Chapter Text
Mija dokładnie sześć miesięcy, kiedy widział go po raz ostatni. Niespiesznie zbliża kubek z parującą herbatą do ust i z apatią wpatruje się w kalendarz. Czy to normalne, by jego każdy dzień zaczynał się tak samo? Nieustanne odliczanie od zakończenia okresu, który mógłby bez wątpienia nazwać najlepszym w całym swoim życiu. Najszczęśliwszym, najwspanialszym. Takie chwile mają to do siebie, że trwają zbyt krótko i nic ich nie przywróci z powrotem do życia. Nawet ciągłe i bezustanne wspominanie.
Colin Morgan może stwierdzić z pełnym przekonaniem, że obecnie nie jest szczęśliwy.
Doszedł do tego wniosku już dawno i każdego ranka budzi się z płonną nadzieją, że tym razem będzie inaczej. Rozpaczliwie pragnie zapełnienia pustki, która pojawiła się w jego życiu, naznaczając kolejne dni goryczą i dążeniem do czegoś nieosiągalnego. Tęskni, okropnie tęskni, lecz nie podejmuje żadnych prób, aby to zmienić.
Podczas nagrywania "Merlina" zdarzyło się tak wiele. Te pięć lat przemyka niezauważenie, jakby żył w jakiejś bajce. Poznaje tam tylu wspaniałych ludzi, przeżywa wiele niezapomnianych przygód. Wraz z powrotem do dawnego życia, przytłacza go szara rzeczywistość. Cały magiczny nastrój pryska jak bańka mydlana, a wraz z opadnięciem szumu wokół serialu, Colin wpada w paranoję, czy to aby działo się naprawdę. Każdy z aktorów idzie własną drogą i zajmuje się własną karierą. Colin nie może narzekać na brak propozycji, co powinno go cieszyć, jednak osiąga to dość niepożądany skutek - zaangażowany w prace nad kolejnymi projektami, nie ma czasu na cokolwiek innego.
Tak mija mu pół roku.
Każdego ranka siada przed kalendarzem i wzdycha za czymś, co już było a nie powróci. Później sprawdza pocztę, z nadzieją wypatrując jakichś wiadomości od przyjaciół z planu. Piszą do siebie rzadko, a jeśli, to dość ogólnie, co w żadnej mierze nie oddaje klimatu rozmowy. Po zjedzeniu śniadania wybiega z domu na coraz to kolejne spotkania. Wraca zazwyczaj późno. Zasypia, starając się wiele nie myśleć.
Po trzech miesiącach od zakończenia "Merlina" jego najlepszy przyjaciel, Bradley James, wyjeżdża do Californii. Colin tylko może domyślać się, co tam robi. Prawdopodobnie korzysta z życia, bawi się i podobnie jak on, przyjmuje otrzymywane propozycje filmowe lub występuje w teatrze. Na myśl o blondynie, czuje tępe pulsowanie głowy. Nie potrafi określić przyczyny tego zjawiska. Nie ma dnia, w którym by o nim nie myślał. Przez pierwsze miesiące rozłąki wpada w panikę. Wciąż szuka czegoś nieokreślonego, czego źródła nie jest w stanie stwierdzić, a może raczej nie chce znać. Nie pozwala jednak, by odebrało mu to logiczne myślenie. Wyłącza w sobie emocje.
Od Katie dowiaduje się, że Bradley umawia się z Georgią King. Uroczą blondynką, która wystąpiła epizodycznie w serialu. Colin sam nie wie, jak nazwać swoje uczucia w chwili, kiedy dziewczyna mu o tym mówi. Uśmiecha się do niej, mając nadzieję, że nie odbierze tego jako grymas. Udaje, że ta wiadomość nie jest dla niego zaskoczeniem. Gdzieś w środku coś w nim pęka, jednak ignoruje to. Życzy jak najlepiej Bradleyowi, pragnie, by jak najlepiej ułożył swoje życie, choćby u boku Georgii.
Nadal nie ma od niego wiadomości. Nawet żadnej wzmianki, znaku, że to wszystko nie było fikcją. O tym, co się u niego dzieje, dowiaduje się poprzez przelotne rozmowy z Angel, Katie, Eoinem, Tomem, Rupertem, Alexandrem. Nawet oni wiedzą więcej od niego, przez co czuje boleśne ukłucie w sercu.
