Actions

Work Header

Czerwień twego krawatu (oraz ostrość twych słów)

Summary:

Adam Mickiewicz to wredny, arogancki, wywyższający się cham.

A tak przynajmniej twierdził Słowacki. Odkąd przyszedł on do tej szkoły był w cieniu kogoś, kogo nawet jeszcze nie znał. Zanim jego klasa dobrze go poznała, ci już zaszufladkowali go jako kogoś, kto kopiuje sławnego Mickiewicza. Porównywany był do kogoś, kogo szczerze nie znosił.

Czy naprawdę Mickiewicz jest taki zły? A może to jednak on jest do niego uprzedzony?
Nie no, przecież to jest wredny dupek...
Prawda?

Czyli opowiadanie w którym cholera i zaraza to ulubione słowa Adama, Juliusz myśli o paleniu, Cyprian chce im wszystkim zaprojektować trumny, Zygmunt jest Zygmuntem i unika chodzenia do szkoły, a Fryderyk przeżywa klawiszowo-miłosne perypetie.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter 1: Szkolna Niedola

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Czwarte liceum ogólnokształcące,
Wszystko możesz tu znaleźć.
Czwarte liceum ogólnokształcące,
Granatowy sen, sen sen...

Dzwonek.

Juliusz ruszył powolnym, ciężkim krokiem w stronę kolejnej sali. Już miał za sobą kilka lekcji w tym biologię oraz historię, a teraz zmierzał do miejsca gdzie za kilka minut rozpocznie się jego bitwa ostateczna, a zarazem ostatnia prosta do końca jego tortur. Matematyka. Boże, jak on tego przedmiotu nie znosił. Jeżeli jest jedna rzecz jakiej nie lubił bardziej niż rozgotowane ziemniaki jego matki, to była to matematyka. Od podstawówki to była jego osobista nemezis. Juliusz już dawno uznał, że cały ten przedmiot jak i osoby go nauczające uwzięły się na niego i chcą doprowadzić do jego zagłady.

Przecież to nie jego wina, że cyfry zmieniały tożsamość w jego zeszycie. Nagle szóstka przemieniała się w dziewiątkę, trójka w ósemkę, zaś nawiasy jakimś nieznanym mu sposobem uciekały ze stron jego zeszytu. Był święcie przekonany, że ktoś rzucił na niego czar, inaczej nie dało się tego przecież wytłumaczyć.

Jego nastrój można było określić jako ponury, do czego definitywnie przyczyniła się pogoda. Późny listopad zdecydowanie nie napełniał nikogo zbyt wielkim optymizmem, a już na pewno nie uczniów, którzy w szarugę, deszcz, zawieruchę oraz śnieg zmuszeni byli iść do szkoły. Taka pogoda również nie zachęcała do zrobienia sobie wagarów, mimo wielkich chęci Juliusza. Deszcz bił w szyby szkoły z takim impetem, że gdyby był on nieco silniejszy, na sto procent wyleciałyby z framug.

Juliusz bardzo żałował że miał ze sobą tylko bluzę, i że nie zabrał swojej kurtki ze sobą do sali. Gdyby tylko ją przy sobie miał, to z bezdyskusyjnie uciekłby sobie ze znienawidzonego przedmiotu. A tak? Jakby pojawił się na dworze w zwykłej bluzie z kapturem i w dżinsach (bo pójście do szatni po kurtkę równa się byciu przyłapanym na próbie wagarów przez woźne, które zawsze jakimś cudem pamiętały kto kiedy kończył), to pewnie by się przemoczył, zaraz po tym pochorował, a jego matka wyrwałaby sobie wszelkie włosy z głowy zamartwiając się nad nim. Zwłaszcza, że leki swoje kosztują, a on naprawdę nie chce przysparzać matce dodatkowych kłopotów jeżeli może tego uniknąć. No i oczywiście, po wagarach musiałby wrócić się do szkoły, i zabrać swoje rzeczy do domu. Tak, ten plan był zbyt ryzykowny, skomplikowany, i nielogiczny. Juliusz wolał już się przemęczyć. Zwłaszcza, że jego matka już dużo w tym miesiącu na niego wydała. Plus wizja kolejnej choroby, i bolących płuc? Nie, absolutnie nie.

