Work Text:
01
Drzwi biblioteki, w której pracował, zamknęły się za nim z trzaskiem. Alhaitham westchnął, a oddech zamienił się w obłoczek na mroźnym, listopadowym powietrzu. Ledwo przyszedł do pracy, a kazano mu wracać, bo ponoć nadszedł czas na jego urlop. Nie pamiętał wprawdzie, aby składał wniosek o dwa tygodnie wolnego, ale też nie miał zamiaru się sprzeczać. Może zrobi mu to dobrze i faktycznie odpocznie. Zwłaszcza że zbliżał się grudzień, a wraz z nim inwentaryzacja.
Poprawił pasek torby, który lekko zsunął się z ramienia, po czym wcisnął ręce w kieszenie grafitowego płaszcza i zszedł po kilku oblodzonych stopniach. Poręcz schodów wyglądała podobnie; w nocy zdecydowanie padał śnieg z deszczem, który nad ranem zamienił się w śnieg. Mróz skuł chodniki lodem, który następnie pokryła cienka pierzynka białego puchu.
Powoli ruszył w stronę przystanku autobusowego. Znajdował się niedaleko, naprzeciwko szkoły podstawowej, połączonej z gimnazjum. Stąd pojawiało się u nich dużo młodszych dzieci, a biblioteka często oferowała dodatkowe zajęcia bądź warsztaty. Od czasu do czasu udawało im się nawet zaprosić jakiegoś autora czy autorkę.
Przystanął przy metalowym słupku, na którym umieszczono rozkład jazdy, i spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Kiedy podniósł głowę, jego wzrok padł na bramę szkoły. Wtedy coś błysnęło mu w kąciku lewego oka. Poprawił okulary i uważniej spojrzał na pobliski murek. Siedział na nim… dorosły mężczyzna? Miał na sobie dopasowane, ciemne spodnie, ciepły, pleciony sweter oraz bordową, zamszową kurtkę, od wewnątrz podszytą futerkiem, które widać było na klapach kołnierza i mankietach. W dłoniach trzymał długopis i podkładkę z klipsem, na której coś odznaczał. Jasne włosy były częściowo zebrane do tyłu, dzięki czemu wyraźnie można było dostrzec spiczaste uszy. Jak u elfa?
Alhaitham zdjął okulary z nosa i ścisnął dwoma palcami jego nasadę. Chyba się nie wyspał; w przeciwnym razie raczej nie widziałby elfa na murku obok podstawówki. Ponownie nałożył okulary, spoglądając w tamtą stronę, a jego zielone tęczówki raz jeszcze spoczęły na blondynie. Spiczaste uszy zastrzygły lekko; były zaczerwienione od mrozu, podobnie jak policzki. Noga nieznajomego lekko podrygiwała. Ewidentnie był w dobrym humorze. W chwilę potem domniemany elf spojrzał na kolejne dziecko, które właśnie przeszło przez bramę szkoły, a na jego ustach zagościł szeroki, szczery uśmiech. Znów coś odhaczył na swojej podkładce, którą w następnym momencie zamknął, a roziskrzone, karmazynowe oczy popatrzyły wprost na Alhaithama. Ich spojrzenia spotkały się. Uszy elfa nagle opadły lekko, uśmiech przygasł, a wzrok się rozbiegł.
Tuż po tym na przystanek podjechał autobus. Zatrzymał się, a Alhaitham dalej stał w miejscu. Choć była to jego linia, nie wsiadł. Był w zbyt dużym szoku. Czy on naprawdę widział elfa na szkolnym murze? Owszem, mózg go czasem zwodził ze zmęczenia, ale chyba nie do tego stopnia, by widział elfy. Westchnął, a autobus odjechał. Blondyna też już nie było na murku, za to szedł pewnym krokiem wzdłuż muru szkoły. Alhaitham widział go wyraźnie. Zupełnie jak mijającą go kobietę.
Przeszedł przez ulicę, po czym ruszył za nieznajomym pewnym krokiem, zachowując jednak bezpieczną odległość. Przez chwilę zastanowił się, co najlepszego wyprawia. Normalnie nawet nie zwróciłby uwagi na coś podobnego. Jednak miał wrażenie, że tylko on widzi… elfa. A i tej istocie najwidoczniej nie było na rękę, że go widział. Czyli raczej nie powinno to mieć miejsca.
Tymczasem blondyn skręcił w wąską uliczkę tuż przy murze szkoły. Alhaitham przystanął na zakręcie, zastanawiając się, co nieznajomy właściwie robi. Potrząsnął głową. Jeżeli tamten był jakimś zboczeńcem, to z pewnością warto byłoby go powstrzymać. Wyszedł więc zza zakrętu i stanął kilka kroków od elfa, który potrząsał właśnie srebrzysto-złotą kulą, by zaraz potem rzucić ją przed siebie. W następnej chwili śnieg przed nim zawirował i otworzyło się przejście otoczone złotawą barierą. Po drugiej stronie widział ścieżkę i las, w którym rosły wysokie świerki oraz sosny. Zdecydowanie było tam ciemno, a widok oświetlały latarnie.
- Ej, ty! – zawołał za blondynem. Ten odwrócił się, a karmazynowe oczy spojrzały na niego spłoszone.
- Na brodę Mikołaja – mruknął nieznajomy i wskoczył w portal. Alhaitham, nie myśląc wiele, ruszył za nim. Przeskoczył przez portal w ostatniej chwili, a za plecami poczuł ciepło oraz swąd. Kiedy się odwrócił, znów zobaczył przed sobą ścieżkę, w równych odstępach oświetloną latarniami. Z obu stron otaczały ją drzewa, zaś w widocznej stąd dolinie rozciągało się miasteczko, od którego biło przyjemne ciepło pomarańczowych świateł. Z kolei po przeciwnej stronie nad miasteczkiem wznosił się potężny kompleks budynków. Były niczym pałac.
- Gdzie ja… – zaczął i w następnej chwili poczuł przeszywający ból w potylicy. Zakręciło mu się w głowie, przed oczami zatańczyły mroczki. Próbował się jakoś uratować, opierając dłoń o pobliską latarnię, ale nogi mu się zaplątały i runął w biały puch. Moment potem nastała cisza i odpłynął.
02
Kaveh stał, oddychając ciężko. W uniesionych dłoniach mocno ściskał grubą gałąź. Patrzył na mężczyznę, który leżał przed nim w śniegu. W następnej chwili krzyknął krótko, odrzucił gałąź i zrobił krok w tył. Rozejrzał się dookoła, ale był sam na pustej drodze prowadzącej do miasteczka. Otaczało ich tylko światło latarni. Chwilę potem podszedł do mężczyzny i przykucnął obok.
Zastrzygł spiczastymi uszami i dźgnął palcem jego bark. Gdy nie doczekał się reakcji, szturchnął go jeszcze raz, ale wciąż bez efektu. Przewrócił go więc na plecy i odgarnął mu z czoła mokre od śniegu włosy. Jego spojrzenie padło na bardzo przystojną twarz. Wyraźne rysy, delikatne piegi na nosie i policzkach. Pełne usta, lekko rozchylone.
Kaveh jęknął cicho i przygryzł paznokieć kciuka. Co on najlepszego zrobił? Znokautował gałęzią człowieka. Niemniej... to było w samoobronie. Pierwszy raz miał do czynienia z taką sytuacją. Przywykł do tego, że widziały go dzieci. W przeróżnych formach. Jako małego elfa w czerwonej czapeczce i z długimi uszami. Jako krasnoludka. Jednak nikt nigdy nie widział go w prawdziwej formie. A tym bardziej dorosły człowiek. Oni zwykle ich nie widzieli. Może czasem, kątem oka, dostrzegali coś w przelocie, ale nigdy w pełnej krasie. Tymczasem ten tutaj widział go wyraźnie. I do tego jak głupek przeszedł za nim.
- Co ja teraz zrobię? – zastanowił się elf żałośnie i złapał się za włosy. Następnie wyprostował się i przez chwilę krążył w miejscu. Znów zerknął przez ramię na mężczyznę leżącego w śniegu, po czym wcisnął ręce w kieszenie kurtki. W jednej z nich wyczuł ostatnią śnieżną kulę. Nie były takie jak te, które kupowali ludzie. Te tutaj, na Biegunie Północnym, miały formę małych szklanych kulek z drobinkami Magicznego Pyłu oraz śniegu. Ich zadaniem było poprowadzić tam, gdzie właściciel sobie życzył.
- Nie mogę z nim wrócić – mruknął Kaveh. – Nie mam kuli powrotnej. Poza tym jest dorosłym człowiekiem, który widzi elfy. Może trzeba by to jakoś skonsultować z Mikołajem?
To zdecydowanie była dobra myśl. Tak. Zabierze go najpierw do siebie, a potem porozmawia o tej sytuacji z Mikołajem. On na pewno zna odpowiedź. Będzie wiedział, dlaczego dorosły mężczyzna widział go w pełnej formie.
Potrząsnął kulą. Śnieg w środku zatańczył razem z drobinkami Magicznego Pyłu. Rzucił ją na ziemię i pośrodku drogi otworzył się portal wprost do jego salonu. Wziął dwa głębokie wdechy, po czym spojrzał na mężczyznę w grafitowym płaszczu. Złapał jego torbę, którą zarzucił sobie na ramię, a następnie chwycił go za kostki. Powoli przeciągnął go po śniegu do swojego mieszkania. Portal zamknął się, a on opadł na kanapę. Odetchnął, odrzucając torbę mężczyzny na miejsce obok, jednak w następnej chwili sięgnął po nią ponownie. Otworzył klapę i zajrzał do środka. Książka, notes, długopis, klucze oraz portfel. Była też plakietka na smyczy. Spojrzał na nią.
- Alhaitham Haravatat – odczytał, nim schował ją z powrotem. Cóż, przynajmniej wiedział, jak mężczyzna się nazywa. Znów na niego popatrzył i podniósł się z miejsca. Przykucnął przy nim, zdjął jego płaszcz oraz buty ze stóp, a następnie ułożył go na kanapie. Podrapał się po policzku. Zrobiło mu się głupio, że go uderzył. Głowa pewnie będzie go bolała. Przygotuje dla niego jakieś środki przeciwbólowe.
Sam też zdjął kurtkę i razem z płaszczem oraz butami mężczyzny odniósł do przedsionka. Jego mieszkanie było nieduże. Salon połączony z aneksem kuchennym. Nieduża łazienka i sypialnia. Przy wyjściu na balkon już stała w pełni ubrana choinka. Pod nogami zakręciła mu się jego kotka. Piękna ragdollka imieniem Mehrak. Kaveh uśmiechnął się, kucnął i pogłaskał ją po główce.
- Głodna? – odezwał się cicho, a kotka miauknęła w odpowiedzi. Elf zachichotał cicho, po czym wyprostował się i spiął włosy w nieskładny kok. Przygotował kolację dla swojej pupilki, a następnie zajął się jedzeniem dla siebie oraz swojego gościa. Miał nadzieję, że dobrą kolacją choć trochę przykryje złe pierwsze wrażenie.
03
Świadomość wracała do Alhaithama. Czuł pulsujący ból z tyłu głowy, który mieszał się z przyjemnymi zapachami. Podniósł powieki. Obraz był lekko rozmazany. Podciągnął się na łokciu, mrużąc oczy i rozglądając się w poszukiwaniu okularów. Dostrzegł je na stoliku; sięgnął więc po nie i założył. Następnie rozmasował lekko potylicę, w której niezmiennie pulsował ból.
Obrzucił wzrokiem pomieszczenie, w którym był. Beżowe ściany współgrały idealnie z drewnianymi meblami. Na podłodze leżał puszysty dywanik. Na stoliku do kawy stał świąteczny stroik, a on sam był nakryty bordowym kocem. Lampa w rogu pokoju roztaczała wokół ciepłe światło, a kolejnym jego źródłem była choinka, którą widział przez oparcie kanapy. Ostatnią lampę ustawiono gdzieś za nim. Alhaitham raz jeszcze rozmasował tył głowy i westchnął ciężko.
- Och, obudziłeś się – usłyszał gdzieś za sobą miękki głos, a w następnej chwili dostrzegł mężczyznę, który podszedł i postawił na stoliku talerz z jedzeniem oraz parujący kubek. – Jak się czujesz?
- A jak mam się czuć, kiedy zostałem znokautowany? – odpowiedział, krzywiąc się przy tym. – Głowę mi zaraz rozsadzi.
- Jeśli chodzi o to… – zmieszał się blondyn i potarł kark dłonią, przysiadając na brzegu kanapy. – Przepraszam za to. Spanikowałem. Dorośli nie powinni nas widzieć.
- Dorośli? – podchwycił Alhaitham. – Czym zatem jesteś?
- Jak to czym? – zdziwił się jego rozmówca. – Oczywiście Świątecznym Elfem. Och, prawda, powinienem się przedstawić. Jestem Kaveh Kshahrewar.
- Świąteczny elf – powtórzył Alhaitham i w odpowiedzi dostał skinienie głową. – I pewnie jeszcze mi powiesz, że pracujesz dla Świętego Mikołaja.
- W rzeczy samej. Jestem Dyrektorem Globalnego Biura – dodał blondyn z wyraźną dumą.
Alhaitham westchnął przeciągle. Na moment zdjął okulary i zacisnął palce u nasady nosa. Zastanawiał się, czy nie ma aby halucynacji albo czy nie zapadł w jakiś głęboki i dziwny sen. Może pośliznął się na chodniku, uderzając trochę za mocno w głowę przy upadku? Może wciąż leży nieprzytomny przed biblioteką bądź na przystanku? Założył jednak okulary i ponownie spojrzał na mężczyznę... elfa? W zasadzie nie wiedział, jak go nazwać. Uszy jego rozmówcy uniosły się lekko.
- Czy… mogę? – zapytał Alhaitham, wskazując właśnie na nie. Odpowiedziało mu skinienie głowy, zatem wyciągnął dłoń i sięgnął do spiczastego ucha. Okazało się jak najbardziej prawdziwe: wyraźnie czuł pod palcami ciepłą skórę i chłodne kolczyki. Sapnął i szybko cofnął dłoń.
- Naprawdę jesteś elfem – stwierdził. – Chcesz powiedzieć, że trafiłem na Biegun Północny?!
- Tak – odpowiedział Kaveh. – Oczywiście odeślemy cię do domu, jak tylko omówimy wszystko z Mikołajem.
