Actions

Work Header

Śnią mu się nasze twarze, niby niczyje

Summary:

Wszystko się stało, co się stać miało - czyli te kilka rozmów, które do skutku dojść musiały.

Chapter 1: A nade wszystko słowa nasze zmień w psy

Chapter Text

Kręcił się pod drzwiami Oresta od dobrych piętnastu minut, raz za razem sięgając dłonią w stronę dzwonka, by w połowie drogi zrezygnować z jego użycia i wrócić do samochodu. Tworzył w myślach różne scenariusze przeprosin, jednak każde z nich wydawały mu się mdłe i nie na miejscu. Uderzył dłońmi w kierownicę i wydostał się po raz kolejny z samochodu, tym razem nie myśląc. Nacisnął na dzwonek i odsunął się o krok od drzwi, zaciskając dłoń na butelce dobrego whisky. Do tej pory myślał, że dobrze znał Oresta. Teraz… cała ta wiedza została spowita mgłą. Nie wiedział czego mógł się spodziewać, jak mężczyzna zareaguje. Wyprosi go? Pośle do diabła? Czy może jednak zaprosi do środka? Podcięła mu skrzydła myśl, że nie wiedział które rozwiązanie było najgorsze.

Za drzwiami panowała cisza. Orest siedział w fotelu, zaczytany w dokumentach, które i tak przeglądał już trzeci raz z rzędu, nie wyciągając nic nowego. Wypełniał rubryki, poprawiał daty, dopisywał drobiazgi, które wcale nie były konieczne – byle nie zostawić miejsca na oskarżenie o stronniczość. Byleby przykryć niepokój czymś mechanicznym, czymś, co by go nie dotykało. Dzwonek przeciął ciszę w sposób tak nieproszony, że aż się wzdrygnął. Spojrzał na zegarek, potem na drzwi, jakby chciał sprawdzić, czy przypadkiem się nie przesłyszał. Kto miałby przyjść o tej porze?

Nie otworzył od razu. Stal przez chwilę w korytarzu, w półmroku, nasłuchując. Wtedy rozległ się drugi dzwonek, nieco dłuższy, bardziej zdecydowany. Orest westchnął, przeciągnął dłonią po twarzy, jakby chciał zetrzeć charakterystyczne rysy. Może wtedy wizyta okazałaby się pomyłką? Nie znosił niespodzianek, szczególnie w ostatnim czasie. Podszedł powoli, bez pośpiechu, jakby każdy krok musiał najpierw rozważyć. Przez judasza zobaczył sylwetkę przyjaciela. Stał niepewnie, z butelką przyciśniętą do uda. Nie spodziewał się go, w każdym razie nie teraz. A może właśnie teraz? Było w tym spotkaniu coś nieuniknionego, coś, co odkładał zbyt długo.

Przez moment trzymał dłoń na klamce, zastanawiając się, czy nie udawać, że go nie ma. Niestety nie był tym człowiekiem. Nie uciekał, nawet kiedy bardzo tego chciał. 

Otworzył drzwi. Stał wyprostowany, z twarzą powleczoną zmęczeniem, a cień rysował na niej dziwne formy żalu lub wstydu. W pierwszej chwili nie powiedział nic, tylko patrzył na Mietka – na jego nerwowe palce błądzące po szyjce butelki, na zmęczone oczy i krótkie włosy, które za sprawą światła latarni za jego plecami zdawały się tworzyć iluzje nimbu. I jeszcze coś w tej scenie kłuło w oczy: dysproporcja. Mietek zawsze był większy, czy to duchem czy kubaturą; nawet teraz jego barki i wzrost sprawiały, że musiał się lekko przygarbić w progu. A jednak nie wyglądał jak ktoś górujący. Stał z opuszczoną głową, jak uczeń czekający na reprymendę. Orest poczuł, że nie potrafi tego wykorzystać. Nie miał w sobie siły, by stawiać się ponad nim. Cała ta przewaga wydawała mu się nie tylko zbędna, ale wręcz przykra, szczególnie teraz. Zamiast tego odchrząknął:

— Mietek. — wymówił jego imię powoli, bez wyraźnego tonu, jakby testował, czy wciąż dobrze leży mu w ustach. Oparł się barkiem o framugę, nie wpuszczając go jeszcze do środka. Nie z niechęci, raczej z potrzeby chwili – musiał sam w sobie znaleźć miejsce na to spotkanie, nim zrobi je w swoim mieszkaniu.

— Orest… — odchrząknął i oblizał spierzchnięte usta, zapominając wszystkich przygotowanych wcześniej słów. Widywali się codziennie, wymieniali ze sobą kilka słów na powitanie i pożegnanie, starając się unikać dłuższej ekspozycji na siebie nawzajem. Gdy ta była konieczna, rozmowy stawały się lakoniczne. Proste słowa i odpowiedzi. Nie padało nic, co mogłyby dla osób postronnych świadczyć o niegdysiejszej przyjaźni. 

Wytarł po raz kolejny spoconą dłoń o spodnie, przestąpił nerwowo z nogi na nogę, nie wiedząc jak powinien był zacząć, by otwarte przed nim drzwi, nie zostały w sekundę zatrzaśnięte mu tuż przed nosem.

— Chciałem… — przesunął wzrok po jego sylwetce, szukając ratunku, a może po prostu zwykłego słowa, które wskazałoby mu kierunek, w którym powinien był podążyć. Orest jednak trwał niewzruszony, zdając się czekać na słowa których Mietek w tej chwili nie znał. — chciałem pogadać. — przesunął dłonią po głowie, zerkając za siebie, zastanawiając się nad ucieczką. Ale nie był takim człowiekiem. Nie uciekał, bo musiał zrozumieć. Chciał?

Orest słuchał go w milczeniu, z tą swoją nieruchomą twarzą, która potrafiła być gorsza niż najgłośniejszy krzyk. Mietek plątał się w słowach, a on stał, jakby wbity w podłogę, tylko lekko marszcząc brwi. Nie drgnął, nie skinął głową, nawet oddech wydawał się równy.