 

Co prawda nie są w najgorszym możliwym bagnie finansowym w jakim mogli być, bo odkąd wprowadził się nowy partner jego matki idzie im znacznie lepiej. Aczkolwiek dalej nie jest to najlepsza sytuacja, gdy pod koniec miesiąca na koncie matki i tego faceta zostaje około stówki, jak nie mniej. A w okresie zimowym gdy ten choruje niemalże non-stop oraz gdy często ogrzewa się mieszkanie, jest to widok bardzo częsty. Niby matka zapewniała go, że nie jest źle, i że naprawdę dają radę, ten jednak wiedział swoje. Dlatego też często zdarzało mu się ukrywać swoje choroby. Podobno swą niefortunną umiejętność zachorowania od byle czego odziedziczył po swoim ojcu, co mu się w ogóle nie podobało. On w ogóle wyglądał podobnie do ojca. Człowieka którego praktycznie nie pamiętał, bo ten zmarł zanim Juliusz mógł pamiętać coś więcej niż mglisty obraz. Po tylu latach już nawet nie pamiętał jego głosu.

 

Juliusz pokręcił głową, i zrzucił swą torbę z ramienia na podłogę z cichym tąpnięciem. Jego książki też nie były wcale takie tanie, zauważył z niezadowoleniem. Zakup książek co rok, nawet jeżeli były używane, był dość bolesnym ciosem dla jego kieszeni. Z cichym westchnieniem osunął się po ścianie, patrząc na innych ludzi z dość mocnym poirytowaniem. Odkąd ten pojawił się w tej szkole cała ta banda gremlinów gapiła się na niego jakby był z innej planety. Gdy tylko dowiedzieli się, że pisze wiersze i swoje własne opowiadania, zaczęli się patrzeć na niego jakby ten połknął żabę. A przecież to była klasa humanistyczna, do jasnego piernika. Przecież ci ludzie musieli się interesować językiem polskim, inaczej by tu nie szli. Prawda?

 

Juliusz generalnie nie odczuwał jakiegoś wielkiego wstydu z tego powodu, co więcej, uważał że wspięcie się na taki poziom słownictwa oraz pisarstwa był tylko powodem do dumy. Aczkolwiek teraz jak o tym myślał, to nie wiedział czy nie popełnił błędu chwaląc się tym wszystkim ludziom w klasie.

 

-O, hej Julek.

 

Drzwi do sali matematycznej otworzyły się, a z nich wychylił się nikt inny jak Fryderyk Chopin. On również nie wyglądał najlepiej. Niestety oboje mieli brzydką tendencję do częstego chorowania. Fryderyk wyglądał na markotnego, a jego dość delikatne worki pod oczami tworzyły kontrast z jego bladą karnacją. Chłopak westchnął, przeczesując swoje czarne włosy i krzywiąc się gdy został bezceremonialnie popchnięty przez wychodzących ludzi.

 

-Cześć, Frycek. Co tam?

 

Juliusz spojrzał na niego i niechętnie wstał z podłogi, otrzepując się. Brzydziła go ilość brudu i kurzu, który był wszechobecny w całym liceum. Sprzątaczki prawie, że w ogóle nie sprzątały tego tak często jak należy. A zwłaszcza parapetów, zdarzyło mu się już kilkukrotnie dotknąć pajęczyn. A jedyne czego mu brakowało to kolejnego ochrzanu od Salomei, jakby pojawił się w brudnych spodniach u progu domu.

 

Fryderyk i Julek nie byli zbytnio ze sobą bliscy, nie łączyła ich nie wiadomo jak wielka przyjaźń. Ale była to znajoma twarz w tłumie bezmózgiej tłuszczy, co było jakimś komfortem. Zwłaszcza, że oboje pochodzili z dość małych miejscowości, a przeprowadzili się do Krakowa. To z tego powodu głównie zaczęli się ze sobą zadawać. No i oboje pojawili się w szkole po rozpoczęciu roku szkolnego, a to nie pozostawia zbyt wiele opcji przyjaźni. Juliusz personalnie nie narzekał, Fryderyk był, mimo krótkiego okresu ich znajomości, pewnym głosem rozsądku w ich znajomości. Lubił go, nawet jeżeli uważał, że jest aż nazbyt przewrażliwiony.