- Czy to ma związek z tym, że nie powinienem cię widzieć? – dopytał Alhaitham.
- Owszem – przyznał blondyn, podając mu kubek z herbatą. – Świąteczne Elfy widują jedynie dzieci, a i one nie widzą nas w naszej prawdziwej formie. Czyli tak, jak ty teraz widzisz mnie. To by zniszczyło magię Świąt. Potem, gdy dorastają, przestają nas widzieć w ogóle. Ty jednak jesteś dorosłym mężczyzną. Do tego widzisz mnie takiego, jak wyglądam naprawdę. Przepraszam za pytanie, ale ile masz lat?
- Dwadzieścia osiem – odparł bibliotekarz krótko. Elf zamyślił się na chwilę.
- W takim razie… powinieneś mnie nie widzieć przynajmniej od dziesięciu lat. I to w wypadku, jeśli wierzyłeś w Mikołaja długo...
- Przestałem w niego wierzyć, kiedy skończyłem dziesięć lat – wyznał Alhaitham, a blondyn spojrzał na niego zaskoczony. Na moment zapadła między nimi niezręczna cisza. Bibliotekarz odwrócił wzrok i dostrzegł w swoich nogach pięknego kota, który spał zwinięty w puchatą kulkę.
- Też powinienem się przedstawić. Jestem Alhaitham Haravatat – podjął i znów spojrzał na Kaveha. – Mówisz, że... porozmawiamy z Mikołajem, a potem odeślecie mnie do domu?
- Tak właśnie – przytaknął elf, strzygąc uszami. – Fakt, że widzisz Świąteczne Elfy nie jest normalny. Musimy to z nim omówić. Jeśli będziesz czuł się na siłach, możemy wybrać się jutro. Na razie zjedz.
Alhaitham przystał na propozycję elfa i przyjął talerz z ciepłym posiłkiem. Potem dostał środki przeciwbólowe, po czym mógł się odświeżyć. Nie wnikał, skąd elf zdobył dla niego ubrania na zmianę w odpowiednim rozmiarze. Może wyczarował? Ta niedorzeczna myśl sprawiła, że pokręcił głową, co spowodowało kolejny przypływ bólu. Ostatecznie skończył na kanapie, gdzie zasnął, gdy tylko lampy zgasły i jedynie światełka z choinki dawały subtelne światło.
04
Kaveh krążył w tę i z powrotem przed gabinetem Mikołaja. Zagryzał przy tym paznokieć kciuka, w głowie układając sobie, jak przekazać, że w jego mieszkaniu nielegalnie przebywa człowiek, który nie powinien go widzieć.
Zastanawiał się, jak znalazł się w tej sytuacji. Ale, jakby powiedziała jego matka, jak zwykle był lekkomyślny i postępował pod wpływem emocji, a nie racjonalnie. Co nie było kłamstwem. Często najpierw działał, a dopiero potem myślał. Nieraz przez to wpakował się w kłopoty, z których potem przyjaciele musieli go wyciągać. Jednak żaden z nich nie mógł mu pomóc w tej sprawie.
Westchnął ciężko i podszedł do balustrady, na której oparł dłonie. Spojrzał w dół na główny hol biura Mikołaja. W okrągłej recepcji siedziały elfy, a w centrum wznosiła się ogromna choinka, która sięgała niemal szklanego sufitu. Elfy przychodziły i wychodziły. Znajdowały się tu wszystkie najważniejsze biura, w tym jego własne, którego praca była teraz wzmożona.
Jako Dyrektor Globalnego Biura dbał o to, by przez cały rok monitorowali zarówno grzeczne, jak i niegrzeczne dzieci. W ostatnich tygodniach ich praca stała się jeszcze bardziej wytężona. Nawet on wyszedł w teren skontrolować grupę dzieci. I w efekcie skończył z człowiekiem w swoim mieszkaniu. A wciąż miał przed sobą najtrudniejsze zadanie. Zaplanowanie trasy Mikołaja.
- Miejmy to za sobą. – Kaveh wyprostował się i wypuścił oddech z ust. Odwrócił się i spojrzał na rzeźbione drzwi gabinetu. Podszedł do nich, po czym pewnie zapukał, lekko pochylając głowę. Gdy usłyszał zaproszenie, przekręcił gałkę drzwi i pchnął je. Zajrzał do środka, po czym wsunął się do wnętrza.
Na tle wysokich okien z witrażami w łuku stało ciężkie, mahoniowe burko, za którym siedział potężny mężczyzna o srebrzystych włosach i z długą brodą. W historiach i bajkach opisywany jako miły starszy pan, z dużym brzuchem, lubujący się w ciastkach oraz mleku, prawdziwy Mikołaj nijak miał się do tego. Wysoki, barczysty, dobrze zbudowany. Zawsze elegancko ubrany. Z rana co dzień pił czarną kawę, bez cukru. Był prawdziwym biznesmenem, który szedł z duchem świata. Mieli tu niezły zasięg i szybki Internet.
- Ach, Kaveh – odezwał się teraz swoim głębokim, mocnym głosem z lekką chrypką. Zielonkawe oczy błyszczały. – Miałem zamiar się dziś do ciebie wybrać i zapytać, jak sytuacja.
- Och, świetnie, bardzo dobrze – zapewnił on, zaczesując jasne pasmo za spiczaste ucho. – Dzięki dodatkowemu budżetowi mogliśmy zatrudnić więcej elfów i w rezultacie jesteśmy nawet do przodu z weryfikacją dzieci. A ja zacząłem już nawet planować trasę dla szefa. Jeszcze jej nie naniosłem, ale w tym tempie myślę, że będzie gotowa kilka dni przed Gwiazdką.
- Kaveh.
- Tak?
- Co się stało?
Blondyn przygryzł policzek od środka. No tak. Przecież stał przed Świętym Mikołajem. Przed nim nic się nie ukryje. A już na pewno on nie zdoła nic przed nim ukryć. Zbytnio się denerwował. Zwłaszcza że sprawa była delikatna i wymagała ingerencji Świętego. Cmoknął i spuścił wzrok.
- Potrzeba jeszcze funduszy? – spytał Mikołaj. – Jeśli tak, nie krępuj się. Mamy wystarczające środki. Jesteśmy zabezpieczeni na wszystkie okoliczności. Jeśli Globalne Biuro potrzebuje rąk do pracy…
- Nie, nie chodzi o Globalne Biuro – przerwał blondyn z westchnieniem i wszedł głębiej do gabinetu. – Naprawdę jesteśmy do przodu z pracą o jakieś półtora tygodnia. Chodzi… o incydent podczas jednej z wizytacji. Mojej wizytacji.
- Kaveh, rozmawialiśmy już o tym – odezwał się jego szef, siedząc wygodnie za biurkiem. – To, że widzą cię nastolatkowie, a nawet niektórzy młodzi dorośli około dwudziestki, jest normalne.
- A co, jeśli widział mnie mężczyzna w wieku dwudziestu ośmiu lat, i to w prawdziwej formie? – wyrzucił na wydechu blondyn, a mężczyzna po drugiej stronie biurka spojrzał na niego uważnie. – I co, jeśli przypadkiem przeszedł za mną przez portal szklanej kuli?
Mikołaj westchnął ciężko i zmarszczył krzaczaste, srebrzyste brwi. Kaveh spuścił wzrok na swoje buty. Czuł, że był w potężnych tarapatach. Żaden człowiek nie powinien trafić na Biegun Północy. Z kilkoma wyjątkami, którymi była rodzina Mikołaja. Ale ta nie odwiedzała go co najmniej od dekady.
- Ten mężczyzna na razie jest w moim mieszkaniu – dodał cicho elf, bawiąc się palcami. – Ale chciałem skonsultować z Mikołajem, co robimy.
- No jak to co? – odparł Mikołaj pewnie, podnosząc na niego wzrok. – Przyprowadzisz go do mnie, użyjemy Magicznego Pyłu i wszystko to będzie dla niego snem.
- Rozumiem – wydusił Kaveh.
- Mniemam, iż zajmiesz się transportem i przygotujesz kule śnieżne – bardziej stwierdził, niż spytał mężczyzna, na co skinął mu głową. – Proponuję też, żebyś nie wychodził już w teren. A jeśli chcesz, to przynajmniej wybierz inny region.
- Oczywiście. Przepraszam za kłopot – powiedział blondyn i skłonił się nisko.
- To nie jest jakiś poważny incydent, z którym sobie nie poradzimy – odezwał się Mikołaj, a on usłyszał skrzypnięcie krzesła, kiedy jego rozmówca wstał. Wyprostował się więc i zadarł głowę, by spojrzeć w jego łagodną twarz. Koniec końców był Mikołajem. Wysokim, dobrze zbudowanym i przystojnym jak na swój wiek. Nawet lekko się zarumienił, kiedy ułożył mu dłoń na ramieniu.
- Skup się na pracy, a jutro zajmiemy się wszystkim – rzekł, akcentując słowa krzepiącym klepnięciem.
- Oczywiście – odpowiedział Kaveh i wyszedł z gabinetu. Gdy tylko znalazł się za drzwiami, przystanął i ułożył dłonie na policzkach. Uszy mu zadrżały. Zapewne zarumieniły się równie mocno, jak jego twarz. Mimo wszystko mężczyzna był wzorem i uosobieniem łagodności oraz dobra. Nawet jeśli wyglądał jak biznesmen.
05
Próbował sobie to wszystko racjonalnie wytłumaczyć. Czytał, że w Laponii naprawdę istnieje Święty Mikołaj. Jednak nie sądził, by wylądował właśnie tam. Przekonał się o tym, gdy Kaveh wczoraj wieczorem wrócił po pracy do domu. Jego spiczaste uszy były prawdziwe, a gdy Alhaitham się uszczypnął, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie śni, to zabolało. Kiedy więc wyszedł z nim dziś do rzekomego Świetego Mikołaja, przestał próbować.
Szli przez miasteczko. Po drodze mijał inne elfy, widział ich spiczaste uszy, tak bardzo prawdziwe Śnieg lekko prószył. A kiedy przechodzili przez rynek, był świadkiem, jak na szczycie wysokiej choinki magicznie ląduje wielka, piękna gwiazda. Potrząsnął głową i podążył za blondynem.
Skierowali się do górujących nad miasteczkiem budynków, które wyglądały jak pałac. Weszli do tego po prawej. Z wąskiego korytarza wyszli do dużej, owalnej recepcji. Na środku stała potężna, przyozdobiona choinka. Wokół niej na półokręgu ustawiono dwa słusznych rozmiarów biurka, za którymi w odstępach siedziały elf. Alhaitham westchnął. Racjonalne myślenie nie miało tu racji bytu.
- Cześć, Mika! – przywitał się Kaveh z jednym z elfów, gdy podeszli do lady. – Jedna przepustka dla gościa.
Haravatat włożył ręce w kieszenie płaszcza i rozejrzał się dookoła. Pod szklanym sufitem dostrzegł iluzję dziennego nieba. Zachmurzonego, z którego prószył śnieg, rozpływający się w połowie wysokości budynku. Faktycznie byli na głębokiej północy. Zdał sobie z tego sprawę wczoraj, kiedy siedział cały dzień w domu, a za oknem wciąż było ciemno. Niezależnie od godziny, a sprawdzał zegarek.
- Alhaitham – usłyszał głos blondyna, więc spojrzał na niego. Trzymał identyfikator z napisem „gość”, przyjął go więc i przypiął do klapy płaszcza. Poprawił okulary na nosie, po czym ruszył za elfem, który miał przewieszoną przez szyję czerwoną smycz ze swoim własnym identyfikatorem. Były na nim jego zdjęcie i pozycja: Dyrektor Globalnego Biura.
Skierowali się ku schodom, po których ruszyli się w górę. Mijali na nich inne, zabiegane elfy; niektóre nawet rozmawiały przez telefon. To też go mocno zaskoczyło – jak bardzo zmodernizowane było to miejsce. Internet i to naprawdę dobry, komórki, laptopy, komputery. Nie spodziewał się tego po miasteczku Mikołaja. W bajkach zapewne było ziarnko prawdy. Atmosfera pasowała. Było też wystarczająco… magicznie.
- Co to? – zapytał, spoglądając na czarnobiałą fotografię na antresoli, na którą właśnie się wspięli. Było to pierwsze z wielu znajdujących się tutaj zdjęć.
- Och, to pierwsze zdjęcie Świętego Mikołaja z dziewiętnastego wieku – wyjaśnił Kaveh, stając przy nim. – Wcześniej pojawiały się ryciny. Od tamtego czasu, każdy ktoś przejmował stanowisko Świętego. miał robioną pamiątkową fotografię. – Po tych słowach ruszyli dalej antresolą. – Wraz z rozwojem technologii każdy Mikołaj dodawał coś od siebie. Nasz obecny na przykład wiesza zdjęcia własnej rodziny.
Słowa blondyna odbiły się echem, gdy zatrzymali się przy kolorowych zdjęciach w stylowych ramkach. Alhaitham wciągnął powietrze, kiedy jego wzrok padł na eleganckiego mężczyznę o srebrzystych włosach, brodzie i zielonych oczach. Ubrany był w czerwony, doskonale skrojony garnitur i biały płaszcz. Wokół tej fotografii znajdowały się inne. Między innymi jego własnej babci z owym mężczyzną. A także zdjęcie samego Alhaithama. Miał wtedy osiem lat. Był szczęśliwym dzieckiem. Stał na tle wielkiej, oświetlonej choinki wraz ze swoimi rodzicami. W ręku trzymał pluszaka renifera.
Wyciągnął ręce z kieszeni płaszcza i sięgnął po zdjęcie w ramce. Zdjął je ze ściany, po czym przejechał palcami po pleksi, za którą było. Wypuścił drżący oddech i mocniej zacisnął palce na ramce. To było ostatnie jego zdjęcie z rodzicami. Zrobiła je babcia w dzień przed Gwiazdką Bożego Narodzenia. Byli na rynku, na jarmarku. Choinka była ogromna, gorąca czekolada pyszna, a przejażdżka na karuzeli sprawiła mu dużo radości. Niespodziewanie poczuł gulę w gardle.
Usłyszał ciężkie kroki. Odwrócił głowę w stronę, z której przyszedł z Kavehem. Na szczycie schodów pojawił się ten sam srebrzystowłosy mężczyzna z brodą. Miał wysokie buty, w które wpuszczone były dopasowane spodnie; do tego bordowy golf, a na wszystko założony biały płaszcz. Alhaitham ponownie spojrzał na fotografię.
