Chapter Text
Publiczna plaża była tak zatłoczona, że Harry niemal zaczynał żałować, że tutaj przyszedł. Rodzice na pewno nie mieli by nic przeciwko, gdyby wykorzystał jedną z tych prywatnych. Co prawda przeznaczone one były tylko dla niektórych pokoi, strzeżone i zamknięte dla oczu postronnych gapiów, ale przecież nie zrobiłby tam jakiegoś wielkiego bałaganu i mógłby w spokoju pomoczyć się trochę w wodzie.
Tyle. Tyle że na plaży byłby sam, bez żadnych ludzi wokół, i Harry zdawał sobie sprawę z tej kulejącej logiki, ale właśnie w tym tłumie znajdował się koleś, który nie przestawał się na niego gapić od dobrych czterdziestu pięciu minut.
W każdym innym przypadku Harry zignorowałby typa — nie był zbytnim fanem nachalnego podrywu, unikał sytuacji, w których musiał uciekać się do różnych chorych sztuczek, jak nagła śmierć w rodzinie, tylko po to, by spławić swoją nieudaną randkę.
Ale wzrok tego kolesia nie był łapczywy. Facet nie gapił się na niego przez cały czas, na Boga, Harry nawet by tego nie zauważył, gdyby przy kolejnym odwróceniu głowy w tamtym kierunku, nieznajomy nie odwrócił wzroku tak gwałtownie, że chyba tylko cudem jego oczy nadal pozostawały na swoim miejscu. Co najważniejsze, Harry szybko odkrył, że nie czuje się pod tym spojrzeniem jak tani ochłap mięsa — dlatego nie miał żadnych oporów przed zbadaniem tej sytuacji bardziej dogłębnie.
Kiedy grupka dziewczyn, które od dziesięciu minut próbowały zwrócić na siebie jego uwagę, w końcu zebrały się na odwagę i zaproponowały mu rozegranie meczu siatkówki, bo „brakuje im jednego gracza”, zgodził się chętnie. Wstał, uważając, by odwrócić się do nieznajomego tyłem i dokładnie otrzepać krótkie, żółte szorty z piasku. Schylił się po swój ręcznik i przerzucił go sobie przez ramię.
— Boiska są tam — powiedziała jedna z dziewczyn, wskazując palcem. — Akurat jedno się zwolniło, więc musimy się pospieszyć zanim znów je zajmą.
Harry uśmiechnął się, kiwając głową.
— Niedaleko jest też stoisko z napojami i lodami — rzuciła kolejna, mrugając do niego.
— Jestem na diecie — odparł Harry, klepiąc się po brzuchu. — Ale z chęcią zasponsoruje wygranej drużynie coś słodkiego.
Kilka dziewczyn zachichotało, poprawiając włosy, i Harry zdusił w sobie westchnięcie. Siłą też powstrzymywał się przed odwróceniem za siebie i sprawdzeniem, czy koleś, które się na niego gapił, za nim idzie. Szansa na to i tak wynosiła jakieś dziesięć do stu milionów.
Musiał przyznać, że całkiem dobrze się bawił. Gdy zaczęła się gra, dziewczyny przestały skupiać się na swoich nieudanych flirtach i zajęły się rozgrywką; lekki wiatr przyjemnie chłodził rozpaloną słońcem skórę, a kiedy Harry przypadkiem zerknął w stronę stoiska, oniemiał. A potem uśmiechnął się krzywo i ukrył to, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.
Koleś siedział przy jednym ze stolików, schowany w cieniu wielkiego parasola, i popijał coś z wielkiej, oszronionej szklanki. Też miał założone okulary, ale Harry nie musiał widzieć jego oczu, żeby wiedzieć, gdzie są skierowane.
Od tej pory skakał nieco wyżej, schylał się po piłkę nieco częściej i otrzepywał z piasku bardziej dokładnie, upewniając się, żeby przesuwać dłońmi po swoim tyłku i udach. W końcu jednak zaczął się nieco nudzić, a mięśnie ramion rwały go bólem. Przyszedł tutaj prosto po pracy, zdążył jedynie wziąć szybki prysznic i wrzucić coś na ząb. Dlatego, kiedy dostrzegł okazję, wykorzystał ją natychmiast. Odbił piłkę od dołu akurat tak niefortunnie, że ta poleciała w kierunku stolików przy barze. Na szczęście nie wylądowała na jednym z nich, a obok. Akurat obok nieznajomego obserwatora.