 

Fryderyk zmarszczył lekko gdy usłyszał swą ksywkę, i westchnąwszy przysunął się do Juliusza, dołączając do niego pod ścianą.

 

-A co ma być, lekcje do szesnastej mam, ból i cierpienie. Zrobiła nam dzisiaj kartkówkę, to może już was oszczędzi.

 

Fryderyk ze zbolałą miną wspomniał o torturach jakim poddała ich nauczycielka. Pani Alicja siała postrach w całym liceum, i to nie bez powodu. Nie lubił jej praktycznie nikt, a zwłaszcza humaniści. Jej słowa były ostre jak topór, a jej oceny tak brutalne jak gladiator. Mimo jej tak miłego imienia, jej osobowość zostawiała sporo do życzenia. To był jeden z tych nauczycieli, którzy twierdzili, że ich przedmiot jest najważniejszy, i nic innego nie istnieje. Tylko ona była w stanie dzień w dzień zasypywać ich całymi stronami równań.

 

Fryderyk był w klasie językowej, zaś Juliusz był w klasie humanistycznej. Fryderyk zmuszony był męczyć się z rozszerzonym polskim, angielskim i francuskim, zaś Juliusz z polskim, angielskim, oraz historią. Kolejna rzecz która ich łączyła, to była wspólna nienawiść do matematyki, fizyki oraz chemii. Oboje ciągnęli te przedmioty na wybłaganych dwójkach, czasami trójkach. Żaden z nich nigdy w całym swoim życiu nie dostał wyższej oceny niż trzy z plusem z tych przedmiotów. Personalnie uważali, że sam fakt, że do czegoś takiego kiedyś doszło musiał być wynikiem czarnej magii. Albo kwestią tego, że któryś nieświadomie napił się słynnej herbatki z prądem. Która wersja była prawdziwa? Tego oni sami nie wiedzieli.

 

-No to milusio tam mieliście. Niech ona da już nam wszystkim spokój, jakbyśmy nie mieli już wielu sprawdzianów.

 

Mruknął Juliusz pod nosem, pocierając oczy. Naprawdę zaczynał żałować że nie miał przy sobie żadnego napoju energetycznego. Ten półmrok jaki panuje na korytarzach, oraz żółte światła jarzeniówek i ich nieustanne bzyczenie w salach przyprawiały go o senność, oraz ból głowy. Fryderyk tylko prychnął, życząc mu powodzenia i klepiąc go pokrzepiająco po ramieniu. Po chwili Juliusz pozostał sam na korytarzu. Sam pośród tych wszystkich ludzi. Jednak z innymi, a jednak sam, jakież to ironiczne.

 

Krótko po tym zadzwonił dzwonek, informując go o rozpoczęciu się jego tortur. Z cichym przekleństwem rzuconym pod nosem wszedł do sali z resztą klasy. Cała lekcja minęła aż nazbyt spokojnie, i tym razem miał dużo szczęścia. Nie zawołała go do tablicy, a Pani Alicja uwielbiała to robić. Wyznawała zasadę, że najlepszy sposób na naukę to bycie wywołanym do tablicy i konfrontacja z zadaniem w ten sposób. Jedyna pozytywna kwestia jest taka, że nikt się z niego nie śmiał gdy ten stał jak słup soli przy tablicy, ponieważ oni sami nie wiedzieli jak to rozwiązać. Aczkolwiek do ciszy mógł też przyczynić się fakt, że matematyczka nie tolerowała wyśmiewania ludzi, i zawsze takie jednostki były surowo karane. Jedyna jej cecha, którą Juliusz mógł nazwać pozytywną.