Chciałem pogadać” – te dwa słowa odbiły się w nim pustym echem. Pogadać. Ileż to razy on sam chciał, a nie potrafił? Ile razy zamykał usta, kiedy powinien je otworzyć. Nie miał w sobie złośliwości, by teraz odciąć Mietka ciszą, choć przez moment myśl, żeby zamknąć drzwi i nie wpuścić go do swojego zmęczonego świata była nęcąca.

— Mogę wejść? — zapytał cicho, czując się jak intruz; niepasujący do układanki element. Jakaś jego część chciała, by przyjaciel go wyśmiał; przepędził. Może wtedy nie musiałby myśleć, próbować poukładać sobie w głowę nową rzeczywistość, w której większość filarów, dzięki którym był takim a nie innym człowiekiem, zdawała się upadać.

Możejko poczuł znajome ukłucie w piersi. To nie była litość, nie było też przebaczenie – raczej echo dawnej przyjaźni, która choć nadwyrężona, wciąż gdzieś się tliła. Prawie go bolało patrzenie na to, jak Mietek spogląda za siebie, jakby każda chwila mogła ich ocalić od tej konfrontacji.

— Tak, wejdź. — odetchnął ciężko, odsuwając się na bok. Gest ten był powolny, ale wyraźny. Nie patrzył już na aspiranta, tylko gdzieś w bok, jakby chciał mu ułatwić przejście, a zarazem ukryć własną decyzję.

— Dzięki. — mruknął pod nosem, przekraczając znajomy próg. Zanim zdjął buty, bez słowa włożył w ręce Oresta butelkę. 

— Ks… — zaczął, ale w porę ugryzł się w język. — Jesteś sam? — zapytał, obracając się w stronę przyjaciela. 

Nie chciał wchodzić jako pierwszy w głąb mieszkania, mimo iż do tej pory zawsze tak wyglądały ich spotkania. To miało być nowe otwarcie, chciał zrobić wszystko tak, jak należało.

Inspektor skinął głową, nie komentując urwanego słowa. Trzymał butelkę chwilę dłużej, jakby ważył ją razem z tym wszystkim, czego Mietek nie zdołał powiedzieć. Potem odłożył ją na komodę przy drzwiach i wsunął ręce do kieszeni dresowych spodni.

— Sam. — odpowiedział krótko, sucho, choć nie nieprzyjemnie. Było w tym więcej stwierdzenia faktu niż jakiejkolwiek emocji. Ostatecznie zgarnął szybkim ruchem trunek i widząc wahanie gościa, sam ruszył dalej. Minął go w milczeniu, wszedł do kuchni i tym razem odłożył prezent na blat. Szafkę z głośnym kliknięciem otworzył nieco gwałtowniej niż planował, ale zaraz uspokoił ruchy. Wyjął dwie szklanki i przetarł je szybkim gestem.

— Nie będę cię częstował w progu. — rzucił cicho, prawie neutralnie, nalewając złocisty płyn do szkła. Wraz z nimi, bez oglądania się, przeszedł do salonu. Po drodze rzucił przez ramię:

— No chodź. Stoimy jak obcy.

Podniósł spojrzenie, wyrwany z miejsca bez słów, bez myśli. Nogi na raz przypomniały sobie jak poruszać ciałem. Co zrobić, by przemieścić się z punktu A do B. Nie wypowiedział przy tym żadnego słowa. Litery nie potrafiły uformować się w wyrazy, a te w zdania. 

Obcy.

Zrozumiał. Właśnie tak traktował Oresta. Jak nieznajomego. Ale nie potrafił wrócić do tego co było, bo świadomość, że jego przyjaciel spotykał się; – mało tego – żył! z osobą z którą nie powinien, uwierała. 

Nie sprawdził czy Mietek idzie, ale w jego głosie brzmiało coś miękkiego, coś, co przełamywali ten chłód i pozostawiało znak, że droga jest otwarta, że drzwi nie zatrzasnęły się jednak na dobre.

Wszedł pierwszy, stawiając szklanki na niskim stoliku, jakby to był rytuał, którego zawsze przestrzegał. Odłożył je powoli nie dlatego, że liczył się z kryształem, ale żeby samemu złapać oddech. Ciężar szklanego dna stuknął o blat, w ciszy zabrzmiało to niemal za głośno.

Mietek usiadł na kanapie, rozglądając się dookoła. Nie wiedział dlaczego szukał drobnych zmian, które mogły świadczyć o stałej obecności drugiego mężczyzny w mieszkaniu. Może jego głowa dalej próbowała przeciwstawić się obrazowi, który stał się przekleństwem. A może chciał dalej oszukiwać się, że nic takiego nie miało miejsca.

Dwa kubki na blacie, bezpańska para kapci przy drzwiach wejściowych. Drewniany różaniec na komodzie. Zapach Mateusza – herbata wymieszana z nutą miodu. Drobne, nierzucające się w oczy szczegóły były solą na rany jaką nosiła jego dusza. Zacisnął dłonie w pięści, odsuwając od siebie chęć kolejnego wygarnięcia Orestowi czynu, jakiego się dopuścił.   

Gospodarz zamiast usiąść od razu, przeszedł kilka kroków wzdłuż pokoju, niby w stronę biblioteczki, niby sprawdzić czy wszystko jest na miejscu. Prawda była inna – potrzebował chwili, by ułożyć ramiona, które miały ochotę wciąż pozostać skrzyżowane na piersi, jakby w obronie i dopiero po chwili usiadł ciężko w fotelu, lekko zsuwając się na oparciu. 

