Work Text:
Odkąd Alastor został inwestorem i wspólnikiem kasyna, Husk żył nadzieją na lepsze jutro. Nie chodziło o lokal- jasno ozdobione wnętrze, gdzie mieszała się namiętność jazzu i zapachu trunków stale zyskiwało nowych klientów, ale Husk dawno się w nim zagubił. Nowi przyjaciele do kart, po czasie stawali się mu wrodzy, gdy zasiadał do Tulleamore’a z wpływowymi gośćmi dolewek robiło się coraz więcej i więcej. Husk tkwił w tym kole co wieczór.
Widział u siebie te słabość, ale był zbyt przerażony porzuceniem w cholerę tego na co długo pracował. Alastor, częściowo go od tego uwolnił.
Z dnia na dzień Huskowi zrobiło się… lżej? Nie musiał więcej zaglądać do gości, co najwyżej raz w tygodniu zasiadał do papierologii by mentalnie i fizycznie odizolować się od pijaństwa. Znów ematował pociągającą męskością złączoną z pewności siebie i elegancji. Kobiety Nowego Orleanu go uwielbiały. Chodzenie na spotkania, czasem kolejne randki, bez obecności alkoholu aktywowały stronę Huska, którą sam dopiero poznawał. Trzymanie drugiej osoby za talię, odprowadzanie do domu oraz wszystkie całusy w czubek głowy sprawiały, że czuł się chciały, potrzebny drugiemu człowiekowi jak nigdy dotąd. Jednak gdy rzeczy stawały się poważniejsze, czar pryskał.
Schlebiało mu, jak piękne, delikatne istoty chciały dotykać jego pleców lub oglądać bez koszuli po tym, jak prawie wyrywały z niej guziki razem z nitkami. Lubił gdy ich języki spotykały się i wzajemnie badały uzębienie, ale nic z tego nie prowadziło do oczekiwanego przez partnerki zwrotu akcji. Zwykle wyznaczało koniec spotkania.
Tłumaczył delikatnie jego niechęć do stosunku i chodź Husk wręcz adorował te kobiety, one nigdy więcej nie oddzwaniały. Wiedział, że brak gotowości na średnio zobowiązujący sex, to jego wina, co piętrzyło w nim skrępowanie. Jego passa kończyła się tak szybko jak zaczęła, a nuda zawładnęła samotnymi wieczorami. Próbował zwalczać ją różnymi aktywnościami, ale gdy hazardzista, poszedł na otwarcie muzeum biologicznego, zreflektował się jak absurdalnie wygląda próbując wpasować się w obce towarzystwo.
Półtorej roku minęło od ostatniego wieczoru Huska w kasynie, ale ambitny Alastor świetnie wszystkim zarządzał. Banery i neony wciąż przytłaczały przechodniów oślepiającym światłem, nieopodal wejścia stały eleganckie damy wraz z partnerami, wciągającymi do ust dym cygara bądź fajek. Zaraz po przekroczeniu progu, ciszę przerywał dźwięk saksofonu, pianina oraz kobiecego głosu. Wykładzina wciąż lśniła złotymi nićmi przeplatającymi burgundowe wzory, a roztaczający się zapach był podobny do zapachu wszystkich kobiet Huska- namiętny.
Po raz pierwszy poczuł się niepewnie we własnym kasynie. Myślał, że jest nie na miejscu, że jest tak mały względem własnych gości, więc zamiast zagadywać i dosiadać się do dżentelmenów przy stołach, ruszył prosto do części z barem.
O tak wczesnej godzinie, mało osób odchodziło od kart i żetonów, dlatego pod sceną zajętych było tylko kilka pojedynczych stolików, samotni panowie przeczekiwali rundy lub odwracali uwagę od własnej samotności poprzez alkohol, nikotynę oraz oglądanie ponętnych wokalistek. To samo zrobił Husk.
-Dawno się nie widzieliśmy, szefie - naturalnie blady, elegancko ubrany barman ze ściereczką w ręku, oparł się o blat, kiedy Husk usiadł na wysokim stołku.-Co mogę panu podać?
