja z mojej strony?

– O wiele za duża – zgodził się Fatuus, jednak w jego głosie nie było napięcia, co Baizhu potraktował jako dobry znak. – Niemniej… przyjmijmy, że mój obecny wygląd mógłby wzbudzać dość gwałtowne emocje.

– Jesteś aż tak przystojny? – nie wytrzymał lekarz. Thrain z wrażenia aż zgubił na chwilę rytm.

– Pozostawię to twojej wyobraźni – odparł. Cisza, jaka po tych słowach zapadła między nimi, tylko z początku była niezręczna; nie minęło bowiem wiele czasu, nim Baizhu ponownie poddał się znanemu już rytmowi zaplatania. Gdy zaś Fatuus zaczął nucić swoim głębokim głosem jakąś miłą dla ucha melodię, medyk przymknął oczy i zupełnie pogrążył się w przyjemnej błogości. Sam nie był pewien, ile czasu minęło, kiedy Thrain klepnął go w ramię z cichym „gotowe”, ale w pierwszej chwili tylko zamrugał z oszołomieniem. Dopiero potem sięgnął na plecy, by przyjrzeć się bliżej dziełu rąk Fatui. Warkocz był zapleciony ciasno i starannie, zupełnie inaczej niż ten, który Baizhu nosił na co dzień; do tego przewiązany ciemnogranatową wstążką. Medyk uśmiechnął się, przesuwając po niej dłonią, po czym spojrzał za siebie, gotów podziękować.

I zamarł, gdy jego spojrzenie napotkało błękitny wzrok Thraina, bardziej otwarty i szczery niż kiedykolwiek do tej pory. Baizhu dostrzegł łagodność i troskę, tęsknotę i czułość, a głębiej, jakby skryte za innymi emocjami, głęboki smutek i równie wielką samotność. Wyciągnął rękę, nagle odnosząc wrażenie, że gdyby teraz zadał właściwe pytanie, Fatuus w pełni by się przed nim odsłonił – jednak chwila minęła i nie wiedział już, co właściwie zamierzał powiedzieć.

– Dziękuję – wyszeptał tylko, uciekając spojrzeniem. Thrain podniósł się z miejsca, wybity z równowagi chyba nie mniej od niego.

– Pójdę zdobyć dla nas coś do jedzenia – oznajmił, kierując się do wyjścia z namiotu. – Odpocznij jeszcze.

Baizhu skinął krótko, gdy zaś Fatuus zniknął na zewnątrz, opadł na posłanie, zatrzymując wzrok na szafirowej tkaninie sufitu. Co się właśnie stało? Nie do końca to rozumiał, ale wiedział jedno: ta rozmowa była inna niż dotychczasowe, nawet nie licząc jej zakończenia. Miał poczucie, że pierwszy raz rozmawiali naprawdę, bez ciągłego analizowania drugiej strony i prób zdobycia informacji. Pierwszy raz nie widział przed sobą potencjalnego wroga czy wymagającego pacjenta, ale człowieka, którego chciał zrozumieć. Ba, być może nawet poznać bliżej?

Westchnął, zamykając oczy i zaraz potem poczuł znajomy ciężar na piersi, a następnie lekkie stuknięcie ogonem w nos. Uchylił powieki, napotykając rubinowe spojrzenie Changsheng.

– Czy zechcesz mi wytłumaczyć, mój drogi, co ty najlepszego wyprawiasz? – zagadnęła, a w jej syku, zamiast zwykłego gderliwego tonu, dało się słyszeć zupełne osłupienie. – Mogę ostatecznie przyjąć, że chwilowo uważamy go za godnego zaufania, ale, na litość, mógłbyś nie pchać mu się w objęcia!

– Co?! – Medyk poderwał się z miejsca, ledwie dowierzając w to, co słyszy. – Doprawdy, skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?

– Skąd? – obruszyła się adeptka, wyraźnie niezadowolona także dlatego, że wskutek tego nagłego ruchu spadła na posłanie. – Moj drogi, to ty tutaj wzdychasz jak Gui nad świeżą dostawą qingxinów! Nie pojmuję, czemu aż tak się na nim zafiksowałeś!

– Bo chcę mu pomóc? – Baizhu popatrzył na nią wymownie. – I dlatego próbuję go zrozumieć?

Jego wężowa towarzyszka jedynie machnęła ogonem, wyraźnie nieprzekonana.

– Pierwsza zasada każdego lekarza? – syknęła znienacka.

– Przede wszystkim nie szkodzić pacjentowi – wyrecytował bez cienia zawahania, wytrzymując jej wzrok. Changsheng poruszyła językiem, wyraźnie zła, że dała się przyłapać na pomyłce.

– Uch, w takim razie druga zasada każdego lekarza?

– Nie angażować się emocjonalnie? – Medyk uniósł brwi, nagle poirytowany tą wymianą zdań. – Nie bój się, wiem, co robię. Naprawdę nie musisz mnie pouczać.

– Niech będzie. – Adeptka zwinęła się obok posłania, ostentacyjnie odwracając się do niego tyłem. Tylko potem nie przychodź z płaczem, gdy okaże się, że to ja miałam rację.

***

Baizhu wstał. Dyskusja z Changsheng rozstroiła go bardziej, niż mógł przypuszczać, w związku z czym zdecydowanie potrzebował jakiegoś zajęcia. Możliwości nie miał zbyt wielu, ale czekając na powrót Thraina, mógł przynajmniej rozpalić ogień i zagrzać wodę.

Wyszedł z namiotu i przekuśtykał do strumienia, w którym wcześniej mył włosy, z przyjemnością konstatując, że noga niemal już nie boli. Napełnił kociołek, opędzając się od komarów – powietrze było zaskakująco wilgotne i duszne – po czym zabrał się za przygotowanie ogniska. Gdy ogień już płonął, jego myśli mimowolnie powróciły do wcześniejszej rozmowy.

Changsheng oczywiście wyolbrzymiała sprawę, co zdarzało się jej nie po raz pierwszy. Baizhu był przekonany, że jej obawy były bezpodstawne – bądź co bądź, wciąż panował nad sytuacją, nawet jeśli powody jego działań uległy po drodze lekkiemu przekierunkowaniu. Owszem, początkowo istotnie traktował Thraina jako wyzwanie; skomplikowany przypadek prawdopodobnie medyczny, który chciał rozgryźć w dużej mierze dla własnej satysfakcji. Jednak z upływem kolejnych dni się to zmieniło i teraz najzwyczajniej w świecie chciał mu pomóc – dokładnie tak, jak powiedział Changsheng – choć sam jeszcze nie wiedział, na czym owa pomoc miałaby polegać. Na ile zaś wynikało to z zasad jego zawodu, a na ile z możliwych innych pobudek – to nie było znów aż tak istotne, prawda? Zwłaszcza że w tej chwili nie potrafiłby nawet ich nazwać…

Skrzywił się i pomasował skronie, czując nadciągający ból głowy. Należało poszperać w torbie, z całą pewnością zabierał ze sobą stosowny specyfik.

Zakorkowywał właśnie flakon z lekarstwem, gdy do namiotu wsunął się Thrain. Na widok butelki w ręce Baizhu, w jego oczach odbił się niepokój.

– Wszystko w porządku?

– Tak, bez obaw – uspokoił go medyk, chowając lek do sakwy. – Głowa mnie rozbolała.

– Idzie zmiana pogody. – Fatuus skinął głową, siadając przy ogniu i zabierając się za przygotowanie posiłku. Wrócił dziś później niż zwykle, ale za to przyniósł z sobą oprawionego już królika. – Od zachodu, znad Fontaine ciągną ciężkie chmury. Zanosi się na potężną ulewę.

– Albo burzę – zauważył Baizhu, obserwując, jak mięso trafia do kociołka, a w jego ślad idą warzywa. Zastanowił się przelotnie, skąd właściwie Thrain wziął rzodkiew i marchewkę, i ledwie stłumił chichot, wyobrażając sobie potężnego Fatui podkradającego jarzyny z czyjegoś ogródka.

– W każdym razie – mężczyzna zignorował ten słabo zamaskowany przypływ wesołości – najrozsądniej będzie zwinąć jutro obóz i przenieść się w bardziej osłonięte miejsce. – Przychodzi ci do głowy, gdzie chciałbyś się udać, panie adepcie?

Nieoczekiwanie Baizhu poczuł ukłucie rozczarowania. Miał świadomość, że jest już niemal zdrowy i zapewne w ciągu kilku dni przyjdzie im się pożegnać, liczył jednak, że przez ten czas zdoła dojść przyczyny dolegliwości Thraina i pomóc mu przynajmniej w niewielkim stopniu. Z drugiej strony, wiedział doskonale, jak wielkim zagrożeniem może być burza w dziczy, zwłaszcza dla kogoś nie w pełni sił. Cóż, pozostawało znacząco przyspieszyć działania. 

– Oczywiście sam cię odprowadzę. – Thrain najwyraźniej źle zrozumiał jego zawahanie. – Wolałbyś wioskę Qingce? Dolinę Chenyu?

– Najbliżej będzie chyba na ziemie klanu Guhua – zastanowił się lekarz. – Choć, prawdę mówiąc, nie wiem, gdzie dokładnie jesteśmy.

Jakiś czas spędzili omawiając szczegóły podróży, którą mieli odbyć następnego dnia: z mapy, rozrysowanej na ziemi przez Fatui, wynikało, że są nieco na północ od miejsca, gdzie zaatakowano Baizhu, zgodnie więc uznali pomysł z klanem Guhua za najrozsądniejszy. Później zaś zachęcające bulgotanie z kociołka upewniło ich, że gulasz jest już gotowy, zabrali się więc do jedzenia. Po skończonym posiłku obaj zostali przy ogniu – mimo późnej pory medykowi nieszczególnie spieszyło się na spoczynek. Jeśli wciąż była szansa, by dowiedzieć się czegoś, co mogłoby pomóc Thrainowi, nie zamierzał jej przepuścić.

