Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2026-02-28
Words:
7,476
Chapters:
1/1
Comments:
1
Kudos:
5
Hits:
58

city boy

Notes:

ze wszystkich one-shotów jakie w życiu napisałam ten zajął mi najwięcej czasu, chciałam żeby wszyscy co to czytają odbiorą to podobnie do mnie i mam nadzieję że wyszło

Work Text:

Domen Prevc od dawna uważał, że miłość to coś, co przydarza się innym ludziom.

Takim, którzy potrafią się zatrzymać, zapatrzyć w jedną osobę i nagle poczuć, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie. On tego nie doświadczył. Nigdy.

Był atrakcyjny - wiedział o tym. Wystarczyło spojrzenie w lustro, kilka reakcji fanek, te wszystkie półżartobliwe komentarze kolegów z kadry. Uważał też innych ludzi za atrakcyjnych, ale to tylko tyle co potrafił zaobserwować w relacji "miłosnej". Flirtował łatwo, lekko, prowokująco. Czasem spotykał się z kobietami, pozwalał sobie na kolacje, na uśmiechy, na dotyk dłoni pod stołem. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać. Normalnie. Poprawnie. Wręcz idealnie.

Tylko, że on nic nie czuł.

Nie było tej iskry, o której wszyscy mówili. Żadnego ścisku w klatce piersiowej, żadnego nagłego przyspieszenia pulsu. Raczej coś odwrotnego - jakby gdzieś w środku miał spokojną, cichą pustkę, która przyjmowała wszystko bez większego poruszenia. I nie było w tym nawet smutku. Tak już po prostu było, jakby to był fakt . Jak pogoda. Jak to, że czasem wieje wiatr, a czasem nie.

Pewnego razu powiedział o tym półżartem bratu, wzruszając ramionami.

— Może ja po prostu nigdy się nie zakocham.

Brzmiało to jak coś, co można zaakceptować. Coś neutralnego. Bez dramatu. I przez długi czas naprawdę w to wierzył.

 

Naokiego znał od lat. Widzieli się na konkursach, mijali w strefach zawodników, czasem zamienili kilka zdań o skoczni, wietrze, formie. Nakamura był uprzejmy, zawsze uśmiechnięty, trochę cichszy od reszty. Domen traktował go jak jednego z wielu - sympatyczny, ale jednak tylko znajomy z zawodowego świata. Nic szczególnego.

Do jednego dnia.

To było zwykłe popołudnie, takie jak zawsze podczas tygodnia. Hala treningowa pachniała trochę gumą z mat, trochę metalem, trochę testosteronem - jak zawsze. Norma. Domen siedział na ławce, pochylony nad telefonem, jednym uchem słuchając rozmów w tle. Głosy mieszały się w jeden monotonny szum, który zwykle go uspokajał. Znikał w tym chaosie wtapiając się w tłum.

I wtedy usłyszał śmiech.

Krótki, jasny, niespodziewanie głośny. Nie taki wymuszony, jak na oficjalnych wywiadach. Prawdziwy. Ciepły. Taki, który zaczyna się w brzuchu i nagle rozlewa po całym pomieszczeniu.
Domen nawet nie pomyślał, że podniesie głowę. Po prostu to zrobił. Jakby coś go do tego zmusiło.

I wtedy go dostrzegł.

Naoki stał kilka metrów dalej, rozmawiając z kimś z japońskiej kadry. Głowa lekko odchylona do tyłu, oczy zmrużone od śmiechu, ręka oparta o biodro. Włosy opadały mu na czoło, a w kącikach oczu pojawiały się te drobne zmarszczki, które zdradzały, że nic nie ukrywa.

Domen patrzył sekundę dłużej niż powinien.

A potem jeszcze jedną.

I poczuł jakby coś w nim drgnęło.

Nie był to nagły wybuch emocji. Raczej delikatne pęknięcie w tej spokojnej pustce, do której tak przywykł. Jakby ktoś wrzucił mały kamyk do nieruchomej tafli wody i pojawiły się pierwsze kręgi. Zmarszczył brwi, trochę zdezorientowany, trochę zirytowany.

