Actions

Work Header

Black One

Summary:

W rolach głównych Poe, który nie jest do końca dobry i Kylo Ren, który nie jest do końca zły.

Notes:

Nie betowane.

(See the end of the work for more notes.)

Chapter Text

Monitorowali galaktykę, ale póki co nic nadzwyczajnego się nie działo, więc Poe miał chwilę aby na spokojnie przemyśleć ostatnie wydarzenia. Nastrój niezdrowego podekscytowania ostatnim zwycięstwem powoli opadał. Nie mógł się do końca rozleniwić, bo Najwyższy Porządek nie był siłą, z którą można było od tak zadrzeć bez konsekwencji. Zapewne czekali tylko na najmniejsze potknięcie rebeliantów, aby przypuścić atak, albo już mieli gotowy plan i tylko czekali na jego realizację. Poe obawiał się takiego obrotu spraw, głównie ze względu na Finna, który ostatnim razem został ciężko ranny.
Nie tylko Poe wyglądał na zmartwionego, generał Organa chyba także była pogrążona we własnych rozmyślaniach, nie usłyszała nawet stojącego po swojej prawej stronie pilota, który mówił coś o braku wiadomości od Rey. Była wpatrzona w mapę beznamiętnym wzrokiem.
- Wszystko dobrze, pani generał? - pyta Poe, również starając się wypatrzyć to co ona na mapie.
- Nikt nie zrozumie straty tak dobrze jak ty, Poe - mówi jakby była obecna tylko ciałem, a jej myśli latały gdzieś daleko. Jednak szybko przytomnieje. - Nie pozostaje mi nic innego jak tylko powiedzieć, że wszystko jest w porządku.
- Dalej nie mamy żadnych wieści od Rey - przypomina.
- Leciała najlepszym statkiem z najlepszym drugim pilotem jakiego miałam okazję spotkać, myślę, że dotarła do swojego celu. Moc jest w niej silna, mam nadzieję, że Luke skieruje ją na właściwą ścieżkę.
Nie trzeba być użytkownikiem mocy, aby móc odgadnąć co chodzi po głowie Lei Organa. Poe dobrze wie jak to jest kogoś tracić, bo jego rodzice poświęcili swoje życie w imię walki o większą sprawę. Leia straciła Hana, choć już oddawana nie było o nim wieści i można go było uważać za zmarłego, ale to co innego niż być tego pewnym. Wcześniej straciła również syna, w którym moc była przynajmniej tak silne jak w Rey.

Nie sprawia mu przyjemności fakt, że rebelianci kłaniają się lub pozdrawiają go kiedy wchodzi do hangaru. Traktują go jak zwycięzcę, bo udało mu się przetrwać kolejną misję, a przy okazji zgarnąć po drodze kilku innych pilotów? A co z resztą? Co z tymi którzy polegli zostawiając rodziny, dzieci, cały swój majątek? Wszystko to w imię przywrócenia tak marzycielskiej i idealistycznej idei jak republika. Czasem nawet przywódcę dwóch eskadr Ruchu Oporu dopadały wątpliwości, czy to jak postępuje jest słuszne.
Przepierza hangar zdecydowanym krokiem, mając nadzieję, że jego X-wing jest już sprawny, sam ostatnio nie miał głowy do grzebania przy silnikach. Jak na zawołanie przy jego boku pojawiała się BB-8. Nie mógł się nie uśmiechnąć na widok droida, który aż palił się do kolejnego lotu, tym razem nadprogramowanego. Nie był to pierwszy raz kiedy Poe pod pozorami lotu kontrolnego po prostu uciekał z bazy, a kiedy wchodził w nadświetną kontrola lotów mogła tylko zgadywać dokąd udał się tym razem. Prawda była taka, że musiał odpocząć od ciągłego ukrywania się, planowania, knucia i poczucia odpowiedzialności za życie młodych pilotów, a może po prostu miał ochotę upić się w samotności. Skierował swój statek na środkowe rubieże w nadziei, że odnajdzie tam trochę spokoju.
Lecąc na Takodanę nie brał pod uwagę tego, że została zniszczona w takim stopniu. Momentami gęste lasy zostały zastąpione wypalonymi połaciami ziemi. Gdzieniegdzie widać było jeszcze dym unoszący się nad pogorzeliskami. Ofiary nadal zalegały na polu bitwy, widocznie nawet Nowy Porządek nie miał w planach sprzątać po swoich żołnierzach. Na szczęście Zamek Maz Kanaty stoi w tym samym miejscu uboższy o kilka wieżyczek i pomnik właścicielki. W jego miejscu znajduje się teraz myśliwiec TIE, który jest obsmarowany substancjami niewiadomego pochodzenia, o których Poe woli nie myśleć za wiele, bo choć żołądek ma mocny to nie jest pewny czy chce go testować.
Właścicielka czeka na niego w ukrytej pod zamkiem hali, wita go i jednocześnie ostrzega, że w okolicy ostatnio jest jeszcze więcej szpiegów niż zwykle.
Ryk silników powoli cichnie, a BB-8 rozbrzmiewa na dobre ze swoimi piskliwymi tonami.
- Tym razem zostajesz na statku - informuje ją Poe.
Astromech nie wydaje się być zadowolony z takiego obrotu spraw, wydaje z siebie odgłos niezadowolenia porównywalny do robotycznego westchnięcia i odwraca się tyłem do Poe. Pilot kręci głową z zażenowaniem, w duchu ma jednak nadzieję, że droid nie będzie zbyt humorzasty i pozwoli mu odlecieć, kiedy wróci do statku.
- Wiec jak interesy? - zagaduje, kiedy wspinają się po stromych stopniach na górze.
- Od kiedy Porządek zrobił tu rozróbę trochę gorzej, ale jakoś się kręci. Domyślasz się pewnie, że przemytnicy raczej stronią od miejsc, gdzie mogą natknąć się na żołnierzy.
Kiedy są już na górze kiwa w podzięce głową i każde z nich udaje się w swoją stronę. Poe zasiada przy barze, uśmiechając się przy tym do stojącej za nim Twi’lekańskiej kobiety o purpurowej skórze, która nie odwzajemnia jego uśmiechu tylko obdarza go wymownym spojrzeniem.
- Co podać? - pyta znudzona, jakby samo mówienie było dla niej męczące.
- Menkoro.
Ląduje przed nim szklanka z mętnym napojem. Bierze ją w dłonie i ogląda, ale pod wpływem spojrzenia barmanki, które mogłoby zabijać, wybija całość na raz. Charakterystyczny pikantny smak rozlewa się po jego gardle, ale to dopiero początek.