– Wiele bym dał za czarkę herbaty – westchnął, byle zagaić rozmowę; nie spodziewał się więc odpowiedzi, która nastąpiła.

– To da się zrobić – oznajmił bowiem Fatuus i jakby na potwierdzenie tych słów od razu sięgnął do swojej sakwy. W chwilę potem wydobył owinięty w papier pakiecik i podał go Baizhu.

– Herbata z Doliny Chenyu? – Lekarz powąchał zawiniątko i zamrugał z niedowierzaniem. – Jak?

– Powiedzmy, że moja trasa wiodła tamtędy – odparł Thrain, podczas gdy medyk odwinął papier, by przyjrzeć się herbacianym listkom; tak jak przypuszczał, najwyższej możliwej jakości.

– A dokąd prowadzi dalej? – rzucił, niby to mimochodem. 

– A za to mógłbyś już stracić głowę. – Fatuus tylko spojrzał na niego wymownie, a Baizhu uniósł dłonie w obronnym geście.

– W porządku. Nie zamierzam naciskać.

– Chciałbym w to wierzyć – odciął się Thrain nie bez rozbawienia. – W każdym razie… Sama herbata to dopiero pierwszy krok. Jak zamierzasz ją zaparzyć?

– Rozmawiasz z lekarzem. – Medyk wypiął dumnie pierś, po czym podniósł się, by z kolei zajrzeć do swojej torby. Po chwili wrócił, niosąc niewielki żeliwny imbryk i dwie czarki.

– Nigdy nie wiesz, kiedy spotkasz w drodze pacjenta potrzebującego leczniczego naparu – wyjaśnił, napotykając pytający wzrok Fatui. – Pójdę po wodę.

– Może ja… – zaoferował się Thrain, ale Baizhu potrząsnął głową z uśmiechem.

– Powinienem rozchodzić tę nogę przed jutrem. Przecież nie będziesz mnie nieść całą drogę.

Spojrzenie mężczyzny wskazywało, że owszem, w istocie brał taką możliwość pod uwagę. Lekarz poczuł na policzkach zdradliwe gorąco i czym prędzej wyśliznął się na zewnątrz. Zatrzymał się dopiero nad strumykiem, gdzie w pierwszej kolejności ochlapał twarz lodowatą wodą. Własna reakcja niewątpliwie go zaskoczyła i skłamałby, mówiąc, że się jej spodziewał; niemniej nie było to w tej chwili aż tak istotne. Znacznie bardziej cieszyła go perspektywa kolejnej zwyczajnej rozmowy, z której zamierzał wydobyć jak najwięcej. Wprawiało go to w znakomity nastrój nawet bardziej niż herbata…

Wrócił do namiotu z napełnionym czajnikiem i zmarszczył brwi, widząc, jak Fatuus prędkim, niemal nerwowym ruchem dopina karwasz na przedramieniu. Na jego doskonałym samopoczuciu pojawiła się pierwsza rysa, niespodziewany cień niepokoju.

– Coś się stało?

– Chwila nieuwagi – odpowiedź przyszła odrobinę za szybko, co tylko zaniepokoiło Baizhu bardziej. – Ognisty Mag Otchłani bez krzty instynktu samozachowawczego. Nikomu już nie stanie na drodze.

– No a to? – wskazał medyk, czując, jak znienacka przyspiesza mu puls. – Jesteś ranny, pozwól, że to obejrzę.

– Spokojnie, tylko przypalił mi koszulę – zapewnił Thrain, przejmując od niego imbryk i zawieszając nad ogniem. Baizhu usiadł naprzeciwko, krzyżując ramiona na piersi, wciąż zaskakująco rozstrojony. Teraz rozumiał, czemu Fatuus wrócił później – bo przyszło mu się zmierzyć z niespodziewanym przeciwnikiem. I nawet ze świadomością, że istotnie była to dla niego drobnostka, trudno było przejść obok tego obojętnie.

Odetchnął głęboko, gdy w namiocie rozszedł się przyjemny aromat herbaty. Napięcie powoli zeń opadało i wkrótce doszedł do wniosku, że być może faktycznie zareagował zbyt nerwowo. Jak by nie patrzeć, postanowił przecież, że zaufa Thrainowi, a ten nie dał mu jak dotąd powodów do wątpliwości…

– Proszę. – Pod nos podsunięto mu naraz parującą czarkę, a Baizhu, wyrwany z rozmyślań, omal nie rozlał napoju. Fatuus popatrzył na niego uważnie, po czym dopytał: – Już lepiej?

– Tak. – Lekarz skinął głową, poprawiając się w miejscu, po czym ostrożnie upił łyk naparu, uważając, by nie oparzyć się w język. – A zatem, hmmm… byłeś w Dolinie Chenyu?

– I owszem. – Thrain przyjął zmianę tematu już bez dalszych pytań, za co Baizhu był mu wdzięczny.

– A wcześniej? – zaciekawił się medyk. – O ile, oczywiście, to nie sekret?

– Cóż, z pewnością nie wszystko. – W niebieskich oczach Fatui błysnął uśmiech. – Pytanie, czy rzeczywiście chcesz o tym słuchać. Obawiam się, że mogę mieć niewiele ciekawego do powiedzenia.

– Najwyżej obaj uśniemy – zaśmiał się Baizhu. Dobry humor wrócił mu już zupełnie. – Spróbujmy.

Już wkrótce okazało się, że obawy Thraina były bezpodstawne. Rozmowa toczyła się wartko: Fatuus zgrabnie omijał to, o czym mówić nie powinien, równoważąc to znaczącą dozą szczegółów, gdy opisywał kwestie najwyraźniej dlań neutralne. Mówił o Dolinie Chenyu, ale też o Mondstadt i Fontaine, a nawet – choć półsłówkami – o odległej Snezhnayi. Lekarz ze swojej strony jak na razie bezbłędnie wyczuwał, kiedy można było o coś zapytać, a kiedy lepiej było milczeć; toteż niepostrzeżenie udało mu się zebrać całkiem sporo informacji o rozmówcy. Zyskał zarówno przesłanki, które mogły dowodzić jego choroby, jak i te odnośnie domniemanej długowieczności, jednak wciąż brakowało mu ostatecznego punktu zaczepienia, który pozwoliłby się upewnić co do słuszności jego teorii. Tymczasem herbata już dawno się skończyła, a ogień zaczął przygasać, i sam Baizhu musiał uczciwie przyznać, że zaczynała morzyć go senność. Nie chciał jednak tak prędko odpuścić, szczególnie że być może była to ostatnia taka szansa…

Spuścił w zamyśleniu wzrok, skubiąc zapleciony przez Thraina warkocz i wtedy jego uwagę zwróciła wstążka. Dopiero teraz zauważył, że wyhaftowano na niej delikatny wzór: ośmioramienne gwiazdy i kwiaty, których nie znał.

Poderwał głowę, spoglądając na Fatui ciekawie.

– Ta wstążka – zaczął. – Skąd właściwie jest?

– Z Fontaine – w głosie mężczyzny zabrzmiała ostrożna nuta. Baizhu wyłapał ją, w lot pojmując, że musi uważać, ale mimo wszystko postanowił zaryzykować.

– Ciekawy wzór – podjął. – Nigdy nie widziałem takich kwiatów. Rosną w Fontaine?

– Nie – uciął krótko Thrain, podnosząc się z miejsca. – Chyba już pora na spoczynek, panie adepcie. Musimy jutro wcześnie wstać, jeśli chcemy by te chmury nas nie dogoniły.

– Prawda – zgodził się Baizhu trochę niechętnie, jednak z faktami nie mógł dyskutować. Mimo to zdecydował się spróbować z jeszcze innej strony. – Wiem, że mało sypiasz. Może znalazłbym coś, co zdoła ci pomóc?

– Obawiam się, że na moje dolegliwości w tym zakresie nie pomogłoby nawet uderzenie w głowę twoim imbrykiem – niby to zażartował Fatuus, ale bez zbytniej wesołości. – Dobrej nocy, doktorze.

Tym razem Baizhu nie mógł już dłużej udawać, że nie zrozumiał aluzji, usłuchał więc i wrócił do namiotu. A jednak… jakiś cichy głos z tyłu głowy wciąż nie pozwalał mu zrezygnować. Miał się już położyć na posłaniu, gdy ostatni raz zerknął przez ramię i w przypływie dziwnej desperacji ponownie postanowił zagrać w otwarte karty.

– Thrain, jeśli jako lekarz mogę coś dla ciebie zrobić, to…

– Baizhu. – Fatuus zatrzymał się w wejściu do namiotu, a medyk wbił w niego wyczekujący wzrok. Thrain po raz pierwszy nie zwrócił się do niego “doktorze” bądź “panie adepcie”. – Chcę być z tobą szczery. Wiem, że od pierwszego dnia, próbujesz dociec, kim jestem. I zdaję sobie sprawę, że nie masz złych intencji. Ale jeżeli faktycznie chcesz coś dla mnie zrobić… proszę, nie pytaj mnie o przeszłość. Dla ciebie to zbyt niebezpieczne, a dla mnie…

– …zbyt bolesne? – dopytał Baizhu cicho, gdy Fatuus zamilkł na dłuższą chwilę. Nie doczekał się jednak ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia. Zobaczył tylko, jak Thrain zaciska pięści, a potem wychodzi z namiotu w duszną ciemność.

***

Następny ranek powitał ich zachmurzonym niebem i parnym, wilgotnym powietrzem, które sprawiało, że ubranie nieprzyjemnie lepiło się do skóry. Prognozy Fatui okazały się słuszne; zdecydowanie zanosiło się na ulewę. Baizhu natomiast miał poczucie, że pogoda idealnie wpisuje się w to, jak sam się obecnie czuł. Finał minionego wieczoru wciąż zalegał nieprzyjemnym ciężarem na jego sercu.