Bywał w mieszkaniu Oresta nie raz. Przesiadywał na tej samej kanapie, śmiał się z żartów; ze wspomnień minionych spraw. Zdarzało się, że spędzał na niej noce, nie mając sił na powrót do swojego domu. Znał jej materiał; plamy jakie schowane obecnie były pod małymi poduszkami. Złapał za jedną z nich, odsłaniając tą największą, z wina, którą sam sprezentował przyjacielowi.

Za jej istnieniem stało dobre wspomnienie. Rozwiązali sprawę, z którą nawet Kielce miały problem. Dostali za nią nawet oficjalną pochwałę; wdrapali się o jeden stopień bliżej wymarzonego awansu.

Teraz wydawało mu się, że miało to miejsce w innym życiu, które do nich nie należało. 

Poduszka wylądowała na jego kolanach, stając się zajęciem dla dłoni, które w sposób zupełnie nieświadomy zaczęły bawić się jej rogami. Wędrował spojrzeniem między Orestem a szklanką z trunkiem, nie mogąc przekonać siebie samego do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa, lub chociażby sięgnięcia ku naczyniu.

Orest przez moment milczał, a jego spojrzenie zawisło na szkle, w którym odbijało się ciepłe światło lampy. Przekręcił je w dłoniach, pozwalając, by bursztynowy płyn poruszył się ciężko, spłynął po ściankach. Nie spieszył się z odpowiedzią – i nie dlatego, że kalkulował każde słowo, ale dlatego, że naprawdę nie wiedział, które powinno być pierwsze. Usiadł ciężko, jakby coś go przygniatało, choć między nim a Mietkiem ciągle tkwił stolik; ten mały, praktyczny mur, którego jeszcze nie miał odwagi przestawić. Alkohol pachniał mocno, natarczywie, a on miał wrażenie, że najmniejszy łyk tylko pogorszyłby sprawę.

Trwali w znajomej ciszy, osiadającej się na ich ramionach; w duszach. Mieli wiele do powiedzenia, oboje to wiedzieli. 

Pierwszy krok ku zgodzie zawsze był tym najtrudniejszym.

— Dziubak mówił, że wybierasz się na urlop. — zaczął, jeżąc się na dźwięk własnego głosu. Odłożył poduszkę, złapał za szklankę i upił pierwszy, niepewny łyk, krzywiąc się na piekący smak alkoholu. — Jedziesz gdzieś dalej, czy tradycyjny domek nieopodal łowisk? — bezpieczny, znany temat. Przymknął oczy, czując jak krople irytacji na samego siebie zaczynają formować się na skórze. Podczas sterczenia pod drzwiami miał nadzieję, że da radę od razu wskoczyć na główkę w rwący strumień przeprosin. Teraz wiedział, że nie ma na to najmniejszych szans. To jedno słowo, tak proste ale i zarazem skomplikowane nie chciało mu przejść przez gardło. Musiał najpierw zrozumieć za co tak naprawdę chce przeprosić. A tego, nawet teraz nie wiedział.

— Wziąłem — odezwał się wreszcie, nie patrząc bezpośrednio na przyjaciela. — Kilka dni, tydzień, może dwa. Zależy jeszcze. — warga utonęła między zębami, przegryziona. Mała, bezkrwawa ofiara za milczenie. — Trochę ode mnie odpoczniecie. — dopiero teraz ciemne oczy skrzyżowały się z tymi nieoczywiście zielonymi. Blizna uśmiechu na twarzy komendanta wygięła się niepewnie. Odpowiedź była wystarczająca, ale w jego tonie słychać było, że nie chciał brnąć w szczegóły. Ani o kimś, komu to obiecał, ani o tym, dlaczego w ogóle czuł, że musi uciec. Wiedział, że Nocul to wyczuje, bo zawsze wyczuwał. Przejechał kciukiem po krawędzi szklanki, wzdychając. A mogło być ów westchnięcie wszystkim: wyrzutem, zaproszeniem do szczerości, a może zwyczajnym zmęczeniem całym tym kluczeniem.

— Nie po to przyszedłeś, żeby pytać o moje plany wakacyjne. — wiedział, że prędzej czy później muszą przejść do sedna. Nie umiał już być twardym i ironizującym, ale też nie chciał znęcać się nad człowiekiem, który ewidentnie walczył sam ze sobą, siedząc tu z nim. Zamiast więc odciągać rozmowę dalej w neutralne rejony, wolał rozciąć ją jednym ruchem. — Mów, Mietek. Chyba, że naprawdę interesują cię te łowiska, w co mówiąc szczerze, nie uwierze. — spojrzenie zmiękło. Powietrza starczyło na dodatkowy, głębszy wdech, jednak nadal nie było klarowne. 

— Mów. — powtórzył jak duch, czując jak spojrzenie Oresta przechodzi go na wskroś. Pokręcił głową, unosząc spojrzenie, byle dalej od ciemnych oczu przyjaciela. — Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, biorąc pod uwagę. że nie mam bladego pojęcia co tak naprawdę chcę powiedzieć. — głośny oddech uciekł z jego piersi. — Orest… — zaczął po raz kolejny, ocierając twarz dłonią. — Ja naprawdę jestem prostym facetem. Chcę zrozumieć, ale nie potrafię. Nawet nie wiem o co mógłbym cię zapytać, by jakkolwiek ułożyć to sobie w głowie. — zaśmiał się cicho, kręcąc głową. — Myślałem, że samo się ułoży. Że te puzzle które rozypaliście w mojej głowie same wskoczą na odpowiednie miejsce, pokazując mi całość układanki. Zamiast tego jednak coraz bardziej się mieszają. — spojrzał na niego, nie mogąc ukryć bólu, strachu, złości, ale i tysiąca innych emocji, których nie potrafił nawet opisać. — Chciałem porozmawiać o tym z Basią. Ona… ona zawsze miała lepsze spojrzenie na tego typu sprawy. Zrozumiałem jednak, że jeżeli to zrobię, to zdradzę dwójkę swoich najlepszych przyjaciół. — doskonale wiedział jak ciężko jest utrzymać w tajemnicy tego typu informację. Jak ciężka jest ona do uniesienia dla osób postronnych, a tym bardziej dla samych zainteresowanych. Jak niewiele trzeba, by stała się plotką, o której mówić będzie całe miasto, zamieniając życie osób mu bliskich w coś gorszego niż koszmar. — Spróbuj postawić się w mojej sytuacji. Dla mnie ksiądz jest związany z Bogiem. Dowiaduję się przypadkiem, że ma romans. To tak, jakby Basia zdradziła mnie.

