Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2026-02-25
Words:
3,181
Chapters:
1/1
Comments:
2
Kudos:
4
Hits:
86

wiatr

Work Text:

// https://open.spotify.com/track/6ocRPRKFdtIfByJqIt98jn?si=umJev1wHSZ-X8630PJcT5Q

 

Domen był w formie życia i czasem sam, zastanawiał się jak to osiągnął. Przez ostatni rok był inny, bardziej dojrzały, opanowany. Skupiony tylko i wyłącznie na skokach, chociaż może nie do końca. Bo w jego życiu pewien Niemiec ciągle sprawiał że Domen śmiał się głośno, potrafił się zrelaksować i może dlatego wygrywał wszystko po kolei. Każdy konkurs. Każdą serię treningową. Każdą kwalifikację, nawet te, na które przychodził półprzytomny z kubkiem kawy w ręce i włosami w kompletnym chaosie. Komentatorzy zaczęli żartować, że organizatorzy powinni po prostu wręczać mu kryształową kulę co tydzień i oszczędzić wszystkim stresu.

Philipp Raimund uważał, że to wcale nie jest takie śmieszne. Bo chociaż zżerała go duma, to czuł też ogromną zazdrość i uczucie, którego nie potrafił opisać.

— To już się robi nudne — mruknął, opierając się o barierkę na rozbiegu i patrząc, jak Domen po raz kolejny ląduje idealnie telemarkiem.

— Nudzi cię oglądanie perfekcyjnych skoków? — zapytał Timi, unosząc brew.

— Nie. Nudzi mnie to, że on nawet nie próbuje udawać, że się stara. — powiedział Raimund chociaż doskonale wiedział że tak nie jest. Na dole skoczni Domen ściągnął gogle, uśmiechnął się szeroko i od razu spojrzał prosto na Philipa. Jak zawsze. Jakby to było odruchowe. Jakby potrzebował upewnić się, że Niemiec wszystko widział.

Raimund oczywiście udawał, że patrzy gdzie indziej.

— Idioci — westchnął cicho Andreas Wellinger stojący kawałek dalej.

— Totalni — potwierdził Anže Lanisek.

— Oni wiedzą? — zapytał Rok Oblak, na którego twarzy malował się rozbawiony uśmiech.

— Nie — odpowiedzieli jednocześnie.

Bo wszyscy wiedzieli. Trenerzy. Skoczkowie. Serwismeni. Nawet dziennikarze, którzy zaczęli zadawać Domenowi pytania typu: „Czy zwycięstwa smakują lepiej, kiedy ktoś konkretny patrzy z dołu skoczni?".

Domen oczywiście nigdy nie łapał aluzji.

— Każdy patrzy — odpowiadał spokojnie, wzruszając ramionami. — To normalne.

Philipp wtedy zawsze odwracał wzrok, jakby nagle bardzo interesowały go wiązania nart. Bo przecież byli tylko przyjaciółmi. Przyjaciółmi którzy spędzają ze sobą każdą wolną chwilę, jeżdżą razem na wakacje i biegają ze sobą każdego poranka, gdy normalni ludzie jeszcze śpią.

❄️

Wieczorem, w hotelu, siedzieli razem na podłodze w pokoju Domenа, oglądając powtórkę konkursu. Obok nich stała otwarta paczka chipsów, którą przemycili w ukryciu przed trenerami.

— Tutaj mogłeś wybić się wcześniej — powiedział Philipp, przewijając nagranie. A Prevc wywrócił oczami rozbawiony.

— Mogłem, ale nie musiałem — odparł Domen.

— Ty zawsze nie musisz. To jest irytujące.—Słoweniec parsknął cicho śmiechem i oparł głowę o łóżko, patrząc na Niemca z boku.

— Ale i tak analizujesz każdy mój skok. —Philip zamarł na sekundę.