Zerknął dyskretnie na Thraina, który właśnie w pojedynkę kończył składać namiot. Z pozoru wydawało się, że wszystko jest jak do tej pory. Po przebudzeniu zjedli szybki posiłek, wymienili ostatnie szczegóły planowanej na dziś trasy, po czym, zgodnie z wcześniejszym planem, zabrali się za zwijanie obozowiska. Ba, Fatuus zachował się o tyle rycersko, że nie pozwolił Baizhu się forsować i wziął na siebie bardziej wymagające fizycznie zadania. A jednak… coś się zmieniło. Medyk odnosił wrażenie, że wszystkie bariery, które opadły między nimi poprzedniego dnia, podniosły się znowu i stały bardziej nieprzeniknione niż uprzednio. Wrócili do punktu wyjścia – i była to wyłącznie jego, Baizhu wina.

Zaklął w duchu, w końcu zapinając torbę, której zawartość przeglądał po raz nie wiedzieć który. Doprawdy, co go podkusiło, by tak naciskać Thraina? Co zamierzał przez to osiągnąć? Dlaczego wydobycie z Fatui prawdy wydawało mu się wtedy aż tak ważne? Czemu uznał, że to jedyna droga, by mu pomóc?

Potarł twarz dłońmi. Im dłużej się zastanawiał, tym mniej był czegokolwiek pewien i tym większa frustracja go ogarniała. Do niczego to nie prowadziło…

Podniósł głowę, gdy tuż obok rozległy się kroki. Thrain zatrzymał się naprzeciwko, przypatrując mu się nieodgadnionym spojrzeniem.

– Na pewno zdołasz iść o własnych siłach? – zagadnął. – Nie wyglądasz dziś najlepiej.

Baizhu drgnął. Ostatniego spostrzeżenia się nie spodziewał, mimo to tylko krótko skinął głową.

– Poradzę sobie – odparł. Fatuus patrzył na niego jeszcze przez chwilę, jakby chciał coś dodać, po czym odszedł. Ku zdumieniu medyka, niedługo potem wrócił, niosąc solidny kij, wycięty zapewne z pnia młodego drzewka i skrócony do odpowiednich rozmiarów.

– Weź – oznajmił. – Mimo wszystko może ci się przydać.

Lekarz przyjął kostur z ostrożnym skinieniem, tyleż zaskoczony, co dziwnie rozstrojony tym przejawem życzliwości Thraina. Zerknął na Changsheng, jakby licząc na komentarz z jej strony, ale adeptka od czasu ich wczorajszego spięcia uparcie milczała. Cóż, w tym też sam był sobie winien…

Wkrótce potem ruszyli w drogę i już po niedługim czasie Baizhu doszedł do wniosku, że jest wdzięczny za taki a nie inny dobór trasy. Była na tyle nieskomplikowana, że nie musiał zanadto nadwerężać nogi – choć kij też niewątpliwie pomagał – a przy tym na tyle wymagająca, by musiał zachować skupienie podczas marszu. Niemniej także i teraz nieznośne myśli nie dawały mu spokoju. Jednego było pewien: nawet po wszystkim, co zaszło minionego wieczoru, nadal przede wszystkim chciał pomóc Thrainowi, ale – dlaczego? Dotąd wydawało mu się, że najważniejsze, to ustalić, co właściwie dolegało Fatui, jednak czy na pewno? Może powinien się raczej zastanowić, co kierowało nim samym? Jeszcze wczoraj uparcie uchylał się od odpowiedzi na to pytanie, a teraz wydawała mu się kluczowa. Owszem, powiedział Changsheng, że czyni to, bo jest lekarzem – ale czy na pewno był to jedyny powód? Czy to z tej przyczyny, że Thrain uratował mu życie? Czy raczej dlatego, że Baizhu się o niego martwił, choć sam nie umiałby powiedzieć czemu?

Westchnął z irytacją, gdy po raz kolejny nie udało mu się dojść do sensownych wniosków. Changsheng poruszyła się na jego ramieniu.

– Kłopoty w raju? – zagadnęła, nie bez złośliwości. Medyk popatrzył na nią ze znużeniem.

– Nie mówiłam, że powstrzymam się od komentarzy – to mówiąc, posłała mu spojrzenie, które najpewniej było wężowym odpowiednikiem wzruszenia ramionami. – Jedynie, że nie zamierzam sprzątać twojego bałaganu. Szczególnie że podobno wiesz, co robisz.

Baizhu rozejrzał się ukradkiem – szczęśliwie Thrain szedł o bezpiecznych kilka kroków przed nimi – zanim nachylił się do adeptki.

– Nic już nie wiem – przyznał, na poły ze złością, na poły z rezygnacją. – Ani czemu tak bardzo chcę mu pomóc, ani jak mam to zrobić. Zadowolona?

– Co najwyżej z tego, że w końcu jesteś szczery – skomentowała Changsheng, nie bez satysfakcji. – Ale zastanowiłeś ty się chociaż, mój drogi, czy on w ogóle chce tej pomocy? Może lepiej byłoby po prostu się wycofać?

– Nie – warknął lekarz, sam zaskoczony swoim tonem. Rzadko kiedy aż tak puszczały mu emocje.

– Nie to nie – podsumowała jego towarzyszka bez mała filozoficznie. – W takim razie męcz się dalej, uparciuchu.

To powiedziawszy, zamilkła, jednak jej słowa zostały z Baizhu; szedł więc przed siebie, obracając je w głowie. A jeśli Changsheng miała rację? Może Fatuus faktycznie nie chciał jego pomocy? Gdy się nad tym zastanowić, odrzucił dotąd większość propozycji wsparcia, które medyk wysunął; zresztą sam Baizhu powiedział mu, że nie zwykł ratować życia, które nie chce być uratowane. Może należało tak właśnie założyć i pożegnać się z Thrainem już tu i teraz? Pozwolić, by każdy z nich poszedł w swoją stronę?

Myśl ta przez ułamek chwili wydawała się nawet kusząca, zaraz jednak odepchnął ją od siebie. Wiedział, że byłby to jedynie wyraz jego urażonej dumy. Był dorosły i był profesjonalistą; nie mógł obrażać się jak dziecko tylko dlatego, że coś szło nie po jego myśli, a on nie umiał znaleźć rozwiązania. I przecież dalej mu…

Zależało?

Nieomal potknął się z wrażenia, gdy sens tego stwierdzenia uderzył weń z pełną mocą. Czy to był powód? Czy zależało mu na tym mężczyźnie? Nie tylko na jego dobru, co dałoby się wytłumaczyć względami zawodowymi, i nie na dojściu do prawdy, ale – na nim samym?

Podjął marsz, przywołując z pamięci wczorajsze słowa Changsheng. Oczywiście, miała rację. Jak zawsze. A on był dokładnie takim durniem za jakiego go miała…

Przeniósł wzrok na plecy idącego przed nim Thraina. Co teraz? Czy to cokolwiek zmieniało? Nie miał pojęcia. Nie był nawet pewien, jak interpretować to, co właśnie sobie uświadomił. Ale skoro już się zaangażował, tym bardziej powinien wziąć za to odpowiedzialność. Cokolwiek miałoby to oznaczać.

Zacisnął z determinacją dłonie. Na najbliższym postoju postawi sprawę jasno. I przyjmie każdą odpowiedź ze strony Fatui, jakakolwiek by nie by-…

Tym razem nie zdołał utrzymać równowagi, gdy luźny kamień usunął mu się spod stopy. Zachwiał się niebezpiecznie, ale nie upadł, czując, jak silne ramię podtrzymuje go pewnie. Baizhu mrugnął oszołomiony. Nie spodziewał się tego; nigdy też dotąd nie widział, by jakikolwiek człowiek przemieścił się tak szybko. Dlatego w pierwszym odruchu nieomal odepchnął pomocną dłoń Thraina, zaraz jednak się zreflektował.

– Dziękuję – mruknął, po czym dodał tytułem wyjaśnienia, choć Fatuus wcale go nie oczekiwał: – Za bardzo się zamyśliłem.

W odpowiedzi Thrain posłał mu tylko nieodgadnione spojrzenie, po czym ponownie ruszył przodem, a medyk podążył za nim. Wchodzili w trudniejszy, bardziej skalisty teren, gdzie nie było już miejsca na rozmyślania, bo każdy niewłaściwy krok mógł się skończyć bolesnym upadkiem. Do tego wiszące nad nimi chmury jeszcze zgęstniały i wkrótce spadły z nich pierwsze krople deszczu. Niedługo później przybrał on na sile, przemieniając się w istną ulewę; grunt zaś stał się tak śliski, że Baizhu zdawało się, iż z każdym krokiem naprzód robi dwa w tył. Z całą pewnością nie było to korzystne dla jego nogi; czuł, jak w miarę wspinaczki po dość przecież łagodnym zboczu niewygojona w pełni rada na udzie doskwiera mu coraz mocniej. W pewnej chwili ból stał się tak silny, że lekarz musiał przystanąć, wspierając się na kosturze. Dostrzegłszy to, Fatuus zatrzymał się również, patrząc na niego z niepokojem.

– Na pewno zdołasz iść o własnych siłach?

– Dam radę – zapewnił Baizhu, zaciskając zęby, jednak nie okazało się to wcale takie proste. Nie szło jedynie o ból w nodze i dokuczliwe zimno, spotęgowane przez przemoczone na wylot ubrania; od dłuższej chwili bowiem narastało w nim dziwne, nieprzyjemne uczucie. Rozejrzał się wokół, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała narastająca ulewa i rozpoznał, gdzie się znaleźli: to było to samo miejsce, gdzie przed mniej więcej tygodniem został zaatakowany przez Otchłań. Nie mógł pozbyć się uczucia, że dzisiaj też coś tu nie było w porządku…

Wyglądało na to, że Thraina także coś zaalarmowało. Przystanął na środku drogi, uważnie lustrując wzrokiem otoczenie – i wtedy właśnie doszło do katastrofy. Niespodziewanie materia rzeczywistości została rozerwana, a z powstałej szczeliny wyłoniła się najpierw upiorna, ni to psia, ni to wilcza głowa, a następnie, w chmurze czarnych wyziewów, reszta potężnego, szkieletowatego cielska. Oczy bestii płonęły, a pazury były długie i ostre niczym noże. Baizhu nigdy w życiu nie widział jeszcze czegoś podobnego.