-Oh, cześć Luci. Trochę czasu minęło…- uśmiechną się do siebie, wciąż pełen niepokoju.-To co zwykle, jeśli pamiętasz- barman uśmiechną się chytrze i zaczął nalewać dwusetkę Tulleamore do whiskaczowki.
-Na zdrowie - postawił przed nim trunek, a w szklance obok kostki lodu z metalowymi szczypcami.-Więc co Pana tu sprowadza, szefie?-Lucifer wrócił do polerowania szkła, a Husk westchną głęboko.
-Myślałem, że ułożę sobie w końcu życie poza biznesmem, ale sam wiesz jak to jest, ciężko jest romansować w moim wieku.
Lucyfer zaśmiał się wracając bliżej Huska.
-Nie, nie wiem jak to jest. Jestem młody, mam swój czas, a jak Alastor wybiera jedną ofiarę to raczej nie rezygnuje z niej sam.
-A tak - chrząkną.-Zapomniałem o waszym śmiesznym układzie - zirytowała go zuchwałość pracownika.
-Hej! W lokalu przewija się dużo piękności! Proszę rozejrzeć się później… albo spojrzeć tam - uchylając się nad blatem Lucyfer wskazał na scenę.
Za sugestią, odwrócił się w jej stronę, a oprócz pianisty w staromodnym kapeluszu, na scenę w ciszy wchodził ktoś kto ekspresowo zamieszał w głowie Huska. Równie blada co Lucifer, wysoka kobieta w czerwonej połyskującej sukni dopasowywała mikrofon do swojego wzrostu. Jej oczy błyszczały w kolorach smoły i kory dębu jaśniej niż neony przy wejściu kasyna. W długie, jasne włosy miała wpięty kwiat, o równie co sukienka, intensywnej barwie, a w swojej dojrzałości była młodzieńcza, lekka i beztroska. Szum krwi w uszach uniemożliwiało mu zrozumienie o czym jest wykonywana piosenka, słyszał jedynie ciepły ton i metaliczną barwę jej głosu.
-Bardzo wam dziękuję - powiedziała skromnie do mikrofonu, a Husk miał wrażenie, że gdy odwracała się w stronę kulis, kątem oka spojrzała na niego.
Żadna osoba z którą spotykał się Husk nie wywołała w nim tak dziwacznego uczucia, stanu miedzy zawałem, a lewitacją. Był okropnie samotny skoro artystka w pięć minut wywołała w nim takie emocje. Naprawdę stał się szalony.
-Fajna co? - wystraszył się kiedy głowa Lucyfera pojawia się obok jego. Pare razy otworzył usta, lecz słowa nie usprawiedliwiłyby jego czerwonej twarzy.-To Angie. Jest nowa, nie znam prawdziwego imienia. Trochę samotna, wieczorami podchodzi do byle stolików i zagaduje facetów, ale słyszałem, że jest NIESPODZIANKĄ.
-Dziękuję - Husk wyłapał co trzecie słowo, odstawił szklankę, wyją z kieszeni dwa banknoty i odbił się od blatu.
Napędzały go endorfiny, nie myślał trzeźwo, mimo, że whisky nie zdążyło dotrzeć do krwioobiegu. Krążył między strefą z automatami, biliardem, a stołami do pokera, aż zobaczył z oddali czerwony kwiat. Siedziała tyłem do niego, wraz z czwórką towarzyszy. Zbliżał się powoli, próbując ogarnąć myśli i plan jak zaczepić wokalistkę bez narzucania się czy tworzenia niezręcznej atmosfery przy stole.
Nagle, jakby wszechświat go wysłuchał, zabierając dłoń z barku kobiety, jeden z mężczyzn w garniturze wstał zabierając za sobą pozostałą trójkę. Pod wpływem emocji, Husk oparł się o tył kanapy na której siedziała i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
’Jesteś żałosny’ pomyślał o sobie, lecz nie było już odwrotu.