 

Kiedy w końcu wybrzmiał dzwonek uwalniający ich od tortur, atmosfera w klasie momentalnie się poprawiła. Ludzie szybko zaczęli się pakować, nie zważając na protesty nauczycielki która kazała im zaczekać. Nie ważne jak głośnym się jest, nikt nie jest w stanie powstrzymać grona wymęczonych nastolatków. Dlatego też już po krótkiej chwili Juliusz schodził powoli po schodach, zmierzając wraz z tłumem uczniów do szatni znajdującej się na samym dole szkoły, konkretnie w piwnicy. Juliusz przesunął dłonią po swych ciemnobrązowych włosach, czekając ze zniecierpliwieniem aż tłum trochę się przerzedzi. W tym oto momencie ponownie dopadł go Fryderyk.

 

-Witam cię ponownie. Cyprian idzie teraz do parku zapalić, idziesz z nami?

 

Juliusz odwrócił się szybko, spoglądając na niego podejrzliwie. Fryderyk wyglądał już znacznie żywiej, i weselej. Wygląda na to, że wizja wyjścia ze szkoły niejednego napawała nadzieją i miłością do życia.

 

-A ty nie masz jeszcze jednej lekcji przypadkiem?

 

Na to Fryderyk rozłożył ramiona, i z wielkim uśmiechem odparł.:

 

-A no nie. Mam dzisiaj farta. Odwołali mi francuski. W każdym razie, idziesz czy nie?

 

Juliusz po chwili namysłu skinął szybko głową. Co prawda nie miał on zamiaru palić, ale zawsze mógł trochę posiedzieć w towarzystwie. Nawiązywanie kontaktów w tak dużym liceum jest jednak potrzebne do przeżycia.

Cyprian. Fryderyk miał na myśli Cypriana Norwida, na którego złośliwie mówili ''Cycek'' jeżeli ten akurat zalazł komuś za skórę. Był od Juliusza rok starszy, i był w klasie trzeciej, również na kierunku humanistycznym. Chłopak nie miał ani jednej okazji rozmawiać z nim twarzą w twarz, ale z tego co mówił o nim Fryderyk, wydawał się być człowiekiem znośnym. Bez problemu dało się z nim dogadać. Jedynym co sprawiło, że Juliusz obawiał się spotkania z nim był fakt, że ten ma niecodzienne zainteresowania, oraz jest duszą towarzystwa.

 

Ekstrawertycy to zdecydowanie nie grupa ludzi za którymi przepadał. To nie tak, że nie lubił się spotykać z ludźmi. Jednak całe swe życie mimo wszystko spędzał samotnie, lub z jednym znajomym u boku. Wizja znalezienia się w większej grupie ludzi zdawała się go przerastać. Bał się, że gdyby został wciągnięty na jakąś imprezę, to po prostu nie wiedziałby jak ma się zachować. Nie wspominając nawet o wizji rozmawiania cały czas z ludźmi których się nie zna.... Nie, to decydowanie nie było coś, co mu się podobało w jakikolwiek sposób. Zbyt stresujące. Spodziewałby się, że po prostu w takiej sytuacji zacząłby się jąkać, albo odrzuciłby od siebie ludzi swoim gburowatym nastawieniem.

 

Gdy większość ludzi wyszła w końcu z szatni, Juliusz szybko nałożył na siebie swoją starą wysłużoną skórzaną kurtkę, oraz glany które również lata świetności miały za sobą i miały już spore ślady użytkowania. Aczkolwiek nie miał ochoty nawet myśleć o kupnie nowych. Wizja bycia zmuszonym do pójścia do sklepów z odzieżą używaną napawała go strachem.

 

Po chwili oboje wychodzili ze szkoły wraz z tłumem uczniów, i skierowali się do pobliskiego parku który oddalony był piętnaście minut drogi pieszo. Mimo wszystko nie osiągnęli jeszcze pełnoletności, więc im mniej ludzi zobaczy ich z papierosami lub koło palaczy tym lepiej. Juliusz przysłuchiwał się Fryderykowi, gdy ten narzekał cały czas na swoich nauczycieli. Wcale mu się nie dziwił, on sam nie miał wielu nauczycieli których tolerował, a co dopiero lubił. Jego matka sama była nauczycielką geografii, i szczerze współczuł jej uczniom. Nie była złą matką, ale jak się wkurzyła... Oj, wtedy sam Szatan chował się po kątach ze strachu.