Tyle zdążył zarejestrować, zanim potwór skoczył ku niemu. W następnej chwili kilka rzeczy wydarzyło się niemal równocześnie. Medyk sięgnął ku Wizji, chcąc przywołać tarczę, nim jednak zdążył to zrobić, został gwałtownie odepchnięty na bok. Upadł, boleśnie tłukąc sobie biodro; gdy zaś podniósł wzrok, zobaczył przez ścianę deszczu, jak dwie ciemne sylwetki ścierają się ze sobą. Fatuus strząsnął z siebie upiornego wilka, który próbował sięgnąć paszczą do jego ramienia, a zaraz potem Baizhu poczuł w powietrzu znajomą falę chłodu. Deszcz wokół nich zamarzł w feerii fantastycznych kształtów i pazury bestii zazgrzytały rozpaczliwie po gładkiej tafli. Przez moment chłód jeszcze przybrał na sile, przeszywając do szpiku kości, aż wreszcie rozległ się głośny skowyt i potwór rozsypał się w proch w rozbłysku ciemności i gradzie lodowych igieł. Na polu walki pozostał jedynie Thrain, wciąż z lodowym mieczem w dłoni i z kurtką wyraźnie poszarpaną na plecach wilczymi pazurami.

Na ten widok Baizhu błyskawicznie przeszedł w tryb zadaniowy. Thrain był ranny. Starł się z bestią z Otchłani, która, choć zapewne niespecjalnie dlań groźna, zdołała mimo wszystko wyrządzić mu krzywdę. A Baizhu był lekarzem. Jego obowiązkiem było mu pomóc. Bez względu na wszystko inne, w tej chwili było to aż tak proste.

Zaczął podnosić się z ziemi, wciąż nieco oszołomiony, dlatego nie zorientował się w porę, że sam też ma pod stopami lód, a za plecami – krawędź urwiska. Spróbował rozpaczliwie złapać równowagę, ale bez powodzenia – przy kolejnym kroku napotkał jedynie pustkę. Sam nie był pewien, czy krzyknął; naraz jednak poczuł, jak silne ramiona zamykają się wokół niego. Niemniej na powstrzymaniu upadku było już za późno: medyk poczuł, jak Fatuus mocno przyciska go do siebie, po czym świat zawirował i obaj runęli w dół.

***

Baizhu otworzył oczy i zaraz tego pożałował, czując, jak kręci mu się w głowie. Szczęśliwie upadek nie trwał długo; zbocze, po którym się stoczyli, choć dość strome i nieprzyjemnie kamieniste, nie było przy tym zbyt wysokie. Był to jednak bodaj jedyny z plusów sytuacji – może oprócz tego, że, jak skonstatował medyk, jego okulary też nadal były całe. Poza tym jednak byli poobijani, przemoczeni, przemarznięci i brudni; choć Baizhu miał świadomość, że, przynajmniej dla niego, mogłoby się to skończyć znacznie gorzej, gdyby nie…

Thrain. Przez cały czas, gdy spadali, Fatuus trzymał go mocno, ochraniając przed ostrymi krawędziami skał i biorąc na siebie główny impet zderzenia z ziemią. Co więcej, lekarz uświadomił sobie, że w dalszym ciągu leży w jego objęciach, i nagle mocno się zmieszał. Poderwał się raptownie, co poskutkowało kolejnym zawrotem głowy; tymczasem Fatuus także podniósł się z wolna do pozycji siedzącej.

– Jesteś cały? – zagadnął, wyraźnie starając się przy tym oszacować jego stan. Medyk ściągnął brwi, na moment wsłuchując się w swój organizm. Uspokoił się, czując na szyi równe tętno Changsheng.

– Chyba tak – odparł, choć był tak obolały, że nie był pewien, czy aby nie mija się z prawdą. Fatuus skinął. Baizhu odniósł wrażenie, że dostrzegł w tym geście ulgę.

– Co to było? – spytał, znienacka przypominając sobie bestię, która ich zaatakowała. Thrain zaklął, po raz pierwszy, odkąd się spotkali.

– Wilk szczelinowy – rzucił krótko. Zabrzmiało to niemal jak splunięcie. – Wyjątkowo zajadłe paskudztwo. A ten nie był nawet z tych największych.

Baizhu przeszedł dreszcz, choć równie dobrze mogło go wywołać przejmujące zimno. Dłonie miał zupełnie zgrabiałe.

– Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem – przyznał.

– I nie powinieneś. – Fatuus westchnął tylko. – Z naszych raportów dotąd nie wynikało, by pojawiały się w Liyue. Chyba przyślę tu kogoś z mojego oddziału, by poobserwował sytuację…

Potrząsnął głową, jakby zmartwiony, po czym poruszył się nieznacznie w próbie zmiany pozycji na wygodniejszą; niemniej w błocie i wciąż siekącym deszczu raczej nie było to możliwe. Medyk przypomniał sobie naraz o jego ranie; był przekonany, że wskutek upadku ramię Thraina z pewnością jeszcze ucierpiało. Koniecznie musiał je obejrzeć, ale do tego potrzebowali…

– Potrzebujemy schronienia. – Fatuus jakby czytał mu w myślach. – Musimy się wysuszyć i rozgrzać. Inaczej znów się pochorujesz, panie adepcie.

Baizhu puścił ostatnią uwagę mimo uszu, miast tego usiłując przywołać z pamięci cokolwiek użytecznego. Szli w stronę ziem klanu Guhua, zatem…

– Kawałek na wschód stąd jest chata, z której korzystają kupcy herbaciani z Doliny Chenyu – przypomniał sobie. – Jest poza sezonem, więc powinna stać pusta.

Thrain skinął głową.

– Jak daleki to kawałek? – zapytał, wyraźnie rozważając opcje. Lekarz zmusił się, by jeszcze na chwilę zebrać myśli – z jakiejś przyczyny przychodziło mu to coraz trudniej; czuł się koszmarnie zmęczony i ledwo mógł powściągnąć szczękanie zębami.

– W–w n–normalnych w–warunkach j–jakieś p–pół godziny – zdołał wyjąkać między jednym dreszczem a drugim. W niebieskich oczach Fatui odbiła się troska.

– Więc przy obecnej pogodzie o połowę dłużej – skomentował z namysłem. W następnej chwili podniósł się z ziemi – tak energicznie, jak było to w tych warunkach możliwe – po czym, nim medyk zdążył zaprotestować, pewnym ruchem porwał go na ręce. Baizhu już otwierał usta, by wyrazić swój sprzeciw, ale Thrain go ubiegł.

– Z ewentualnymi skargami wstrzymaj się, aż dotrzemy na miejsce – doradził. – Na razie… byłbym wdzięczny, gdybyś wykorzystał te swoje umiejętności, żeby się do cna nie wychłodzić.

Medyk skinął nieznacznie i w chwilę potem poczuł, jak Changsheng przesuwa się z jego szyi na pierś, układając głowę w okolicach serca. Nikłe ciepło rozlało się stopniowo po jego ciele, wystarczyło jednak, by przestał się trząść. Baizhu odetchnął głęboko i pozwolił się nieść.

***

Wydawało mu się, że przymknął oczy tylko na chwilę, zaskoczył go więc widok, który napotkał, gdy uniósł powieki. Byli… w izbie, prosto urządzonej, ale niewątpliwie suchej, chociaż na zewnątrz wciąż szalała ulewa. On sam leżał w łóżku, przykryty kocem bez mała po nos, a Changsheng drzemała na poduszce tuż przy jego głowie. Thrain stał w głębi pomieszczenia, krzątając się przy niewielkim palenisku, nad którym rozwieszono jakieś ciemne kształty. Baizhu pomacał przez chwilę w poszukiwaniu okularów, a gdy je włożył, przekonał się, że w istocie patrzy na swoje suszące się ubrania. Zajrzał pod koc i z niejakim przerażeniem skonstatował, że jest niemal nagi.

– Dlaczego mnie rozebrałeś? – wypalił, bardziej niż odrobinę oskarżycielskim tonem. Fatuus odwrócił się ku niemu.

– To chyba dość oczywista procedura, gdy jesteś całkiem przemoczony – zauważył, podchodząc bliżej. Medyk zmieszał się nieco – Thrain oczywiście miał rację – niemniej nie zamierzał tak łatwo dać za wygraną.

– W takim razie czemu ty wciąż jesteś ubrany? – odparował, trochę wyzywająco. Fatuus aż zatrzymał się w pół kroku, a on poniewczasie zdał sobie sprawę, jak mogły zabrzmieć jego słowa. Odchrząknął.

– Przemokłeś równie mocno jak ja – zauważył, tonem wyjaśnienia. – Czemu sam też nie zastosujesz tej procedury, zamiast kapać na podłogę i ryzykować zapalenie płuc?

– Spokojnie, to może jeszcze chwilę poczekać – zapewnił Thrain, sięgając do swojej sakwy. Baizhu rozpoznał znajomy flakon. – Na razie chyba powinieneś przyjąć kolejną dawkę. Wiem, że nie zaatakował cię bezpośrednio, ale…

Zawiesił głos. Lekarz już miał przyjąć butelkę, gdy nagle coś w głębi niego stawiło opór. Nie szło już nawet o to, że Fatuus kolejny raz go ocalił. Ani o to, że znów nie dawał mu cienia szans, by jakkolwiek się odwzajemnić. Nie, tym, co doprowadzało w tej chwili Baizhu nieomal do furii, był fakt, że Thrain wydawał się nijak nie dbać o własne dobro. Nawet jeśli nie chciał jego pomocy, czemu aż tak bardzo nie szanował własnego życia? Zwłaszcza że o każde inne tak mocno się troszczył?