-Hej - powiedział a ona wzdrygnęła się spoglądając za siebie.-Przepraszam! Nie chciałem Pani wystraszyć - jego palce wciąż dotykały cieplej, gładkiej skóry, bo na skutek spotkania ich wzroku, czas dla Huska zatrzymał się. Nie była tak piękna jak na scenie, była niesamowita.
-Oh, nie szkodzi. Dołączy pan?- poklepała puste miejsce obok.
-Tak, dziękuję - Husk poczuł ze wstąpią w niego nowa, delikatna energia.-Widziałem panią na scenie, była pani… cudowna!- ponownie czuł pieczenie twarzy.
-Oh, dziękuję, staram się - wyprostowała się dumnie.-Praca w takim miejscu to coś innego, rozumie pan?- szukała zrozumienia w jego oczach.
-Tak…- zmieszał się Husk.-To zdecydowanie specyficzne miejsce - wstyd mu było przyznać, że wszystko wokół należy do niego, no i Alastora, ale ten zdecydowanie nie był towarzyski, a swoje znajomości przesiewał jak przez sito.
Cisza miedzy nimi była zdecydowanie długa i mocno słyszalna.
-Czy mogę Pana spytać o imię?- kobieta oparła twarz o dłonie i patrzyła w jego stronę.
-Ah, gdzie moje maniery, Husk - podał jej rękę.
-Angie.
-Jest piękne - ucałował delikatnie jej dłoń w welurowej rękawiczce.-Mogę kupić ci coś do picia?- zapytał, a po chwili zauważył jej nietkniętą margarite, znów spanikował.
-Nie trzeba, tego i tak nie wypije - pochyliła się nad jego uchem.-Tacy jak ci w garniturach myślą, że są sprytni i zawsze mi czegoś dosypują. Czasem nie mam z tym problemu, to nawet zabawne, ale dziś nie mam humoru - Huska przeszły ciarki. Dopiero teraz zauważył zmęczenie bijące z jej oczu.
-Słucham?! Tak strasznie mi przykro, że tak cię traktują! Mogę coś z tym-
-Nie, nie, jest okej. Bywało ze mną gorzej - zachichotała.-Na nich już nic nie poradzisz.
-Mogę ich wyprosić. Jestem, tak jakby, jednym z właścicieli.
-Interesujące…- wykrzywiła usta.
-Co?- zapytał zdezorientowany, gdy Angie przeciągnęła słówko.
-Jesteś właścicielem, a nie masz za sobą gwardii ochrony, nie wyglądasz jak alfons, nie nosisz garniaka i jesteś trochę… niski?- zaśmiała się dźwięcznym głosem, więc Husk nie dał rady udawać urażonego.-Nie ustalacie z Alastorem komu proponujecie pracę?-zapytała ostrożnie, a jej pewność siebie spadła o połowę.
-Nie, dlaczego? Ufam temu gościowi. Posłuchaj, nie obchodzi mnie gdzie pracujesz, przyszedłem by cię poznać, mogę?- położył palce na żuchwie by skierować jej wzrok na siebie, a oczy znów tak pięknie lśniły.
-Dopiero się dosiadłeś, nie znam cię i nie uważam żeby warto było o mnie słuchać - wyszeptała kilka centymetrów od jego ust.
-W porządku, choć znam już twoje imię, nie chcę być nachalny, ale może gdybyśmy wyszli stąd, poszli gdzieś indziej, na kolację, zatańczyć? Nie zajmę dużo czasu, widocznie oboje jesteśmy w kiepskim humorze - wstał i wyciągną rękę w jej stronę, błagając cicho wszechświat, by nie wyszedł w jej oczach na naprawdę NACHALNEGO.-Nie będę pytał, a ty powiesz ile zechcesz.
Przyglądała się w jego całej twarzy, niepewna, wciąż była jedynym co liczyło się dla Huska tego wieczoru. Widział, że chciała coś powiedzieć, kilkukrotnie jej usta pokryte aksamitną czerwoną pomadką otwierały się szerzej lub węziej, ale w końcu ustąpiła, podała rękę Huskowi i skierowali się w stronę wyjścia. Całą drogę rozmawiali głównie o irytujących zachowaniach gości kasyna, ulubionych trunkach i lokalach w Nowym Orleanie. Między ciekawostkami i szczerymi śmiechami, Angie dzieliła się strzępkami informacji o sobie, ale Husk obiecał, że nie będzie wnikał głębiej. Angie nie wiązała żadna obietnica.
