Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2026-02-05
Updated:
2026-04-05
Words:
6,929
Chapters:
4/?
Comments:
5
Kudos:
16
Bookmarks:
1
Hits:
147

Fast Car

Summary:

So I remember when we were driving, driving in your car
Speed so fast it felt like I was drunk
City lights lay out before us
And your arm felt nice wrapped 'round my shoulder
And I-I had a feeling that I belonged
I-I had a feeling I could be someone, be someone, be someone

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter Text

Jeżeli istniał coś, do czego Mateusz nie potrafił się przyzwyczaić, były to krzyki i idące za nimi awantury, jakie coraz częściej gościły w czterech ścianach małego, komunalnego mieszkania. W czasie ich trwania zwykł zakładać słuchawki, ustawiać głośność na najwyższą z możliwych i uciekać myślami z dala od miejsca w jakim przyszło mu żyć. 
Muzyka nie mogła jednak całkowicie odgrodzić go od słów jakie w złości wyrzucali z siebie rodzice. Jako dziecko nie rozumiał ich sensu. Dlaczego ci, którzy przysięgali sobie przed ołtarzem wsparcie w trudnych chwilach; miłość po wsze czasy, nie potrafili znaleźć słów, które dałyby radę ostudzić ich złość? Dlaczego nie mogli chociaż spróbować ochłonąć, usiąść na kanapie jak dorośli ludzie i po prostu porozmawiać?
Jako nastolatek zaczął ich nienawidzić. Za krzyki, za odebranie wspomnień. Nie pamiętał już czasów, gdy razem spożywali niedzielny obiad; gdy wychodzili na popołudniowe spacery. Może momenty te nigdy nie istniały? Może zawsze istniały tylko krzyki, wieczne pretensje i oskarżenia.
Tego wieczora nic nie szło tak jak powinno. Muzyka z odtwarzacza przestała płynąć, dziecko z góry waliło przedmiotem niewiadomego pochodzenia po kaloryferze, a rodzice rzucali w swoją stronę obelgami, od których więdły mu uszy. 
Musiał uciec z dala od zgiełku, od dźwięków jakie zamieniały jego spokojnego ducha w kłębek nerwów niemożliwych do opanowania.
— A ty gdzie się wybierasz?! — ostry głos matki przeciął powietrze, pozostawiając na skórze Mateusza niewidoczne gołym okiem głębokie rany.
Nie odpowiedział. Nauczył się, że słowa w tym domu nigdy nie działały; nie miały żadnej mocy. Spokojnie założył polar, ubrał buty, sięgnął po swój komplet kluczy walający się na małej, starej komodzie.
— Zostaw… młodego. — ojciec nie poruszył się choćby o centymetr z kanapy. Zamiast tego wypił piwo i zgniótł w dłoniach puszkę. — Chłopak w jego… wieku musi się wyszaleć?
— Wyszaleć? Wyszaleć?! Czyś ty do końca…
Reszta zdania rozpłynęła się za głośnym trzaskiem drzwi. Ucieczka nie była rozwiązaniem. To, że znalazł się poza zasięgiem wrzasków nic nie zmieniało. Mało tego – sprawiało, że zmuszony będzie następnego dnia do wysłuchania tyrady na temat własnego zachowania – nie żeby robiło mu to jakąkolwiek różnicę.