— Bo jesteś najlepszy. Trzeba pilnować konkurencji.— Domen uśmiechnął się trochę zbyt miękko jak na zwykłą odpowiedź.

— Jasne. Konkurencji. — Przez chwilę w pokoju było cicho, tylko komentator w tle opowiadał o „kolejnym dominującym zwycięstwie Prevca". Który w tym momencie wyciągał spod łóżka ukrytą puszkę coli zero. Philipp nagle poczuł, że to wszystko jest... za blisko. Za ciepło. Za wygodnie.

Więc szturchnął Domena łokciem.

— Nie przyzwyczajaj się. W końcu cię pokonam. — Domen spojrzał na niego z tym swoim spokojnym, pewnym wyrazem twarzy. W którym było coś prowokującego, coś czego Raimund nie umiał opisać.

— Wiesz, że byłbym z tego najbardziej dumny, prawda? — Philipp zamrugał, poczuł jak jego twarz robi się czerwona,

— Co?

— Gdybyś to był ty. — powiedział to tak zwyczajnie, jakby to nie było zdanie, które brzmi podejrzanie jak wyznanie. Co wprowadziło umysł Niemca w jeszcze większą konsternację.

Philipp w odpowiedzi tylko prychnął, odwracając wzrok.

— Gadasz głupoty, Prevc.

A później jak gdyby nigdy nic przeszli do gry w UNO, którą prawdopodobnie słyszało pół hotelu.

Bo Domen i Philipp byli mistrzami olimpijskimi w dwóch rzeczach:
— w skokach narciarskich
— i w totalnym ignorowaniu faktu, że są w sobie zakochani.

Ale Domen bardzo szybko przekonał się, że dłużej nie wytrzyma.

❄️

Sezon skończył się szybko, niby troche za szybko ale jednak w końcu mogli odpocząć. Jeszcze chwilę temu był hałas skoczni, konferencje prasowe, błysk fleszy i to wieczne pytanie: „Jak się czujesz jako lider Pucharu Świata?". A potem nagl cisza. Ostatni konkurs, ostatni hymn, ostatni raz w tym sezonie, kiedy świat sportu patrzył na nich z trybun i ekranów.

Philipp siedział w samolocie przy oknie, wpatrując się w chmury, jakby próbował znaleźć w nich sens życia. Obok niego siedział Domen Prevc, z słuchawkami na szyi i spokojnym wyrazem twarzy, jakby lot na wakacje na drugi koniec Europy tylko we dwoje był najbardziej oczywistą rzeczą na świecie.

— Wiesz, że się gapisz jak bohater jakiegoś smutnego filmu? — rzucił Domen bez odrywania wzroku od telefonu. Philipp prychnął cicho, przewracając oczami.

— A ty wiesz, że jesteś irytujący?

— Tak. To mój największy talent poza skokami. — kącik ust Raimunda drgnął, jednak nie był w stanie powstrzymać śmiechu. Prevc tylko uśmiechnął się i patrzył na niego o sekundę za długo.  Philipp to zauważył i panice sięgnął po magazyn o autach, który nagle wydawał się niesamowicie interesujące.

Czas lotu minął szybko i już kilka chwil później wysiedli z samolotu. Przywitało ich ciepłe, hiszpańskie powietrze, które sprawiło że obydwoje przymknęli oczy.

— Właśnie tego potrzebowałem. — mruknął Niemiec uśmiechając się łagodnie.

— A nie mnie? — odparł z przekąsem Domen, schodząc po samolotowych schodach. Słoweniec posłał Raimundowi szeroki uśmiech, a ten tylko odwrócił wzrok.

— Debil.

❄️

W hotelu okazało się, że Domen Prevc albo nie potrafi robić rezerwacji, albo wszystko to co zaszło miało ukryty motyw.

— Jedno łóżko? — Philipp patrzył na pokój z niedowierzaniem.

— Coś musiałem pomieszać w rezerwacji, albo i nie? Ale to chyba nie powinien być problem, prawda?