Możejko milczał chwilę, opierając łokcie o kolana i splatając dłonie przed sobą. Gapił się w podłogę, jakby te dobrze znane deski znały odpowiedzi prostsze niż te, które podchodziły mu do gardła jak niezdrowa żółć. Czuł, jak narasta w nim to znajome napięcie – mieszanka gniewu, zawodu i troski – i jak bardzo musi je ujarzmić, żeby ta rozmowa nie potoczyła się tym samym torem co poprzednia. Uniósł wzrok powoli, ale bez tych slalomów ucieczki. Patrzył na Mietka uważnie, aż tamten nie zaczął się wiercić.

— Nie tylko tobie jest z tym ciężko. — odezwał się spokojnie, choć w głosie pobrzmiewała twarda nuta. — To nie jest tak, że budzę się rano i wszystko nagle staje się jasne, nie. To nie jest proste ani dla mnie ani dla niego. — zamilkł, zaciskając na moment wargi. Ważył, czy mówić dalej. — Wiem, że się boisz. Że to się w twojej głowie kłóci ze wszystkim, co uważałeś za oczywiste. Ale… porównywanie tego do zdrady? — pokręcił głową, unosząc wzrok ku sufitowi, jakby szukając w nim cierpliwości.

Obserwował Oresta czujnie, starając się reagować nie tyle na wypowiedziane przez niego słowa, co przede wszystkim na mowę ciała; gesty, które znał dobrze z setek godzin spędzonych na komendzie. Drobne zmarszczki zamieniły się w głębsze bruzdy, usta zwężyły się i zacisnęły, jasno dając mu do zrozumienia, że mężczyzna siedzący przed nim uważnie dobiera słowa, jakie kieruje w jego stronę. Mietek nie był dumny z porównania jakim próbował się posiłkować. Ale to właśnie ono pomagało mu w nadanie sensu uczuciom trawiącym jego ducha. Mateusz zdradził Boga z Orestem, ale starszy wiedząc jaka realcja ich łączyła, pozwolił na to z powodu zwykłych, ludzkich słabości. Nie wiedział kto z nich powinien być mądrzejszy, i kto powinien był zakończyć rodzącą się zażyłość, zanim ta przerodziła się w coś silniejszego, czego plony zbierali teraz.   

— Ty mówisz o Bogu, o powołaniu, ale dla mnie… to jest człowiek, Mietek. Człowiek, z którym mogłem po prostu być. — przesunął palcami po brodzie, chcąc ukryć cień ich drżenia. — Nie chcę się tłumaczyć, bo to nic nie da, już to przerabialiśmy. Nie chcę też, żebyś chodził i pluł tym jadem, który sam w sobie hodujesz. Ale jeśli chcesz mnie słuchać, to słuchaj naprawdę i przestań przykładać swoją miarkę. To nie jest układanka, Mietek. Jesteśmy ludźmi. Ludźmi, którzy czasem robią coś, czego się nie spodziewali, którzy… — zawiesił głos, szukając słów, które nie rozszarpią ani jego ani przyjaciela. — Którzy nie są czarno-biali.

Mietek spoglądał na świat przez różowe okulary. Był szczęśliwym człowiekiem, posiadającym zgodną i piękną rodzinę. Brał życie takim jakim było, akceptując to, jak niewiele było od niego zależne. Nie potrafił w tej samej sekundzie wyzbyć się przekonania, że zarówno Orest, jak i Mateusz byli jego odpowiedzialnością. Chciał dla nich jak najlepiej; wiedział że zasługują na szczęście. Ale… co ich podkusiło, by szukać go w swoich ramionach? 

Przechylił się nieco w stronę Mietka, a jego spojrzenie łagodnieje. Było czyste, obdarte z wymówek.

— Nie chcę się z tobą kłócić. Nie teraz, nie o to. Ale musisz zdecydować, czy będziesz mnie dalej widział jako przyjaciela, czy jako kogoś, kto ci złamał obraz świata. Nie dam rady stać w obu rolach na raz. 

Skupienie i twardość jego spojrzenia zaczęły powoli wiotczeć. Uciekł nim w bok, błądząc po abstrakcyjnych obrazach na ścianach salonu. Nie szukał w nich ani odpowiedzi, ani oparcia. Raczej… sposobu na przetrawienie słów Oresta. Słów, które narzucały umysłowi obcą perspektywę, zmuszając do mozolnej próby wejścia w jego buty.

— Ja też nie chcę. — Jego głos ledwo przerwał ciszę. — Ale… — zagryzł zęby. Spojrzał na Oresta jak na przyjaciela, który stracił kurs i tylko on jeden wie, jak pomóc mu wrócić na właściwą ścieżkę. — Nie wiem, jak długo zajmie mi patrzenie na was nie przez pryzmat… — urwał, a jego dłoń zawisła bezradnie w powietrzu — ...a przez to, kim zawsze byliście. 

Sięgnął po szklankę. Odetchnął dopiero, gdy poczuł na ustach znajomy smak alkoholu. Dopiero teraz uderzyła go myśl o tym, jak fatalnie zabrzmiało jego "ale". Basia zawsze powtarzała, że ten spójnik kasuje wszystko, co stało wcześniej. Starał się, pilnował, a i tak poległ. Wszystkie te lekcje zderzyły się z rzeczywistością.