Padało. Oczywiście że musiało padać. Jego szczęście nie istniało. Utonęło w kanale ściekowym jeszcze zanim zrozumiał, czym tak naprawdę jest. Nie mógł się zatrzymać; wrócić do dusznego pomieszczenia śmierdzącego fajkami i przypalonym obiadem. Byłoby to przyznanie się do porażki; do słabości. 
A Mateusz nie chciał być słabym.
Dlatego też naciągnął kaptur na głowę, włożył dłonie do kieszeni i ruszył przed siebie, mając nadzieję że woda wsiąkająca w polarowy materiał zmyje z jego ciała kurz bolesnych wspomnień.
Krążył bez celu, omijając szerokim łukiem napotykane na chodniku kałuże. Liczył kroki, mijane latarnie i samochody. Robił wszystko by nie myśleć; nie skupiać się na obrazach jakie podsuwał mu oszalały z żalu i złości umysł. Nie mógł jednak odpędzić jednej myśli, a może marzenia, by odejść; zniknąć z powierzchni świata i nigdy nie wrócić.
Było mu przeraźliwie zimno. Zęby miarowo uderzały o siebie, czuł na skórze gęsią skórkę. Całe ciało mówiło mu, że powinien był zawrócić, wrócić do obskurnego mieszkania, wziąć gorący prysznic i zasnąć z nadzieją, że nie obudzi się następnego dnia. Serce… serce mówiło mu natomiast że powinien był walczyć. Że to nie jest jeszcze jego czas.
Przeskoczył nad jedną z kałuż. Przemoczony but poślizgnął się na krawężniku, zarzucając jego ciałem na oświetloną samochodowym reflektorem drogę. Zamknął oczy, słysząc głośny pisk opon. 
Proszę, zabierz mnie do siebie…
— Cholera jasna! 
Mateusz wyprostował się i spojrzał w stronę samochodu, mrużąc oczy przed nieprzyjemnym blaskiem.
— Życie ci niemiłe?! 
Trzask drzwi zlał się z uderzeniem jego serca. Mateusz skulił się wbrew sobie, zwalczając chęć ucieczki. I tak nie miał dokąd. 
Niski chłopak żwawo przemierzył dzielący ich dystans i złapał go za polar, prowadząc w stronę chodnika.
— Nic ci nie jest? — zapytał już nieco spokojniej, błądząc oczami po ciele niedoszłego samobójcy.
— Poślizgnąłem się. Przepraszam. — Mateusz odsunął się o krok, nie pozwalając sobie chociażby na podniesienie wzroku i spojrzenie w twarz nieznajomego. 
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie. — nieznajomy szczeknął w odpowiedzi, krzyżując dłonie na piersi. — Więc?
Nie potrafił odpowiedzieć na zadane pytanie. Bogaty zasób słownictwa najwidoczniej zgubił się gdzieś po drodze, zassany do kanału wraz z ostatnimi iskrami ciepła ciała.
Mateusz odwrócił się i ruszył przed siebie, ignorując chłopaka.
— Hej! — ten krzyknął i wyprzedził go, zmuszając do podniesienia wzroku. — Pakuj się do samochodu.
— Co proszę? — wzrok natrafił na ciemne oczy pełne… troski? Zamrugał, odganiając letarg i zaskoczenie. — Dlaczego miałbym?
— Bo wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje podwózki. — nieznajomy złapał go za ramię i pociągnął w stronę pojazdu.
— Niczego nie potrzebuję! — spróbował wyrwać się z uścisku, ale ten był zbyt silny. A może to on sam zbyt słaby?
— Jesteś przemoczony, trzęsiesz się z zimna i idziesz donikąd. — warknął w odpowiedzi, otwierając przed nim drzwi pasażera. — Nie mam zamiaru czytać w jutrzejszej gazecie o znalezionym trupie w lesie.
— Trup dzisiaj czy za czterdzieści lat. Nie robi mi to żadnej różnicy.
— Cudownie. Kolejny radosny promyczek. — przewrócił oczami. — Wsiadaj i nie dyskutuj. To, że ty lubisz moknąć nie znaczy, że inni też. 
— Mówił ci ktoś że jesteś nad wyraz upierdliwy? — fuknął w odpowiedzi, nie rozumiejąc dlaczego kierowca uparł się na pomoc. Dlatego też postanowił zaatakować bronią, którą zwykle odpędzał ludzi z którymi nie chciał mieć niczego do czynienia – złośliwością.
— Dzisiaj jeszcze nikt. — odgarnął z czoła przemoczone, ciemne włosy. — Wsiadaj. — ponowił komendę i ruszył w stronę drzwi kierowcy.