Nie może jednak ignorować faktu, że sam nie podejmuje prób utrzymania kontaktu. Zbyt wiele słów, zbyt wiele gestów zawisło między nimi i wryło się w pamięć, nie pozwalając na kontynuowanie tego, co tworzyli przez te pięć lat. Co samo się między nimi wytworzyło. Oboje czują przerażenie na tą myśl i oboje tchórzą, nie pozwalając na naturalny bieg wydarzeń. Dlatego gwałtownie zrywają znajomość. Przyjaciołom tłumaczą, że nie mają na nic czasu, tym bardziej dla siebie. Te słowa w ich ustach brzmią wyjątkowo złowrogo i zatrważająco.
Nikt nie może w to uwierzyć. Ten, kto choć raz widział Colina i Bradleya razem, musiałby być głupcem, gdyby nie zauważył jednej, istotnej rzeczy - w duecie stawali się nierozłączni, swobodni, uśmiechnięci. Między nimi unosiło się wyraźne przyciąganie, uwidocznione w zauważalnej potrzebie bliskości. Znaczące spojrzenia, wypowiedzi, gesty. W swojej obecności promieniowali szczęściem, stanowili wręcz doskonałe uzupełnienie. Byli jak dwie strony tej samej monety.
Oboje jednak milczą jak zaklęci, uparcie omijając temat ich nagłego "zerwania". Katie stara się być pośrednikiem między nimi, biegając od jednego do drugiego i prosząc, o to, by się opamiętali. W takich momentach popadają w zamyślenie, a na ich twarzach pojawia się zacięty wyraz. Z oczu jednak można odczytać ból i lęk. McGrath bardzo chciałaby wiedzieć, co to oznacza.
Colin nie może myśleć o Bradleyu i Georgii. Gdy to postanawia, zaczyna myśleć o nich dwa razy częściej, do czasu aż poznaje Mary. Mary jest ruda, piegowata i radosna jak skowronek. Ma wspaniały, zaraźliwy uśmiech i śmieje się z każdego żartu Colina, czego akurat bardzo mu potrzeba. Nawet nie zdaje sobie sprawy, kiedy zaczyna nieodzownie wkraczać do jego życia. Zaraża Colina optymizmem, a mężczyzna dostrzega u niej znajomy zwyczaj odrzucania głowy do tyłu podczas wybuchania śmiechem. Mary lubi też śpiewać. Nim się spostrzega, dziewczyna śpiewa w jego łazience, biorąc poranny prysznic.
Od tego czasu pustka w jego życiu jakby ulega częściowemu zapełnieniu. Świat nabiera barw, znów pozwala mu żyć. Zdejmuje mu z barków obsesyjny zwyczaj rozmyślania o Bradleyu i tym, co robi. Jedyne co się nie zmienia, to jego nostaligijne spoglądanie na kalendarz. Ku zadowoleniu Colina, Mary lubi ten kalendarz. Twierdzi, że jest nieodłączną częścią ich życia. Mężczyźnie nie podoba się trochę określenie ich. Pewnego razu pod wpływem nagłej złości przypomina jej, że do tej części jego życia nie ma i nigdy nie będzie miała wstępu. Ostre słowa Colina bulwersują z natury porywczą, rudą kobietę. W wściekłości, wyrzuca ona przedmiot łączący Colina z tą częścią życia, do której nigdy nie będzie należeć, przez okno. Tego samego dnia odchodzi, a mężczyzna nie ma zamiaru jej zatrzymywać.
I świat jakby zatacza koło. Colin wie, że w jego życiu jest coś nie tak. Wraz ze zniknięciem Mary ponownie otacza go bezsens i nicość. Żyje tylko pracą, która nie pasjonuje go tak, jak wcześniej. Brak mu czegoś istotnego, czegoś, czego nie potrafi nazwać. Jest zrozpaczony i zdeterminowany, by odzyskać to, co utracił. W pewnym momencie uświadamia sobie, że powinien zrobić coś, co miał zrobić dawno temu - porozmawiać szczerze z Bradleyem. Musi pozbyć się dumy i pierwszy wyciągnąć rękę. Zdaje sobie sprawę, że nie wytrzyma dłużej bez jego widoku.