– Nie – oznajmił twardo, odpychając rękę Fatui i krzyżując ramiona na piersi. – Nie zamierzam cię słuchać, póki nie zajmiesz się także sobą.

Thrain popatrzył na niego tak, jak mógłby spojrzeć na uparte dziecko.

– Jako lekarz zdajesz sobie sprawę, jakie to nieodpowiedzialne?

Baizhu podniósł się z miejsca, ciągnąc za sobą koc.

– Ty mówisz mi o odpowiedzialności? – wycedził, spoglądając wprost w niebieskie oczy. – Jesteś przemarznięty, ranny i mam też przesłanki sądzić, że poważnie chory. Nie zamierzam dłużej się temu przyglądać bez słowa!

– Powiedziałem ci już, byś nie sięgał do mojej przeszłości – odparł Fatuus chłodno, robiąc krok, by odejść, ale medyk mu na to nie pozwolił.

– Nie chodzi mi o twoją przeszłość, ale o to, co tu i teraz! – rzucił, łapiąc Thraina za ramię, choć zapewne było to nader ryzykowne. – Wiem, że to nie skutek deluzji, więc co takiego? Korozja? Podłe Dziedzictwo?

– Skąd o tym wiesz? – Błękitne oczy zwęziły się niebezpiecznie. Baizhu wytrzymał spojrzenie.

– Mówiłem już, że leczyłem Fatui – przypomniał ze spokojem, prostując się na tyle dumnie, na ile pozwalały na to okoliczności. – Tak się składa, że wysoko postawionych także.

Thrain długą chwilę przyglądał mu się bacznie, nim jego spojrzenie złagodniało.

– No tak. Tartaglia. Ten dopiero musiał mieć z tobą przejścia…

– Chcesz się przekonać? – Medyk uniósł prowokująco brew. Fatuus przez moment wyglądał, jakby zamierzał wytoczyć kolejne argumenty, ale zrezygnował.

– Chyba nie – westchnął w końcu, przysuwając sobie krzesło. – Chociaż jednego wciąż nie rozumiem. Dlaczego tak bardzo się mną przejmujesz?

Baizhu na powrót przysiadł na łóżku, okrywając ramiona kocem. Póki był wzburzony, słowa przychodziły same, ale teraz…

– Może dlatego, że tak uparcie nie chcesz pomocy dla siebie? – podjął cicho. – Że boli mnie, gdy patrzę, jak tłumisz wszystko w sobie i nie potrafisz z nikim się tym podzielić? Dlatego że… Widzę, jak cierpisz?

I dlatego, że nie wiedzieć kiedy zaczęło mi na tobie zależeć, zamierzał dodać, ale słowa naraz utkwiły mu w gardle. Niemniej nawet to, co zdołał powiedzieć, sprawiło, że Fatuus długo, długo milczał. Tak długo, że Baizhu zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem jeszcze nie pogorszył sytuacji.

– Dobrze – oznajmił Thrain nareszcie, jakby ostatecznie podejmując decyzję. – Niech będzie. Powiem ci, ile zdołam, ale najpierw…

Ponownie wyciągnął w stronę lekarza flakon i tym razem Baizhu już bez sprzeciwów pociągnął łyk. Fatuus odetchnął, jakby właśnie opadło zeń napięcie. Czy było możliwe, że on także się martwił?

– Wiem, co powiedziałeś. – Thrain tymczasem przesunął krzesło bliżej jego łóżka. – Ale… Nawet jeśli interesuje cię tu i teraz, to w tej sprawie i tak wszystko sprowadza się do mojej przeszłości.

Odpiął karwasz, ściągnął rękawicę, a następnie zaczął podwijać w górę rękaw. Gdy skończył, Baizhu ledwie mógł uwierzyć w to co widzi. Skóra na przedramieniu była niemal czarna, poprzecinana gdzieniegdzie połyskującymi, granatowymi żyłkami, które bardziej przypominały wewnętrzne pęknięcia. Ledwie stłumił odruch, by ich dotknąć – w całej swej medycznej karierze jeszcze nigdy się z czymś takim nie zetknął.

– Większość mojego ciała wygląda podobnie. Lub gorzej – podjął Fatuus cicho. – Prawie nie czuję już bólu ani zimna. Nie krwawię, bo dawno temu przelałem ostatnie krople krwi. Można mnie zranić, a i tak przeżyję… choć to ciało jest już niemal martwe.

– Jak długo to już trwa? – wyrwało się medykowi, nim zdążył się powstrzymać. Thrain popatrzył na niego przejmująco zmęczonym wzrokiem.

– Za długo. O wiele za długo – szepnął, a w pamięci Baizhu rozbrzmiały echem słowa z ich pierwszej rozmowy. Wszystko zaczynało wreszcie składać się w spójną całość. – I, nim zapytasz, drogi doktorze… to nie choroba, a klątwa. Daleki jestem od tego, by wątpić w twoje umiejętności, ale nie sądzę, by ktokolwiek w całym Teyvacie byłby w stanie coś na to zaradzić. Dlatego… przepraszam, jeśli moja odmowa wyglądała jak wyraz złej woli.

Baizhu zacisnął szczęki, niespodziewanie czując, jak pieką go oczy. Cała jego lekarska natura żywo sprzeciwiała się takiemu scenariuszowi; nie godziła się, by pozostawić sprawę bez rozwiązania. Niemniej… czuł, że nie powinien naciskać. Nie teraz, gdy Fatuus dopiero co się przed nim otworzył. Nie trzeba było lekarza, by dostrzec, jak wiele kosztowało go to wyznanie i jak bardzo był w tej chwili rozstrojony. Z całą pewnością potrzebował chwili dla siebie. Medyk czuł, że musi to uszanować, nim choćby zacznie się zastanawiać nad poszukiwaniem możliwego remedium.

– Tego… na pewno bym się nie domyślił – przyznał więc tylko, podnosząc wzrok na Thraina.  – I… Dziękuję, że mi powiedziałeś.

– Połóż się jeszcze. – Fatuus podniósł się z miejsca, kładąc poczerniałą dłoń na jego ramieniu. – Jesteś osłabiony. Odpoczynek dobrze ci zrobi.

Sam wyglądał w tej chwili, jakby niczego nie potrzebował bardziej, niż odpoczynku właśnie – ale czy naznaczone klątwą ciało w ogóle było w stanie zasnąć? Co innego umysł… Baizhu aż przeszedł dreszcz, gdy uświadomił sobie, co to mogło oznaczać. Brzemię, dźwigane przez Thraina, było jeszcze straszliwsze, niż mógł przypuszczać – i jak wielką siłą woli dysponował Fatuus, że nadal trwał przy zdrowych zmysłach?

– Już zmarzłeś. – Thrain na szczęście opacznie zrozumiał jego reakcję, bezceremonialnie narzucając na niego drugi koc. Medyk posłał mu blady uśmiech, odruchowo zaciskając palce na szorstkiej tkaninie; po czym obserwował przez chwilę, jak Fatuus wraca w okolice paleniska, mimo wszystko ściągając z siebie kurtkę i podciągając także drugi rękaw koszuli.

Kolejne godziny upłynęły w spokoju. Wcześniejsze napięcie między nimi opadło, choć pewne kwestie wciąż pozostawały niewypowiedziane. Wyznanie Thraina sprawiło, że nie tylko wrócili do poziomu porozumienia z ostatnich dni, ale jeszcze się ono pogłębiło, nawet jeśli niewiele rozmawiali. Do tego jakimś cudownym zrządzeniem losu obie ich sakwy przetrwały bez większego uszczerbku zarówno upadek z urwiska, jak i późniejszą drogę w deszczu. Thrain, według instrukcji Baizhu, zaparzył dla niego zioła przeciw gorączce w żeliwnym imbryku; a następnie, z resztek prowiantu znalezionego w bagażu i zapasów, które przygotowano w chacie dla podróżnych, udało mu się przygotować prosty posiłek. Po jedzeniu i rozgrzewającym naparze medyk ani się spostrzegł, gdy odpłynął w sen. Gdy się zbudził, odkrył, że za oknami się ściemniło; nie był jednak pewien, czy zapadł już zmierzch, czy nadciągnęły jeszcze ciemniejsze chmury. Za to wichura wzmogła się zdecydowanie, wyjąc potępieńczo i tłukąc deszczem w ściany chaty.

Lekarz aż się wzdrygnął – nie zanosiło się, by mieli wyruszyć w najbliższym czasie – po czym rozejrzał się po izbie, wydobywając z półmroku kolejne kształty. Jego wzrok zatrzymał się na lśniącej bielą Changsheng: o dziwo, już nie spała; zamiast tego leżała w nogach łóżka i przyglądała Thrainowi, jednak bez wrogości czy podejrzliwości. Wyglądała raczej jakby się… martwiła?

Podążył za jej spojrzeniem. Fatuus siedział na krześle przy ogniu, wyciągnąwszy przed siebie długie nogi. Oczy najpewniej miał zamknięte; medyk nie dostrzegał ich błękitu w cieniu hełmu. Wyglądał jeśli nie na śpiącego, to głęboko pogrążonego w myślach. Baizhu wrócił wzrokiem do Changsheng.

– O co chodzi? – zagadnął. Cichy głos nikł w wyciu wiatru i szumie ulewy, było więc mało prawdopodobne, że Fatuus ich usłyszy. Adeptka podpełzła bliżej i wspięła po ramieniu lekarza.

– Nie spodziewaj się, że zdołasz mu pomóc – syknęła mu wprost do ucha. – Nie jestem przekonana, czy nawet razem zdołalibyśmy to udźwignąć. Poza tym ta klątwa… to raczej coś, czego nie winniśmy tykać.