— A co jeżeli wywieziesz mnie i zabijesz? — rzucił za nim Mateusz, opierając dłonie o zimną, mokrą blachę.
— Podobno nie robi ci to żadnej różnicy. — schował się w ciepłej, suchej kabinie by momentalnie sięgnąć ku jednemu z pokręteł i podkręcić ogrzewanie.
— Bo nie robi.
Mateusz usiadł na skórzanym fotelu i trzasnął drzwiami. Milczał, skupiając wzrok na pracujących wycieraczkach, zgarniających z przedniej szyby masywne krople deszczu. Ciepłe powietrze wylewające się z nawiewów stanowiło kontrast do chłodu, jaki obejmował skórę przez przemoczone ubranie. 
 Zanim samochód ruszył, chłopak zdjął bluzę i bez ceregieli rzucił nią w blondyna.
 — A to co? — zapytał, odsuwając ją sprzed twarzy.
 — Kawałek suchego materiału. — pochylił głowę i zmrużył oczy. — Na pewno jest suchszy od tego co masz na sobie. — sięgnął w stronę materiału okrywającego ciało Żmigrodzkiego i ścisnął, sprawiając że mały strumień wody popłynął wzdłuż jego dłoni. — Gąbka. Nie gadaj tylko przebieraj się.
 — A ty? — zapytał, ściskając w dłoni miękki materiał. 
 — Ja? Ja lubię gdy jest chłodno. — spokojnie wbił pierwszy bieg i ruszył, dopiero po chwili dodając: — Gdzie jedziemy?
— To nie ja jestem kierowcą. — odetchnął głęboko przez usta, czując jak powietrze z każdą kolejną sekundą staje się coraz bardziej nieprzyjemne. Nie był przyzwyczajony do suchego powietrza jakie obecnie ogarniało przestrzeń metalowej puszki.
— Możemy jeździć do samego rana, nie robi mi to różnicy. — rozszczelnił delikatnie okno, czując jak żołądek zaczyna dawać mu ciche sygnały niezadowolenia z powodu duchoty. — Ale ty masz jutro szkołę. 
— Nie twój interes. — odburknął, zagryzając zęby. 
— Mój, czy nie mój. — wzruszył ramionami, zerkając na siedzącego obok blondyna. — Bez niej ciężko jest cokolwiek w życiu osiągnąć. 
— A ty niby skąd to wiesz?
— Mam oczy. Widzę jak skończyli chłopcy z mojego rocznika. 
Mateusz nie drążył. Na ulicy widywał ludzi niewiele starszych od siebie, błądzących bez celu w brudnych, dziurawych ubraniach, żebrzących o parę złotych na jedzenie. 
— Co w ogóle robiłeś w taką pogodę, w środku nocy na ulicy?
Nie odpowiedział od razu. Nie lubił spowiadać się ludziom, a tym bardziej obcym ze swoich problemów. Nie widział w tym sensu, skoro i tak nie mieli jak mu pomóc. Ale z drugiej strony…
— Uciekałem. — odparł po chwili, opierając głowę o zagłówek. 
— Przed?
— Życiem.
— Życiem? — prychnął. — Ile ty masz lat? Osiemdziesiąt?
— Siedemnaście. — odburknął, nie potrafiąc ukryć, że komentarz ten zabolał go bardziej niż powinien.
— Siedemnaście… — pokręcił głową. — W tym wieku powinieneś latać od imprezy do imprezy, pić tanie wino. A ty zamiast tego szukasz śmierci.
— Pozwalam się jej znaleźć. — poprawił go cicho. 
— Jaka to różnica?
— Gdybym jej szukał, z premedytacją skoczyłbym pod koła twojego auta. 
Mateusz mógł powiedzieć o sobie wiele, ale na pewno nie to, że był samobójcą. Nie bał się śmierci samej w sobie. Bardziej tego, że podejmując decyzję o zakończeniu życia przekreśli szansę na odkrycie tego, co zostało mu przez Boga zapisane. 
— Nie chcę umierać. Ale jednocześnie…
— Nie chcesz żyć.
Nie chciał żyć, bo życie było straszne; bo nie wiedział co czeka go za rok, dwa, trzy. Mogło być gorzej. Znacznie gorzej.
— Nie wiem dlaczego ci o tym mówię.
— Podobno dobrze patrzy mi z oczu. — zaśmiał się cicho. — Chociaż sam tego nie widzę.
— Nie widzę twoich oczu. Nie mogę tego potwierdzić.
— A jednak wsiadłeś do samochodu, chociaż nie musiałeś. Zacząłeś mówić, chociaż nie wiesz nawet jak mam na imię. Więc chyba coś w tym jest.
— Właśnie. — wyciągnął dłoń w stronę kierowcy. — Mateusz.
— Miło mi.