 

Deszcz był już znacznie lżejszy. Ku uciesze chłopaków nawałnica przemieniła się w mżawkę. Byli niesamowicie wdzięczni pogodzie, bo jedyne czego w tej chwili potrzebowali to bycie przemokniętym do ostatniej suchej nitki, i jakieś choróbsko. Juliusz nasunął sobie czapkę na czoło jeszcze mocniej. Na dworze było już praktycznie czarno, ostatnie światło na niebie szybko wyganiane z horyzontu przez mrok.

 

-Wybacz, że każę ci tyle iść w taką pogodę, ale Cyprian jest paranoikiem, i boi się, że ktoś przyłapie go na fajce. Jakby przestał kopcić, to wszystkie problemy by mu zniknęły.

 

Juliusz tylko pokiwał głową na jego słowa. Nie dziwił się starszemu chłopakowi. Jeżeli sam by palił, również nie chciałby zostać przyłapany. Mimo iż nie jest to teren szkoły, i w teorii nauczycieli nie powinno obchodzić co robią po zajęciach, tak jednak nauczyciele w całym Krakowie obrali sobie za cel zmniejszenie zjawiska patologii wśród uczniów. Z jednej strony było to doskonale zrozumiałe, z drugiej Juliusz naprawdę wątpił, że publiczne ośmieszanie palaczy, nagana, oraz rozmowa z dyrektorem faktycznie zmienią czyjekolwiek nastawienie. Choć sam musiał przyznać, widok gówniarzy w jego wieku, którzy zataczali się po parkach czy też skwerach, lub palili więcej i gorzej niż niejeden piec to nie był przyjemny widok.

 

Po chwili dotarli do parku, a im głębiej szli, tym więcej dookoła nich krzaków i nagich drzew, i jeszcze większa ciemność. Gdyby nie to, że Cyprian trzymał w ręce telefon z włączoną latarką, to w ogóle by go nie znaleźli.

 

Cyprian był dość wysokim chłopakiem o ciemnych brązowych włosach które dość mocno się kręciły. Miał owalne okulary na nosie, a jego twarz zdobiły liczne piegi. Jego skórzany płaszcz sięgał mu aż do kolan. Nawet w takiej ciemności Juliusz był w stanie ocenić, że stojący przed nim chłopak był obiektywnie przystojny.

 

Wyglądało na to że Juliusz i Fryderyk trochę się spóźnili, bo Cyprian trzymał już w ręce zapalonego papierosa. Zaciągnął się nim, i wypuścił kłębki dymu, nim odwrócił się do nich z uśmiechem.

 

-Cześć Frycek. Widzę że w końcu przyprowadziłeś swojego ziomka. Moje uszanowanie.

 

Juliusz szybko mu się przedstawił, i podali sobie dłonie. Ręce starszego chłopaka były zadziwiająco ciepłe. Wydawał się być naprawdę przyjazny. i wesoły jak na taką paskudną pogodę. Jego pogodne usposobienie definitywnie nie zgadzało się chłopakowi z informacjami które przedstawił mu Fryderyk. Według niego, Cyprian miał dość... Niezbyt społecznie akceptowalne zainteresowania. Już podobno od podstawówki kręciły go kwestie rozcinania ludzi na kawałki, sekcji zwłok, oraz nieetycznych eksperymentów medycznych.

 

-A gdzie Adam? Znowu gdzieś przepadł?

 

Fryderyk oparł się ręką o mokrą ławkę, uśmiechając się pod nosem. Cyprian spojrzał w górę, ale szybko odszedł od tego pomysłu gdy deszcz zmoczył mu okulary.

 

-Czego ty od niego oczekujesz? Przecież poza tą swoją dziewuchą to on świata nie widzi. Sprzedałby nas za pięć złotych jakby tylko nadarzyła się ku temu sposobna okazja.

 

-Nie doceniasz go, drogi Cyprianie.