Zapadła krótka, absolutnie niezręczna cisza. Domen uśmiechał się, a Raimund którego serce biło zdecydowanie zbyt szybko patrzył na niego jak na zdrajce narodu.

— Serio?

— No co? Spaliśmy w gorszych warunkach na zawodach — Domen wciągnął walizkę do pokoju.

Philipp czuł że serce wyskoczy mu z klatki piersiowej, a twarz spłonie. Jedno łóżko. Super. Genialnie. Wspaniale. Idealny pomysł, żeby jechać na wakacje z chłopakiem, w którym się po cichu kochasz.

— Bierz stronę przy oknie — rzucił Domen, zrzucając torbę na podłogę. — Wiem, że lubisz. — Philipp spojrzał na niego podejrzliwie.

— Skąd wiesz? — Prevc spojrzał na niego jak na idiotę.

— Znam cię od lat, geniuszu. — I to było właśnie dla Niemca najgorsze. Że Domen znał go za dobrze, że  widział rzeczy, których nikt inny nie zauważał, że był tak blisko a jednocześnie ciągle
nie tam, gdzie Philipp chciałby najbardziej.

☀️

Słońce uderzyło w nich od razu, kiedy tylko zeszli na plażę - ciepłe, miękkie, kompletnie inne niż zimowe światło skoczni. Piasek parzył w stopy, fale szumiały spokojnie, a powietrze pachniało solą i czymś słodkim. Może była to wata cukrowa sprzedawana niedaleko, może churrosy albo po prostu ich wymysł.

Szli we dwójkę niosąc ze sobą koce, jak i cały zestaw do nurkowania. Philipp zatrzymał się na chwilę, mrużąc oczy.

— Okej, to jest absurdalne. My serio jesteśmy na wakacjach.— powiedział, jakby doszło to do niego dopiero teraz.

— Szokujące, wiem — mruknął Domen zsuwając okulary przeciwsłoneczne na nos. — Bez kombinezonów, bez nart, bez wywiadów i bez ciebie analizującego każdy mój ruch w locie.

— Och, proszę. Robię to z troski. — dodał Philipp. Słoweniec zaśmiał się cicho. Znaleźli odpowiednie miejsce do zostawienia swoich rzeczy. Obydwoje biegiem ruszyli do wody, jakby mieli znów osiem lat. Raimund pierwszy wbiegł w fale, sycząc, gdy chłodna woda oblała mu nogi.

— Miało być cieplej! — Domen zaśmiał się głośno.
— No chodź, Prevc nie bądź tchórzem! — krzyknął Niemiec, widząc jak Słoweniec zatrzymał się jeszcze przed wodą. Domen wszedł do wody się oburzony i chlusnął wodą prosto w niego. Nikt przecież nie może nazwać go tchórzem, nawet jego najlepszy przyjaciel.

Chwila ciszy.

 

— Okej. Sam tego chciałeś.

W następnej sekundzie Philipp ruszył na niego, rozchlapiąc wodę na wszystkie strony. Prevc próbował uciec, śmiejąc się jak dzieciak. Raimund pobiegł za nim, wbiegając na piasek zahaczył o stojący na jego drodze leżak, stracił równowagę. Domen złapał go odruchowo za ramiona, żeby przypadkiem nie upadł.

I nagle było za blisko.

Philipp poczuł, jak jego serce robi ten głupi, zdradziecki skok, a Domen wciąż trzymał go pewnie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.

— Uważaj — powiedział ciszej. — Jeszcze byś się połamał i co ja bym zrobił bez mojego ulubionego rywala? — Philipp uniósł brew.

— Ulubionego? — Domen wzruszył lekko ramionami, ale nie cofnął rąk.

— No wiesz. Tego, z którym latam na wakacje. Dzielę pokój. Jedno łóżko i te sprawy. — Philipp parsknął, ale policzki lekko mu się zaczerwieniły.