Uścisk który poczuł był silny, stanowczy, ale jednocześnie łagodny. A może była to zwykła fikcja którą podsuwał mu umysł? Może właśnie chciał, by takim był?
— Nie powiesz mi?
— Czego?
— Jak masz na imię. 
Chłopak obrócił głowę i pokręcił nią, sprawiając że ciemne kosmyki rozsypały się na czole.
— A co to zmieni? 
— Będę… — zamilkł, orientując się że nieznajomy miał rację. — Nic, nic to nie zmieni.
— Właśnie. — stuknął palcami o kierownicę. — Odwiozę cię do domu, nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Po co zaprzątać sobie głowę mało znaczącymi informacjami?
— Skąd wiesz że nigdy więcej się nie zobaczymy?
— Bo spotkaliśmy się przypadkiem. A przypadki… to nigdy nic dobrego.
Mateusz zamyślił się chwilę.
— Czasami mogą odmienić nasze życie. 
Przypadek sprawił że jego dusza wybrała tą, a nie inną rodzinę. Sprawił również, że ojciec zapadł na taką a nie inną chorobę, z którą nie chciał walczyć.
— W równym stopniu na złe, jak i dobre.
— Możesz być dobrym przypadkiem.
— Ale i złym.
— Będziesz dobrym, jeżeli zawrócisz. — może warto było trochę mu pomóc? Może… warto było zaufać? Nawet jeżeli miało trwać to tylko kilka minut. Co miał do stracenia?
— Dlaczego?
— Bo jestem z Sandomierza.
— Naprawdę? To wiele wyjaśnia.
— Powinienem się obrazić? — uniósł brwi, szukając ku temu powodu.
— Nie. Po prostu… to stare miasto. A ty wydajesz się chłopakiem ze starą duszą. 
— Nie rozumiem.
Nieznajomy zawrócił nieco zbyt gwałtownie jak na standardy Mateusza. Złapał za uchwyt pod dachem, zaciskając nerwowo zęby.
— Masz siedemnaście lat, a mówisz o życiu jak człowiek który doświadczył wiele złego. Za wiele, jak na swój wiek.
— Skąd wiesz?
— Bo sam też ją mam. Starą duszę. — sprecyzował.
— Przykro mi. 
Nie lubił patrzeć na cierpienie innych; słuchać o nim. Ludzie na nie nie zasługiwali. W oczach Mateusza nikt nie rodził się złym. To próby jakim bywali poddawani sprawiały że oddalali się od światła. Od Boga.
— Nauczyłem się z tym żyć. Ty też spróbuj.
— Da się zapomnieć? — nie był przekonany czy chce poznać odpowiedź na to pytanie. Może bez niej dalej żyłby w nadziei, że wszystko jeszcze szczęśliwie się rozwiąże. Że wydarzenia jakich był świadkiem w żadnym stopniu nie odbiją się na przyszłym życiu.
— O czym?
— O tym, co ją ukształtowało.
— Nie. — odparł krótko po dłuższej chwili milczenia. — Nie da się. Ale można próbować.
— Warto?
— To pytanie sam sobie powinieneś zadać. Dla każdego odpowiedź będzie inna. 
— Mogę ci o tym opowiedzieć?
— Nie zdążysz. Za pięć minut będziemy na miejscu. Rynek?
— Rynek… — wyjrzał przez okno, skupiając wzrok na mijanych czarnych drzewach. Na kroplach deszczu organizujących wyścig po samochodowej szybie. 
Nie chciał wracać do dusznego mieszkania; do nienawiści jaka przykleiła się do ścian, zarażając sobą jego ducha. 


Zatrzymali się na bruku, deszcz zamiast zelżeć, przybrał mocniej na sile, stukając rytmicznie o dach.
— Chciałbym mieć szansę. 
Za długo walczył z bólem. Ten zaczął zmieniać go od środka sprawiając, że nie potrafił zaufać nikomu ze swojego środowiska. Znajomi ze szkoły mieli idealne życie; ściśle określone przez samych siebie plany na przyszłość. Nie chciał obarczać ich tym, co zżerało go od środka. Wiedział, że nikogo to nie interesowało. A sam... nie chciał okazywać słabości. 
— W takim razie wypatruj mnie w Sandomierzu. Często tu przyjeżdżam. 
Mateusz otworzył drzwi i wysiadł z samochodu.
— Dziękuję. Za podwózkę. I… rozmowę. — uśmiechnął się lekko, zabierając mokrą bluzę — Szerokości! — trzasnął drzwiami i ruszył biegiem w stronę bramy prowadzącej na mały dziedziniec.
— Mateusz!
Blondyn odwrócił się, unosząc głowę i brwi. 
Szyba samochodu została opuszczona.
— Orest. Mam na imię Orest.