— Co jest? — mruknął do siebie pod nosem. Naoki wciąż się śmiał. Teraz już ciszej, pochylając się lekko do przodu, jakby chciał ukryć to rozbawienie. W pewnym momencie spojrzał w bok - i ich wzrok na ułamek sekundy się spotkał.

Domen odruchowo uniósł brew, ten swój lekko zaczepny, pewny siebie gest. Automatyczny flirt, odruch jak oddychanie. Coś, co robił tysiące razy. Ale Naoki nie zareagował jak większość.

Nie speszył się. Nie odwrócił wzroku. Po prostu uśmiechnął się - spokojnie, miękko, jakby to było coś zupełnie naturalnego - i skinął mu głową, jak do starego znajomego. Jak wtedy gdy widzisz na korytarzu kogoś z kim w przeszłości miałeś szczególną reakcje.

A potem wrócił do rozmowy.

I to właśnie wtedy Domen poczuł, że coś jest nie tak. Bo zamiast satysfakcji, zamiast tego znajomego poczucia kontroli, poczuł ciekawość. Niewygodną, upartą, wdzierającą się pod skórę, a żołądek chciał zrobić kilka obrotów.

Znowu spojrzał w jego stronę. Trochę ukradkiem. Trochę jak ktoś, kto sam siebie nie rozumie.

Niemożliwe — pomyślał. — Przecież to tylko Naoki.

Tylko że jego śmiech wciąż brzmiał mu w głowie. I pierwszy raz od bardzo dawna, Domen Prevc nie czuł tej znajomej, spokojnej pustki.

Zamiast niej pojawiło się coś nowego.
Coś, czego jeszcze nie umiał nazwać.
I od tamtej chwili coś się rozregulowało.

Najpierw stwierdził że to przypadek. Potem drugi. Trzeci. A potem Domen zaczął mieć wrażenie, że to już nie zbieg okoliczności.

Wchodził do stołówki - Naoki siedział przy końcu stołu, mieszając herbatę i słuchając kogoś z kadry. Szedł na rozgrzewkę - Nakamura akurat wiązał buty obok.Wracał z treningu - i znowu ten sam śmiech gdzieś za plecami, jakby los z uporem wciskał go do jego przestrzeni.

— On mnie śledzi czy co? — mruknął raz półżartem do kolegi, ale nawet nie brzmiało to jak żart.

Bo problem był inny.

Domen Prevc był kobieciarzem. Tak o nim mówiono, tak o sobie myślał. Lubił nacechowane erotycznie rozmowy, lubił spojrzenia, lubił tę lekką grę napięcia, która zwykle była prosta, przewidywalna, bezpieczna. Wszystko szło swoim rytmem, swoim nurtem. Kontrola. Luz. Brak zobowiązań.

A teraz w jego głowie zaczęło żyć coś, co kompletnie do niego nie pasowało. Jak jąknięcie w zdaniu, które zawsze mówił perfekcyjnie.

 

Będąc w Ga-pa starał się unikać go jak ognia. Jakby starał wyrzucić z siebie te nowe nieznajome emocje. Stał przy automacie z kawą, stukając palcami o kubek. Czekał, aż maszyna skończy warczeć, a w głowie miał tylko jedną myśl: oby go tu nie było. Bo ostatnio to już było absurdalne.

— Cześć, Domen. – Zastygł na sekundę. Powoli odwrócił głowę i oczywiście -oczywiście - stał tam Naoki. Spokojny, jakby to było najbardziej naturalne spotkanie na świecie. Jakby nie pojawiał się w jego życiu z podejrzaną regularnością od kilku dni.

— Serio? — prychnął Domen pod nosem, bardziej do siebie niż do niego. — Znowu ty. — Naoki uniósł lekko brwi, trochę zaskoczony, ale zaraz się uśmiechnął.

— Mamy tę samą stołówkę i te same treningi — odpowiedział łagodnie. — To chyba normalne. — Normalne. Tak, racjonalnie to było całkowicie normalne. Tylko, że serce Domenowi z jakiegoś powodu zabiło mocniej. I to zdenerwowało go jeszcze najbardziej. Złapał kubek z kawą trochę za szybko, prawie go przerwacając.