— Nie wiem czy mogę zapytać, ale jak… — odłożył szklankę, i spojrzał w stronę drzwi. — Jak on sobie radzi? Jak Ty sobie radzisz? — poprawił się, nie do końca wiedząc jakiej odpowiedzi oczekiwał.

Inspektora ogarnął odruch. Coś się w nim napięło jak sprężyna grożąca bolesnym odbiciem i przez moment miał ochotę wyrzucić z siebie słowa, które posłały by Mietka w cztery wiatry. W gardle stanął mu syk psa, który właśnie poczuł obcą rękę: gotów wyszczerzyć kły, zanim jeszcze zrozumie o co chodzi. Palce zacisnęły się mimowolnie na krawędzi szklanki; chciał zrobić hałas, coś, cokolwiek by przerwać ten gęsty moment. Ale to był Mietek. Wspomnienie lat, wspólnych zmian i śmiechu w barze po godzinach gwałtownie przytemperowało zwierzę. Przymknął powiekę, odciągnął wzrok. Zamiast ataku rozłożył dłonie na kolanach, powoli, jak ktoś, kto próbuje ułożyć fragmenty siebie z powrotem w sensowną całość.

— On się stara. — powiedział w końcu, powoli, ostrożnie. — Stara się bardziej, niż bym sobie tego życzył. — głos miał nierówny od zmęczenia. Oczy twarde, ale w źrenicach migotało coś miękkiego, coś bliskiego żalu. — Śpi krótko. Stara się modlić, ale nie widze w tym spokoju. To coś na kształt monotonnego rytuału. — wstrzymał oddech. — Czasem siada i milczy godzinami, jakby chciał wymazać z pamięci to, co się stało.

Przez chwilę bawił się krawędzią szklanki, jakby musiał do niej przelać tę swoją nerwową energię. W zamian za to musiał upić łyk, inaczej czara by się przelała.

— Z kostką już w porządku, drobiazg, prawie nic. — dodał, bo Mietek mógł się martwić o ciało. – Ale w środku… — to ujął w powietrze. — Pretensje. Do siebie, obrazy tamtej nocy, pytania, które nie chcą przyjąć odpowiedzi.

Zawiesił wzrok na twarzy przyjaciela, badając ją uważnie, jakby chciał odczytać z niej, czy Mietek to zrozumie. Znał wagę każdego kolejnego słowa i to, że Mietek szukał oparcia w tym, co może zrozumieć. Orest przez dłuższą chwilę milczał, choć w głowie zdania układały się same, złośliwie podsuwane przez sumienie. “Chciał odejść” — paliło od środka, domagając się wypowiedzenia, a zarazem ostrzegało: “Zamknij usta. Nie jego to ciężar.” Zacisnął zęby, a przez lico przetoczyło się to znajome napięcie, które Mateusz potrafił rozpoznać już z daleka – to ten nikły moment, w którym rozum ściera się z emocją. Skupił się na pulchnej twarzy. Z niej patrzył na niego z tą samą, głupią – a może świętą? – wiarą, jaką zawsze miał w ludzi. Wciąż wierzył, że Mateusz był skałą i Orest wiedział, że może jednym słowem tę wiarę zburzyć. Jednym zdaniem odsłonić, jak bardzo kruche to wszystko było.

Ale nie, nie tym razem. Nie jego to prawo. Niech lepiej Mietek wierzy. Niech wierzy, że Mateusz wciąż stoi prosto, że jego koloratka wciąż znaczy to samo.

— Jeśli chcesz wiedzieć, jak sobie radzi… radzi sobie na swoją miarę. On teraz potrzebuje ludzi, którzy przy nim zostaną i zaakceptują to, co się stało. Nie sensacyjki, nie wielkie gesty. Po prostu obecność. — potarł kącik oka w geście niewidocznym dla gościa, ale dla samego siebie znaczący: przyznanie, że i on ma ciężar.

— I nie mów Basi. Jeszcze nie. Oszczędź jej tego. Wiem, co taka wiedza robi z ludźmi. Chcesz pomóc? Bądź przy nim. To wszystko.

Na chwilę uśmiech, czysty, zdawkowy, rozświetlił jego twarz jak ta nędzna zapałka na silnym wietrze. Nie było w tym nic rozbrajającego; to było raczej zawołanie rozsądku.

— Dasz radę? — zapytał wreszcie, prosto. — Bo on by chciał, żebyś był. Ja również. Ale jeśli nie możesz, powiedz. Wtedy… — zawiesił głos. — wtedy będziemy musieli inaczej to rozegrać. — zawiesił wzrok na przyjacielu. Wiedział, że Mietek czekał na coś jeszcze, może na zapewnienie, że z Mateuszem będzie dobrze, że wszystko wróci do normy, że to, co się stało, nie zostawiło trwałych śladów. Ale Orest nie potrafił tego obiecać. Nie chciał kłamać.

— Nie wiem. — odparł krótko, a szczerość wymieszana z bólem uderzyła go mocniej, niż mógł się spodziewać. — Chciałbym pomóc, nawet nie wiesz jak bardzo. — westchnął i oparł dłonie o uda, próbując je zakotwiczyć, powstrzymać drżenie — Boję się, że znowu powiem o słowo za dużo.

Orest przez chwilę tylko patrzył. Bez słowa, bez gestu. Po prostu patrzył. Coś w nim musiało się zgrać, wyrównać, zanim pozwolił sobie na reakcję. Światło z lampy rzucało na jego twarz miękkie cienie, podkreślając rysy twardniejące przez lata pod ciężarem obowiązków, decyzji, milczenia. Uderzyła w niego fala nie złości, a głębokiego znużenia. Zabrzmiało to jak przyznanie się do winy, którego Orest wcale nie chciał słyszeć.

— „Za dużo”… — powtórzył cicho. — Nie pamiętam, żebyś wtedy żałował słów. — ton miał szorstki, jakby każde zdanie przeciskał przez zaciśnięte zęby. Zaczął powoli chodzić po pokoju, z tą swoją charakterystyczną manierą człowieka, który musi się ruszać, żeby nie wybuchnąć.