Cóż za niespodzianka, prawda, wprost nie do uwierzenia.
— Moja wina — krzyknął, machając do dziewczyn. — Ja pójdę!
Ruszył truchtem w kierunku piłki, wsuwając okulary we włosy na czubku głowy. Koleś nie wykonał żadnego ruchu, by mu ją podać, chociaż leżała niecałe pół metra od jego krzesła. Im bliżej niego Harry się znajdował, tym bardziej się cieszył, że nie zignorował swojego przeczucia.
— Strasznie mi przykro — powiedział. — Mam nadzieję, że nic się nie stało. Myślałem, że wiem gdzie poleci piłka.
Widział swoje własne odbicie w okularach nieznajomego — zaróżowioną i spoconą twarz oraz potargane włosy. Koleś nie odpowiedział od razu, unosząc brew.
— Nic się nie stało — odparł; miał wysoki, lekko zachrypnięty głos. — Dobrze by było, żebyś na przyszłość wiedział, gdzie ty sam lecisz.
— W tej chwili lecę na ciebie — palnął Harry bez namysłu.
Brew mężczyzny powędrowała jeszcze wyżej.
— Takie zabawy słowem to twój popisowy numer? — zapytał. — Bo jeśli tak, to chyba będę musiał się zbierać.
Harry skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na kolesia z góry.
— Jestem też biegły w kilku językach. We francuskim na przykład, ładnie rozluźnia żuchwę.
Nieznajomy parsknął śmiechem, kręcąc lekko głową. Odchylił się na krześle i spojrzał w górę. Nadal nie ściągnął okularów i Harry poczuł przedziwne pragnienie, aby z bliska zobaczyć kolor jego oczu.
— Tak? Akurat się składa, że mam całkiem francuskie imię, a słyszałem, że powtarzanie jednego słowa w różnych tonacjach to dobry sposób na naukę.
— Och. — Harry przyłożył dłoń do piersi w udawanym zaskoczeniu. — Serio? Nazywasz się może Gérard? To takie twarde, męskie imię, zawsze byłem ciekawy, jak to jest mieć je w dowodzie i na języku.
— Więc się rozczarujesz. — Mężczyzna w końcu zdjął okulary i Harry napotkał rozbawione, niebieskie spojrzenie bystrych oczu. — Ale mogę cię zapewnić, że moje imię zabrzmi w twoich ustach zdecydowanie przyjemniej.
* * *
Harry na ślepo spróbował zamknąć drzwi na klucz i nie oderwać się przy tym od całowania mężczyzny. Na jego szczęście był jedynym pracownikiem, który mieszkał w tej części budynku, więc nie musiał się martwić o zbytnie nie hałasowanie. Koleś przycisnął jego plecy do drzwi, chyba tylko cudem nie łamiąc Harry'emu ręki, która nadal nieporadnie próbowała przekręcić klucz.
— Chryste — sapnął Harry, dając za wygraną i kładąc dłoń na szyi mężczyzny. — Może najpierw powiesz… mi, ach, kurwa, jak się nazywasz?
Mężczyzna uniósł kącik ust w uśmieszku i oblizał usta.
— Musisz zgadnąć — wymruczał i przycisnął usta do policzka Harry'ego.
— Coś będę za to miał?
— Nie wiem, jak ty, ale ja z pewnością. — Palce musnęły skórę nad gumką żółtych szortów i Harry zadrżał na całym ciele.
— Strasznie tani masz podryw, wiesz?
— Ja mam tani podryw? — Koleś odsunął się, by móc spojrzeć Harry'emu w oczy, ale nie zabrał dłoni znad jego brzucha. — To ty rzucałeś hasła o imionach na językach. Sporo o tym wiesz, co?
— W pewnych kręgach jestem znanym degustatorem, to fakt.
Mężczyzna odchylił głowę i roześmiał się; kiedy znów na niego spojrzał, nadal się uśmiechał, a w kącikach oczu miał małe zmarszczki.