- Skąd to się tu wzięło? – zapytał w końcu. – Skąd to się tu wzięło?!
- To zdjęcie... – odparł Kaveh, a on spojrzał na niego. Zapewne przeszył go wzrokiem, bo blondyn cofnął się o krok i przeniósł wzrok na mężczyznę za nim, by moment potem wrócić spojrzeniem do niego. Opuścił lekko spiczaste uszy.
- To zdjęcie rodziny Mikołaja – dokończył cicho Kshahrewar. – Nie wiem, kto dokładnie.
- To moja prapraprawnuczka Daya, jej mąż i mój praprapraprawnuczek Alhaitham – odezwał się przybyły, który nagle pojawił się u jego boku i również spojrzał na zdjęcie. – Ostatnia fotografia, jaką od nich dostałem.
- Ostatnia, bo potem zginęli – wypalił Alhaitham. – Dwa tygodnie po zrobieniu tego zdjęcia. Samochód wpadł w poślizg. Zginęli na miejscu.
Zapadła cisza. Stał, wpatrując się w zdjęcie. Gula w gardle urosła jeszcze bardziej. Na moment zacisnął mocno palce na oprawie, po czym zamaszyście odwiesił ramkę na ścianę. Wziął głęboki wdech i cofnął się o krok. W chwilę potem poczuł ciężką dłoń na ramieniu. Lekko przekręcił głowę ku stojącemu obok mężczyźnie i wypuścił drżący oddech.
- Dziękuję, Kaveh – odezwał się spokojnym głosem Mikołaj. – Zajmę się nim.
- Oczywiście – usłyszał głos blondyna. – Pójdę do siebie.
Srebrnowłosy mężczyzna przesunął dłoń z jego barku na plecy. Alhaitham dał się poprowadzić do pięknie rzeźbionych drzwi, które miały klamkę w kształcie główki. Mikołaj przekręcił ją i wszedł do środka. Pomieszczenie było piękne. Duże okna, z witrażami u szczytu. Mahoniowe biurko. Regały pełne dokumentów, książek, albumów. W jednej z gablot piękny globus z błyszczącymi kropeczkami.
- Alhaitham Haravatat – odezwał się Święty, okrążając biurko i siadając za nim. Wskazał gestem krzesło po przeciwnej stronie, które bibliotekarz posłusznie zajął. Poprawił płaszcz i wypuścił oddech.
- Wyrosłeś, chłopcze – skomentował tymczasem Mikołaj, a on w końcu podniósł na niego wzrok, poprawiając nerwowo okulary na nosie. Spojrzał w zielone oczy pod krzaczastymi brwiami. Biła od nich znajoma łagodność. Taka sama, z jaką patrzyła na niego babcia. To ciepłe, błyszczące spojrzenie zielonych tęczówek chyba było charakterystyczne dla całej rodziny. Aż odwrócił wzrok.
- Więc… opowieści babci – zaczął i odchrząknął, znów się poprawiając na miejscu. – Zawsze mi opowiadała, że Święty Mikołaj to nasza rodzina.
- Cóż, nie kłamała – przyznał starszy mężczyzna. – Twoja prapraprababka była moją córką. Opuściła Biegun, kiedy miała dwadzieścia jeden lat. Zostałem Mikołajem kilka lat przez jej narodzinami. Musisz wiedzieć, że kiedy się nim zostaje…
- To na wieki – wtrącił Alhaitham. – Jeśli można wiedzieć, ile masz lat?
- W przyszłym roku skończę dwieście – odparł Mikołaj. – Ułatwmy sobie życie. Używanie takiej ilości “pra” będzie czasochłonne. Dziadek i wnuczek?
- To surrealistyczne – westchnął bibliotekarz i zaczął stukać palcem w podłokietnik drewnianego krzesła. – Ale zapewne tłumaczy, czemu widziałem Kaveha w jego prawdziwej formie, prawda, dziadku?
- W rzeczy samej – przyznał mężczyzna. – Bądź co bądź, jesteśmy rodziną.
- Za dużo jak na jeden raz – sapnął Alhaitham i podniósł się z miejsca. – Muszę… pomyśleć.
Nie czekał na jakąkolwiek odpowiedź ze strony swojego… dziadka. Wyszedł z gabinetu i po schodach zszedł na dół do recepcji. Przed budynkiem otuliło go chłodne powietrze. Spojrzał na miasteczko w dole. Ponad domami górowała choinka, którą mijał z Kavehem, gdy tu szli. Błyszczała jasno, a gwiazda na szczycie migotała przyjemnie. Westchnął ciężko i przysiadł na stopniach, prowadzących do biura. Nie wiedział, co myśleć. Nie wiedział, gdzie iść. Jedynym miejscem, w którym chciał się teraz znaleźć, było o dziwo mieszkanie Kaveha. Ciepłe i spokojne. Może powinien tam wrócić i zaszyć się w gabinecie jasnowłosego elfa?
06
Kaveh krążył po swoim biurze, przed wielkim globusem, który obracał się powoli, ukazując jasne punkciki lśniące w różnych miejscach kontynentów. Znów przygryzał paznokieć kciuka. Chciał wiedzieć, co się stało.
Spojrzenie Alhaithama było pełne cierpienia i bólu. Wprawdzie znali się ledwie dwa dni, ale wydawał się być raczej typem spokojnym, stoickim. Jedyną emocją, jaką dostrzegł na jego twarzy przez cały ten czas, była irytacja. Zapewne związana tym, że trafił w tak irracjonalne miejsce. Zastanawiało go też bardzo mocno, o czym rozmawiali z Mikołajem.
Wypuścił głośno oddech i podszedł do swojego biurka, gdzie piętrzyły się raporty z ostatnich kontroli. Stało ono na prawo od wejścia, na tle wysokich biblioteczek wypełnionych księgami oraz wpisami z ostatnich lat. W głębi pomieszczenia, wysokiego na osiem metrów, znajdował się ogromny globus. Wysoki na cztery metry, obracał się powoli na półmetrowym podwyższeniu. Światełka miast migotały jasno. Pomiędzy nielicznymi przeskakiwały czerwone linie. Przed globusem ustawiona była konsola z jego miniaturową wersją oraz dodatkowe ekrany monitorujące. Po lewej znajdowały się spiralne schody prowadzące na piętro, gdzie mieściło się archiwum. Na dole pod nim w szerokiej wnęce zaaranżowano mały salonik. Z kominkiem, stolikiem do kawy i dwiema kanapami po obu jego stronach. Był tam też regał z książkami a także stolik z ekspresem do kawy i czajnikiem oraz wyborem herbat.
Kaveh usiadł za biurkiem i spojrzał na dokumentację, którą musiał wprowadzić do systemu. Co prawda byli ze wszystkim do przodu ponad tydzień, ale chciał utrzymać to tempo. Myśli jednak zaprzątała mu inna kwestia, zwana Alhaithamem. Był zdenerwowany, bo to on sprowadził go na Biegun. Chciał wiedzieć, jak potoczyła się rozmowa z Mikołajem. Czy będzie musiał go odesłać z pomocą śnieżnych kul?
W następnej chwili usłyszał pukanie do drzwi biura. Spojrzał w tamtą stronę i zaprosił przybysza do środka. Moment potem w progu pojawił się Mika. Przestąpił z nogi na nogę i lekko przekręcił głowę. Spiczaste uszy opadły mu lekko, a jasny rumieniec zagościł na piegowatej buzi.
- Panie Kshahrewar – odezwał się cicho. – Ktoś do pana.
- Kto? – zapytał.
- Ten gość, z którym pan dziś przyszedł – powiedział, na co Kaveh wyprostował się na swoim miejscu, a zaraz potem podniósł się z krzesła i wyszedł zza biurka. Dał znak dłonią, a blondynek się cofnął. Tuż potem w progu pojawił się nie kto inny jak Alhaitham. Kaveh od razu dostrzegł zaczerwienione oczy. Ukryły się pod mroźnym rumieńcem nosa i policzków. Mężczyzna pociągnął nosem, kiedy wchodził. Ręce miał wciśnięte w kieszenie płaszcza.
- Alhaitham – odezwał się miękko Kaveh na powitanie, podchodząc bliżej. Wyciągnął ku niemu dłoń, chcąc ująć jego ramię, jednak zatrzymał się w pół gestu i zaczął bawić palcami. Jego gość wyminął go i wszedł głębiej do gabinetu. Kaveh spojrzał na jego plecy, kiedy podchodził bliżej.
- Co to? – odezwał się tymczasem Alhaitham.
- Globus – odparł, podążając za nim. – Znaczy… Moja praca. Każdy świecący punkcik to grzeczne dziecko. Pozwoli potem przygotować trasę podróży Mikołaja.
- Globalne Biuro – mruknął pod nosem mężczyzna. – To dlatego sprawdzałeś dzieci z tej szkoły?
- Tak – przyznał blondyn. – Mamy swoje sposoby.
Zapadła cisza. Haravatat zrobił jeszcze kilka kroków do przodu. Lekko zadarł głowę, patrząc na ogromny globus. Kaveh stanął w pewnej odległości za nim, wpatrując się w jego plecy. Włosy były wilgotne, zapewne od śniegu, który padał. Moment potem jego gość westchnął głośno.
- Jestem praprapraprawnukiem Mikołaja – wyznał. – Dlatego cię widziałem.
- Och – wyrwało się elfowi. Nie wiedział, co więcej powiedzieć. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że mężczyzna był spokrewniony z Mikołajem. Chyba zapewne sam tego nie wiedział. Zastanawiał się, czy będą go odsyłać, czy nie.
- Wiesz… Nie wiem, jak wrócić do twojego domu – podjął Alhaitham, odwracając do niego. – A miałem potrzebę… zaszycia się. Uznałem, że twoje biuro da mi namiastkę mieszkania.
- I jak? Daje choć trochę? – spytał, uśmiechając się lekko, Kaveh.
- Cóż, nie licząc gigantycznego globusa, który w czasie rzeczywistym pokazuje grzeczne dzieci… – odezwał się mężczyzna. – Chyba tak. Mogę?
Wskazał na kanapę, na co elf skinął mu głową. Zdjął swój płaszcz i przewiesił przez oparcie. Następnie usiadł, zakładając nogę na nogę, i przeczesał swoje wilgotne włosy palcami. Blondyn stał chwilę w miejscu, a zaraz potem podszedł od czajnika i nastawił wodę. Zazwyczaj zaparzyłby jakąś herbatę typu instant, tym razem postawił jednak na coś bardziej aromatycznego. Czuł, że zwykła herbata tu nie pomoże. Przygotował więc wyciszający napar. Z parującą filiżanką i talerzykiem przekąsek wrócił do mężczyzny.
- Proszę – odezwał się, stawiając wszystko na stoliku przed nim. Sam przysiadł na kanapie po przeciwnej stronie. – I... mógłbym wiedzieć, co ustaliliście? Z Mikołajem, znaczy się. Wracasz do siebie? Mogę przygotować dla ciebie śnieżną kulę.
- W sumie to wyszedłem, gdy przedstawił mi rewelacje o byciu jego krewnym – przyznał Alhaitham, upijając łyk naparu. – Nie ukrywam. Mam mętlik w głowie i sam nie wiem, co chcę teraz zrobić.
- A twoja praca? – dopytywał elf. – Nie będą cię szukać, jak przez kilka dni się w niej nie stawisz?
- Zacząłem urlop w dniu, kiedy na ciebie wpadłem – odparł Haravatat. – Mam wolne. Pyszna herbata.
- Ach, dziękuję, – Kaveh uśmiechnął się, a jego uszy zatrzepotały lekko na komplement. – W takim razie może zostaniesz trochę na Biegunie? Wiesz, żeby zobaczyć, co i jak.
- Przemyślę to – oznajmił krótko Alhaitham. – Nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli dziś znów przenocuję na twojej kanapie?
- Skądże – zapewnił blondyn. – Jeżeli chcesz, odstąpię ci moją sypialnię.
- Kanapa wystarczy. – Przez twarz drugiego mężczyzny też przemknął lekki uśmiech. – Nie przeszkadzaj sobie w pracy. Zapewne masz sporo do zrobienia. Może coś poczytam. Widzę, że masz sporą biblioteczkę.
Kaveh skinął głową w odpowiedzi, po czym podniósł się ze miejsca. Podszedł do biurka, za którym usiadł, po czym sięgnął po pierwszą z podkładek. Zaczął ją przeglądać, jednak wkrótce spojrzał znad niej na Alhaithama. Faktycznie podszedł do biblioteczki, wyraźnie szukając czegoś dla siebie. Chyba nawet znalazł coś odpowiedniego, bo wyciągnął jeden z tomów i wrócił na kanapę.
Spokojniejszy, elf wrócił do zajęć. Uporządkował listy kontynentami, a potem państwami. Kiedy to zrobił, podszedł do konsoli, skąd wziął smukły długopis z końcówką wąską niczym rysik ołówka mechanicznego. Spojrzał na listę, przekręcił mały globus, odnajdując właściwy kraj, a następnie powiększył go tak jak mapy w Google. Odnalazł właściwe miasto oraz ulicę z budynkiem, po czym przyłożył w tym punkcie końcówkę długopisu. Rozbłysło złotawe światełko zarówno na małym, jak i wielkim globusie. Uśmiechnął się i dał się pochłonąć pracy.
Kiedy skończył długą listę stu osiemdziesięciu trzech dzieci z Leeds w Anglii, wyprostował się z cichym pomrukiem. Odłożył listę na bok i już miał sięgnąć po kolejną, gdy jego wzrok znów powędrował w stronę kanapy. Uśmiechnął się nieznacznie, odkładając długopis.
Książka wyśliznęła się Alhaithamowi z rąk i spoczęła na boku pod jego stopami. On sam zasnął w pozycji siedzącej. Nogi miał wyciągnięte przed siebie, ramiona splecione, a głowa przechylała się lekko na lewą stronę. Kaveh podszedł do niego i delikatnie szturchnął go w ramię. Mężczyzna wybudził się i spojrzał na niego zza okularów zaspanymi zielonymi oczyma.
- Połóż się – powiedział elf półszeptem, sięgając po koc. – Plecy i kark będą cię boleć, jak będziesz drzemać w takiej pozycji.