— Pamiętam, jak patrzyłeś wtedy w radiowozie. — głos mu drżał, ale nie z emocji, a z próby ich stłumienia. — Jakbyś próbował mnie wybić z błędu. Jakbyś chciał mi wmówić, że to, co czuję, to tylko… chwilowy brak rozsądku. Że trzeba to uciszyć. Że tak trzeba. — parsknął cicho, krótko. — Tylko że nic nie trzeba.

Odwrócił się tyłem, bo trudno mu to mówić patrząc w oczy. Przez chwilę tylko słychać, jak opuszki palców stukają o szkło.

— Ty, który zawsze widziałeś ludzi takimi, jakimi są. Ty, który potrafiłeś zrozumieć każdego, nawet największego drania. A wtedy… — urwał, przetarł twarz dłonią. — wtedy spojrzałeś na mnie jak na coś, czego trzeba się wstydzić.

W jego głosie zabrzmiała nuta rozpaczy, ale nie tej teatralnej, tylko tej najgorszej; cichej, prawdziwej, bezbronnej.

— Nigdy nie zrobiliśmy nic złego — powiedział twardo, prawie szorstko, jakby chciał to wbić w ścianę. — Nic. Żadnej krzywdy. Ale ty wtedy w to zwątpiłeś. — uśmiechnął się krzywo, bez cienia radości.

Mietek przyjmował te ciosy. Nie "dzielnie". Po prostu stał i pozwalał im lądować, bo wiedział, że zasłużył na każdy z nich. Bolały. Bolały tak samo, jak słowa, które sam wtedy wypowiedział – te, których teraz nie mógł cofnąć. Dlatego nie przerwał. Nie wtrącił ani słowa. Orest mówił, a on słuchał. Zasłużył na to, by usłyszeć to wszystko tego wieczora. Dopiero kiedy zapadło znaczące milczenie, zabrał głos:

— Powiedz mi, ile twoich związków kończyło się przez brak zaangażowania z twojej strony? — zapytał cicho, obracając się na kanapie tak, by mieć postać Oresta w zasięgu wzroku. Słowa były celne i bezlitosne. Inspektor poczuł je w żołądku, zanim dotarły do uszu. — Justyna, Renata. Wspominałeś też kiedyś coś o Darii… — zaczął wyliczać, powstrzymując się z całych sił przed podniesieniem głosu. — Ten sam scenariusz. One chciały czegoś więcej, na co ty za każdym razem nie byłeś gotowy.

— Nie wiesz, o czym mówisz. — powiedział w końcu Orest. — Nie byłeś w tych historiach, nie wiesz, co się działo. — westchnął, przesuwając dłonią po twarzy. — One nie chciały „więcej”, Mietek. One chciały, żebym był kimś, kim nie potrafię. — głos mu się załamał, a może to tylko echo w pustym salonie tak zabrzmiało.

— Nie, nie było mnie w nich. — zgodził się Mietek. — Ale pamiętam, jak ty mi to przedstawiałeś… — wzrok uciekł mu w stronę szklanki. Alkohol miał pomóc, ale nie działał. — Skąd mam wiedzieć, że teraz się to nie powtórzy? Że znowu nie uciekniesz? — podniósł się na nogi, mając ochotę podejść do Oresta, złapać go za ramiona i potrząsnąć nimi, mając nadzieję że słowa; ich sens wreszcie dotrze do jego świadomości.

Zawahanie sprzed chwili zniknęło. Ramiona Oresta się napięły, szczęka zesztywniała. Wrócił ten Orest, którego nikt nie chciał widzieć, ten, co nigdy nie dawał sobie wejść na głowę.

— „Znowu nie uciekniesz?” — powtórzył z gorzkim, krótkim śmiechem. — Ty mnie naprawdę nie znasz, Mietek. — słowa przeciął jak brzytwą. Zrobił krok w przód, pewny, zbyt pewny. Palec wskazujący uderzył w klatkę piersiową Nocula. Nie mocno, ale stanowczo. — Ty myślisz, że to proste? — dodał ciszej, z tą samą surowością. — Że wystarczy „nie uciekać”, żeby wszystko się ułożyło? Że to kwestia odwagi? To nie jest strach, Mietek.

Orest skończył, a jego złość zawisła w powietrzu. Ale Mietek nie podjął walki. Jego własna złość uciekła, roztopiła się w dusznym pokoju. Zastąpiło ją coś o wiele cięższego.

— Ty myślisz o sobie — powiedział w końcu, a jego głos był dziwnie spokojny. — A pomyślałeś, który z was ma więcej do stracenia, jeśli coś pójdzie nie tak?  Jeżeli to wyjdzie, Mateusz straci wszystko. Ty... — tu zawahał się, świadom bólu, jaki zadał — ...ty co najwyżej będziesz musiał znieść docinki. Może ktoś splunie ci pod nogi. A potem znajdziesz sobie kogoś innego i zapomnisz.

Wypowiedział te słowa i czekał na cios. Widział wściekłość w ciemnych oczach Oresta, w napiętych mięśniach. Chciał, by go uderzył. Liczył na to. To wyrównałoby rachunek za radiowóz. Ale Orest stał nieruchomo. Mietek dokończył, stając tuż w zasięgu jego ramion: 

— A Mateusz będzie się z tym mierzyć do końca życia. Bo Kościół nie zapomina. Rozlicza. Nie jest litościwy dla tych, którzy łamią jego zasady. Ludzie go zniszczą. Przełożeni się go wyprą. Wymażą całe dobro, jakie uczynił. — głos mu zadrżał, ale tym razem się nie zawahał. Musiał to powiedzieć.