— Cóż za pewność siebie. — Uniósł prawą brew, a potem rozejrzał się wokół. — Gdzie jesteśmy w ogóle?
— Dopiero teraz się o to pytasz? — zapytał Harry.
— Byłem zajęty gapieniem się na twój tyłek, gdy mnie tu prowadziłeś. Chyba słabo tu zarabiasz, skoro nie chcesz marnować kasy na coś…
Harry zamknął mu usta pocałunkiem i odepchnął się od drzwi, kładąc dłonie na jego ramionach. Fakt, że mężczyzna był nieco od niego niższy, dawał mu sporą przewagę w prowadzeniu go tam, gdzie tego chciał.
— Zawsze tyle gadasz? — mruknął pomiędzy pocałunkami.
— Tylko, gdy się nudzę — odparł koleś; w jego spojrzeniu błysnęło wyzwanie. — Słaby z ciebie gospodarz…
Słowa urwały się, gdy Harry pchnął mężczyznę na łóżko pod ścianą; nie tracąc czasu również się na nie wspiął i ustawił nad kolesiem. Już miał się schylić po pocałunek, kiedy mężczyzna złapał go za ramiona i wysunął spod niego, zmieniając pozycję tak, że teraz to on znajdował się na górze.
— Dobra, koniec zabawy, przecież dałem ci zadanie do wykonania.
Podkreślił to stwierdzenie mocnym pocałunkiem; musnął koniuszkiem języka kącik ust Harry'ego i chłopak wyprężył się.
— Zadanie? — sapnął.
— Miałeś zgadnąć, jak się nazywam… Harry.
— Skąd…
Mężczyzna położył dłoń na jego policzku i obrócił mu głowę w bok; Harry zamrugał kilka razy, aż w końcu na nocnym stoliku dostrzegł plakietkę, którą musieli tutaj nosić. Widniało na niej jego zdjęcie oraz imię.
— To nie fair — jęknął, kiedy mężczyzna przesunął językiem po jego odsłoniętej szyi.
— To bardzo fair. Spójrz. — Dłonie mężczyzny tańczyły po jego torsie, przesuwając się w dół boków tylko po to, żeby za chwilę powrócić i uszczypnąć nabrzmiałe sutki. — Jeśli zgadniesz, jak się nazywam, pozwolę ci dojść w przeciągu… och, najbliższych piętnastu minut.
Harry roześmiał się zdyszanym głosem.
— Pozwolisz? — zapytał, siląc się na rozbawienie.
— Mhm, pozwolę — powtórzył mężczyzna, wciskając twarz w jego szyję; złożył tam mały pocałunek i wziął głęboki oddech. — Chcesz, żebym ci pozwolił, Harry?
Harry chciał się roześmiać. Chciał raczej zrzucić z siebie mężczyznę, zmienić ich pozycję i w końcu doprowadzić sprawę do końca, ale jego twardy kutas drgnął, sprawiając, że wszystkie myśli wyleciały mu z głowy.
— Chcę — mruknął, rumieniąc się.
— No więc zgadnij. — Mężczyzna przesunął usta w dół na jego obojczyk. Zassał pokrytą czarnym tuszem skórę, a później zacisnął na niej zęby. Gdy się odsunął, oznajmił: — Masz pięć szans. Pierwsza gratis. Podpowiem ci, że moje imię można uznać za królewskie.
Harry uniósł głowę, by móc patrzeć. Mężczyzna jeszcze przez chwilę zajmował się tym samym miejscem, zanim przesunął się jeszcze niżej. Harry wygiął się i odruchowo uniósł dłoń, by przesunąć mu głowę w bok i zachęcić go, by zajął się jego sutkami, ale ten się wyszarpnął. Uniósł się i zaparł dłońmi o materac.
— Chyba się nie zrozumieliśmy — powiedział, patrząc Harry'emu w oczy. — Dałem ci zadanie do wykonania. — Przez moment milczał, a potem pochylił nad Harrym; ten spodziewał się kolejnego ostrego tonu, być może nawet ugryzienia, ale został zaskoczony lekkim pocałunkiem. Było to leniwe muśnięcie warg, które obudziło w żołądku Harry'ego stado motyli. — Wszystko okej? Jeśli nie chcesz tego ciągnąć, to powiedz. Czasami mam skłonności do przesady.