– Czemu tak sądzisz? – odszepnął w odpowiedzi. Changsheng nerwowo poruszyła ogonem.

– Nazwijmy to intuicją adeptów – odparła w końcu. – Powiadam ci, mój drogi. Cokolwiek ci się roi, tym razem daj sobie spokój, jeśli nie chcesz doprowadzić do katastrofy.

To powiedziawszy, na powrót zsunęła się na łóżko, pozostawiając Baizhu ze wzrokiem utkwionym w burej powierzchni koca. To ostrzeżenie… brzmiało poważnie. Medyk czuł, że powinien wziąć je sobie do serca; bądź co bądź, adeptka rzadko wyrażała swoje wątpliwości aż tak otwarcie. Ale…

Ponownie przeniósł wzrok na Thraina. Nie zdążył nawet zastanowić się, jak mógłby mu pomóc – i już miałby zrezygnować? Poddać się jeszcze przed startem, gdy nie rozważył choćby jednego możliwego scenariusza działań? Odrzucić przekonania, którymi od zawsze kierował się jako lekarz, i to jedynie na podstawie przeczucia? Czuł, jak na samą tę myśl narasta w nim sprzeciw.

Westchnął przeciągle, opadając na posłanie, a w jego głowie zaczęła się gonitwa myśli. Jak niby miał wyjść z tego impasu? Czy wycofać się, nie chcąc lekceważyć zagrożenia? Czy mimo wszystko zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę, jakakolwiek by ona nie była?

Usłyszał w półmroku ciężkie kroki Thraina i zwrócił się w jego stronę. Fatuus zatrzymał się przy łóżku, po czym, jakby z wahaniem, przysiadł obok.

– Wszystko dobrze? – zapytał. W błękitnych oczach odmalowała się troska i coś jeszcze, czego Baizhu nie umiał nazwać. – Mam wrażenie, że coś cię dręczy.

– To nic. – Medyk potrząsnął głową, podnosząc się do pozycji siedzącej. – Po prostu… za dużo myślę.

– O czym? – Serce Baizhu naraz zabiło szybciej, gdy Thrain odgarnął mu z ramienia splątane włosy, a jego dłoń niemal musnęła policzek.

– O… o wszystkim – odparł, ledwie powstrzymując odpowiedź, która jako pierwsza cisnęła mu się na usta. – Wybacz, jeśli cię obudziłem.

– Trudno to nazwać snem – przyznał Fatuus z niespodziewaną szczerością, potwierdzając tym samym wcześniejsze podejrzenia medyka. – Ja… Nie pamiętam już, co znaczy odpoczynek.

Zwiesił ciężko głowę, niemal opierając ją o ramię lekarza. Wyglądał na śmiertelnie znużonego – i Baizhu nagle poczuł, że coś w nim pęka. Że nie wytrzyma tego ani chwili dłużej. Cierpienie i ból Thraina były niemal namacalne – a on nie miał zamiaru już tylko się przyglądać. Chciał mu pomóc, bez względu na ryzyko, jakie miałby podjąć. Pragnął zdjąć z niego to brzemię, a jeśli to nie byłoby możliwe, to przynajmniej je… podzielić?

Zacisnął z determinacją dłonie, podejmując decyzję. Jak by nie patrzeć, Fatuus nie odrzucił wprost jego pomocy, uważał jedynie, że Baizhu nie zdoła nic zdziałać. Ale on nie uznawał niemożliwego. I choć sam nie był pewien, co i ile będzie w stanie zrobić, to…

Chciał spróbować. Przynajmniej spróbować, by w ogóle mieć pewność. By nie robić Thrainowi złudnej nadziei. By przekonać się, czy będzie musiał poszukać innego sposobu. Tak.

Odetchnął głęboko, po czym niepostrzeżenie wsunął dłoń na ramię Fatui. A potem sięgnął w głąb niego.

Poczuł w żyłach znajome pulsowanie magii adeptów, które w chwilę potem ustąpiło czemuś innemu. Spodziewał się mrocznej, niszczycielskiej siły, która stawi mu opór – tym większe było więc jego zdumienie, gdy pojął, że w istocie ma do czynienia z czymś potężnym i pradawnym, ale przy tym… przedziwnie ekscytującym? Świadomość tego, czemu się tu znalazł, w jej obliczu rozwiała się nagle, rozpłynęła jak dym. Ogarnęło go przemożne poczucie, że wystarczy sięgnąć tylko odrobinę głębiej, by zrozumieć prawdziwą istotę tej potęgi. By dotrzeć do tego, co od tak dawna starał się osiągnąć, by znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania i wątpliwości. By rozwikłać wreszcie tę najbardziej niezbadaną z tajemnic, która dotąd wciąż mu się wymykała…

Była tam, niemal na wyciągnięcie ręki, kusiła i migotała, wśród niezliczonych smug cienia. Jego cel, jego marzenie, jego największe pragnienie…

Nieśmiertelność.

Sięgnął więc, nie bacząc na dobiegający gdzieś z oddali głos Changsheng, który kazał mu się zatrzymać i nie wyczyniać głupstw. Cieniste smugi sięgnęły ku niemu, pociągając za sobą, i na chwilę ogarnęło go upojenie, jak po zażyciu narkotycznych ziół. Przymknął oczy, poddając się temu uczuciu, pozwalając się nieść głębiej i głębiej…  I wtedy właśnie silne palce chwyciły jego nadgarstek, zaciskając się niczym imadło. Nagły ból nieco go otrzeźwił i Baizhu zamrugał oszołomiony, napotykając przeszywające spojrzenie intensywnie niebieskich oczu. Z jakiejś przyczyny, której teraz nie umiał jasno określić, był przekonany, że ujrzy w nich gniew i rozczarowanie, ale dostrzegł jedynie… strach?

Na chwilę oprzytomniał zupełnie, czując, jak ogarnia go przejmujące zimno; równocześnie zaś bark i udo zapłonęły żywym ogniem.

– Przepraszam – zdążył wyszeptać, choć nie był już pewien kogo i za co przeprasza. Zaraz potem w oczach mu pociemniało i opadł w nicość.

***

Przebudzenie nie było przyjemne. Czuł się obolały i otępiały, a co gorsza zupełnie nie mógł sobie przypomnieć, jak do tego doszło. Nawet otwarcie oczu wydawało się wyzwaniem ponad siły; gdy zaś w końcu uniósł powieki, stłumione, szarawe światło przyprawiło go niemal o mdłości. Jęknął przeciągle.

– Już dobrze – dobiegł go głęboki, ale zaskakująco łagodny głos. – Wygląda na to, że nareszcie wróciłeś.

Te słowa i ten głos na powrót zakotwiczyły go w rzeczywistości. Thrain. Baizhu pamiętał, jak sięgnął ku niemu, próbując pomóc, ale… co było potem? Z jakiegoś powodu miał w głowie zupełną pustkę.

Zmusił się, by ponownie otworzyć oczy; tym razem wolniej, by nie ryzykować niechcianych skutków ubocznych. Zorientował się, że wciąż leży na posłaniu w przydrożnej chacie i że… ma związane ręce?

Poderwał się raptownie, nagle spłoszony, i niemal krzyknął, czując silny ból w nodze. Thrain podszedł bliżej, z nadspodziewaną delikatnością kładąc mu dłoń na ramieniu.

– Ostrożnie – przestrzegł. – Twoja rana znów się otworzyła.

Rana? Baizhu ściągnął brwi. Ta na udzie? Ale przecież… była już niemal wygojona? Ba, był w stanie niemal normalnie chodzić i nawet tamten upadek z urwiska zanadto nie pogorszył sprawy. Czemu więc nagle miałaby się otworzyć? Co takiego się wydarzyło, gdy był nieprzytomny? A może… zanim stracił przytomność? Czy to dlatego miał związane ręce?

Skupił się, próbując przywołać z pamięci cokolwiek, co mogło go naprowadzić na właściwy trop. W przypływie desperacji sięgnął w głąb Thraina, chcąc zrozumieć naturę jego klątwy i wtedy…

Krew odpłynęła mu z twarzy, a oddech uwiązł w gardle, gdy właściwe obrazy wskoczyły wreszcie na swoje miejsca. Niespodziewane zetknięcie z prastarą potęgą. Lepkie smugi ciemności spowijające całe jego jestestwo. I przytłaczająca, dusząca niemal, obietnica nieśmiertelności, w niepojęty sposób spleciona z klątwą…

Zadrżał.

– Co ja chciałem zrobić… – wyszeptał, kryjąc twarz w dłoniach. Fatuus uspokajająco pogłaskał go po plecach.

– Nie da się ukryć, że postąpiłeś dziś w nocy bardzo lekkomyślnie – odparł, przysuwając sobie krzesło. – W najlepszym razie mogłeś zrobić sobie trwałą krzywdę, w najgorszym…

– Umrzeć?

Thrain obrzucił go przeciągłym spojrzeniem, nim westchnął.

– Gorzej. Wierz mi, śmierć nie zawsze jest najgorszym rozwiązaniem.

– Po tym, co zobaczyłem, uwierzę z pewnością – zgodził się Baizhu cicho, po czym uznał, że pora wreszcie skończyć z półsłówkami. – Thrain, proszę, powiedz mi… Kim tak naprawdę jesteś?

– Ty pierwszy, panie adepcie – odparował Fatuus, zakładając ramiona na piersi. – Powiedziałbym, że… Masz nader interesującą moc. Pierwszy raz się z takową spotykam.

– To nie tak. – Medyk zawahał się, ale tylko na moment. Jeśli oczekiwał szczerości, sam również powinien się nią odwzajemnić. – Ja… nie jestem adeptem.

– Nie? – Thrain popatrzył na niego, autentycznie zdziwiony. Baizhu pokręcił głową.

– Jestem zwykłym człowiekiem – podjął. – Tak naprawdę adeptką jest Changsheng.

– Czyli ja – doprecyzowała wężyca, zwinnie wślizgując mu się na ramiona. – Działamy w zespole.