Jakiś czas później i o kilka szklanek za dużo Poe czuje naglącą potrzebę zaczerpnięcia świeżego powietrza. Alkohol mąci mu w głowie i nie jest pewien czy ma zwidy czy faktycznie ktoś wyszedł wraz z nim z kantyny. Myśl ulatuje szybko z jego głowy, kiedy tylko czuje nudności. Stara się uspokoić, ale zawartość jego żołądka najwyraźniej nie ma zamiaru pozostać na swoim miejscu. Cholera, myśli jedną ręką podpierając się muru, podczas gdy jego wnętrzności wywracają się do góry nogami. Nie ma nawet chwili wytchnienia, kiedy ktoś chwyta za poły jego kurtki i ciągnie go w górę wzdłuż muru. Ma siłę, skubany, myśli Poe. Postać przed nim jest ubrana w długie postrzępione szaty, które nie różnią się kolorem od panującej w oddali ciemności. Na głowie napastnika jest kaptur, co uniemożliwia pilotowi identyfikację. Widzi tylko zarys sylwetki dzięki odrobinie światła docierającego z zamku Maz Kanaty.
- Nie pojawiaj się tu nigdy więcej - mówi nieznajomy obleczony w czerń.
- Taa… Twoja dziewczyna też ci tak powiedziała, kiedy widziałeś się z nią ostatni raz? - nie może powstrzymać się od sarkazmu, który jest spowodowany alkoholem zawartym w jego krwi, albo wrodzonym talentem do pakowania się w kłopoty.
Uścisk za kurtce Poe zacieśnia się a on sam zostaje ostrzegawczo szarpnięty, by zaraz po tym zostać pchniętym na ścianę. Całe powietrze z płuc uchodzi z niego w jednej chwili.
- Słuchaj no, marny rebeliancie… - Poe nagle czuje jak cała pewność uchodzi z niego niczym powietrze z balonika. Został rozpoznany, zaczyna robić się poważnie. Bardzo poważnie - Tak, doskonale wiem kim jesteś, Dameron. - Dodaje po chwili, chcąc jeszcze bardziej nastraszyć biednego pilota. - Nie chcę cię więcej widzieć w tej dziurze, zrozumiałeś?
Poe zostaje odstawiony na ziemię, bez krztyny delikatności. Przykleja się do ściany całym ciałem żeby tylko się stracić równowagi. Oddycha szybko, lecz mimo strachu stara się wypatrzeć twarz postaci w mroku kaptura. Odpowiedź przychodzi szybciej niż się tego spodziewa. Widzi tylko ruch w połach szaty, a zaraz potem czerwone ostrze miecza świeci tuż przy jego twarzy iskrząc niebezpiecznie.
Kylo Ren, myśli wstrzymując oddech.
Ostrze oświetla również część twarzy mężczyzny przed nim, rysuje profil nosa, linię kości policzkowej i fragment żuchwy, odbija się w oczach, które są pełne gniewu i nienawiści, ale i strachu. Wydają się być zagubione pośród mroku, a jednocześnie skupione na celu, bardzo odległe, ale jednocześnie bliskie sercu pilota. Czuje ból w okolicy klatki piersiowej, nie jest on spowodowany fizycznymi obrażeniami. Jest to rana zadana o wiele głębiej, dawno temu, która wydawała się być zasklepiona, ale teraz znów zaczęła krwawić. Nie może w to uwierzyć. Być może umysł płata mu figle. Nie jest niczego pewnie, ale tez wzrok...
Ben to naprawdę ty?
Po głowie krąży mu tylko to jedno pytanie, ale boi wypowiedzieć je na głos. Bynajmniej nie w trosce o własne życie. Drży na myśl, że gdy tylko otworzy usta, czar pryśnie.
- Pytam czy zrozumiałeś?
Nie jest w stanie wypowiedzieć słowa. Dopiero impuls w postaci miecza skierowanego wprost w jego grdykę zmusza go do skinienia głową. Ostrze o milimetry mija jego skórę i wbija się w mur za plecami Damerona, tworzy w ścianie wgłębienie, w miejscu cięcia materia dymi jeszcze od nagrzania i lekko się żarzy. Poe nie zwykł od ucieczek z pola walki, ale w tym przypadku był bezbronny i zmuszony do taktycznego odwrotu, jeśli chciał uratować skórę.