-Husk, jesteś miły, zabawny masz kasę. Jesteś pewien, że nie masz nikogo czekającego w domu? Mam doświadczenie z żonatymi - uniosła brwi we wścibskim uśmiechu, pierwszy raz pokazując Huskowi pełnie swoich białych równych zębów.
-Nie mam nikogo, przysięgam. To żenujące, ale randkowanie z kobietami jest świetne, adorowanie jest super, ale to jeszcze nie ta jedyna - Angie spojrzała na niego ze zdziwiona- Znaczy… yyy? Nigdy nie poznałem takiej, która by mnie pociągała. Wiem, jakie to dziwne - oglądał jej twarz jakby miał z niej coś wyczytać, ale jedyne co znalazł to jej dziki wzrok.
-Frajer - prychnęła.-Ale chyba znalazłam rozwiazanie twojego problemu - powiedziała mu w twarz nachylając się.
Odczekała chwilę, wciąż patrząc w oczy Huska. W końcu naparła na niego najdelikatniej jak mogła łącząc ich usta. Oboje byli delikatni w działaniach. Jedno smakowało alkoholem, drugie starym papierosem, ale smakowali siebie nawzajem tak, jak smakowali ten długi moment. Angie jeździła ręką od policzka, przez ramiona, po klatę Huska, który pierwszy raz nie miał z tym problemu, lecz gdy on położył dłonie na jej kark…
-To tutaj - oderwała się od niego wskazując na logo klubu, następnie zaśmiała się promiennie mimo ciężkiego oddechu.
Ilość osób w klubie była adekwatna do środka tygodnia. Część tańczyła, część właśnie schodziła z parkietu, bo piosenka się zmieniła, garstka siedziała przy stolikach i rozmawiała. Angie odrazu podeszła do baru w celu zamówienia whiskey i mojito, po czym pokierowała go do wolnego stoika. Zachowywała się jak ryba w wodzie, gdy Husk był przytłoczony nowym otoczeniem. Nie bywał w klubach od wielu lat.
-Wyglądasz na kogoś kto gustuje w whiskey - postawiła przed nim szklankę.
-Chcesz mnie upić?- zapytał zadziornie.
-Oh nie, wyczułam to - postukała wymownie o usta.-Poza tym, zabaw się. Nie wyglądasz na kogoś, kto wie jak dobrze się bawić - śmiali się razem.
Pili swoje napoje powoli, rozmawiając i ciesząc się sobą. Byli wyluzowani, całkiem inni niż w kasynie. Żartowali jak dobrzy znajomi, prócz krótkich dotyków które fundowała Angie na twarzy Huska i Husk na udach Angie.
-Jak opowiadałeś o tym co cię kręci, a właściwie NIE kręci, mówisz tak każdej czy to było serio?- po kolejnych drinkach robiła się bardziej bezpośrednia.
-Mówiłem prawdę, ale zapomnij. To było głupie, jestem w szoku, że wciąż tu jesteś - zażenowany, zakrył się ręką.
-To chyba nie przypadek, że wyznałeś to mnie? Przestań, jest fajnie - przyciągnęła twarz Huska do siebie -Tańczysz?- zapytała zaczepiając ustami o usta Huska i nie czekając na odpowiedź wstała od stolika ciągnąć go ze sobą.
Jawnie go drażniła, zaczepiała i testowała jego granice. Sprawnie obserwowała, kiedy Husk się jej podda. Była delikatna w swojej ostrej naturze i seksowna dzięki napięciu, jakie tworzyła między nimi.