- Masz rację – mruknął Haravatat i zsunął ze stóp buty. Zdjął też okulary, które odłożył na stolik. Następnie ułożył się na kanapie, układając poduszki pod głową. Blondyn nakrył go kocem i zgarnął zaplątany kosmyk z policzka. Podniósł książkę z podłogi, po czym odłożył ją na blat.
Wrócił do pracowni, gdzie klasnął w dłonie. Iluzja światła dziennego zgasła, ukazując w oknach ciemne niebo z zorzą polarną. Światła w pomieszczeniu zapaliły się, dając przyjemny, ciepły blask. Jeszcze raz spojrzał na śpiącego mężczyznę i wrócił do pracy. Dał się jej ponieść do tego stopnia, że nawet nie wiedział, kiedy kończył ostatnią listę.
Zamrugał lekko. Literki rozmazały mu się przed oczami, ale uznał, że chce dokończyć. Potarł kark dłonią i sięgnął po długopis. Obrócił mały globus, odnajdując Kanadę, po czym powiększył mapę, szukając adresu. Zmarszczył brwi, nie potrafiąc namierzyć ulicy. Szukał jej wśród zaplątanych adresów Victorii. W końcu znalazł właściwe miejsce i już miał przyłożyć długopis, kiedy...
- Mała Olivia Barbeau mieszka przecznicę dalej – usłyszał głos Alhaithama po lewej i odwrócił głowę. Pochylał się przy jego boku, przesuwając palcem po globusie. – Tutaj.
Spojrzał na miejsce, gdzie mężczyzna przykładał palec. Zaznaczył punkt na mapie i zerknął na wielki globus. Światełko rozbłysło i tam. Znów przeniósł wzrok na potomka Mikołaja, a ten popatrzył na niego.
- Wyglądasz na zmęczonego – stwierdził Haravatat. – Za to ja chyba przespałem cały dzień.
- Wywar był dość mocny – odparł Kaveh, odkładając długopis, po czym spojrzał na listę. – Może faktycznie już na dziś wystarczy. Dokończę jutro.
Znów potarł kark dłonią i przeciągnął się. Chyba faktycznie lepiej będzie skończyć na dzisiaj. A jutro może zrobi sobie wolne? Był z pracą do przodu, więc dzień wytchnienia dobrze mu zrobi. Zregeneruje się. Poza tym zaskoczyło go, jak precyzyjnie mężczyzna był w stanie wskazać adres. Niczym… Mikołaj. Tylko on był w stanie zrobić to z taką dokładnością. On i... Alhaitham.
07
Po rewelacji, że jest krewniakiem Mikołaja przestał próbować sobie wytłumaczyć pewne rzeczy racjonalnie, bo zwyczajnie nie miało to sensu. Tak więc kolejne dni spędził głównie z Kavehem w jego biurze, czytając. Niezwykle zachwycał go ten potężny globus. Gabinet dziadka natomiast skrzętnie omijał. Sam nie wiedział, o czym powinien z nim rozmawiać.
Trzymał się więc Kaveha. Ten opowiadał mu o swojej pracy. Nawet pokazał mu konsolę. Wydawał się bardzo lubić to, co robił. Powtarzał mu ciągle, że czuje się częścią tego szczęścia, które niesie Mikołaj dzieciakom. Bo to on planuje jego trasę po całym świecie i przygotowuje śnieżne kule do transportu. Opowiadał o tym z taką pasją, że aż uszy mu się trzęsły, oczy błyszczały, a uroczy rumieniec gościł na jasnych policzkach. Nie mógł się wtedy nie uśmiechać. To było niezwykle urocze. W ogóle Kaveh był bardzo uroczy. Rumienił się za każdym razem, kiedy rozmawiali.
Raz zabrał go do Biura Pocztowego. Nieśli wtedy wyjątkowo dużo list grzecznych dzieci. Weszli w środku wyjątkowego chaosu. Listy latały między przegródkami, a uszate stworzenie wydawało polecenia elfom. Dowiedział się, że to Tighnari, jedyna w swoim rodzaju istota magiczna. Był lisem śnieżnym, porzuconym ze względu na swoje umaszczenie. Mikołaj przemienił go, nadając mu ludzką formę. Jednak uszy oraz ogon pozostały. Kaveh wytłumaczył też, że w Biurze Pocztowym sortowane są listy z życzeniami. Dodał także, że nie wszystkie życzenia zostaną spełnione w te Święta, a niektórych nie da się spełnić nigdy. Magia Bieguna Północnego i Mikołaja miała swoje limity. Kaveh wydawał się wtedy wyjątkowo przygnębiony. Jego empatia była niezwykła.
- Masz ochotę wybrać się ze mną na Jarmark? – zagadnął elf, uciekając wzrokiem, kiedy wychodzili na zewnątrz. – Jutro niedziela, mamy wolne. I umówiłem się z przyjaciółmi.
- Sam nie wiem. – Alhaitham potarł kark dłonią.
- Och, no nie daj się prosić. – Kaveh popatrzył na niego przymilnie. – Postawię ci grzane wino. Albo pitny miód. Co wolisz. Piernika też ci kupię.
- Przekupiłeś mnie tym miodem – odparł, na co blondyn zaśmiał się i wziął go pod ramię. Rumieniec rozkwitł na jasnych policzkach. Uszy również się zaczerwieniły.
Skierowali się na rynek. Ten sam, który mijali, gdy szli pierwszy raz do Biura Mikołaja. Wielka choinka błyszczała promiennie, a światło lampek odbijało się w bombkach. Było też lodowisko oraz diabelski młyn, przyjemnie oświetlony. W drewnianych butkach można było kupić pyszne jedzenie – zarówno słodkości, jak i coś konkretniejszego, alkohol, a nawet ozdoby czy ubrania. Alhaitham zapatrzył się na wyjątkowo ciepłe skarpetki. Ponad wszystkim unosiły się świąteczne piosenki.
- Tighnari! Cyno! – zawołał nagle Kaveh i puścił jego ramię. Podszedł do przyjaciół, z którymi się przywitał. On sam przystanął na moment, chowając ręce w kieszenie płaszcza, i uśmiechnął się łagodnie na ten widok. Moment potem uśmiech zbladł, gdy zdał sobie sprawę, co czuje. To miłe, ciepłe uczucie. Trochę dziecinna radość i szczęście. Tak jak powinno się czuć w święta.
- Hark how the bells – usłyszał znienacka i odwrócił głowę. Przy wysokim dziadku do orzechów stał dziesięcioletni chłopiec. Jasne włoski miał ułożone, a nauszniki w kształcie misiów chroniły uszy przed mrozem. Ubrany był w granatowy płaszcz i biały szalik. Uśmiechnął się do Alhaithama, a zielone oczy rozbłysły. Haravatat aż wciągnął powietrze. Patrzył na samego siebie w wieku dziesięciu lat.
- Alhaitham – dobiegł go głos blondyna, więc przeniósł na niego wzrok. Elf patrzył nań lekko zaniepokojonym wzrokiem, trzymając go za ramię. Uszy lekko opadły.
- Wszystko w porządku? – spytał.
- Chyba… – zaczął i znów spojrzał w stronę dziadka do orzechów, ale jego dziesięcioletniej wersji już tam nie było. – Tak. Tak. Wszystko okej. Chodźmy na tego grzańca. Marznę.
- Jasne. – Kshahrewar uśmiechnął się przyjemnie, a jego rumieniec pogłębił się, kiedy ułożył dłoń na jego plecach.
Tighnariego miał już okazję poznać. Co prawda w chaosie pracy. Poza nią był bardzo spokojnym i stonowanym stworzeniem. Zaskakująco towarzyskim. Uszy miał lekko położone po sobie z powodu hałasu. Cyno natomiast odpowiadał za ochronę i bezpieczeństwo na Biegunie. Z tego, co mówił, jego praca była spokojna. Poza sporadycznymi wtargnięciami dzieci w okresie świątecznym, raczej nic wielkiego się nie działo.
- A ty kim jesteś? – odezwał się teraz, upijając łyk swojego grzańca i przeszywając Alhaithama swoimi karmazynowymi tęczówkami. W odpowiedzi bibliotekarz aż wziął swój kubeczek z miodem i upił spory łyk. Tutejszy był zdecydowanie mocniejszy i słodszy. Chyba bardziej mu odpowiadał.
- Alhaitham jest… moim gościem – odpowiedział za niego Kaveh.
- Nazwijmy rzeczy po imieniu – odparł Alhaitham, odstawiając kubeczek. – Jestem praprapraprawnukiem Mikołaja. Ale… wciąż się z tym oswajam.
- Och – wyrwało się Tighnariemu, a jego ogon zafalował. – Czyli… To ty będziesz nowym Mikołajem?
- Nari – wycedził przez zęby blondyn.
- No co? Choinka straciła wszystkie igiełki cztery Gwiazdki temu – stwierdził uszaty. – Powoli powinniśmy szukać nowego Mikołaja. Ktoś z rodziny obecnego powinien sprawdzić się idealnie.
- Alhaitham trafił tutaj przypadkiem i to przeze mnie – odpowiedział Kshahrewar. – Jeszcze tydzień temu nie wiedział, że Mikołaj to jego krewny. Poza tym nie zawsze nowy Mikołaj jest kimś z rodziny.
- O czym wy mówicie? – zapytał, zbity z tropu.
- Nie słuchaj go – odparł blondyn i posłał mu przyjazny uśmiech. – Chodźmy na jeszcze jednego grzańca i co powiesz na owoce w czekoladzie?
Dał się porwać elfowi. Czuł, że ten chce dla niego jak najlepiej. Miał świadomość, w jakiej znalazł się sytuacji i miejscu. Jego empatia pozwalała mu zrozumieć, że niekoniecznie myśli teraz o zostaniu Mikołajem, a oswaja się z tym, gdzie jest. Zresztą, nie uważał, że byłby dobrym Świętym Mikołajem. Raczej nie miał tego, co było wymagane w tej pracy. Bo można było to nazwać pracą, prawda?
Przyjął jeszcze jeden kubeczek z pitnym miodem. Opróżnił go ciut szybciej niż pierwszy. W głowie zaczęło mu lekko szumieć, a Kaveh musiał wziąć go pod ramię. Trunek konkretnie ścinał z nóg , a jednocześnie pozwalał zachować jasność umysłu. Zajadał właśnie śliwki w mlecznej czekoladzie, obserwując, jak blondyn coś tłumaczy swoim przyjaciołom, gestykulując przy tym mocno. Wtedy znów to usłyszał.
- Hark how the bells – rozbrzmiało niemal tak samo jak wcześniej, ale na tym się nie skończyło. - Sweet silver bells.
Odwrócił się na pięcie i znów zobaczył dziesięcioletnią wersję siebie. Uśmiechała się do niego, na co zmarszczył brwi. Kolejne wersy kolędy rozbrzmiewały, a chłopiec odwrócił się i wskazał na coś palcem. Alhaitham podniósł głowę i spojrzał w tym kierunku. Biuro Mikołaja. Nawet teraz, urokliwie oświetlone, górowało majestatycznie ponad miasteczkiem. Znów przeniósł wzrok na młodszego siebie. Chłopiec uśmiechnął się, odwrócił i ruszył w podskokach w tamtą stronę.
Haravatat zrobił kilka kroków i poczuł, jak temperatura wokół niego nagle spada. Poczuł skrzypienie pod stopami, a gdy spojrzał w dół, na chodniku malował się mróz, rozchodząc się spod jego butów. Płatki śniegu tańczyły dookoła niego. Poderwał głowę, chcąc odnaleźć siebie, ale dziesięcioletni on zniknął. Wtem wszystko prysnęło, łącznie z kolędą. Do jego uszu zaś dotarły dźwięki piosenki, która unosiła się nad Jarmarkiem.
Zastanawiał się, czy przypadkiem nie zaczynał wariować. Ale zaraz potem zdał sobie sprawę, gdzie jest. Tutaj mogły się dziać różne rzeczy. Może nawet widzenie siebie samego sprzed osiemnastu lat.
- Alhaitham – znów dotarł do niego głos elfa, więc odwrócił się i spojrzał na niego. – Na pewno wszystko dobrze?
- Cóż… Słyszałeś kiedyś kolędę? – ośmielił się zapytać. – Znaczy… Tylko dla siebie?
- Nie, ale jesteśmy na Biegunie, a ty jesteś krewnym Mikołaja – odparł Kaveh. – Może powinieneś z nim porozmawiać. A można wiedzieć jaką?
- Carol of the Bells – odpowiedział i uśmiechnął się lekko. – To była ulubiona kolęda mojej babci. Często ją śpiewała w święta. Polubiłem ją, bo miała w sobie coś… niepokojącego? Wiem, że jest o tym, że nadchodzą święta i wszyscy się radują, ale jej melodia przyprawia o gęsią skórkę. I chyba tylko dlatego ją lubię.
- Jest specyficzna, to prawda – przyznał elf, a jego uszy znów nieznacznie się uniosły. – Ale ma swój urok i klimat.
Policzki blondyna zarumieniły się, oczy błyszczały. W chwilę potem spuścił wzrok, ewidentnie zawstydzony. Alhaitham uśmiechnął się na to. W ostatnich dniach dostrzegał speszenie elfa. Miał ochotę wiedzieć, z czego ono wynika.
- Hej, Kaveh – usłyszeli Cyno i spojrzeli na niego. Ten uniósł palec w górę, więc zadarli głowy. Okazało się, że stali pod jemiołą. Bibliotekarz pierwszy spuścił głowę i spojrzał na twarz Kshahrewara. Blondyn zamrugał, a potem rumieniec rozlał się po jego twarzy. Od policzków po uszy. Chyba nawet dostrzegł go na szyi. Elf odwrócił głowę w stronę przyjaciela.
- Weź przestań – zawołał.
- No co! Przecież widzę, jak na niego patrzysz! – odkrzyknął Cyno.
- Lubisz mnie? – zapytał Alhaitham, a jasne włosy zafalowały. Kaveh spojrzał na niego zawstydzony. Chciał się odsunąć, ale powstrzymał go, pewnie obejmując w talii i przysuwając bliżej siebie. Nie był pewien, czy to te dwa mocne kubki pitnego miodu, ale pochylił się i złożył delikatny pocałunek na ustach elfa. Czuł słodycz czekolady; zapewne blondyn też jadł owoce. Przesunął dłoń na jego plecach trochę wyżej i pogłębił pieszczotę.
- Alhaitham – wydukał zarumieniony elf, kiedy oderwali się od siebie. Jego dłonie zacisnęły się na szarym płaszczu bibliotekarza.