— Brzmisz jakbyś próbował coś zasugerować.

— Może próbuję — rzucił Domen z tym swoim półuśmiechem, który zawsze oznaczał kłopoty. Raimund jednocześnie poczuł że kocha ale i nienawidzi tej prowokacji. Słoweniec zamiast puścić go od razu, przesunął dłonie niżej, na jego przedramiona, jakby sprawdzał, czy Philipp na pewno stoi stabilnie. Palce na sekundę zatrzymały się na zbyt długo.

— Wiesz — dodał Prevc niby od niechcenia — na skoczni zawsze jesteś taki skupiony. A tutaj jesteś jakiś bardziej roztrzepany.

— Bo ktoś mnie prowokuje — odpowiedział Philipp, patrząc mu prosto w oczy. Domen uśmiechnął się szerzej, puszczając go by ten stanął prosto.

— Działa? —Philipp poczuł, że powinien się odsunąć, zdecydowanie powinien. Zamiast tego tylko szturchnął go w ramię.

— Jesteś niemożliwy.

— Ale to ty przyjechałeś tu ze mną. — odparł spokojnie Domen. Na moment obaj zamilkli, słysząc tylko fale i krzyki ludzi wokół. Philipp nagle odepchnął go lekko i pobiegł do wody, żeby ukryć to głupie ciepło w klatce piersiowej.

— No chodź! — krzyknął. — Przegrywasz!

Domen pokręcił głową z rozbawieniem i usiadł na ziemi, jego serce biło zdecydowanie zbyt szybko by teraz miał ścigać się z Raimundem. Philipp tylko pomachał do niego z szerokim uśmiechem.

Wiatr od morza wzmógł się nagle, ciepły i słony, niosąc ze sobą zapach świeżości, która zdecydowanie działała na korzyść obu skoczków. Słoweniec rozłożył koc, usiadł na nim i oparł się na łokciach. Obserwował linię horyzontu, tak przynajmniej udawał.

W rzeczywistości patrzył tylko na niego.

Philipp stał kilka metrów dalej, po kostki w wodzie, zupełnie nieświadomy tego spojrzenia. Fale uderzały o jego nogi, a wiatr rozwiewał mu włosy w kompletnym chaosie — kosmyki opadały mu na czoło, potem znowu były odgarniane, jakby same nie mogły zdecydować, gdzie chcą być. Domen zauważył, że Raimund chwilę odruchowo przeczesuje je palcami, marszcząc przy tym lekko brwi.

Boże, jak on jest piękny.

Słońce odbijało się w oczach Niemca, sprawiając, że wyglądały jaśniej niż zwykle. Kiedy uśmiechnął się do jakiegoś dziecka przebiegającego obok, ten uśmiech był tak naturalny, tak ciepły, że Domen poczuł jak coś ściska go w klatce piersiowej. Zauważył zależność, która była oczywista.. Na skoczni Raimund był wiecznie skupiony, napięty, walczący o każdy metr. Jednak poza nią był lżejszy, prawdziwy i zawsze radosny.

Domen nigdy nikomu nie powiedział, jak bardzo lubi patrzeć na tę wersję Philippa. Jak bardzo kocha te momenty, kiedy Raimund zapomina, że ktoś na niego patrzy. Kiedy przestaje udawać, że wszystko ma pod kontrolą. Kiedy śmieje się bez oporu, kiedy mruży oczy od słońca, kiedy jego ramiona rozluźniają się tak, jakby wreszcie mógł odetchnąć.

Niemiec nagle odwrócił głowę w stronę Słoweńca, jakby nagle coś wyczuł. Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy.

I wtedy Raimund się uśmiechnął.