Wirowali na parkiecie, tańczyli tak, jakby nikt nie patrzył. Budowali własny pokręcony styl z elementów cha chy, gorącego tango i przewagą jive’a, wszystko w akompaniamencie disco, które pasowało do choreografii jak pięść do nosa. Obracał nią i odchylał podtrzymując plecy, a gdy zawijała nogę wokół jego biodra, stawiał do pionu, by zatrzymać Angie bliżej. Dużo się śmiali, często deptali sobie po palcach, uderzali po kostkach czy gubili rytm, ale nie przestawali szaleć.
Noga za nogą, oddech przy oddechu, znów ułożyli z rąk krzywą ramę, podążając po kwadracie podstawowym krokiem tanga. Husk spuścił na chwile wzrok, zobaczył prawie zamknięte powieki i uchylone usta Angie- taniec względnej dominacji dawał jej wyjątkowo wielkie uczucie swobody. Ich elegancka postawa tworzyła bariery zakresowe oraz interpretacyjne, ale ona z łatwością je łamała wpasowując się w skoczny utwór bez żadnych zawahań. On, próbując nadążyć przechylił ją w lewą stronę i dociągną do siebie, objął prawe udo i uniósł w trzech powolnych obrotach wokół ich osi. Gdy jej niskie obcasy dotknęły ziemi, piosenka ucichła. Z wciąż szeroko rozłożonymi ramionami, patrzyli na siebie zdyszani.
Nie czekając na następny utwór, Angie ułożyła głowę na ramieniu Huska.
-Husk, może to wina mojito, ale polubiłam cię - wciąż dysząc, złożyła na jego szyi mokry pocałunek, a Huskowi zrobiło się jeszcze goręcej.-Jesteś pewien, że chcesz w to brnąć? Będziesz żałować - wysapała, zawieszając rękę na kołnierzu jego koszuli.
Zabrał jej głowę z ramienia i wbił w nią usta łapczywie. Wymowne. Stali na skraju parkietu bez żadnych myśli w głowach, wymieniając pocałunki coraz szybciej. Husk, przyciskał jej biodra do własnych, a ona znów jeździła rękami po coraz niższych partiach jego ciała.
-Mieszkam całkiem niedaleko - oderwała się na sekundę i wsunęła cztery palce za jego spodnie.-Przyłączasz się?- szepnęła dłonią, a Huska zamurowało.
To ostatni moment aby odrzucić wszelkie niepewności i strach, bo prawdę mówiąc… dziewczyna okropnie go POCIĄGAŁA. Próbował nie myśleć o tym, co nadejdzie następnego dnia, czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczy na prywatnym, nie pracowniczym stadium relacji. Być może, jego fascynacja minie następnego ranka, lub klasycznie, gdy przekroczy próg mieszkania Angie, lecz naprawdę chciał spróbować sprawić jej przyjemność.
-Tylko jeśli ty tego chcesz.
-Inaczej bym nie pytała - szybko wróciła do pocałunków wpychając swój język w usta Huska.
Krążyli między ulicami coraz dalej od centrum miasta, a ciepła noc w Nowym Orleanie im służyła. Co kilkanaście kroków, Husk obracał Angie i wspólnie wykonywali figury taneczne, przyśpiewując nietrzeźwymi głosami, a co jakiś czas, któreś prowokowało przystanek na całowanie i dotyk. Nie mając pojęcia, ile czasu zajęła im ta wesoła wędrówka, zatrzymali się przed brązową kamienicą.
-Hej - spojrzała błagalnie zanim otworzyła bramę -Możesz się przestraszyć, ale proszę cię, tylko nie krzycz. Mam na pieńku z sąsiedztwem. Jakbyś chciał mnie zwolnić nie mów Alastorowi, sama to zrobię.
-Wszystko okej?- w głowie Huska pojawiła się malutka czerwona lampka, ale nie mógł rozgryźć co próbowała podświetlić.-Nie musimy tam iść jeśli nie chcesz. Ja… polubiłem cię, ale…- zatknęła mu usta.
-Ja ciebie też - gładziła jego policzek.-Średnio pasujesz do snobów z kasyna, wiesz? Ja tez jestem trochę… inna? Trudna w obyciu napewno, ale spróbować mogę - westchnęła ponuro pod nosem, wchodząc za bramę, zostawiając w tyle Huska-kompletnie zmieszanego, pełnego starych lęków z ogromną gulą w gardle.