Jeśli wcześniej serce Harry'ego pędziło z powodu podniecenia, to teraz zadrżało z powodu dziwnego, miłego ciepła. Mężczyzna patrzył na niego uważnie, jakby szukał w jego twarzy odpowiedzi.
— Jest okej — mruknął Harry cicho. Szarpnął biodrami w górę, ocierając się o ciepłe ciało. — Bardziej niż okej.
Kilka minut później miał ochotę strzelić sobie po pysku, bo nic nie było okej. Naprawdę nic nie było okej, kiedy opalona dłoń leniwie przesuwała się po jego penisie, nie dając mu ani wystarczającego uścisku, ani nawilżenia. Jego mózg chyba strajkował, podsuwając mu najbardziej niedorzeczne imiona, jakie tylko był w stanie.
— Druga szansa, H — usłyszał i zacisnął mocno powieki, jęcząc, kiedy palce drugiej dłoni pociągnęły mocno za ciemne włoski na jego udach. — No dalej, skup się.
— Pepin? — sapnął.
Dłoń zniknęła i Harry spróbował zgiąć nogi w kolanach, żeby unieść biodra, ale mężczyzna nie pozwolił mu na to, ponieważ siedział dokładnie między nimi.
— Nie — westchnął ciężko i Harry oblał się potem zażenowania. — Trzecia szansa, popatrz na mnie.
Harry poderwał głowę jeszcze zanim dotarł do niego pełen sens polecenia i zaczął dyszeć lekko przez otwarte usta. Obserwował, jak mężczyzna liże spód własnej dłoni, a potem robi to po raz kolejny, tym razem używając zdecydowanie więcej śliny. Odsunął ją od ust i Harry z fascynacją obserwował, jak kieruje ją w dół, już niemal czuł tę cudowną wilgoć na swoim kutasie, ale właśnie wtedy mężczyzna odsunął gumkę własnych spodenek i chwycił swojego penisa, obciągając go szybkimi pewnymi ruchami.
— Jezus — charknął.
— Źle — odparł mężczyzna, a jego oczy błyszczały radośnie. — Zostały ci dwie szanse, H, chyba nie chcesz mnie zawieść, co?
Harry nie rozumiał, dlaczego to stwierdzenie było takie prawdziwie. Nie chodziło już o sam orgazm, był pewien, że i tak by mógł się spuścić, z pozwoleniem czy bez, ale to, jak mężczyzna na niego patrzył, ton jego głosu i to jak zdawał się być obojętny na podniecenie Harry'ego sprawiało, że ten pragnął dać z siebie wszystko, pokazać i zadowolić. Udowodnić, że był…
Na jego penisie znów zacisnęła się dłoń, tym razem mokra, i Harry z jękiem odrzucił głowę, wciskając ją w poduszkę.
— Philip — wyjęczał.
Mężczyzna zamruczał przecząco i Harry nie miał nawet szansy na wzięcie kolejnego oddechu, kiedy jego kutas został otoczony przez jeszcze większe ciepło i wilgoć. Poczuł język przesuwający się po główce i zbierający krople nasienia. Zadrżał, a jego jądra napięły się.
Ciepło zniknęło, ale język pozostał, sunąc w dół trzonu. Dłoń zacisnęła się przy podstawie penisa, powstrzymując orgazm.
— Proszę. — Gdyby mógł myśleć nieco bardziej logicznie, byłby zażenowany złamanym tonem swojego głosu. — Hen…
Uścisk nasilił się i Harry krzyknął w głos. Jego podbrzusze płonęło, a z główki wyciekło kolejnych kilka kropel. Mężczyzna ponownie zebrał je językiem, a kiedy miał już pewność, że Harry nie dojdzie, zaczął poruszać dłonią.
— Przecież wiesz — mruknął. — No dalej.
Harry z całych sił spróbował się skupić, ale nie był w stanie tego zrobić, nie podczas tych cholernych tortur, gdy mężczyzna objął podstawę jego penisa dłonią, aby móc wsunąć główkę do ust i zacząć ją ssać.