Nie tym pewnym, sportowym uśmiechem dla kamer. Tylko tym cichym, prywatnym, tylko dla niego. Serce Domenowi zabiło szybciej, tak nagle i mocno, że aż go to zirytowało. Bo to było głupie.
Bo to był tylko jego przyjaciel. Bo powinni się teraz wygłupiać, rzucać piaskiem, śmiać się jak idioci. A nie siedzieć tak i patrzeć jak zakochany nastolatek z jakiegoś tandetnego filmu. Philipp pomachał do niego ręką.

— Idziesz czy tylko będziesz się gapił? — Domen parsknął cicho, podnosząc się z piasku. Nie potrafił odmówić.

— Obserwuję teren. Profesjonalnie.

— Jasne — zaśmiał się Philipp. — Bardzo profesjonalnie. Kiedy Domen podszedł bliżej, wiatr znowu rozwiał włosy Philippa, a on znów odgarnął je odruchowo, z tym swoim lekkim, rozbawionym uśmiechem. Domen poczuł absurdalną, niemal fizyczną potrzebę, żeby zrobić to za niego. Przesunąć te kosmyki samemu. Zobaczyć, czy są tak miękkie, jak wyglądają.
Zamiast tego tylko stanął obok, zbyt blisko jak na to co oficjalnie było pomiędzy nimi.

— Co? — zapytał Philipp ciszej, patrząc na niego podejrzliwie. — Znowu analizujesz mój styl chodzenia czy coś? — Domen pokręcił głową, a jego spojrzenie na chwilę zmiękło w sposób, którego Philipp nie potrafiłby zinterpretować, nawet gdyby bardzo się starał.

— Nie — odpowiedział równie cicho. — Po prostu dobrze wyglądasz, kiedy się uśmiechasz. Philipp zamarł na sekundę, kompletnie zaskoczony. Nigdy nie przyzwyczaił się do komplementów od Słoweńca, nigdy też nie wiedzial czy ten mówi poważnie.

— Co? — Domen wzruszył ramionami, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, choć serce waliło mu jak szalone.

— No wiesz. Rzadko to widzę w trakcie sezonu. — Philipp odwrócił wzrok, ale uśmiech nie zniknął. Wręcz przeciwnie - stał się jeszcze cieplejszy, bardziej nieśmiały. A Domen pomyślał tylko, że mógłby patrzeć na ten uśmiech godzinami.
I że to jest chyba jego największy kłopot, z którym nie wie co zrobić.

🌑

Plaża o wieczorem była prawie pusta. Tylko ciche szumy fal, pojedyncze ślady stóp na mokrym piasku i niebo, które powoli zmieniało kolory od jasnego złota po miękki róż i pomarańcz. Zachód słońca w Hiszpanii był zupełnie inny niż wszystko, do czego byli przyzwyczajeni. Spokojniejszy. Wolniejszy. Jakby świat na chwilę wstrzymywał oddech. Oni zdecydowanie to robili.

Szli obok siebie w milczeniu, nagie stopy zapadały się lekko w chłodnym piasku. Philipp miał ręce w kieszeniach, ramiona rozluźnione, a jego spojrzenie błądziło po horyzoncie, jakby próbował zapamiętać każdą sekundę tego widoku. Widoku o którym zawsze marzył, widoku tak pięknym że mógłby zostać przed nim na zawsze. Obok niego Domen co chwilę zerkał w jego stronę. Ukrywał to, oczywiście. Udawał, że interesują go fale, mewy, cokolwiek. Ale i tak wracał wzrokiem do Raimunda jakby był jakimś punktem odniesienia, czymś stałym w tym całym zmieniającym się krajobrazie.

— Trochę nierealne, co? — odezwał się w końcu Philipp cicho. — Taki widok, totalnie inny niż to co mamy na codzień. — Domen kiwnął głową.