Weszli do beżowego, małego mieszkania i znów stracił głowę. Pocałunki, rumieńce, dotyk, po czym Angie zabrała się za bialutkie guziki jego koszuli. Jeden po drugim, aż zamiast bawełny, na klatce czuł welur. Uklękli na łóżku, wir języków nabrał stałego tempa, a spodnie Huska zrobiły się luźniejsze, gdy welur rozpiął mu rozporek i trafił pod gumkę od bokserek.
-Mogę? - zapytał delikatnie podnosząc kawałek jej sukienki do góry.
-Ma zamek z tyłu… ale zaczekaj!- odepchnęła go delikatnie.-To nie fair, wiem. Jednak wciąż myślę, że miałam rację i rozwiąże twój problem z no wiesz, kobietami - świdrowała wzrokiem zawstydzona, a w pokoju uniósł się ciężar ciszy.
Angela zabrała ręce za kark, próbowała za coś chwycić, aż nagle, długie jasne włosy zmieniły się w urocze, krótkie, białe fale.
-Co do cholery?!- wydusił tylko bo Angie(?) zasłoniła mu usta ręką.
-Hej, ciii! Mówiłem ci, o sąsiadach!- mężczyzna, który teraz siedział przed Huskiem warkną, po czym odwrócił wzrok i poczerwieniał. Pokornie spuścił głowę, a błysk jego oczu stracił na intensywności.-Taki performance to moja praca, zdziwiłem się, że Alastor nic nie mówił - przeczesał włosy ręką by wróciły do porządku.-Mogłem ci powiedzieć, na początku nie chciałem, ale naprawdę dobrze się razem bawiliśmy - dotkną dłoni Huska.
-Jesteś facetem!- czuł wściekłość zniesmaczenie tym jak został wykorzystany.
-Tak wiem! Nie jestem ślepy jak ty Husker!- postukał palcem o jego głowę.- Jednak jeśli dobrze zrozumiałem, jestem jedyną od dawna osobą z którą chciałeś iść do łóżka. Przez cały wieczór nie zauważyłeś, że jestem kompletnie płaski, a teraz, udajesz oburzonego mimo, że wciąż dotykasz mnie o wieeele za blisko - wyliczał złośliwie, ale mial rację.
Husk tak bardzo zauroczył się w kobiecie która nie istniała. Zwracał uwagę na jej heterochronię, głos, który teraz wcale nie zdawał się bardzo kobiecy, biały uśmiech i zachowanie. Skąd to się w nim wzięło?
Zajrzał w oczy chłopaka czekającego na odpowiedź, wciąż były piękne. Jego klatka faktycznie nie wystawała spod materiału, a gdy Husk zorientował się, że wciąż opiera ciężar ciała na szczupłych udach chłopaka, nie było już odwrotu. Był równie piękny co Angie, dobrze zbudowany, delikatny w swojej męskiej energii. Husk odwrócił dłoń i chwycił palce mężczyzny.
-Czy mogę cię spytać o imię?- ucałował jego kostki przez materiał i pokornie uchylił czoła.
-Anthony
-Pasuje ci - przytakną, a Anthony w moment zrobil się czerwony. Husk niespodziewanie wstał z łózka, krocząc w stronę drzwi słyszał, jak Anthony w panice próbuje wydusić z siebie słowa.
-Nie podobam ci się już prawda? Dla ciebie mogę być dalej kobietą!- odpowiedź nie nadeszła.-Nie winię cię za te zachowanie, ale powiedz…- urwał gdy Husk wrócił na łóżko z opakowaniem mokrych chusteczek.-Woah! Wiesz ile czasu robiłem ten makijaż?!- chwycił go za nadgarstki.
-Czy jeszcze ci się przyda?- wymruczał blisko Anthonego, a ten dostał ciarek.