Fatuus chwilę przyglądał im się z namysłem, jakby analizując to, czego właśnie się dowiedział i konfrontując to z własną teorią.

– Skąd w takim razie u ciebie wężowe oczy?

– To efekt uboczny kontraktu – wyjaśniła Changsheng, nim lekarz zdążył się odezwać. – Pozostałe szczegóły są tajne, łamane przez poufne, więc radzę nie wściubiać nosa, rozumiemy się?

– Czyli… – Thrain znów skupił całą swoją uwagę na Baizhu. – Ty przejmujesz chorobę pacjenta, a Changsheng – tu zerknął na wężycę – użycza ci potem swej mocy, byś mógł dojść do siebie. Czy tak to działa?

– Z grubsza – przytaknął medyk. Fatuus spojrzał mu prosto w oczy.

– Więc postanowiłeś to wykorzystać i…

– …przejąć twoją klątwę, tak – dokończył lekarz z westchnieniem. – Wtedy wydawało mi się, że to dobry pomysł… jedyne wyjście, żeby jakkolwiek ci pomóc. Byłeś tak okropnie zmęczony… Nie mogłem dłużej tylko patrzeć bez reakcji. Ale… Nie spodziewałem się, że natrafię na coś tak potężnego… i że okaże się też takie niebezpieczne. I sądzę, że – tu wskazał więzy na swoich nadgarstkach – to środki ostrożności. Abym nie skrzywdził ani ciebie, ani siebie.

– Skąd ta pewność? – Thrain znacząco zawiesił głos. – Są w naszych szeregach tacy, którzy chętnie pochyliliby się nad twoimi umiejętnościami. Skąd wiesz, czy nie zamierzam przekazać cię w ich ręce?

– Wtedy już dawno bylibyśmy w drodze do Snezhnayi. – Baizhu wytrzymał spojrzenie. – Nie tkwiłbyś tu ze mną i nie opatrywał moich ran… i z całą pewnością, nie ostrzegałbyś mnie, że twoja przeszłość może być dla mnie niebezpieczna. Nie, nadal nie wierzę, byś był takim człowiekiem. Nawet jeśli wciąż nie wiem o tobie całej prawdy.

Fatuus westchnął, po czym sprawnie rozwiązał wstążkę krępującą mu ręce. Gdy się odezwał, w jego głosie dało się słyszeć uśmiech.

– Cóż, przyznaję… Widziałem już wcześniej, jak zdeterminowany jesteś i bałem się możliwych konsekwencji, gdybyś próbował jednak zawalczyć z klątwą. Ale… Nie spodziewałem się czegoś takiego, więc…

– Mówisz, jakby miała na mnie spaść kara z samej Celestii – żachnął się medyk, ale poczuł, jak uśmiech znika z jego warg, gdy błękitne spojrzenie nagle spoważniało. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że…

Na przeraźliwie długą chwilę zapadła cisza. A potem…

– Pięćset lat temu – zaczął Thrain bardzo, bardzo cicho – Niebiańskie Zasady rzuciły klątwę nieśmiertelności. Na mnie i na innych mieszkańców królestwa, które sama Celestia unicestwiła.

– Khaenri’i – dopowiedział Baizhu, czując, jak mimo wszystko robi mu się trochę słabo. – Więc… jesteś…

– Imię, które ci podałem, jest prawdziwe… choć obecnie znają je tylko nieliczni. Towarzyszom i wrogom jestem znany jako Capitano. Pierwszy z Orędowników Fatui… Na Carycę, dobrze się czujesz…?

– Nie – przyznał Baizhu rozbrajająco szczerze, przyciskając dłonie do skroni. – To jednak… trochę dużo do przetworzenia jak na jeden raz.

Thrain skinął – po czym wstał nagle, jakby coś mu przyszło do głowy. Wrócił po chwili, niosąc swoją manierkę i bez słowa podał ją medykowi. Baizhu pociągnął solidny łyk, by zaraz poprawić kolejnym, gdy alkohol palącym ciepłem rozlał się w przełyku. Zakorkował naczynie, oddając je właścicielowi, i dopiero wtedy zaczerpnął głęboko tchu.

– Więc – podjął powoli, głosem drżącym od skrywanego napięcia – nie pomylę się, mówiąc, że nieśmiertelność to samo sedno twojej klątwy, nie tylko… Składowa?

– Tak – przyznał Fatuus krótko. Baizhu przymknął oczy, czując, jak ciężar tej odpowiedzi opada mu na ramiona.

– Zatem… Gdybym wziął klątwę na siebie… Zamiast pomóc, odebrałbym ci życie?

– Wątpię, by było to możliwe. – Capitano pokręcił głową, siadając obok niego. – Obawiam się, że prędzej sam byś zginął. Albo zmienił w potwora. A tego bym sobie nie wybaczył.

– Czemu? – Medyk zdobył się, by podnieść wzrok. W spojrzeniu Fatui odbiło się uczucie, którego nie potrafił nazwać.

– Bo są rzeczy gorsze od śmierci – powtórzył, zaskakująco miękko. – Niemniej, wracając do poprzedniego pytania, to, czysto teoretycznie… Tak, sądzę, że tak właśnie by się stało. Jednak… Zanim znów zaczniesz się winić…

Urwał, jak gdyby szukając właściwych słów. Baizhu wpatrzył się w niego z wyczekiwaniem.

– Chodzi o to, że… – Capitano zgarbił ramiona i nagle znów był Thrainem, którego lekarz poznał w ostatnich dniach. – Po tych wszystkich stuleciach bywają chwile, gdy nie pragnę niczego innego. Ale… Nie mogę. Nie mogę jeszcze odejść. Nawet gdyby znalazł się jakiś cudowny sposób.

– Dlaczego? – szepnął Baizhu, a jego dłoń sama z siebie sięgnęła ku dłoni Fatui. Ten milczał chwilę, nim popatrzył mu prosto w oczy.

– Bo moja dusza nie jest jedyną, za którą jestem odpowiedzialny – odparł. – Wieki temu, gdy dla Khaenri’i nie było już nadziei, zabrałem swój oddział, aby walczyć z Otchłanią w Natlanie. Okazało się jednak, że spustoszenia, które tam poczyniła, są zbyt ogromne. Tak ogromne, że dusze poległych nie były w stanie znaleźć drogi na drugą stronę i zaznać spokoju. Dlatego… Wszystkie są teraz tutaj.

Druga dłoń Thraina spoczęła na wysokości serca; w miejscu, gdzie zdobienia koszuli tworzyły podobny wzór. Medyk zdziwił się, że wcześniej tego nie zauważył.

– Dzięki khaenryjskiej technologii moje serce miało stać się naczyniem na wiedzę – podjął Fatuus po chwili, dostrzegając widać jego zdumione spojrzenie. – Zamiast tego stało się azylem dla kilkuset dusz. Poprzysiągłem sobie, że nie spocznę, póki one też nie znajdą ukojenia. To… moje ostatnie zadanie.

Baizhu poczuł, że blednie.

– O Archoni… – tchnął łamiącym się szeptem. – Więc o mało wszystkiego nie zrujnowałem…

– Nie mogłeś wiedzieć. – Chłodna dłoń Thraina dotknęła jego ramienia w krzepiącym geście. – Miałeś szlachetne intencje.

– Nie. – Lekarz raptownie potrząsnął głową, odsuwając się. – Nie rozumiesz…

Zacisnął mocno powieki, czując wzbierające pod nimi łzy. Teraz dopiero to widział. Teraz pojmował, co mogła mieć na myśli Changsheng, mówiąc o możliwej katastrofie. Rozumiał, do jakiej tragedii mógł doprowadzić – i to wyłącznie przez własny egoizm.

Otarł gwałtownie oczy, kierując na Fatui zdeterminowane spojrzenie.

– Ja… Chcę, żebyś poznał prawdę więc… Na początku faktycznie przede wszystkim chciałem cię rozgryźć. Zaintrygowało mnie coś, co powiedziałeś, stąd starałem się dowiedzieć jak najwięcej. Jednak… niedługo potem zrozumiałem, że tak naprawdę chcę ci pomóc. Nie tylko dlatego że jestem lekarzem, ale też dlatego, że miałem przed sobą dobrego i szlachetnego człowieka, którego być może chciałbym poznać lepiej. Na którym… w pewnej chwili zaczęło mi zależeć. Lecz kiedy sięgnąłem do klątwy i zrozumiałem, co w sobie skrywa, wtedy… zupełnie o tym zapomniałem. Całkiem… jakby wszystko inne przestało się liczyć, bo nagle byłem o krok od tego, czego zawsze szukałem… Zdawało mi się, że mam to na wyciągnięcie ręki. Gdybyś mnie nie powstrzymał, zatraciłbym się w pełni. Zdradziłbym cię, nawet o tym nie wiedząc.

Spuścił wzrok, czując, że cały drży. To wyznanie wiele go kosztowało; co więcej, nie potrafił przewidzieć, jak zachowa się teraz Capitano. Dlatego zdziwił się, czując dotknięcie dłoni na policzku, delikatne, nieomal czułe.

– Czego takiego szukasz? – padło ciche pytanie. Baizhu odwrócił głowę ku rozmówcy.

– Nieśmiertelności – przyznał szczerze, patrząc wprost w błękitne oczy Thraina. – To… to część mojego kontraktu z Changsheng. Że żadna z jego stron nie umrze. Dlatego nie ustaję w poszukiwaniach…

Urwał, a adeptka trąciła go nosem w szyję, jak gdyby w geście otuchy. Fatuus dłuższą chwilę przyglądał się im obojgu.

– Biorąc pod uwagę, że wiem, jak działa wasz układ… i jak wiele zapewne bierzesz w nim na swoje barki… Uważasz, że warto? Z własnej woli trwać przez wieczność na granicy śmierci?