 

Juliusz przysłuchiwał się ich rozmowie z lekkim zainteresowaniem. Nie do końca wiedział co dodać do tej całej dyskusji, więc stanął obok Fryderyka, opierając się ramionami o oparcie ławki. Kilkanaście razy słyszał już o tym całym "Adamie". Nie miał pojęcia kim on do końca jest. Fryderyk mówił mu kilka razy że dogadałby się z nim, bo on również ma podobne zainteresowania, co on. Nie wiedział czy naprawdę miał ochotę poznawać kogokolwiek o podobnych zainteresowaniach.

 

Nie miał ochoty rywalizować, nie miał ochoty walczyć. Już i tak ludzie z jego klasy odkąd ten tylko się pojawił porównują go do Mickiewicza. Mickiewicz to, Mickiewicz tamto. Kim niby jest ten cały Mickiewicz i czemu do cholery żaden nie mówi mu po imieniu? Nie wiedział jak poprowadzić taką relację, by nie przerodziła się ona w niezdrową rywalizację, zazdrość, i niechęć do siebie nawzajem.

 

-A ja bym stwierdził, że go przeceniam, kazałby nam wyczyścić buty jego dziewczyny naszymi twarzami, jakby tylko go o to poprosiła.

 

Fryderyk prychnął z rozbawieniem, a nawet i Juliusz nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.

 

-W każdym razie, nie wiem gdzie jest, i nie będę go nawet szukać bo jakbym go znalazł to bym musiał sobie oczy wydłubać. A co tam u was, młodziaki? Choroba was jeszcze nie dorwała?

 

Fryderyk zmarkotniał, zanim podrapał się po głowie z pewnym zakłopotaniem.

 

-Nie no, już swoje odchorowałem. Dalej się leczę, mama mnie nie chciała puścić na zajęcia ale nie mogę teraz tyle lekcji tracić. Za niedługo święta, zaraz po tym koniec semestru... A ja muszę jeszcze powalczyć o tą marną dwójkę z matmy przecież, nie. No i zaraz po świętach znowu konkurs...

 

Po chwili Juliusz dodał:

 

-Niestety u mnie sytuacja ta sama, co u Frycka. Nasza dwójka choruje na zawołanie.

 

Cyprian westchnął tylko, kiwając głową. Wokół ich trójki roztaczał się duszący zapach tytoniu, który pachniał z jednej strony pociągająco, a z drugiej absolutnie obrzydliwie. Było w tym zapachu jednak coś nostalgicznego, ale Juliusz nie wiedział konkretnie co.

 

Po krótkiej acz dość przyjemnej rozmowie, oraz wymienieniu się numerami telefonów między Cyprianem a Juliuszem, wszyscy udali się w swoją stronę. Juliusz szedł szybkim krokiem w stronę najbliższego przystanku z którego mógł jechać w stronę swego domu. Mieszkał w tej uboższej części Krakowa. Nie była nie wiadomo jak biedna, to nie były slumsy, ale poziom życia w tamtejszych blokach był znacznie niższy od tego, jaki był w innych rejonach miasta. Bloki trochę smutniejsze, trochę bardziej zaniedbane. Ulice trochę bardziej nierówne. A zwłaszcza było to czuć po zmianie jakości powietrza.

 

Juliusz nie wiedział jakimi grzechami oni palą w tych piecach, ale muszą być one niesamowicie ciężkie. Smród jaki wydobywał się z kominów był absolutnie nieznośny i wywoływał taki kaszel, od którego chciało się wymiotować. Jego głowa zawsze odpowiadała na to powietrze nieznośnym, tępym bólem, którego nijak nie dało się pozbyć. Niestety ale w takich momentach jedyne co działało na ten ból to były silne leki przeciwbólowe które lekko go zmniejszały. Jaka mogła być przyczyna tego bólu głowy? Czy to była kwestia zapachu? Zanieczyszczenia? A może jeszcze cholera wie co? Nikt nie wiedział. Salomea sugerowała że jest po prostu wyczulony na zanieczyszczenia powietrza jak porosty i mech. Mimo iż Juliusz w żadnej kwestii nie przypominał ani tego, ani tego, uznał to za najodpowiedniejszą i najprawdopodobniejszą teorię. No cóż, zawsze pozostała wiara w to że ma jakiegoś krwiaka albo guza mózgu. Ale o tym z oczywistych powodów Juliusz nie chciał nawet myśleć.