- Uroczy jesteś – powiedział i Kaveh poddał się. Oparł czoło na jego piersi, zawstydzony. Haravatat zaśmiał się na to przyjaźnie i objął go mocniej. Nie chciał teraz myśleć, że to może się szybko skończyć. Elf był uroczy. Zbyt uroczy, by nie rozpieścić go uczuciem. Nawet jeśli dopiero się pojawiło i zaczynało kwitnąć.
08
Kaveh siedział przy swoim biurku, wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Bawił się ołówkiem, obracając go w palcach. Alhaitham poszedł do Mikołaja. Chciał z nim omówić sytuację z Jarmarku. Nigdy nie czytał, by ktoś słyszał kolędę tylko dla siebie. A czytał naprawdę dużo. Jednak to był Biegun Północny, który rządził się swoimi magicznymi prawami. Rozmowa ze Świętym była najlepszym, co można było zrobić.
W następnej chwili rumieniec wkradł się na policzki elfa, gdy przypomniał sobie pocałunek pod jemiołą. Był przyjemny i bardzo miły. Nawet nie próbował ukrywać zauroczenia. W ostatnich dniach wystawało mu zza kołnierza. Gadał jak najęty, rumienił się na potęgę i wiedział doskonale, że ucieka wzrokiem. Jednak gdy spoglądał na mężczyznę, ten zawsze go słuchał i uśmiechał się do niego ciepło i przyjaźnie.
Alhaitham chyba odwzajemniał jego uczucie. Był wczoraj bardzo… romantyczny? Przygotował dla niego pyszne śniadanie, które dostał prosto do łóżka. Większość dnia spędzili na kanapie wtuleni w siebie, oglądając filmy. Mężczyzna obdarzał go delikatnymi pieszczotami, jak pocałunki czy czuły dotyk. Wieczorem zaś przygotował dla niego kąpiel i pyszną kolację. Pytanie tylko. jak długo mogło to potrwać.
Wyprostował się na swoim miejscu, kiedy usłyszał, jak drzwi się otwierają. Widząc w progu Haravatata z nietęgą miną, zrozumiał, że rozmowa do łatwych nie należała. Podniósł się więc z krzesła, okrążył biurko i podszedł do niego. Ułożył mu dłoń na ramieniu i pogładził go po nim. Zielone oczy spojrzały na niego zza okularów. Były tak podobne do tych Mikołaja. Zdecydowanie byli rodziną.
- Wszystko dobrze? – zapytał, lekko opuszczając uszy.
- Sam nie wiem – odpowiedział półszeptem Alhaitham i skierował się w stronę kanapy, gdzie po chwili odłożył swój płaszcz. Miał dziś na sobie ciepły pleciony sweter w kremowym kolorze i grafitowe spodnie.
- Co powiedział Mikołaj? – dopytywał Kshahrewar, przygotowując herbatę dla niego. Uznał, że będzie to lepszy wybór niż napar uspokajający, który zbiłby go z nóg.
- Powiedział… – zaczął mężczyzna, a on spojrzał na niego przez ramię. – Powiedział, że… to wszystko na Jarmarku… to prawdopodobnie oznaki, że mogę być nowym Mikołajem.
- Widzisz świąteczne elfy, słyszysz ulubioną kolędę babci tylko dla siebie – zastanowił się Kaveh. – Może tak być. Zwłaszcza, że… Choinka Mikołaja straciła wszystkie igły jakieś cztery lata temu.
- Tylko, że ja nie wiem, czy nadaję się na Mikołaja – westchnął Alhaitham. – Za empatyczny to ja nie jestem. Nie wspomnę o kierowaniu całą tą… instytucją.
- Obecny Mikołaj na pewno by cię wszystkiego nauczył – odparł z uśmiechem blondyn. – Myślisz, że on tak od razu sobie ze wszystkim radził? Jego poprzednik uczył go wszystkiego prawie piętnaście lat, nim oddał mu stanowisko.
- Mogę mieć prywatne pytanie? – spytał Haravatat, na co skinął mu głową. – Co spowodowało, że chciałeś pracować właśnie tutaj? W Globalnym Biurze?
Kaveh otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Zamknął je w następnej chwili i zmarszczył brwi. Doskonale wiedział, co sprawiło, że chciał tu pracować. Przede wszystkim chciał spełnić jak najwięcej marzeń dzieci.
- Mogę ci pokazać – odparł w końcu, po czym wyłączył wodę i wyciągnął dłoń w stronę mężczyzny. Ten przestąpił z nogi na nogę, a następnie ją ujął. Ścisnął jego rękę i skierowali się do wyjścia.
Zeszli do recepcji i wyminęli ją. Ruszyli znajomym korytarzem do Biura Pocztowego, jednak nie skierowali się do głównej hali. Tuż przed dwuskrzydłowymi drzwiami skręcili w prawo w wąski korytarz. Było tu ciszej i spokojniej. Oświetlenie też było delikatniejsze, lekko przygaszone. Zupełnie inaczej niż w głównym biurze, gdzie panował chaos. Teraz zapewne jeszcze większy.
Na końcu zobaczyli podobne dwuskrzydłowe drzwi. Kaveh skierował się do nich. Popchnął jedno i weszli do cichej, wysokiej sali, pogrążonej w miękkim półmroku. Uszy elfa lekko drgnęły i zgarnął jasne pasmo za ucho. Puścił dłoń Alhaithama, odwracając się w jego stronę. Jego oczy przebiegały po tysiącach małych szufladek. Każda opisana imieniem i nazwiskiem.
- To Archiwum Życzeń – wyjaśnił, kierując się ku niewielkiej konsoli, umieszczonej na podwyższeniu. – Tutaj trafiają marzenia i życzenia, których nie da się spełnić albo nie jest to odpowiednia pora i czas. Kiedy zacząłem pracę dla Mikołaja, trafiłem tu przez przypadek i znalazłem to.
Wszedł na podwyższenie, a Alhaitham za nim. Wpisał na konsoli swoje imię i nazwisko. Usłyszeli szczęk skomplikowanego zamka, by moment potem zobaczyć, jak jedna z szufladek się otwiera, a z niej wylatuje siedem kul rozmiarów piłki do tenisa. Wszystkie lśniły delikatnie, gdy delikatnie opadły przed konsolą. Kshahrewar dotknął jednej, a ta wzniosła się i osiadła w specjalnym pierścieniu. Moment potem rozpłynęła się, przybierając lśniąca postać jego samego, gdy miał jedenaście lat.
- Mikołaju, wiem, że to już trzeci raz – rozniosło się echem, kiedy mały, lśniący Kaveh się odezwał. – Ale wiem, że mój tata tylko zaginął. Więc, proszę. Możesz sprawić żeby wrócił? Mama jest smutna. Ja też za nim tęsknię.
- Potem prosiłem go jeszcze cztery razy – dodał elf, a uszy mu opadły. – Nim zrozumiałem, że tego nie zrobi. A kiedy zacząłem tu pracę i odkryłem to miejsce, stwierdziłem, że chcę, aby jak najmniej życzeń tu trafiło.
- I jak ci idzie? – spytał Haravatat, obejmując go w talii, kiedy jasna kula wróciła do pozostałych.
- Myślę, że dobrze – stwierdził Kaveh, spoglądając w zielone oczy. Były dziwnie smutne. – Tighnari mówi, że w ostatnich dziesięciu latach liczba życzeń, które tu trafiły, obniżyła się o siedemnaście procent. Tylko w zeszłym roku ze wszystkich życzeń trafiło tutaj dwadzieścia trzy procent.
- Bardzo ładny wynik – przyznał Alhaitham i spojrzał na konsolę. – Wpiszesz mnie?
- Myślisz, że jest tu jakieś twoje życzenie? – blondyn uśmiechnął się czule.
- Jedno na pewno – odparł cicho mężczyzna. Kaveh otaksował spojrzeniem jego twarz. Malowały się na niej smutek i ból. Widział je już raz. Zmieszane ze złością. W dniu, kiedy przyprowadził go tu pierwszy raz i odkryli zdjęcie jego rodziny. Moment potem wprowadził jego imię i nazwisko. Życzenia Kaveha powoli wzniosły się i wróciły do szufladki. W międzyczasie z drugiej strony doszedł ich ten sam szczęk zamka. Szufladka otworzyła się gdzieś wysoko, a z niej wyleciało jedno samotne życzenie.
Lśniąca kulka opadła ku nim i zatrzymała się przed konsolą. Blondyn spojrzał na swego towarzysza. Haravatat wyciągnął wolną dłoń i dotknął życzenia opuszkami palców. To zareagowało. Kulka wzniosła się i opadła do pierścienia. Obserwowali, jak tworzy się obraz małego Alhaithama.
- Mikołaju, rzadko o coś proszę – powiedziało lśniące widmo. – Ale czy mógłbym odzyskać rodziców?
- Miałem wtedy dziewięć lat – odezwał się słabo mężczyzna. – Moi rodzice zginęli dwa tygodnie po świętach. A to było rok po ich śmierci. Potem… przestałem wierzyć w Mikołaja i nie przepadałem za Świętami. Dlatego jest to dla mnie tak surrealistyczne. Ja Mikołajem.
- Tu nie chodzi o to, czy lubisz Święta – powiedział ciepło, półszeptem elf. – A o to, jak wielkie masz serce i jak silne jest twoje wewnętrzne dziecko. Każdy z nas je ma.
Ułożył dłoń na jego piersi. Pod palcami poczuł rytm, lekko przyśpieszony. Uśmiechnął się delikatnie, przesunął dłonie na jego ramiona i stanął na palcach. Złączył ich usta razem. Pieszczota została odwzajemniona natychmiast. Silne ramię objęło go w talii, a druga dłoń wsunęła na jego plecy, po których został pogładzony.
- Poza tym Mikołaj nie cierpi tego okresu najbardziej – wyszeptał w jego usta. – Często się irytuje.
Alhaitham zaśmiał się łagodnie i objął go ramieniem, układając dłoń na jego plecach. Zeszli z podwyższenia i skierowali się do wyjścia z Archiwum. Kaveh miał wrażenie, że to w jakimś stopniu uspokoiło mężczyznę. Wtulił się w jego bok, kiedy wyszli z pomieszczenia.
09
Zatrzymał się przed wejściem do biura. Od rozmowy z dziadkiem minęły dwa dni. Coraz częściej słyszał Carol of the Bells. Zwłaszcza będąc tutaj. Choć siebie z dzieciństwa nie widział. Kolęda jednak towarzyszyła mu dość często. Cichymi dźwiękami, niczym kołysanka. Teraz też ją słyszał. Cicho rozbrzmiewała po jego prawej stronie, gdy przystanął przed wejściem.
Odwrócił się i spojrzał w stronę ośnieżonej alei. Nagie korony drzew były przykryte pierzynką białego puchu. Między drzewami rozstawiono drewniane ławki. Odśnieżone i czekające na gości. Wysokie lampy w równych odstępach oświetlały aleję ciepłym blaskiem. Alhaitham wcisnął ręce w kieszenie płaszcza i lekko przymknął oczy. Melodia stała się głośniejsza.
- Znów ją słyszysz? – usłyszał głos Kaveha przy swoim boku. Otworzył oczy i spojrzał na jego zarumienione policzki i nos.
- Tak. Tutaj zawsze jakoś bardziej. Jak kołysankę – odpowiedział i znów spojrzał w stronę alei. – Delikatnie mnie woła. Jakby stamtąd. Z jednej strony jest to kojące, a z drugiej... budzi niepokój.
- Tam jest… Choinka – stwierdził elf z namysłem i podrapał się po policzku.
- Choinka? – zdziwił się Haravatat, marszcząc brwi, po czym zdał sobie sprawę, co blondyn miał na myśli. – Ach. Choinka Mikołaja.
- Chcesz do niej iść? – spytał Kaveh i ułożył mu dłoń na ramieniu. Alhaitham zrobił krok w tył, przygryzając wargę. Sam nie wiedział, czy chce wiedzieć, czy nie. Z drugiej strony, czuł się tu zaskakująco dobrze. Był spokojny, nie męczył go stres i spał dobrze. No i był tu Kaveh. Urocze stworzenie, które zdecydowanie pokochał.
- Ja… chodźmy – sapnął. – Tylko ją zobaczyć.
Blondyn wyszedł przed niego, wyciągając dłoń. Ujął ją pewnie. Odkąd tu trafił, elf był najlepszym, co mogło go spotkać. Jego ostoją. Wszystko wokół niego zwariowało, on natomiast zawsze umiał znaleźć sposób, by go uspokoić, wyciszyć i spokojnie przeprowadzić przez niuanse oraz nonsensy tego miejsca.
Ruszyli oświetloną alejką. Wyminęli kilka śpieszących się elfów. Ścisnął rękę Kshahrewara trochę mocniej, niż powinien. Ten odwzajemnił gest i pogładził jego dłoń kciukiem. Lekko spuścił głowę, spoglądając na ich splecione palce. Przysunął się trochę bliżej, tak by stykali się ramionami.
Nie był pewien, jak długo tak szli, ale wkrótce pojawiły się przed nimi niewysokie, drewniane schody. Prowadziły na kładkę. Ruszyli nią dalej i przeszli na kolejny pomost. Ten został zbudowany na okręgu z czterema zejściami na ośnieżoną ziemię. Pośrodku rosła wysoka choinka. Jednak jej gałęzie były kompletnie nagie. Wszystkie igiełki leżały u jej stóp.
Wtedy Alhaitham go dostrzegł. Stał blisko choinki, z rękoma zaplecionymi z tyłu. Granatowy płaszcz i biały szalik. Jego dziesięcioletnia kopia, którą tylko on widział. Nucił cicho Carol of the Bells. Zatrzymał się i puścił dłoń Kaveha. Podszedł od balustrady i spojrzał na nagie drzewo.
- To Choinka Świętego Mikołaja – powiedział elf, a on skierował się powoli na schody, obserwując ducha swojej dziesięcioletniej kopii. – Nie wiem, jak dokładnie działa ta magia, ale igiełki wracają na drzewo wraz z pojawieniem się nowego Mikołaja.
Alhaitham zszedł po schodach. Znów to poczuł. Otulił go chłód. Śnieżynki zawirowały wokół niego. Przebiegł po nich pospiesznie wzrokiem i skierował kroki do dziesięcioletniego siebie. Ten odwrócił się do niego i uśmiechnął. Przystanął, ale chłopiec gestem zaprosił go bliżej.