Słuchał, a każde kolejne słowo Mietka trafiało czymś, co wbijało się powoli, z precyzją, w samo miękkie centrum jego strachu. Miał ochotę parsknąć, odbić to ironią, jak zwykle, ale nie potrafił, bo te słowa były zbyt znajome. Wizja, którą malował Nocul – Mateusz wyrzucony, upokorzony, zostawiony na pastwę Kościoła i ludzkich języków – nie była myślą nową. Orest znał ją aż za dobrze; próbował ją zakopać pod kolejnymi dniami, kolejnymi obowiązkami, pod tą codzienną dyscypliną, która miała trzymać go w ryzach. Ale teraz wróciła, słowo w słowo, jak echo tamtej rozmowy sprzed miesięcy. Z Mateuszem.

Wtedy to on wypowiadał te zdania. On ostrzegał, kalkulował, mówił o konsekwencjach z chłodnym spokojem, jakby chciał odwieść księdza od samego siebie. I pamiętał, jak Mateusz tylko słuchał, z tym swoim łagodnym spojrzeniem, które mówiło, że nie chodzi o rozsądek, tylko o prawdę. Teraz Mietek mówił jego własnymi słowami, ale ostrze skierowane było w niego.

 Orest spuścił wzrok. Czuł, jak serce bije mu szybciej, jakby chciało wyrwać się z tej ciasnej, dusznej chwili.

— Myślisz, że ja tego nie wiem? — warknął w końcu, choć głos miał już stłumiony. — Myślisz, że nie widzę, co on ryzykuje? — Podniósł głowę. W oczach błysnęła mieszanka gniewu i bólu; wyraz zupełnego rozdarcia. — Próbowałem… — urwał, szukając powietrza. — Próbowałem go od tego odciągnąć. Powiedziałem wszystko to, co ty teraz. Może nawet gorzej.

Przeszedł kilka kroków, jakby potrzebował przestrzeni, by się nie dusić.

— I wiesz co? — zapytał ciszej, bardziej do siebie niż do Mietka. — On wtedy tylko się uśmiechnął. Jakby już dawno to wszystko wiedział.

Orest przetarł twarz dłonią. Był zmęczony, cholernie zmęczony tą rozmową, sobą, tym wszystkim, co zawisło między nimi.

Mietek słuchał, ale nie potrafił zrozumieć tej sceny. W jego umyśle nie było miejsca na takiego Mateusza. Na księdza, który świadomie walczy o... o mężczyznę. Obraz, w którym to Mateusz jest tym silniejszym, tym pewnym swego, był dla niego po prostu obcy. Ta relacja, w jego oczach, w ogóle nie powinna się wydarzyć.

— Kochasz go? — pytanie odbiło się od ścian, usiadło na ramionach obu mężczyzn. —  To jest... na poważnie?

Orest nie odezwał się od razu. Przechylił lekko głowę, jakby próbował zrzucić z karku ciężar tych słów. Wziął oddech, powoli, jak człowiek, który od dawna boi się oddychać pełną piersią. Przez myśli przetoczyła się odpowiedź, ładna i jasna, ale usta nie wydały dźwięku. To słowo, wypowiedziane głośno, miało w sobie coś świętokradczego. Jakby na ten dźwięk coś musiało pęknąć: albo w nim, albo w świecie. Przytaknął. Powoli, ledwie dostrzegalnie. Jednym, krótkim ruchem głowy. Bez słów, a w tym skinieniu jest wszystko – zgoda, bezbronność, wstyd. I coś jak spowiedź, którą się składa bez ołtarza i bez Boga, przed kimś, kto zna cię zbyt dobrze. Słyszy, jak powietrze wraca do pomieszczenia, jak Mietek wciąga je z trudem. Napięcie, które czuł, powoli zaczęło opuszczać jego ciało, zastąpione przez sam ciężar tej odpowiedzi. Wystarczył mu ten delikatny gest. Nie było w tym nadziei, nie tej delikatnej jak płomień. Była tylko pewność. Pewność, że Orest nie kłamał. I ta wiedza była wszystkim, czego potrzebował do zrozumienia. Na zupełną akceptację nie było jeszcze miejsca. Ale był to start.

— Nie wiem, jak to się skończy. — dodał po chwili, odwracając wzrok, jakby sam przed sobą bał się tych słów. — Może się rozpadnie, może nas zniszczy. Ale jeśli coś ma mnie zniszczyć, to niech to będzie to. — zrobił krok, by stanąć naprzeciw Mietka. — Myślisz, że ja nie wiem, jak kruche to jest? — zapytał, prawie szeptem. — Że nie widzę, jak cienka jest granica? Jedno słowo, jeden gest i koniec. Widziałem to w jego oczach, Mietek. Tę świadomość. I mimo to został. — uśmiechnął się gorzko, jak ktoś, kto od dawna żyje na krawędzi, ale już przestał się bać upadku. 

Nie tłumaczy się już. Nie prosi o zrozumienie. Po prostu stoi, zmęczony, ale spokojny, jak człowiek, który po długim marszu dotarł tam, gdzie miał dojść, choć nie jest pewien, czy chciał. Mietek potarł twarz dłonią, głośno szurając skórą o zarost. 

— Obyś miał rację — mruknął, uciekając wzrokiem w ciemne okno. — I oby ten scenariusz z gazetami się nigdy nie sprawdził. — Spojrzał na Oresta ciężko, ale już bez wrogości. Orest skinął głową. Przyjął to. 

— Jak ty się trzymasz? — zapytał po chwili aspirant, żeby zmienić tor, żeby uciec z tego emocjonalnego narożnika. — Ale bez kręcenia, udawania. — skrzyżował ręce na piersi.

Orest wychylił resztkę alkoholu jednym ruchem. Nie skrzywił się, choć paliło jak diabli. Czasem potrzebował, żeby coś go przypiekło od środka, wtedy łatwiej było mówić.