 

Gdy tylko dotarł na przystanek, akurat podjeżdżał autobus jadący w jego stronę. Westchnął z ulgą, lecz mina szybko mu zrzedła gdy zobaczył jaki tłok w nim panuje. W sumie nie powinien się dziwić, bądź co bądź były to godziny szczytu. Komunikacja miejska oraz upartość ludzi cały czas udowadniała mu, że nie ma limitów jeżeli chodzi o ilość ludzi jaka może pomieścić się w autobusie.

 

Gdy drzwi się otworzyły a wszyscy co mieli wysiąść wyszli, Juliusz szybkim krokiem wszedł do autobusu, i zajął miejsce stojące, w rogu pojazdu. Złapał się jedną ręką za grubą rurę która biegła po prawie całej jego długości, drugą zaś szukał słuchawek. Gdy tylko je znalazł, szybko je włożył, i puścił sobie muzykę, by choć w jakimkolwiek stopniu zminimalizować huk i hałas jaki go otaczał. Autobus się trząsł a kierowca co chwile hamował tak agresywnie, że Juliusz myślał że zaraz odpadnie mu ręka którą kurczowo trzymał się rury.

 

Z każdym kolejnym przystankiem coraz mniej i mniej ludzi było w autobusie, a Juliusz mógł w końcu usiąść i zdjąć z ramienia swoją torbę. Szczerze zaczynał się martwić, że od samego ciężaru torby jego ramię po prostu odpadnie. Tylko teraz pojawiło się przed nim nowe wyzwanie: nie zaśnięcie w autobusie. Był tak wykończony wszystkimi rzeczami związanymi ze szkołą, a sprawy wcale nie polepszała jego bezsenność, że istniała realna groźba, że gdy tylko zamknie oczy na dłużej niż sekundę to po prostu zaśnie.

 

Na szczęście chłodne podmuchy wiatru które wpadały do wnętrza pojazdu z każdym otwarciem drzwi były na tyle częste, że nie pozwalały mu zasnąć. Gdy Juliusz w końcu wysiadł na ostatnim przystanku, była już prawie siedemnasta. I już wiedział, że w domu czeka go rozmowa. Jego matka traktowała go strasznie jak jajko, już go to do szału doprowadzało.

 

Wiedział, że jego stan zdrowia pozostawiał wiele do życzenia i, że był jedynym dzieckiem, ale no cholery jasnej ile można? On to doceniał, ale już naprawdę nie wytrzymywał czasami. Zwłaszcza jak chodzi o wychodzenie na dwór. Siedzenie na dworze jeszcze nikogo nie zabiło, a co więcej, podobno jest dobre dla zdrowia. Tymczasem Salomea zachowywała się jakby wyjście gdziekolwiek z Chopinem było równoznaczne z pojechaniem na front wojenny.

 

Słowacki szedł powoli ubłoconą drogą, modląc się by nie zaliczyć jakiejś wywrotki. Mrozy były już częstym zjawiskiem, więc niestety ale chodniki po zachodzie słońca stawały się lodową pułapką. Jednakże dzisiaj los mu sprzyjał, bo nie wywrócił się ani razu.

 

Blok w którym mieszkał był dość stary, definitywnie wybudowany w latach sześćdziesiątych. Mimo tego był w dość dobrym stanie, i był w miarę nowoczesny. No, na tyle o ile jak na tą dzielnicę. Przynajmniej było tam ciepło. Tęsknił trochę za swoim mieszkaniem na wsi, ale z wielu względów już mieszkać tam nie mogli. No i jeżeli Juliusz naprawdę chciał iść do jakiegoś dobrego liceum a nie do miernej zawodówki, to musiał się wyprowadzić. Szkoda tylko, że z takich przyczyn. No cóż, przynajmniej Kraków miał autobusy, nie to co jego wiocha.