Z każdym jego krokiem kolęda rozbrzmiewała coraz głośniej. Czuł jej rytm w sobie. Było to miłe, ciepłe, ale i niepokojące. Wtedy pierwsze igły choinki zawirowały i wzniosły się w górę, wracając na gałęzie. Haravatat podążył za nimi wzrokiem, patrząc, jak osiadają na nagich pędach. Zatrzymał się w pół kroku.
- Już czas – odezwał się dziesięcioletni on i zaczął śpiewać kolędę. Kolejna fala igiełek wzbiła się w górę. Tym razem niczym chmura zawirowały wokół drzewa i zaczęły zbierać się na gałęziach. Serce Alhaithama zabiło szybciej. Zrobił krok w tył, patrząc na to wszystko. Nie. Nie był na to gotowy. Nie wiedział, czy tego właśnie chce.
- Nie! – krzyknął, a czar prysnął. Dziesięciolatek rozwiał się, a igiełki znów opadły z choinki, pozostawiając ją nagą. Alhaitham oddychał ciężko, cofając się. Potknął się o stopnie i opadł na nie.
- Hej, hej, spokojnie – usłyszał głos Kaveha, który przysiadł obok niego. Objął go ramionami, na co wtulił się w jego pierś.
- Nie, nie chcę – wysapał, zaciskając palce na kurtce elfa. – Nie. Po prostu nie.
- Już dobrze – wyszeptał blondyn, głaszcząc go po głowie. – Już dobrze. Nie musisz nim być.
Alhaitham wziął kilka wdechów i wtulił się w niego, opierając podbródek na ramieniu Kaveha. Wtedy go zobaczył. Jego dziadek stał przy zejściu na okrągłą kładkę z rękoma zaplecionymi na piersiach. Najwyraźniej przyglądał się całej sytuacji, a minę miał nietęgą. W następnej chwili odwrócił się na pięcie i oddalił.
Ukrył twarz w futerku kurtki elfa. Miał nieodparte wrażenie, że długo tu nie zostanie, a dziadek właśnie zadecydował o jego powrocie. I tak dużo czasu mu nie zostało. Powinien dobrze go wykorzystać z Kavehem. Zdecydowanie będzie za nim tęsknił.
10
Mikołaj przyszedł do Globalnego Biura wczoraj, akurat kiedy Alhaitham zdecydował się zostać w domu. Rozporządzenie było jasne: przygotować śnieżną kulę dla jego wnuka, by mógł wrócić do domu. Biorąc pod uwagę, jak mężczyzna złamał się przy Choince Mikołaja, Kaveh nie spodziewał się niczego innego.
Westchnął ciężko, patrząc na przygotowaną już śnieżną kulę i mały upominek, który przygotował dla Haravatata. Bardzo nie chciał tego robić, ale wiedział, że w tej chwili nie ma wyjścia. Poza tym powinien się skupić na przygotowywaniu trasy dla Mikołaja i śnieżnych kul dla niego. Alhaitham też ewidentnie próbował uporządkować sobie wszystko w zaciszu jego mieszkania.
Elf podniósł się ze swojego miejsca, biorąc kurtkę i ubierając się. Owinął szalik wokół szyi i zgarniając wszystko z biurka, zdecydował się wyjść wcześniej. Chciał mieć to za sobą. Wiedział, że im dłużej będzie zwlekać, tym pożegnanie będzie bardziej boleć. I tak będzie cierpiał. Choć spędzili razem niewiele czasu, zdołał się zauroczyć i to bardzo mocno.
Wyszedł na zewnątrz, a mróz szczypał jego policzki, nos oraz uszy. Uniósł lekko głowę, aby spojrzeć na gwiazdy, a następnie skierował się do domu szybkim krokiem. Gdy przechodził przez rynek, dźwięki wesołych piosenek świątecznych unosiły się nad Jarmarkiem. Kupił sobie kubeczek grzanego wina. Wiedział, że będzie go potrzebował. Potem ruszył dalej do domu.
Wszedł do mieszkania, a od progu przywitały go przyjemne zapachy. Stał chwilę oparty o drzwi, po czym skierował się do salonu. Alhaitham kręcił się po kuchni, przygotowując jedzenie. Kiedy się odwrócił i go zauważył, posłał mu przyjazny, łagodny uśmiech. Odwzajemnił go, podchodząc nieco bliżej.
- Wcześnie jesteś – stwierdził Haravatat. – Robię właśnie obiad. Głodny?
Kaveh spuścił głowę i wcisnął lewą rękę w kieszeń kurtki. Pod palcami poczuł chłód szklanej kuli, którą tam schował. Upominek dla Alhaithama miał w małej papierowej torebce z tasiemkami. Tę trzymał w drugiej ręce. Moment potem wyciągnął z kieszeni kulkę. Obrócił ją w palcach i lekko potrząsnął. Drobny śnieg zmieszany z magicznym pyłem wzniósł się, wirując.
- Och – wyrwało się mężczyźnie, gdy zdał sobie sprawę z tego, co elf trzyma w ręce. – Cóż… spodziewałem się tego.
- Poprosił mnie wczoraj, bym przygotował dla ciebie powrotną szklaną kulę – wyszeptał Kaveh, odgarniając samotne pasmo za ucho. – Powinieneś wracać.
Położył kulę na stole i cofnął się o krok. Zapadła między nimi cisza. Nie minęło kilka chwil, a usłyszał poruszenie. Kątem oka patrzył na kulę, którą przygotował, a która miała być końcem wszystkiego. Zacisnął wolną dłoń w pięść.
Niedługo potem dostrzegł, jak dłoń Alhaithama sięga po kulę. Poderwał głowę do góry. Mężczyzna był gotowy. Ubrany w swój szary płaszcz, z torbą przewieszoną przez ramię. Serce Kaveha ścisnęło się mocniej. Poczuł, jak gula podchodzi mu do gardła. Wiedział, że to się skończy, a mimo to czuł się, jakby łamano mu serce.
- Gdzie najlepiej to zrobić? – spytał Haravatat bezbarwnym tonem.
- Niedaleko jest park. Możemy tam – wydukał. Mężczyzna skinął w odpowiedzi i pierwszy skierował się do wyjścia. Ruszył więc za nim ze spuszczoną głową.
Tak jak powiedział. Park był niedaleko. Niewielki, chichy spokojny. Dotarcie do niego zajęło im pięć minut. Zatrzymali się na jednej z alejek. Pustej, wąskiej, mało uczęszczanej. Alhaitham obrócił w palcach szklaną kulę.
- Jak to właściwie zrobić? – spytał.
- Ta śnieżna kula jest samonaprowadzająca – wyjaśnił cicho Kaveh. – Wystarczy, że pomyślisz o domu, potrząśniesz i rzucisz, a portal otworzy się w bezpiecznym miejscu niedaleko.
- Rozumiem – powiedział mężczyzna i podrzucił kulą. Moment potem wstrząsnął nią porządnie. Elf złapał go za nadgarstek. Dopiero wtedy Alhaitham spojrzał na niego. I w jego oczach malowało się cierpienie.
- Obaj wiedzieliśmy, że tak będzie. Prędzej czy później. – Samotna łza spłynęła po policzku Kaveha. – Więc czemu jesteś taki chłodny względem mnie?
- Bo będzie mniej boleć – wyszeptał mężczyzna w odpowiedzi, a następnie przyciągnął go do siebie, mocno przytulając. Odwzajemnił gest i wtulił się w szary płaszcz. Trwali tak dłuższy moment, nim się od siebie odsunęli. Pociągnął nosem i zrobił krok w tył. Było mu odrobinę lepiej, bo wiedział, że Alhaitham wciąż coś do niego czuje. Choć rozstanie będzie bolesne, wiedział, że uczucia wciąż będą się tlić.
- Przygotowałem coś dla ciebie – dodał i starł łzę z policzka. Podał Haravatatowi małą torebeczkę. – To prezent. Mikołajkowy, Gwiazdkowy. Zdecyduj, co wolisz i kiedy będziesz go chciał otworzyć. Mogą być te Święta. Mogą być któreś z kolejnych.
- Dziękuję – odpowiedział mężczyzna. – Ja nic dla ciebie nie mam.
- Nie szkodzi – szepnął Kaveh. – Powinieneś iść.
Alhaitham pogładził go po policzku i złożył czuły pocałunek na jego czole. Po tym wstrząsnął ponownie szklaną kulą. Rzucił ją, a portal się otworzył. Po drugiej stronie pojawiła się cicha ulica. Słońce ewidentnie zachodziło, bo widok spowijała pomarańczowozłota łuna. Mężczyzna odetchnął ciężko, a następnie ruszył naprzód. Przeszedł na drugą stronę i odwrócił w jego stronę. Kaveh podszedł bliżej i uśmiechnął się do niego.
- Chciałbym powiedzieć do zobaczenia – odezwał się. – Ale to raczej pożegnanie. W takim razie ostatnie, co powiem, to Wesołych Świąt.
- Wesołych Świąt, Kaveh – odpowiedział Alhaitham, a moment potem portal się zamknął. Drobinki magicznego pyłu opadły, zaległa cisza, a jedynym źródłem światła była latarnia za plecami elfa. Dolna warga mu zadrżała i nie minęła chwila, a rozpłakał się. Zaszlochał cicho, ale szybko wziął się w garść. Starł łzy z policzków i pośpiesznie wrócił do domu. Wiedział, że pożegnanie będzie ciężkie, ale nie sądził, że aż tak bolesne.
11
Alhaitham nacisnął klamkę małego, ale przytulnego antykwariatu i wszedł do środka. Stojąc jeszcze na wycieraczce, otrzepał śnieg z ramion. W pomieszczeniu było kilka osób, a do zamknięcia zostało pół godziny. Za kontuarem stał wysoki mężczyzna o ciemnych włosach. Zdołał jednak złapać jego spojrzenie. Zaczął się więc kręcić po lokalu. Przeglądał w międzyczasie tytuły. Wtedy w jego ręce wpadła Opowieść Wigilijna.
Zaczął kartkować książkę, niemal automatycznie. Jego myśli bowiem krążyły daleko. Konkretniej zaś wokół uroczego elfa na Biegunie Północnym. W pamięci wciąż miał obraz Kaveha, nim zamknął się portal. Może i się uśmiechał, ale jego oczy były bezgranicznie smutne. Widział zbierające się w nich łzy. Aż chciał wrócić i zamknąć go w silnym uścisku.
Jednak cała ta sytuacja z byciem nowym Mikołajem... to było co najmniej abstrakcyjne. A na pewno surrealistyczne. On Mikołajem. Wciąż miał wrażenie, że się do tego nie nadaje. Nie był przeciwnikiem Świąt. A na pewno nie był Ebenezerem Scroogem. Brał udział w przyjęciach organizowanych przez współpracowników. Przyjmował prezenty i sam chętnie je dawał. Jednak nie podzielał tej całej radości, szczęścia i dziwnego ciepła mimo mrozu. A tak przynajmniej myślał, dopóki nie poznał Kaveha. Ten mu pokazał, że on też może czerpać radość ze Świąt.
- Opowieść Wigilijna – usłyszał głos swojego przyjaciela i spojrzał na mężczyznę, który przystanął obok niego. Nawet nie wiedział, kiedy wszyscy klienci zostali obsłużeni i wyszli.
Zhongli Luhua był jego najlepszym przyjacielem. Choć starszy od niego o siedem lat, to odkąd Alhaitham zaczął tu przychodzić, w jakiś sposób się zaprzyjaźnili. Zhongli zawsze umiał mu doradzić z książką. Czasem bibliotekarz sam nie wiedział, czego szukał, a on zawsze wiedział, co mu podsunąć. Teraz też. Znał go doskonale, więc wiedział, że wolumin, który trzymał w rękach, mija się z jego charakterem.
- Nie przepadasz za Świętami – rzucił i stuknął palcem w okładkę. Alhaitham westchnął ciężko, odkładając książkę na stolik. W następnej chwili rozwinął szalik i skierował się w głąb antykwariatu. Na tyłach było wyjście na klatkę schodową. Ta prowadziła na piętro, gdzie znajdowało się między innymi mieszkanie bruneta. Ten zamknął sklep i oboje tam się skierowali. Nie musiał wiele mówić. Zhongli znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że przyszedł porozmawiać.
Wszedł do mieszkania mężczyzny. Niewielkiego, ale przytulnego. Dużo drewna i roślin. Niektóre z nich pachniały przyjemnie. Alhaitham zaproszony gestem wszedł do salonu i usiadł na kanapie, a zaraz na jego kolanach pojawił się kot przyjaciela. Bibliotekarz przebiegł palcami po jego pięknej szarawoniebieskiej sierści. Przypomniał sobie o Mehrak, kotce Kaveha. Jej sierść była dłuższa, mógł zatopić w niej palce. Też zawsze przychodziła do niego na pieszczoty.
Odetchnął i spojrzał w okno, na wciąż padający śnieg. Minęło kilka dobrych dni. Wrócił do domu, do pracy, ale cały czas miał wrażenie, że czuje się trochę nie na miejscu. Myśli nieustannie zaprzątał mu elf. Widział jego uśmiech w swoich myślach. Zastanawiał się, jak się czuje. Czy wszystko z nim w porządku. On sam czuł dziwny ucisk w klatce piersiowej. Czy to była tęsknota?
- Więc… – dobiegł go łagodny głos przyjaciela, więc spojrzał na niego. – Co się dzieje?
Luhua podał mu kubek z parującym napojem. Przyjął go z wdzięcznością i upił łyk pysznego naparu. Smakował trochę jak ten, który dostał od Kaveha, kiedy potrzebował się uspokoić i wyciszyć. Był tylko trochę słodszy. Zapewne przez miód, który brunet dodawał do napojów.
- Miałem ostatnio urlop – wyznał Haravatat. – Wybrałem się na wycieczkę.
- Zaskakujesz mnie. Ty i urlop? – zdziwił się Zhongli. – A tym bardziej wycieczka.
- Urlop był przymusowy – odparł i przewrócił oczami. – Ale nie o to chodzi. Ja chciałem…
Westchnął ciężko i odstawił kubek na stolik do kawy. Zdjął okulary z nosa i ścisnął palcami jego nasadę. Czuł, jak w oczach zbierają mu się łzy. Czy on tęsknił? Czy jego serce się kruszyło? Czy to była miłość?