Już chce wyjeżdżać, gdy słyszy dzwonek do drzwi. Serce trzepocze pobudzone złudliwą nadzieją, że to Bradley przyszedł wyjaśnić z nim wszystko, co zostało niewypowiedziane. Zamiast niego w progu stoi jednak Mary i ma ochotę zamknąć przed nią drzwi, kiedy nagle zauważa, że dziewczyna zalana jest łzami. Dowiaduje się, że umarł jej ojciec i teraz nie ma już nikogo bliskiego, do kogo mogłaby się zwrócić. Colin czuje w sobie wewnętrzną potrzebę zapewnienia jej opieki i jego wyjazd do Californii przekłada się na termin postawiony pod znakiem zapytania.
Mijają kolejne miesiące, a jego nieopisana tęsknota zamienia się w żal i przeczucie, że nie jest im dane się spotkać. Mary dochodzi powoli do siebie, mylnie interpretując troskę Colina. Mężczyzna nie widzi sensu, by się przed tym bronić. Tonąc w wirze namiętności, łatwiej zapomnieć o pustce. Pojawia się stabilność. Zaraz potem do głosu dochodzi zaufanie i bezpieczeństwo. Mary rozumie więcej, niż Colin widzi. Biorąc ją w opiekę nie zdawał sobie sprawy, że ich role się odwrócą.
Dwudziestego czwartego grudnia stoi przed kalendarzem nieco dłużej niż zazwyczaj. Mimowolnie przypomina sobie zeszłe święta, które spędzili wspólnie, razem z ekipą "Merlina". Pamięta jak przegrał zakład z Eoinem i ku uciesze reszty, musiał założyć o kilka rozmiarów za duży strój mikołaja. Dźwięczny śmiech Bradleya mimowolnie rozbrzmiewa mu w głowie. To on nagłośniej śmiał się z Colina, który wyglądał wyjątkowo żałośnie jak i słodko w workowatych, czerwonych ciuchach. Zarejestrował w tamtym momencie dość dziwny moment, w którym Bradley patrzył na niego o wiele za długo i o wiele za intensywnie. Wtedy uznał to za przewidzenie.
Mary wyrywa go nagle z rozmyślań, kładąc mu rękę na ramieniu i całując w policzek. "Czas jechać do rodziny" - mówi, ale Colin nie rozumie. Spogląda na nią uważnie. Przecież jej rodzina nie żyje. "Do twojej rodziny" - poprawia się pospiesznie, smutniejąc i bledniejąc na twarzy. Mężczyzna obejmuje ją bez słowa, dając jej chwilowe ukojenie.
Jadą zbyt długo jak na najbliższe lotnisko. Colin podejrzewa, że Mary coś przed nim ukrywa, ale pozwala jej dać się zaskoczyć. Dziewczyna wydaje się uśmiechać za radośnie jak na jej poprzedni nastrój i mężczyzna wyczuwa podstęp. Mimo wszystko nie reaguje, jedynie delikatnie ciekawy, co przygotowała. W końcu Mary gasi samochód i wychodzą tuż przed wielkim, robiącym wrażenie pensjonatem, ozdobionym tysiącami światełek.
Colin przeżywa szok, gdy widzi biegnących i jednocześnie wrzeszczących jak opętani przyjaciół. Po chwili zostaje przytłoczony siłą uścisków Katie, Angel, Alexandra, Adetomiwy, Toma i Ruperta. Kiedy myśli, że to już koniec i może płakać, od tyłu zachodzi go Eoin i daje mu mocnego kuksańca w bok, po czym ściska tak, że brak mu tchu. Colin wpatruje się w nich ze wzruszeniem, nie wiedząc co powiedzieć. Odwraca się w kierunku Mary i po jej pełnym zadowolenia wyrazie twarzy wie, że od dawna o wszystkim wiedziała. Ogarnia go takie poczucie miłości, że ma ochotę wszystkich w tej chwili wycałować.
Przyjaciele radosnym krokiem idą do środka, żartując, rozmawiając i podśpiewując kolędy; Colin trzyma za rękę Mary, która znaczy w tej chwili dla niego więcej, niż ktokolwiek inny. Więcej niż...
Zamiera w pół kroku, gdy na tarasie niespodziewanie pojawia się dobrze znany mu mężczyzna, do tej pory przyglądający się im z oddali. Czuje jak jego serce zaczyna bić w oszalałym rytmie, a myśli pędzą jak oszalałe.
Colin, oddychaj.
To on. Bradley James we własnej osobie.