— Tam wszystko jest głośne. Tu jest cicho i chyba to jest najpiękniejsze. — Na chwilę obaj zamilkli znowu. Słońce było już nisko, światło stało się miękkie i ciepłe, oplatało sylwetkę Philippa złotą poświatą. Wiatr znów poruszył jego włosy, a on odruchowo odgarnął je z czoła, z tym swoim lekkim, zamyślonym uśmiechem. Domen poczuł to znajome ukłucie w klatce piersiowej. To nie było nagłe. To nie było spektakularne. Raczej powolne, ciche uczucie, które rosło w nim od lat i którego nigdy nie nazwał na głos.

Szli tak blisko, że ich ramiona co jakiś czas się ocierały. Ani jeden, ani drugi się nie odsuwał. Jakby testowali granice, która naprawdę chcieli przekroczyć. A powstrzymywał ich tylko strach.

— Wiesz — mruknął Domen — kiedyś myślałem, że jak sezon się kończy, to wszystko nagle traci sens. Że bez skoków jest pusto, nudno. — Philipp spojrzał na niego z boku.

— A teraz? — Prevc zawahał się tylko sekundę.
— Teraz chyba pierwszy raz nie jest. — Raimund nic nie odpowiedział. Ale jego spojrzenie zmiękło, a uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, był tak cichy i prywatny, że Słoweniec poczuł, jak serce znowu przyspiesza w ten głupi, zdradziecki sposób.

Zatrzymali się w końcu, kiedy słońce dotknęło linii wody. Niebo płonęło pomarańczą i różem, a fale odbijały te kolory jak lustro.

— Ładne — powiedział Philipp prawie szeptem.

Domen patrzył przez chwilę na zachód. Naprawdę próbował. Ale po kilku sekundach jego wzrok sam wrócił do twarzy stojącej obok. Do oczu, w których odbijało się światło. Do uśmiechu, który był spokojniejszy niż zwykle. Do osoby która sprawiała że chciał żyć pełnią życia.

— Tak — odpowiedział cicho. — Philipp zmarszczył lekko brwi.

— Nawet nie patrzysz na słońce. —Domen uniósł jedną brew, jakby dopiero teraz to zauważył.

— Patrzę.

— Nie, patrzysz na mnie — powiedział Philipp pół-żartem, pół-zakłopotany, ale nie odwrócił wzroku.

— Czyli patrzę na słonće, moje słońce. — Na moment zrobiło się cicho w zupełnie inny sposób niż wcześniej. Cięższy. Gęstszy. Jakby między nimi nagle pojawiło się coś, czego obaj od dawna byli świadomi, ale nigdy nie dotknęli wprost. I dokładnie tak było. Philipp przełknął ślinę i odwrócił wzrok na horyzont, ale uśmiech nie zniknął.

— Jesteś strasznie dziwny na tych wakacjach. — Domen parsknął cicho.

— Tylko na wakacjach? — Philipp zaśmiał się pod nosem, a potem ich dłonie na chwilę zetknęły się przypadkiem, kiedy obaj ruszyli jednocześnie dalej wzdłuż brzegu. Żaden z nich nie cofnął ręki od razu.

Słońce zniknęło za horyzontem, zostawiając po sobie miękkie, różowe światło.

Raimund szesł tuż obok, tak blisko, że ich ramiona ocierały się co kilka kroków. Nie odsuwał się. Domen też nie. To nie było już przypadkowe. Niemiec jednak na chwile się zatrzymał. Słoweniec zrobił jeszcze pół kroku, zanim zauważył, że jego kompan stoi w miejscu. Odwrócił się więc i zmarszczył lekko brwi.

— Co? — zapytał cicho Prevc, Philipp przez chwilę nic nie mówił. Jakby układał w głowie zdanie, które od dawna próbował powiedzieć, ale nigdy nie znalazł na nie odwagi.

— Czy ty...— zaczął, po czym urwał i zaśmiał się nerwowo. — nie chcesz mi ostatnio czegoś powiedzieć? — Domen uniósł brew, ale w środku czuł coś niedopisania, jakby miał unieść się nad ziemie.

— Ostatnio?