- Można się zakochać w niecałe dwa tygodnie? – powiedział na głos. Westchnął ponownie, po czym założył okulary i zamrugał.
- Owszem – przytaknął jego przyjaciel, a Alhaitham spojrzał na niego. – Czasami tak się dzieje. Nie myśli się dużo, a uczucie zwyczajnie tam jest. A co? Na tej wycieczce poznałeś kogoś?
- W rzeczy samej – przyznał, osuwając się trochę niżej na swoim miejscu. – Czarujące stworzenie. Oczy mu błyszczą, kiedy opowiada o czymś z fascynacją. Jest słodki i uroczy.
- Więc czemu po prostu do niego nie wrócisz? – zagadnął Zhongli, uśmiechając się. – Też to zrobiłem, kiedy poznałem Ajaxa. Z dnia na dzień porzuciłem dom, pracę, by być z nim.
- Nie żałujesz? – spytał już trochę spokojniej Haravatat.
- Ani trochę – odparł Luhua z przekonaniem. – Przemyśl sobie to wszystko spokojnie. Choć myślę, że głęboko w sercu doskonale wiesz. Wiesz, gdzie ono jest.
- Zostawiłem je z Kavehem – szepnął, upijając łyk naparu. Ponownie spojrzał w okno na padający śnieg. Może powinien w końcu przestać wszystko analizować i dać się ponieść?
Na Biegunie Północnym było mu zaskakująco dobrze. Czuł się dobrze, swobodnie. Niczym się nie przejmował. Miał wrażenie, że znalazł własne miejsce. A Kaveh był uroczy i kochany. Może zostanie nowym Mikołajem nie było wcale takim najgorszym pomysłem? Problem był tylko w jednej rzeczy. Nie wiedział, jak wrócić na Biegun.
12
Kiedy tamtego dnia wszedł do mieszkania i rozejrzał się po nim, rozpłakał się na dobre. W kuchni na palnikach wciąż stały pozostawione garnki. Obiad, który szykował Alhaitham, był prawie gotowy. Na kanapie leżał sweter mężczyzny. Kaveh podniósł go i ukrył w nim twarz. Łzy zmoczyły puchaty materiał, gdy poczuł znajomy zapach. Opadł na kanapę i skulił się. Dopiero gdy Mehrak do niego przyszła i szturchnęła go główką, spojrzał na nią. Pozwolił kotce wsunąć się pod ramię i przytulić do niego.
Przeleżał tak parę godzin, nim się podniósł i odgrzał sobie obiad, który przygotował Alhaitham. Był pyszny. Jak wszystko, co dla niego przygotowywał, gdy nie szedł z nim do biura. Mieszkanie nagle stało się ciche i przeraźliwie chłodne. Nawet Mehrak usiadła pod drzwiami i przez godzinę płakała pod nimi, czekając na Haravatata. Jednak szybko zdała sobie sprawę, że nie przyjdzie. Wróciła więc do niego i spędziła z nim wieczór oraz noc.
Od tamtego czasu minęło kilka dni. Kaveh pogrążył się w pracy. Od rana do nocy przesiadywał w Biurze Globalnym, wprowadzając ostatnie adresy, a potem skrzętnie zaczął wyznaczać trasę dla Mikołaja. Powoli przygotowywał też kule śnieżne dla niego. Czasem ucinał sobie drzemki w biurze, by wkrótce ponownie siąść do pracy.
Dziś nie było inaczej. Pochylał się nad mapą, łącząc ze sobą kolejne punkty. Włosy miał spięte w nieskładny kok, jednak kilka pasm uwolniło się z niego. Zgarnął jedno z nich za swoje spiczaste ucho i wrócił do pracy. Czerwone linie pojawiały się na mapie i globusie. Gdy kończył trasę, umieszczał w specjalnym pierścieniu czystą, szklaną kulę, a następnie zapisywał ją. W szklanej sferze pojawiał się wtedy złoty ślad, świadczący o zapisanej trasie. Gotową kulę chował do specjalnego pudełka.
Wyprostował się i przeciągnął, opadając na oparcie krzesła. Zerknął na zegarek, który wskazywał dziewiętnastą trzydzieści. Normalnie byłby w domu od ponad półtorej godziny. Jednak nie chciał tam wracać. Wciąż tęsknił za Alhaithamem. Gardło mu się ściskało. Może powinien znaleźć sobie nowe mieszkanie? Inna sprawa, że Gwiazdka była coraz bliżej. Musiał ułożyć ten plan.
Wziął ponownie do ręki specjalny rysik i już miał pochylić się nad mapą, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Odłożył go więc i odwrócił się, spoglądając na drzwi, po czym zaprosił gościa. Moment potem w progu pojawił się Tighnari. Zastrzygł uszami i posłał mu przyjazny uśmiech, a następnie wszedł, zamykając za sobą drzwi. Ogon mu zafalował. Przez ramię miał przewieszony płaszcz.
- Skończyłeś pracę? – spytał, podchodząc bliżej. Kaveh spojrzał na globus. Chciał tu jeszcze zostać. Wprowadzić trasę albo dwie.
- Właściwie… Chciałem jeszcze popracować – odpowiedział, patrząc na duży globus. Między kontynentami przeskakiwały szkarłatne linie. Moment potem zdzielono go w głowę. Ciche „ała” wyrwało się z jego ust i ponownie spojrzał na przyjaciela. Przeszył go szkarłatnym spojrzeniem, ale Tighnari był nieugięty.
- Przepracowujesz się, od kiedy odszedł Alhaitham – westchnął uszaty i oparł się biodrem o konsolę. – Widzimy to wszyscy. Ja, Cyno, Sethos. Martwimy się o ciebie.
- Wszystko ze mną w porządku – zapewnił Kshahrewar i westchnął ciężko. – To… Mój sposób na uporanie się z tym.
- Trochę niezdrowy – zauważył brunet. – Obaj wiedzieliście, że kiedyś wróci do siebie.
- Tak, wiem – warknął w odpowiedzi, po czym spojrzał na mały globus. Był rozstrojony.
- Chodź. Zabiorę cię gdzieś. Jest piątek, odetchniesz – zaproponował Nari, a jego ogon zafalował, gdy zakładał płaszcz. – No chodź.
- Może masz rację – westchnął Kaveh i podniósł się ze swojego miejsca. Zgarnął kurtkę z oparcia krzesła i również założył na siebie. Zarzucił jeszcze szalik na ramiona, po czym wyszedł razem z przyjacielem. Skierowali się w stronę rynku, jednak tuż przed zejściem ku niemu Tighnari odbił w prawo. Elf przystanął i spojrzał na niego zaskoczony. Myślał, że idą na Jarmark, wypić kubek grzańca. Jego przyjaciel zatrzymał się również i machnął ręką.
- No chodź! – zawołał.
- Myślałem, że idziemy na grzańca – odkrzyknął Kaveh i zbiegł w dół uliczki za nim.
- Żebyś zalał się w trzy dupy, jeszcze czego – skomentował Tighnari, gdy się z nim zrównał. – Aż tak głupi nie jestem.
Zeszli jeszcze trochę w dół. Ich oczom ukazała się przytulna kawiarnia. Była nadal otwarta mimo późnej pory. Weszli do środka. Było tu ciepło i przytulnie. Zajęli wolne miejsce przy stoliku pod oknem. Zaraz potem podeszła do nich kelnerka.
- Dwa razy Irish Coffee – złożył zamówienie Nari i spojrzał na niego. – Chcesz jeszcze coś do tego?
- Ciasto marchewkowe – odparł Kaveh. Dziewczyna uśmiechnęła się do nich i odeszła. Wróciła po dłuższej chwili z dwiema wysokimi szklankami kawy i dodatkowo ciastem dla niego. Elf wpierw zatopił łyżeczkę w cieście i zjadł kilka kawałków. Dopiero po chwili sięgnął po kawę. Upił łyk, a jego oczy się rozszerzyły i spojrzał na przyjaciela. Ten zaśmiał się przyjaźnie.
- Myślałeś, że pozbawię cię możliwości napicia się alkoholu? – zapytał łagodnie. – Wiem, że jesteś załamany i masz złamane serce. Ale nie pozwolę ci się upić.
- Dzięki – odparł Kaveh i spuścił wzrok. Nabrał kolejny kawałek marchewkowego ciasta, by finalnie je dojeść. Następnie przysunął sobie szklankę z kawą. Upił kolejny łyk, a bita śmietana, którą przyozdobiono napój, została na górnej wardze. Oblizał się.
- Alhaitham… Od odejścia mamy nie czułem się tak dobrze jak z nim przez te półtora tygodnia – wyznał z lekkim uśmiechem.
- Wiem, że jesteś smutny. Bądź dobrej myśli, jest z rodziny Mikołaja – odrzekł na to Tighnari. – Zapewne tu jeszcze wróci. Jest jego wnukiem, prawda?
- Nie jestem pewien. – Kaveh skulił się lekko. – Cała ta sytuacja z byciem nowym Mikołajem... To go zdecydowanie przytłoczyło. Dochodził do siebie dwa dni.
- Wiesz, zawsze możesz być jak pan Zhongli – stwierdził jego przyjaciel, a on spojrzał na niego, upijając kolejny łyk kawy z alkoholem.
- Pozbyć się mocy? – sapnął z niedowierzaniem.
- Pan Zhongli stał się zwykłym człowiekiem i mieszka teraz ze swoim partnerem – podjął Tighnari. – Wysyła mi listy od czasu do czasu. Jednak zanim podejmiesz tę decyzję, daj czas Alhaithamowi. Zapewne musi oswoić się ze wszystkim.
- Do następnej Gwiazdki – stwierdził Kshahrewar i pociągnął kolejny łyk kawy.
Nie sądził, by Alhaitham chciał tu wracać. Choć prezentem od niego była dodatkowa kula śnieżna, to nie przypuszczał, że kiedykolwiek ją wykorzysta. Pomysł jego przyjaciela natomiast nie był najgorszy. Znał kilka przypadków elfów, które porzuciły moce, by żyć pośród ludzi. Wiedział też, że nie może odejść teraz, kiedy był odpowiedzialny za trasę Mikołaja. A wyszkolenie nowego pracownika zapewne potrwa. Dlatego zaraz po Gwiazdce porozmawia z szefem o odejściu. Chciał być z Alhaithamem.
13
Pożegnał się ze wszystkimi w bibliotece. Był to jego ostatni dzień pracy. Dostał bukiet kwiatów i zjedli razem pyszny tort. Wyszedł pierwszy, choć chciał zostać i pomóc wszystkim w sprzątaniu. Wyrzucili go wręcz, tłumacząc, że przecież musi się spakować. Wrócił do domu, przechodząc obok szkoły, gdzie poznał Kaveha.
Słowa przyjaciela dały mu do myślenia. Najpierw analizował wszystko. Dogłębnie, wzdłuż i wszerz. Wciąż miał opory przed byciem Mikołajem. Z drugiej strony Kaveh zapewniał, że dziadek wyszkoli go dokładnie i wdroży we wszystko. Poza tym to uczucie, które towarzyszyło mu, kiedy tam był... Spokój, wewnętrzna lekkość. To było dobre, przyjemne i miłe.
Wszedł do cichego mieszkania. Kiedy poinformował właściciela o swojej wyprowadzce, tamten chciał mu z tym pomóc, jednak poinformował, że nie trzeba. Przekazał, że zostawia wszystkie meble. Zabrał tylko część ubrań, głównie zimowych, i najpotrzebniejsze rzeczy. Wszystko zmieściło się do średniej wielkości walizki. Dopakował jeszcze kilka drobiazgów i stanął w wyjściu
Spojrzał na mieszkanie, stawiając walizkę przy nogach. Zostawił je czyste, w pełni wyposażone. Wszystko, co niepotrzebne, wyrzucił. Westchnął, a delikatny uśmiech wkradł się na jego usta. Czuł się dziwnie podekscytowany. W porównaniu z dniem, gdy trafił na Biegun pierwszy raz i czuł się skołowany oraz niepewny, teraz nie mógł się doczekać.
Spojrzał na komodę, gdzie leżało małe, czerwone pudełeczko. Sięgnął po nie i otworzył palcem. W środku była przejrzysta kula śnieżna z wąskim, srebrnym paskiem biegnącym przez środek. Na jej dnie osiadł śnieg i magiczny pył. Z tego, co Kaveh napisał w kartce, była to jedna z tych Samonaprowadzających. Zatem pewnie zabierze go tam, gdzie będzie chciał.
Zamknął pudełeczko i wsunął do kieszeni swojego płaszcza. Następnie odwrócił się, zabrał walizkę, po czym wyszedł z mieszkania. Zamknął je za sobą i zaszedł jeszcze do właściciela. Oddał mu klucz i pożegnali się ostatni raz.
Wyszedł na chłodne, mroźne powietrze. Śnieg skrzypiał pod jego stopami, a na niebie widniał księżyc w pełni. Ruszył do parku, który znajdował się ulicę dalej. Były tam mało uczęszczane alejki, gdzie mógł rzucić kulę. Kiedy znalazł się blisko bramy, usłyszał znajomy głos.
- Z walizką do parku o tej porze? – Alhaitham spojrzał w lewo, skąd nadchodził jego przyjaciel. Na twarzy Zhongliego gościł delikatny uśmiech. – Chyba że używasz niekonwencjonalnych metod podróży.
- Słucham? – wypalił Haravatat.
- Mówię o śnieżnych kulach – oznajmił Luhua. – Kiedyś… byłem elfem. Jak Kaveh. Pracowałem w Biurze Pocztowym. A potem poznałem Ajaxa. Za zgodą Mikołaja, porzuciłem swoje moce i zamieszkałem pośród ludzi. Los nas chyba ze sobą połączył.
- Och – wyrwało się Alhaithamowi. – Wiesz, kim jestem?
- Nie mam pojęcia – przyznał brunet. – Ale kiedy wspomniałeś Kaveha… Zdałem sobie sprawę, że musiałeś być na Biegunie Północnym.
- Jestem praprapraprawnuczkiem Mikołaja – wyznał bibliotekarz.
- Och. – Tym razem szok odmalował się na twarzy Zhongliego. Moment potem mężczyzna się uśmiechnął. – Pomogę ci. Przypilnuję, by nikt cię nie zobaczył.