 

Juliusz szybko otworzył drzwi do klatki, i zaczął mozolnie wspinać się po schodach. Definitywnie uważał, że brak windy to najgorsza kara jaka istnieje. Zwłaszcza jeżeli trzeba się wspinać na chromolone szóste piętro. Ledwo wytrzymywał takie codzienne wspinanie i schodzenie, za każdym razem jak udawało mu się dojść pod drzwi mieszkania to myślał, że wypluje sobie płuca.

 

W momencie w którym przekręcił klucz, wiedział, że czeka go obsztorcowanie. Jego matka stała w progu, z miną ponurą i rękami założonymi na piersi.

 

-Boże drogi, Juliuszu! Jak ty wyglądasz? Cały mokry jesteś! Czyś ty już do reszty oszalał?

 

Salomea szybko pomogła mu zdjąć skórzaną kurtkę, zagoniła go do łazienki, i zmusiła do wzięcia ciepłego prysznica. Juliusz nie narzekał, przynajmniej tym razem. Jedyne czego potrzebował to ciepło, i jedzenie. Boże, ale on był głodny. Tak strasznie był zmęczony, że nawet nie poczuł jak bardzo burczy mu w brzuchu.

 

-Jak było w szkole?

 

Salomea spytała gdy Juliusz wychylił się zza drzwi łazienki. Przebrany był w wygodne domowe ubrania, a te przemoczone zostawił do wyschnięcia. Przeciągnął się z zadowoleniem. Chłód który towarzyszył mu przez cały dzień i który czuł aż w kościach w końcu ustąpił.

 

-Męcząco, a jak może być.

 

Salomea westchnęła, odwracając się do niego z chochlą w ręku. Była w trakcie nalewania mu sosu spaghetti na makaron.

 

-A może tak coś więcej? Wiecznie odpowiadasz tak zdawkowo.

 

Salomea położyła mu talerz z gotowym jedzeniem na stole, za które Juliusz ochoczo się zabrał. Jedzenie które robiła jego matka było wyśmienite, no chyba, że gotowała ziemniaki. One zawsze były rozgotowane.

 

-Ale mamo no, naprawdę nie ma nic ciekawego. Poznałem w końcu jednego chłopaka z roku wyżej, nazywa się Cyprian. Mówiłem ci o nim, to ten co wszyscy na niego mówią Cycek jak ich wkurzy.

 

Na to Salomea potrząsnęła głową, zrezygnowana i załamana humorem nastoletnich chłopaków.

 

-Mam nadzieję, że przynajmniej ty go tak nie nazywasz.

 

Juliusz na jej słowa posłał jej najbardziej niewinny uśmiech na jaki mógł się zdobyć w całej tej sytuacji, a Salomea starała się dość nieudolnie ukryć swoje rozbawienie. Westchnęła tylko, nie chcąc przez przypadek zaczynać kolejnego wywodu który i tak zostałby skwitowany przez Juliusza słowem: umoralnianie.

 

Ilekroć Salomea próbowała mu przemówić jakkolwiek do rozsądku w związku z jego zachowaniem, ten rzucał to jedno słowo. Było ono uznawane przez niego jako fakt i największą świętość i cokolwiek skwitował tym określeniem automatycznie przestawało się dla niego liczyć. No, Salomei jeszcze jako tako się słuchał, i jakoś się z nią dogadywał. Ale z jego ojczymem? Nie ważne ile lat Salomea i August ze sobą chodzili, Juliusz podchodził do tego mężczyzny jak pies do jeża.

 

Salomea myślała, że zainteresowania jakie dzielą sprawią, że oboje się do siebie zbliżą, lecz jej syn cały czas traktował jej partnera z chłodną obojętnością. Naprawdę liczyła na to, że sytuacja kiedyś ulegnie zmianie, lecz jak na razie nie wyglądało na to by cokolwiek mogło się zmienić.

 

Chłopak szybko umył naczynia po obiedzie, i gdy tylko jego ojczym pojawił się w mieszkaniu, ten uciekł szybkim krokiem do pokoju, mówiąc, że ma pracę domową do zrobienia.

Salomea nie widziała go aż do kolacji.

Notes:

Ostatni update: 14 czerwca 2026