– Jeśli tylko mogę uratować choć jedno istnienie? – Medyk zerknął na niego pytająco. – Tak. Zawsze warto. Gdybym w to nie wierzył, nigdy nie zgodziłbym się na ten kontrakt.

– Więc jednak nie różnimy się aż tak bardzo. – Thrain niespodziewanie objął go ramieniem, a w jego głosie zabrzmiał cień uśmiechu. – Ani my, ani nasze cele. A jednak… To okrutna ironia losu, nie sądzisz? Ja mam coś, czego ty pragniesz, a ty coś, czego pragnę ja. A jednak… Jest całe mnóstwo powodów, dla których nie możemy sobie tego dać.

Zaśmiał się gorzko, a Baizhu popatrzył na niego uważnie. Czy było możliwe, że Fatuus nie miał na myśli jedynie klątwy? Jego serce naraz zabiło szybciej.

– Może kiedyś w prostszym świecie… – zaryzykował cicho. – Myślę, że moglibyśmy się zrozumieć.

– Myślę, że już się rozumiemy. – Niebieskie oczy złowiły jego spojrzenie. – Po raz pierwszy od stuleci ktoś był gotów tyle dla mnie zrobić. I…

We wzroku Capitano coś błysnęło, jakby nagle podjął decyzję. W chwilę potem podniósł się z posłania.

– Powiedz… – zaczął, zaskakująco niepewnie. – Nadal chcesz zobaczyć moją twarz bez hełmu?

– Ja podziękuję – wtrąciła nagle Changsheng, ześlizgując się z ramienia medyka. – Mam dosyć mocnych wrażeń na najbliższą dekadę. Niemniej wy sobie… rozmawiajcie.

To powiedziawszy, spełzła z łóżka, by ułożyć się na pozostawionej kawałek dalej torbie lekarza. Baizhu odruchowo odprowadził ją wzrokiem, po czym ponownie popatrzył na Thraina. I drgnął – bo tylu emocji w jego spojrzeniu jeszcze dotąd nie widział.

– To zależy od ciebie – wyszeptał. – Ale… nie kryję, że tak. Chciałbym.

Fatuus skinął z powagą, sięgając do zapięcia hełmu, po czym ściągnął go ostrożnie. Czarne włosy rozsypały się na ramionach – a Baizhu westchnął, czując, że nie zapomni tego widoku.

Zanim dotknęła go klątwa, Thrain musiał być naprawdę przystojnym mężczyzną. Nawet teraz lekarz był w stanie dostrzec jego szlachetne, regularne rysy. Niemniej skóra była niemal jednolicie czarna, z drobną siatką pęknięć w okolicach oczu i ust. Jego twarz wyglądała jak martwa maska z liyueyańskiego teatru. Jedynie oczy były w niej naprawdę żywe.

Zamarł z dłonią wyciągniętą w pół gestu, niepewny, czy powinien jej dotykać; jednak Fatuus sam przyciągnął jego rękę do policzka. Poczuł pod palcami chłód, jakby dotykał kamienia.

A jednak Capitano wciąż był tutaj. Wciąż żył.

Medyk odetchnął głęboko, po czym z czułością pogłaskał zimny policzek. Thrain popatrzył na niego z wdzięcznością.

– Dziękuję – wyszeptał. – Już… tak dawno nikt nie potraktował mnie po prostu jak człowieka. Nie sprawił, że poczułem się, jakbym zwyczajnie… żył. Dlatego…

Zrozumiał. Podszedł do Fatui, opierając głowę o jego pierś. W chwilę potem mężczyzna objął go, mocniej, niż mógł się spodziewać. Wyczuł jego drżenie.

– Coś się stało? – zapytał, unosząc nieznacznie głowę.

Capitano – nie, Thrain – cofnął się o pół kroku.

– Jesteś ciepły – wyszeptał. – Z tak bliska nawet w tym stanie mogę to poczuć. I… słyszę, jak bije ci serce. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio to czułem. I nie wiesz nawet, jak bardzo za tym tęskniłem.

Baizhu zawahał się. Przez moment bił się z myślami, nim spojrzał mu prosto w oczy.

– Jeśli chcesz… Mogę dać ci więcej.

– Jesteś pewien? – We wzroku Fatui błysnęło zrozumienie. Lekarz raz jeszcze dotknął palcami jego twarzy, nim przesunął dłoń niżej, na wysokość serca.

– Tak.

***

Baizhu obudził się, z zaskoczeniem stwierdzając, że jakimś cudem leży w objęciach Thraina, choć z całą pewnością zasypiał z głową na jego ramieniu. Nie to, że mu to przeszkadzało: przez ostatnich parę dni zdążył przywyknąć do podobnych przebudzeń. Właściwie chętnie przyzwyczaiłby się do nich na dłu-…

Stop. Uciął tę myśl w zarodku, nim zdążyła się wykrystalizować. Nie chciał karmić się złudzeniami, a tym właśnie była – ułudną wizją życia, które w tym czasie i tej rzeczywistości nijak nie miało racji bytu.

Niemniej… ile jeszcze mieli takich poranków? Baizhu obawiał się, że coraz mniej. Deszcze ustały, jego rana na powrót się zasklepiła, a on miał też świadomość, że lada chwila ktoś zacznie go szukać, bo choć zdarzało mu się znikać w górach, to nigdy na aż tak długo. Jak wiele czasu im zostało, nim będą musieli się pożegnać?

Spochmurniał, po czym usiadł na łóżku, zupełnie przebudzony i nagle sfrustrowany. Poczuł chłód, gdy koc zsunął się z jego barków. Należało się w końcu ubrać i rozpalić ogień, i…

– Strasznie się wiercisz, doktorze. – Chłodna dłoń odnalazła jego nadgarstek i musnęła go lekko. Znaczące skórę ciemne sińce dawno już zbladły, pozostawiając po sobie żółtozielone ślady. Medyk odetchnął głęboko, czując, jak razem z tym dotykiem opada z niego napięcie.

– Po prostu… Znów za dużo myślę – przyznał z westchnieniem. Fatuus odgarnął mu włosy z czoła.

– O tym, co będzie? – zagadnął domyślnie. Baizhu przytaknął.

– Wiem, że jesteśmy tu i teraz, ale… Czasem zwyczajnie nie umiem się nie zastanawiać. Jak teraz. Wiem, że wszystko się skończy, gdy tylko stąd odejdziemy… A mimo to nie mogę przestać myśleć, co będzie dalej. Że jeśli zdołasz osiągnąć swój cel, to już nigdy się nie spotkamy…

– Nie wszystko się skończy. – Capitano poważnie pokręcił głową, dotykając jego policzka. – Obaj wiemy o tym równie dobrze. I myślę, że właśnie dlatego tak cię to dręczy. Mimo to… – umilkł na chwilę, nim podjął – Nie wiemy, co wciąż może się wydarzyć, nim osiągnę cel. Dlatego… Nie ma sensu z góry się tym zamartwiać.

Baizhu skinął ostrożnie, przeczesując palcami włosy, po czym nagle coś sobie przypomniał, gdy natrafił na znajomą wstążkę, wciąż wplecioną w splątane pasma.

– Te kwiaty… – zaczął. – Rosły w Khaenri’i, prawda?

Thrain podążył za jego spojrzeniem.

– Owszem – przyznał. – To inteyvat. Dziś już nigdzie ich nie znajdziesz…

Nieoczekiwanie uśmiech przemknął przez jego twarz i lekarz zerknął na niego ciekawie.

– Tak?

– Nasz książę nosił taką jako dziecko – wyjaśnił. – Ta rzeczywiście jest z Fontaine, ale to doskonała kopia.

Baizhu aż uniósł brwi z niedowierzaniem.

– Zwykłeś zaplatać włosy khaenryjskiemu księciu?

– Zdarzało się – przyznał Fatuus, a w jego oczach błysnęła tęsknota. Zaraz jednak znów lekko się uśmiechnął, sięgając ku włosom Baizhu.

– Pozwolisz?

Medyk zachichotał. Kątem oka dostrzegł, jak ułożona na szczycie sakwy Changsheng wymownie odwraca się tyłem

– W końcu masz ponad pięćset lat doświadczenia – odparł. – Kimże jestem, by się sprzeciwiać?

Thrain także zaśmiał się lekko, po czym sięgnął pod poduszkę po grzebień. W chwilę potem Baizhu poddał się dobrze już znanemu rytmowi rozczesywania i zaplatania, czując, jak powraca do niego spokój. Niemal odpłynął w sen; przynajmniej do chwili, gdy Fatuus znów wziął do ręki wstążkę.

– Zatrzymaj ją – usłyszał nagle tuż nad uchem. – Na pamiątkę. W razie gdybyśmy jednak nie mieli okazji się spotkać, zanim dopełnię misji.

Lekarz skinął pośpiesznie, strząsając z rzęs zdradliwe łzy, zanim odwrócił się do niego.

– Daj mi znać – poprosił, niemal z desperacją. – Apteka Bubu w Porcie Liyue…

– Wiem. – Thrain musnął wargami włosy na jego skroni. – Nie zapomnę.

Baizhu odetchnął głęboko, by uspokoić oddech, po czym oparł czoło o jego ramię.

– Nawet jeśli nie… – wyszeptał. – Nawet jeśli się już nie spotkamy… Jak długo obaj będziemy nieśmiertelni, to kto wie, co może przynieść przyszłość.

– Kto wie – zgodził się Fatuus, łagodnie gładząc jego plecy. – Ale cokolwiek miałoby się wydarzyć, cieszę się, że cię poznałem, panie Nie–Do–Końca–Adepcie.

– A ja ciebie, panie Fatui. – Medyk podniósł na niego wzrok. W błękitnych oczach odbijało się całe spektrum uczuć.

Zaśmiali się obaj – i w następnym momencie ich czoła się zetknęły, a palce splotły ze sobą. I nagle znów byli tylko oni. Tu i teraz, z dala od wszystkiego… Razem.

Choćby jeszcze przez chwilę.