Skinął głową i obaj weszli do parku. Skierowali się do spokojnej, cichej alejki. Na jej końcu był niewielki zagajnik. Weszli między drzewa, gdzie było trochę wolnej przestrzeni. Alhaitham zatrzymał się, wyciągnął czerwone pudełeczko i otworzył je. Wydobył szklaną kulę, spojrzał na nią, po czym wziął głęboki oddech i pomyślał o miejscu, gdzie powinien otworzyć przejście.
- Alhaitham – usłyszał głos przyjaciela i spojrzał na niego. – Powodzenia na Biegunie.
- Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał wrócić, napisz – odpowiedział, posyłając mu lekki uśmiech. – Nie wiem, czy będę w stanie zwrócić ci moc, ale ty i Ajax zawsze jesteście mile widziani.
- Dziękuję – odparł Zhongli. – Może Choinka Mikołaja?
- Ach, masz rację – zreflektował się i znów spojrzał na kulę. Pomyślał o drewnianej kładce, prowadzącej do choinki, wstrząsnął kulą i rzucił na zamarzniętą glebę. Śnieg wzniósł się razem z magicznym pyłem, a moment potem przejście się otworzyło, ukazując lekko ośnieżony pomost. Westchnął i uśmiechnął się na ten przyjemnie znajomy widok. Przekroczył portal, po czym spojrzał za siebie. Uśmiechnął się do Zhongliego, który odwzajemnił gest i pomachał mu ręką ma pożegnanie. Portal zamknął się, a pył opadł na kładkę.
Ruszył nią i doszedł do wielkiej choinki. W tej chwili kręciło się tu sporo elfów. Część sprzątała pomost ze śniegu. Dostrzegł też Cyno i Tighnariego. Uszaty zauważył go pierwszy, a oczy mu rozbłysły na jego widok. Pierwszy ku niemu podszedł, uśmiechając się na powitanie.
- Alhaitham – odezwał się.
- Czy możecie tego dla mnie popilnować? – spytał, spoglądając na nagą choinkę. Pod nią siedział dziesięcioletni on. Ten sam granatowy płaszczyk, jasny szalik i nauszniki. Wydawał się być naprawdę smutny. I rozumiał to trochę.
Skierował się do najbliższego zejścia. Śnieg pod jego stopami zaskrzypiał. Włosy na karku zjeżyły się. Poczuł się obserwowany i go to nie zdziwiło. To było dla nich wyjątkowe miejsce. Wtem płatki zawirowały wokół niego, a przez igiełki pod drzewem przebiegł delikatny podmuch, na moment podnosząc je w górę. Chłopiec pod choinką przestał rysować wzory i poderwał głowę.
Haravatat przykucnął przed swoją dziesięcioletnią kopią. Uśmiechnął się do chłopca i wyciągnął ku niemu dłoń. Zielone oczy roziskrzyły się, a mała rączka pewnie chwyciła jego rękę. Moment potem rozbrzmiały pierwsze słowa kolędy. Rozejrzał się dookoła. Igiełki zawibrowały i lekko poderwały się z ziemi. Kiedy znów spojrzał na młodszego siebie, ten zaczął się mienić i znikać, aż rozpłynął się w magiczny pył.
Alhaitham wyprostował się. Omiótł go chłodny podmuch wraz ze złotawym pyłem, w który przemienił się dziesięcioletni on. Igiełki choinki wzbiły się w górę, wracając na swoje miejsce. Otoczyło go ciepło, w sercu pojawiła się lekkość. Przez myśli przebiegły wszystkie dobre wspomnienia z rodzicami, potem babcią. To było to, czego potrzebował, by nim być. Radość czasu spędzonego z rodziną. Tego było mu trzeba, by stać się dobrym Mikołajem.
Odetchnął i iskierki zatańczyły mu przed oczami, a gdy podniósł głowę, spojrzał na imponującą choinkę z gęstymi gałęziami. Na szczycie lśniła piękna, ośmioramienna, przestrzenna gwiazda. Między gałązkami mieniły się złote i niebieskawe światełka. Bił od nich przyjemny, ciepły blask. Dopiero po chwili Alhaitham spojrzał na siebie.
Był ubrany w dopasowane, bordowe spodnie i ciepły, pleciony, kremowy sweter z golfem. Na ramionach zarzucony miał płaszcz długi do łydek, rozcięty z tyłu. Przy kołnierzu i rękawach wszyte było futerko. Dłonie osłaniały skórzane rękawiczki w kremowym kolorze. Odetchnął cicho i ponownie spojrzał na choinkę. Czy właśnie stał się Mikołajem?
- Alhaitham – usłyszał za plecami i odwrócił się. Przed nim stał Tighnari z lampionem w ręce. – A raczej Mikołaju. Jak brzmi twoja kolęda?
- Kolęda... – sapnął, podchodząc do niego, po czym uśmiechnął się, bo wiedział, co będzie idealne. Przynajmniej dla niego. – Hark how the bells, sweet silver bells.
Zaczął donośnym głosem. Nawet nie próbował niczego analizować, jak zazwyczaj miał w zwyczaju. To był Biegun Północny. Dał się wiec ponieść jego magii. Emocje, które się w nim mieniły, były jasne, przejrzyste i ciepłe. Nie czuł takiej radości od ostatniej Gwiazdki z rodzicami.
- Christmas is here, bringing good cheer – dołączył do niego Tighnari wraz z kilkoma innymi elfami, które były na miejscu. Kiedy popatrzył na nich, zobaczył, że każdy z nich trzymał podobny lampion. Koło niego i uszatego natomiast pojawił się Cyno. Także z lampionem.
- Czas na kolędę i przekazanie nowiny – powiedział podekscytowany. – Poprowadzę do posiadłości Mikołaja.
Alhaitham skinął mu głową, nie przerywając pieśni. Chwilę potem i Cyno ruszył, odśpiewując donośnie utwór. Wrócili na kładkę i ruszyli alejką przez park. Kolejne elfy dołączały do nich. Kiedy wyszli na plac przed biurem, rozbłysła nad nim piękna zorza polarna. Poderwał głowę, by się jej przyjrzeć.
Przeszli przez plac, a potem ruszyli wąską uliczką między drzewami. W oddali dostrzegli blask. Dostał szybką podpowiedź od jednego z elfów, że to posiadłość Mikołaja. A on o dziwo wiedział, czemu tam idą. Musi dojść do symbolicznego przekazania mocy. Zastanawiał się tylko, jak to nastąpi.
Przeszli przez bramę na plac przed posiadłością, odśpiewując ostatnie wersy kolędy. Alhaitham wyszedł przed wszystkie elfy, również śpiewając pieśń. Spojrzał na swojego dziadka. Stał przed wejściem w swoim płaszczu, z dużym, czerwonym lampionem w dłoni. Obok niego stała kobieta, otulona szalem. Założył, że to jego babka. Skończyli kolędę, a on popatrzył na dziadka. Ten uśmiechnął się i zaprosił go gestem.
- Nie sądziłem, że się zdecydujesz – odezwał się, gdy Alhaitham stanął przed nim. – Wyglądałeś raczej na kogoś, kto chce stąd uciec i nie wracać.
- Dwa tygodnie to sporo czasu, by móc się zakochać w tym miejscu – wyznał z lekkim uśmiechem. Dziadek również uśmiechnął się do niego, po czym zaśmiał przyjaźnie. W następnej chwili wyciągnął do niego rękę z lampionem. Był on znacznie większy od tych niesionych przez elfy, błyszczał i mienił się ciepło. Alhaitham przejął go, a złote drobinki otoczyły jego osobę wraz z przyjemnym ciepłem. Płomień w środku przeskoczył, po czym się uspokoił.
- Witam nowego Mikołaja – odezwał się w końcu jego dziadek, a za plecami Haravatata rozległy się brawa. Odwrócił się z lampionem w ręce. Cyno podszedł tylko, oddając mu walizkę, którą ze sobą zabrał. Po tym wszystkim weszli do posiadłości. Odetchnął, ale nie dlatego, że był zestresowany, a że w końcu znalazł miejsce, gdzie czuł się naprawdę dobrze. Jakby Biegun był miejscem, do którego miał trafić. Opanowała go ulga i spokój.
14
Jak co rano przyszedł do pracy, ziewając potężnie. Spał dziś krótko, bo wczoraj do późna siedział w biurze. Teraz wszedł na plac przed nim, przeciągając się lekko. Zobaczył spore poruszenie. Widział elfy tłumnie kierujące się do parku. Inne, równie podekscytowane wracały stamtąd. Zmarszczył brwi, zaskoczony tym poruszeniem.
Odwrócił się na pięcie, wciskając ręce w kieszenie swojej bordowej kurtki i skierował się do parku. Ruszył znajomą alejką, a potem wszedł na drewnianą kładkę. Kiedy wyszedł na tą okrągłą, zamarł. Stał przed piękną, wysoką choinką. Jej zapach roztaczał się dookoła. Mieniła się urokliwie, roztaczając przyjemny blask w ciemności nocy. Wtedy też zakłuło go w sercu.
Choinka była piękna. Promieniała blaskiem. A on czuł, że robi mu się niedobrze. To oznaczało tylko jedno. Mieli nowego Mikołaja. Gardło mu się ścisnęło, podobnie jak pierś. Zastanawiał się, jak teraz przejdzie jego potencjalne zwolnienie się, bo nie sądził, że Alhaitham tu wróci. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Przygryzł lekko dolną wargę i spojrzał na wszystkie elfy tam w dole.
Każda z młodych kobiet próbowała podejść bliżej Choinki Mikołaja. Była ona otoczona specjalną barierą magiczną, tworzącą pole, w które mógł wejść tylko Mikołaj i jego partnerka. Czy to przyszła, czy obecna. Nie dziwiło go więc, że każda młoda elfka próbowała. Kto by nie chciał być Panią Mikołajową.
- Kaveh jest śliczny! – usłyszał nagle głos Sethosa. Wyłapał go w dole na jednym zejściu przy poręczy. Uśmiechnął się do niego i machnął ręką.
- Nie sądzę, by Mikołaj był zachwycony, mając partnera, a nie partnerkę – rzucił, wciskając ręce jeszcze głębiej w kieszenie. Zacisnął dłonie w pięści i lekko kopnął pobliską belkę czubkiem buta. Następnie odwrócił się na pięcie tak energicznie, że jego złote włosy zafalowały, a potem... zderzył się z kimś. Odruchowo przytrzymał się płaszcza tamtej osoby, która objęła go w talii. Poderwał głowę, chcąc przeprosić.
- Alhaitham – zdołał wyjąkać, nim gardło ścisnęło mu się, a łzy napłynęły do oczu. Mężczyzna uśmiechnął się lekko i starł jedną, która potoczyła się po jego rumianym policzku. Moment potem spojrzał ponad jego ramieniem.
- Co one robią? – zapytał. Kaveh odchrząknął, dał się objąć ramieniem i poprowadzić bliżej schodów.
- Chcą zostać Panią Mikołajową – wyznał, spoglądając na tłum. – Mamy nowego Mikołaja, więc ta elfka, która zdoła podejść do choinki, będzie jego partnerką do końca.
- Myślę, że nowy Mikołaj już wybrał – stwierdził Haravatat i pierwszy zszedł po schodach na dół. No tak. Skoro jest spokrewniony z obecnym, to zapewne spotkał nowego. Serce Kaveha znów się ścisnęło. A wtedy zobaczył dłoń Alhaithama wyciągniętą ku sobie. Zszedł po stopniach i ujął ją. Mężczyzna ułożył ją sobie na ramieniu, a następnie ruszyli ku choince.
- Co ty... – zdołał wydukać elf, nim znaleźli się niebezpiecznie blisko choinki. Drobinki śniegu wzbiły się w powietrze, zatańczyły ze złocistym pyłem wokół nich. Przyjemne ciepło zalało jego serce. Poczuł się spokojnie, odetchnął lekko i spojrzał na Alhaithama.
Wyglądał jak młodsza wersja obecnego Mikołaja. Bordowe, dopasowane spodnie oraz kremowy, pleciony sweter. Na to także bordowy płaszcz z futerkiem przy kołnierzu i rękawach. Jego włosy jakby pojaśniały o ton i były bardziej platynowe niż srebrzyste. Ciepły uśmiech zagościł na jego ustach. Ujął dłoń Kaveha, a on okręcił się wokół własnej osi.
Złote włosy elfa zafalowały, związane w koński ogon. Jego bordowa kurtka została na miejscu, ale gdy spojrzał na siebie, był ubrany w jasne spodnie i golf w tym samym kolorze. Ponownie przeniósł wzrok na mężczyznę, który pstryknął palcami, a nad ich głowami pojawiła się jemioła.
- Będziesz piękną panią Mikołajową – powiedział Alhaitham, by moment potem przyciągnąć go do siebie. Jego ramię pewnie objęło Kaveha, któremu serce zabiło mocniej, a w następnej chwili złożył słodki, czuły pocałunek na jego ustach. Elfowi zrobiło się gorąco. Poczuł rumieniec rozlewający się po twarzy, uszach i szyi. Gdy oderwali się od siebie, skrył się w objęciach Alhaithama, przy akompaniamencie gromkich braw i gwizdów.
- Skradłeś mi serce – usłyszał przy uchu jego głos. – Więc wróciłem do ciebie.
- Zabawne. Ja byłem gotów oddać moc, by stać się śmiertelnikiem – wyznał Kaveh, odchylając się w jego objęciach.
- Dobrze, że tego nie zrobiłeś – odparł mężczyzna. – Biuro Globalne bez ciebie nie byłoby takie samo.
- Żeby było jasne, Panie Mikołaju – odezwał się Kaveh i wymierzył w niego palec. – Nie mam zamiaru odejść z pracy, choć zostałem Panią Mikołajową.
- Nawet nie śmiem ci tego sugerować – zaśmiał się Alhaitham. – Ale masz się przeprowadzić do posiadłości Mikołaja.
- To da się załatwić – wymruczał blondyn, wspinając się na palce. Jego uszy lekko się uniosły, kiedy ponownie złączył swoje usta z wargami ukochanego. Nie spodziewał się takiego rozwoju zdarzeń, ale lepiej być nie mogło. Wiedział, że teraz już wszystko się ułoży. I w jego życiu, i Alhaithama. Nie musiał się już o nic martwić.
- Wesołych Świąt – szepnął tymczasem Alhaitham wprost w jego ucho.
- Wesołych Świąt – odpowiedział Kaveh i pozwolił mu potrzeć nosem o jego własny. Następnie dał się objąć ramieniem w talii. Wtulił się w niego i skierowali się w stronę wspólnej przyszłości.