 

W jego głowie wszystko wydawało się być o wiele prostsze niż teraz, kiedy dzień po spotkaniu Rena siedzi w kwaterze generał Organy i czeka aż ona skończy rozmowę z hologramem jakiegoś ambasadora. Poe nie wiem kto to. Nie interesuje się polityką na tyle aby orientować się we wszystkich ważnych osobistościach układu Ileenium. Póki wie do kogo należy strzelać podczas ataku, jest spokojny, nie to co teraz.
- Poe, czy coś cię martwi? - pyta kobieta, kiedy jej wzrok w końcu kieruje się na pilota.
Nie potrafi odpowiedzieć od razu. Nawet nie wie od czego zacząć, no bo jak powiedzieć generał, przywódczyni ruchu oporu, kobiecie, matce, że syn którego straciła przed laty nie tylko żyje, ale jest jednym z największych zbrodniarzy w galaktyce. Wśród rebeliantów budzi odrazę a niektórzy twierdzą, że samo wypowiadanie jego imienia przynosi pecha. Sam go spotkał i sądził, że jest to najbardziej znienawidzona przez niego osoba jaką w życiu spotkał.
- Spotkałem… - zawiesza głos, bo boi się wypowiedzieć tych słów. - Kylo Rena.
Leia przez moment wpatruje się w niego w osłupieniu, ale szybko wraca jej jasność umysłu kiedy potrząsa głową.
- Nie zostałeś ranny? - pyta szybko.
- Nie, ale zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Widziałem coś bardzo dziwnego - poprawia się pilot.
- Opowiedz mi, Poe. Nie potrafię przeczytać twoich myśli.
Głos panie generał drży, Dameron nie wie czym jest to spowodowane. Kiedy gula narastająca mu w garde staje się nie do zniesienia, stara się odchrząknąć. Nie ma odwrotu od pełnego wyczekiwania wzroku kobiety przed nim.
Po prostu to zrób, myśli sobie.
Opowiada bardzo szybko historię, która zdarzyła się zaledwie zeszłej nocy. Unika wzroku Lei jak ognia. Kiedy przechodzi do sedna, do tego, że Kylo Ren to tak naprawdę jej syn wszystko staje się jasne. Już wie, że ona wie. To jasne jak słońce. Musi wiedzieć, przecież jej brat szkolił jej syna, widział jak Ben coraz dalej brnie w stronę ciemnej strony mocy. Od początku wiedziała, ale nic mu nie mówiła.
Dopiero teraz spogląda na twarz starszej kobiety przed nim, na której jest wypisany cały ból jaki przeżyła. Nie ma łez, ani pocieszających uścisków. Są tylko smutne oczy matki, która straciła syna.
- Dlaczego nikt mi nie powiedział?
- Poe, chcieliśmy cię chronić… - przerywa jej kolejne połączenie. - Przepraszam cię, jesteśmy w trakcie istotnych negocjacji, przesunę je tylko i za sekundę do ciebie wrócę.
Podczas gdy ona zajęta jest rozmową, Poe pogrąża się we własnych myślach. Jego twarz wykrzywia grymas niedowierzania oraz niewyobrażalnego smutku. Jak mogli przez tyle lat mu nie powiedzieć? Jak mógł się sam nie domyślić? Podczas gdy oddawał się coraz to dalszym lotom, Ben zmagał się z wewnętrznym konfliktem mocy. Nigdy nie dał po sobie poznać, że dzieje się coś złego, a Poe niczego go o nic takiego nie pytał. Sądził, że jeśli coś było nie tak powiedziałby mu o tym. Czuł się nie tylko oszukany przez wszystkich, ale i odpowiedzialny za to co się stało. Gdyby tylko był bardziej uważny…
Łzy błyszczą w oczach pilota. Nie chce już rozmawiać z Leią, z nikim nie chce. Wychodzi nie czekając na wyjaśnienia generał Organy. Kobieta widziała tylko jego sylwetkę znikającą za drzwiami. Nawet gdyby próbowała go zatrzymać, Poe był na tyle uparty, że i tak postawiłby na swoim. Między innymi dlatego wraz z Hanem chcieli go chronić. Dameron tak jak i jego ojciec nie należał do osób, które siedziały bezczynnie czekając na odpowiedni moment, on po prostu działał. Nie chcieli, żeby szukał Bena, ani wtedy ani teraz, bo było to zbyt niebezpieczne nawet dla najlepszego pilota rebelii.