— Nie wiem, nie wiem, nie wiem… — Harry szarpał głową na poduszce, próbując unieść biodra. — Nie wiem… — Po raz ostatni spróbował ogarnąć myśli, poszukując imienia, tego jednego imienia, które w końcu pozwoli mu dojść. — Lou… — zaczął, a kiedy ani usta, ani dłoń nie zniknęły, niemal zapłakał z ulgi. — Louis — zajęczał. — Louis…
Z pewnością trafił, ponieważ mężczyzna… Louis nie przestał go dotykać, nie przestał mówić czegoś tym dziwnie ostro-miękkim głosem.
— Gratulacje, H — usłyszał Harry i wziął głęboki oddech. — Moż…
Naprawdę chciałby zaczekać na dalszą część, ale nie był dłużej w stanie. Zamachał niezdarnie ręką, chociaż tak próbując Louisa ostrzec, zanim spuścił się na swój brzuch; przekręcił głowę i zacisnął zęby na poduszce, chcąc stłumić własne jęki.
Miał wrażenie, że unosi się i opada na jakiejś chmurze, a dojście do siebie po orgazmie jeszcze nigdy nie zajęło mu tyle czasu. Poczuł, jak Louis podsuwa się w górę i odwrócił głowę, by móc na niego spojrzeć.
Louis uśmiechnął się, lekko niepewnie.
— Okej? — zapytał.
— Okej — charknął Harry i wsunął dłoń w jego włosy, przyciągając do pocałunku. Kiedy się od siebie odsunęli, oblizał usta i już chciał coś powiedzieć, kiedy poczuł coś dziwnego. Zmarszczył brwi.
— Co jest? — usłyszał.
Nie odpowiedział, zbyt zajęty przesuwaniem językiem po zębach.
— Czuję… piasek — powiedział zdziwiony.
Niepewność zniknęła ze spojrzenia Louisa, gdy mężczyzna wyszczerzył się szeroko.
— Wady obciągania zaraz po powrocie z plaży. Naprawdę nie chcesz wiedzieć, co się dzieje w moich ustach.
— To miłe, że się tak poświęciłeś — mruknął Harry i znów go pocałował, bo z tego wszystkiego chyba to podobało mu się najmocniej. Usta Louisa były wąskie, lekko popękane i uzależniająco dobrze pasowały do jego własnych warg. — Miłe, bardzo, ale może resztę przedstawienia przeniesiemy pod prysznic?
Wcale się nie zdziwił, gdy Louis nie zgłosił ku temu żadnych sprzeciwów.
* * *
Gdyby nie fakt, że czuł się tak przyjemnie, byłoby mu nieco głupio, że cała ta sprawa z bliższym zapoznaniem się, wylądowała na samym końcu. W sensie — sprawa z samą rozmową, ponieważ ciało Louisa zdawało się być śmiesznie znajome pod dotykiem jego rąk. Dlatego teraz — dwa orgazmy, szybki prysznic i krótką drzemkę później — siedzieli na łóżku, z laptopem przed nimi i powtórką jakiegoś programu, którego i tak nie oglądali. Harry obserwował, jak Louis wyciera palce chusteczką, a kiedy ten przełknął ostatni kawałek pizzy, zapytał:
— Więc mieszkasz tu, czy przyleciałeś tylko na wakacje? — Kiedy Louis posłał mu pytające spojrzenie, sprecyzował: — Też jesteś z Anglii, co nie?
Louis rozszerzył oczy w udawanym zdziwieniu.
— Skąd wiesz? — sapnął. — Znowu nuciłem „God save the Queen” przez sen?
Harry przewrócił oczami.
— Twój akcent, kretynie.
— Ja to mam szczęście, z tysiąca potencjalnych podrywów nie dość, że trafił mi się rodak, to na dodatek cholerny Sherlock Holmes, będę musiał zapisać to w moim pamiętniczku.
— Czy ty kiedykolwiek normalnie odpowiadasz na pytania?
Louis uśmiechnął się krzywo i pochylił w jego kierunku; kiwnął głową, nakazując Harry'emu zrobić to samo, a potem szepnął mu do ucha krótkie:
— Nie.
I polizał go po policzku.
— Oi! — Harry zaśmiał się i wytarł mokre miejsce. — No to skąd jesteś?
— Wychowałem się w Yorkshire, ale od kilku lat mieszkam w Londynie. Przyleciałem tu parę dni temu, mój przyjaciel Zayn mieszka tu już od paru dobrych lat i w końcu zaprosił mnie do siebie na wakacje.