Husk jeździł delikatnie i powoli chusteczką po jego żuchwie, kościach policzkowych przyglądając się im z bliska. Zmył wszystko spod oczu, by odsłonić naturalne cienie. Wymienił chusteczkę na nową, by zetrzeć wszystko z czoła i zostawić na nim ledwo wyczuwalnego buziaka. Okrężnymi ruchami przemywał powieki, drugą ręką podtrzymywał podbródek. Po usunięciu resztek pomadki z dolnej wargi, zlizał z niej delikatnie gorzki płyn micelarny prowokując pocałunek do którego Anthony łatwo się przyłączył, podobnie zadbał o górną wargę.
Obcałowywał całą twarz Anthonego trzymając ja delikatnie w dłoniach. Zniżając się ku szyi wyłapał sapnięcie mężczyzny, który powoli starał się ściągnąć Huskowi spodnie z bioder.
-Husk! Rozpinaj ten cholerny zamek w tej chwil!- Anthony złapał go za włosy, był tak samo stanowczy jak w klubie i to chyba bardziej nakręcało Huska.
Zamiast zająć się zamkiem, powoli zdjął z rąk białowłosego długie rękawiczki badając blade dłonie. Zaszedł go od tyłu, rozpiął suwak i uwolnił od sukienki. Był gotów ponownie stanąć przed nim i objąć, zamiast tego Anthony odwrócił się pierwszy i zsuną mu czarny materiał z nóg.
Anthony pchną go w głąb łóżka, a obserwując skołowanego Huska, zdjął bieliznę. Położył się na brzuchu, następnie podciągną na łokciach bliżej towarzysza aby spojrzeć w jego piwne oczy.
Oto oni- dwójka obcych sobie, równie samotnych, poszukujących w życiu mistycznych wartości wyższych kretynów, leżało i otwierało powoli drzwi do wzajemnych dusz. Słodka cisza opanowała sypialnie, gdy ich oddechy się zsynchronizowały, a popsute serca pompowały krew szybciej niż kiedykolwiek.
-Dlaczego zostałeś?-zapytał cicho Anthony, jakby odpowiedź nie była oczywista.
-Może miałeś rację i masz rozwiązanie na moje problemy?
Reszta nocy minęła na przekazywaniu wskazówek oraz doświadczaniu nowej, przedziwnej namiętności. Zawzięcie starali się sprostać oczekiwaniom zbudowanym przez miniony wieczór, a Anthony, szczególnie testował cierpliwość mieszkańców kamienicy ekspresyjnymi reakcjami, w tym donośnymi wyznaniami, spowodowanymi działaniami Huska.
Podrapani, wykończeni, mokrzy od potu i śliny, usnęli w swoich objęciach, jak słońce tworzyło pierwsze halo na niebie.
Otwierając powoli oczy, Husk czuł błogość. Mimo odwiedzin w kasynie, nie doskwierał mu ból głowy czy osłabienie. Dziś, gruba kołdra przykrywała go po nos, a odwrócony plecami chłopak oddawał dodatkowe ciepło. Nie żałował niczego.
-Chcesz to kiedyś powtórzyć?-wyszeptał wtapiając się w kark Anthonego, z pewnością, że wciąż jest w fazie REM.-Czy jestem jednym z wielu?
-Oh Husker - niespodziewanie, blada dłoń pogładziła go po policzku.-Powinieneś już iść- obdarował Huska przeciągniętym i mokrym pocałunkiem.-Odbierz mnie o dziewiątej z kasyna. Mam ochotę na makaron od Ozziego.
——
-Angie mówiła, że wczoraj bawiła się przy drinku z Huskiem- Lucifer wyszczerzył się, gdy wybrzmiał brzdęk stykanych kieliszków, czekając na reakcję Alastora.
-Oh, jestem pewien, że mięli noc pełną wrażeń- spokojnie wykpił plotkę i oparł głowę na dłoni.
-To świetnie- nachylił się z drugiej strony blatu barowego, lądując twarzą w twarz z Alastorem.-Dopytam o szczegóły i dziś urządzę ci rollercoaster takich wrażeń- stwierdził półgłosem i uchylił do ust kieliszek z czerwonym jak krew winem.