— No wiesz o co mi chodzi — mruknął Raimund, patrząc gdzieś obok niego, tylko nie w jego oczy. — Te teksty,ten wzrok, jakbyś...

Urwał znowu.

Domen poczuł, jak serce przyspiesza. To był ten moment, kiedy zwykle obracał wszystko w żart. Zawsze tak robił. Zawsze było bezpieczniej.

Ale tym razem nie chciał.

W końcu miał dobry moment.

— Jakbym...? — podsunął cicho.

Philipp w końcu spojrzał mu prosto w oczy. I to spojrzenie nie było już żartem ani pół-ironiczną zaczepką. Było zbyt szczere. Zbyt odsłonięte.

— Jakbyś wiedział coś, czego ja jeszcze nie ogarnąłem — powiedział prawie szeptem. Powietrze między nimi zgęstniało. Szum fal nagle stał się jedynym dźwiękiem, jaki istniał. Domen zrobił jeden krok bliżej. Bardzo powoli, jakby dawał mu czas na cofnięcie się. Niemiec się nie cofnął.

Ich twarze były blisko. Za blisko jak na przyjaciół, którzy „po prostu lecieli razem na wakacje", którzy pojawiali się wszędzie razem. A może właśnie, idealnie?

— A jeśli wiem? — zapytał Domen cicho. — Philipp przełknął ślinę. Jego oddech był trochę szybszy, trochę płytszy.

— To jesteś okropny, że nic nie powiedziałeś wcześniej. — Prevc uśmiechnął się lekko, ale w tym uśmiechu nie było już prowokacji. Tylko coś miękkiego. Czułego.

— Może czekałem, aż sam się domyślisz, ale chyba Cię przeceniłem.

Przez chwilę tylko patrzyli na siebie. Długo. Wystarczająco długo, żeby zrozumieć, że to nie jest już żart, nie jest chwilowy impuls ani wakacyjna atmosfera. Philipp westchnął cicho, jakby wreszcie się poddał.

— My jesteśmy strasznie głupi, wiesz? — Domen parsknął pod nosem.

— Niewiarygodnie.

I wtedy po prostu, najzwyklej w świecie się pocałowali.

Nie było wielkiego gestu. Żadnego dramatycznego momentu. Żadnych słów typu „czy mogę?". Jakby obaj od dawna wiedzieli, dokąd to prowadzi. Philipp uniósł rękę i złapał Słoweńca lekko za koszulkę, jakby chciał upewnić się, że Domen naprawdę tu stoi, że to nie jest tylko jakaś głupia fantazja po długim sezonie. Prevc nie drgnął. Tylko spojrzał mu w oczy jeszcze raz, ostatni raz przed przekroczeniem tej jednej, cienkiej granicy.

A potem nachylił się minimalnie, a Philipp zrobił ten sam ruch w tym samym momencie.

Ich usta spotkały się spokojnie, miękko, jak coś zupełnie naturalnego. Jakby robili to już kiedyś — w jakimś innym życiu, w innej wersji tej historii. Bez pośpiechu. Bez nerwowości. Tylko ciepło, słono od morskiego powietrza i trochę niepewnie na początku, zanim obaj zrozumieli, że to naprawdę się dzieje.

Domen poczuł, jak Philipp oddycha trochę głębiej, jak jego palce zaciskają się mocniej na materiale koszulki. Jakby bał się, że jeśli puści, to cały ten moment zniknie. Oderwali się od siebie powoli, niemal niechętnie, wciąż stojąc blisko, z czołami prawie się stykającymi.

Philipp zamrugał kilka razy, wyraźnie oszołomiony.

— Czekałem zdecydowanie zbyt długo na ten moment. — Domen zaśmiał się cicho, opierając lekko czoło o jego.

— Trochę za dużo nam to zajęło. — Philipp uśmiechnął się szerzej, tym razem bez cienia udawania.

— Trochę.

I żaden z nich nie zrobił kroku w tył.