— Och. Na długo?
— A co, już zaczynasz za mną tęsknić?
Harry spojrzał na niego z politowaniem, chociaż w jego piersi pojawiła się mała, chłodna gula.
— Będziesz miał szczęście, jeśli do ciebie zadzwonię, gdy już sobie pójdziesz.
— Nie zadzwonisz — odparł Louis, szczerząc się — bo nie masz mojego numeru.
— Wtedy pójdę na plażę i zaczekam, aż znowu przyjdziesz się na mnie pogapić.
Louis spojrzał na niego z błyskiem w oku.
— Jeśli dobrze to rozegrasz, oszczędzę ci trudu. Ale żarty na bok, panie Holmes, lepiej powiedz, co ty tutaj robisz. Nasza ojczysta aura ci nie odpowiada?
— Chodzi raczej o rodzinne zobowiązania.
— To znaczy? — zapytał Louis, marszcząc lekko brwi.
Harry zawahał się przez krótką chwilę. Mógł teraz skłamać i powiedzieć, że przyjechał tu do pracy, żeby pomóc rodzinie, zarobić na studia, cokolwiek, serio, tylko po to, aby ukryć — czasami niewygodną — prawdę. Nie chodziło o to, że się wstydził, czy nie chciał wyjść na snoba, ale często bywało tak, że ludzie zaczynali traktować go nieco inaczej, kiedy dowiadywali się więcej szczegółów o jego życiu. Poza tym, nie znał Louisa, szanse, że ta znajomość przetrwa dłużej niż tydzień i rozwinie się w coś więcej, niż seks, były…
— Oi, zawiesiłeś się? — Louis zamachał mu ręką przed oczami. — No co jest, jesteś synem jakiegoś bossa mafii, czy co? Mam spodziewać się wizyty ojca chrzestnego?
Harry parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Nah — mruknął. — Ale może obiło ci się o uszy nazwisko Twist?
— To nie moja działka, ale coś tam słyszałem. Cały Londyn huczał, gdy pojawił się w piątce najbogatszych ludzi… czekaj chwilę, to twoja rodzina?
Harry kiwnął sztywno głową.
— To mój ojczym — wyjaśnił.
Louis uchylił usta ze zdziwienia.
— No i chuj — roześmiał się. — Twój stary to multimiliarder, a ty dorabiasz po kątach jako pokojówka?
— To jeden z jego kurortów — mruknął Harry, nie patrząc na Louisa. — Robin ma dość staroświeckie podejście, twierdzi, że praca uszlachetnia i jeśli chcę w przyszłości… — urwał i roześmiał się, próbując ukryć swoje zażenowanie. — Zresztą, nieważne, nie musisz tego wysłuchiwać. Po prostu chciałbym, żebyś był świadom. I żeby później nie było, że coś przed tobą ukrywam.
Poczuł, że się czerwieni, chociaż sam nie wiedział, jaki mógłby być powód tego zawstydzenia. Louis położył dłoń na jego ramieniu i potrząsnął nim lekko, zmuszając Harry'ego, by na niego spojrzał.
— Spoko — powiedział. — Dzięki, że mi powiedziałeś, nie sądziłem, że moje ego może urosnąć jeszcze bardziej, ale proszę bardzo.
— Twoje ego? — mruknął Harry.
— Nie codziennie udaje mi się wyrwać kolesia z kasą, to miła odmiana.
Harry spojrzał na Louisa uważnie, a gdy ten wyszczerzył się szeroko, poczuł, jak oblewa go nagła ulga. Oczywiście, do czasu, kiedy Louis zapytał:
— To jak, Haza, zostaniesz moim sponsorem?
Nadal się śmiał, gdy Harry zdzielił go poduszką. W końcu udało mu się złapać za materiał i wyszarpnąć ją z dłoni Harry'ego.
— Nigdy nic ci już nie powiem — oznajmił Harry poważnie, marszcząc brwi.
Jego serce wcale nie zatrzepotało lekko, gdy Louis pocałował go w policzek.
— Powiesz, powiesz — mruknął mężczyzna i spokojnie sięgnął po kolejny kawałek pizzy.
CDN