      — Jak się trzymam? — powtórzył z lekkim uśmiechem, tym krótkim, który nie sięgał oczu. — Normalnie. Jak każdy. — postawił szklankę na stole, odsunął ją, jakby bał się, że zaraz sięgnie znowu. Przeszedł kilka kroków, stanął przy oknie. Dłonie schował w kieszenie, wzrok uciekł w ogród.
        — Nie mam się źle — dodał po chwili. — Nie mam się dobrze. Po prostu… jestem.

— Jesteś. — powtórzył, kiwając głową ze zrozumieniem. A przynajmniej chciał siebie przekonać, że zaczynał to robić. — Posłuchaj… — cofnął się o krok, schował dłonie do kieszeni spodni. Nie spuścił dociekliwego spojrzenia z przyjaciela. To dalej był obecne, jednak zmiękło pod wpływem wypowiedzianych wcześniej słów. — Przepraszam za… — machnął, wskazując swój policzek. — i za to co wtedy powiedziałem.

Orest milczał chwilę, dłużej niż wypadało. Jakby sam w sobie musiał sprawdzić, czy ta cisza się nie rozpadnie, czy zniesie to słowo: przepraszam. W końcu odwrócił się od okna.

— Nie musisz — powiedział cicho, lecz bez złości. — Wiem, że nie chciałeś źle. — głos miał zmęczony, zmatowiały, jakby zużyty od tłumienia zbyt wielu emocji naraz. — Ale zapamiętam, bo bolało. — spuścił wzrok ku podłodze. Przez moment wyglądał, jakby miał coś dodać, ale tylko westchnął i skinął głową. — Może musiało.

         — W porządku — podjął znowu cicho, bez złości. — Nie chciałem, żeby to wszystko wyszło tak… nagle. A już na pewno nie w taki sposób. — Wzruszył ramionami, szukając słów, które nie brzmiałyby jak oskarżenie. — Myślałem, że jeśli kiedykolwiek to zobaczysz, zrozumiesz od razu, że to nie… takie. Ale chyba przeceniłem sytuację. — uśmiechnął się krótko, blado, z nutą rezygnacji.

Podszedł bliżej, wolno, jak ktoś, kto nie chce niczego forsować. Klepnął Mietka lekko w ramię, ten jego półgest między przyjaźnią a wybaczeniem.

— Nie wracajmy do tego, co było. Czas zrobi swoje. Zawsze robi. — przez chwilę jego spojrzenie zmiękło. — Cieszę się, że przyszedłeś.

Orest zerknął na pustą szklankę, potem na butelkę stojącą obok, półpełną, w świetle lampy wydawała się złotawa jak późne popołudnie. Westchnął i, zanim Mietek zdążył zaprotestować, chwycił ją w dłoń.

— To co, naleję jeszcze? — zapytał, z tą jego półironiczną nutą, która zawsze brzmiała jak zaproszenie do zawieszenia broni. Nie czekał na odpowiedź, tylko dolał obu po równo. Przesunął szklankę po stole, aż stuknęła o dłoń przyjaciela.

— Na spokój — rzucił krótko.

— Na zgodę — westchnął Mietek, podnosząc szkło. — I za Mateusza.

Szklanki spotkały się z cichym, brzękliwym pocałunkiem. Dźwięk ten zawisł w powietrzu, wibrując chwilę dłużej niż powinien, jakby szukał dla siebie miejsca. Wypili. Ciepło alkoholu rozlało się w żołądku, ale nie dosięgło serca. Tam wciąż siedział chłód, choć może już nie tak lodowaty jak przed godziną. Orest przymknął oczy, opierając głowę o zagłówek fotela. Wyglądał w tej chwili nie na komendanta, ale na człowieka, który właśnie postawił wszystko na jedną kartę i teraz czeka, aż koło fortuny przestanie się kręcić. Mietek odstawił pustą szklankę na stół. Dźwięk szkła o drewno był jak kropka na końcu długiego, trudnego zdania. Aspirant odchrząknął, poprawił się na kanapie, szukając w sobie tego człowieka, którego Orest znał od lat. Tego od raportów, kawy i narzekania na Gibalskiego. Bo ileż można siedzieć w cieniu wielkich dramatów? Życie, to cholerne, zwykłe życie, musiało toczyć się dalej.

— A w ogóle... — zaczął Nocul, celowo zmieniając ton na lżejszy, choć w gardle wciąż go drapało. — To Dziubak dzisiaj pytał o grafik na święta. Marudzi, że znowu mu wypadnie dyżur.

Orest otworzył jedno oko. Spojrzał na przyjaciela spod półprzymkniętej powieki. W tym spojrzeniu była wdzięczność. Cicha, niewypowiedziana wdzięczność za to, że Mietek rzucił mu linę. Że nie drąży, nie pyta, tylko mówi o grafiku. O tym bezpiecznym, nudnym świecie, w którym największym problemem jest praca.

— Niech nie marudzi — mruknął Możejko, a kącik jego ust drgnął, tym razem naprawdę. — W zeszłym roku miał wolne, bo go brzuch bolał po bigosie mamy. Pamiętam.

— Też mu to mówiłem! — Mietek machnął ręką, ożywiając się. — Ale wiesz jaki on jest. Twierdzi, że to był wyrostek.

Orest parsknął śmiechem. Krótkim, chrapliwym, ale prawdziwym. Ten dźwięk rozbił resztki napięcia jak kamień szybę. Powietrze w pokoju zmiękło. Rozmowa potoczyła się dalej, już spokojna, urywana, o sprawach błahych i służbowych, które nagle stały się najważniejsze na świecie, bo pozwalały nie myśleć.

Za oknem ogród tonął w mroku, a blask lampy w salonie otulał ich obu. Siedzieli tam – dwaj gliniarze po przejściach – i gadali o pracy, podczas gdy prawda o Mateuszu leżała między nimi na stole, już nie jak granat z wyciągniętą zawleczką, ale jak milczący, trzeci domownik, do którego trzeba się będzie po prostu przyzwyczaić.