— Jasne, jasne — rzucił, próbując brzmieć jak zawsze: lekko, pewnie, trochę zaczepnie. — Uważaj, bo jeszcze ktoś pomyśli, że mnie śledzisz. — rzucił troche jakby to był flirt. Naoki jednak nie zareagował tak jak Prevc się spodziewał . Nie zarumienił się, nie odwrócił wzroku, nie dał się wciągnąć w tę grę. Po prostu spojrzał na niego uważnie, jakby próbował go zrozumieć, a potem zaśmiał się cicho. I to jeszcze bardziej go rozbrajało.

— Gdybym chciał cię śledzić, robiłbym to subtelniej.  — I odszedł z kawą, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło. Domen stał jeszcze chwilę przy automacie, kompletnie zbity z tropu.

Bo to nie było tak, że to on się czerwienił jak teraz. To on zawsze prowokował, testował, sprawdzał granice. A tutaj Naoki zachowywał się spokojnie, naturalnie, jakby w ogóle nie grał w tę samą grę.

Jakby widział go naprawdę.

I to właśnie było najgorsze.

 

Z każdym kolejnym dniem Domen łapał się na tym, że szuka go wzrokiem. Automatycznie. Bez pozwolenia samego siebie. Niby od niechcenia, niby tylko żeby sprawdzić, gdzie jest reszta zawodników a jednak zawsze kończył na nim.

Na Naokim Nakamurze.

I wtedy to uczucie wracało. To lekkie napięcie pod skórą, to dziwne skupienie, którego nie umiał wyłączyć.

— Ogarnij się — mruknął pewnego wieczoru do swojego odbicia w lustrze hotelowej łazienki. — To tylko kolega. Nic więcej. Nie wolno ci.

Oparł dłonie o umywalkę, wpatrując się w swoje oczy, jakby chciał w nich znaleźć tę starą, znajomą pustkę. Tę bezpieczną obojętność, która zawsze była jego tarczą.

Ale teraz, gdy zamykał oczy, zamiast niej widział krótki moment: Naokiego, który zawsze promiennie się uśmiechał.

I coś w środku znowu drgało.

— Ja pierdolę — wyszeptał, pierwszy raz naprawdę zaniepokojony. — Co jest ze mną nie tak?

Bo Domen Prevc całe życie był pewien jednego: że miłość go nie dotyczy.

A teraz wyglądało na to, że miłość wcale nie pyta o pozwolenie.

❄️

Sapporo było zimne w ten specyficzny, japoński sposób — nieprzesadnie mroźne, ale przeszywające do kości, jakby powietrze było ostrzejsze niż gdziekolwiek indziej. Domen szedł powoli chodnikiem, ręce wciśnięte w kieszenie kurtki, próbując udawać, że spaceruje bez celu.

A w rzeczywistości potrzebował po prostu odetchnąć.

Za dużo myśli. Za dużo momentów, w których jego wzrok automatycznie szukał jednej osoby. To było absurdalne. Czuł że się zmienia.

— Serio, ogarnij się — mruknął do siebie po słoweńsku, mijając rząd niewielkich sklepów i neonów, które zaczynały intensywnie świecić w zimowym półmroku.

I wtedy wpadł na kogoś ramieniem.

— Oh, przepraszam! — Głos był znajomy. Zbyt znajomy.

Domen podniósł wzrok i oczywiście. Oczywiście.

Naoki.

Stał przed nim lekko zaskoczony, w ciemnym płaszczu, z czapką nasuniętą na włosy i tym swoim spokojnym, ciepłym spojrzeniem, które ostatnio jakoś za często pojawiało się w jego życiu.

— Domen? — zapytał, jakby to było najnormalniejsze spotkanie na świecie. — Spacerujesz? — Prevc parsknął cicho.

— Raczej uciekam przed myślami — odpowiedział automatycznie, zanim zdążył się ugryźć w język. Naoki przechylił głowę, trochę zaciekawiony.

— To chyba dobre miejsce na uciekanie — powiedział łagodnie. — Sapporo jest spokojne nocą.

Zapadła krótka cisza. Taka niezręczna, w której Domen zwykle rzucał jakiś flirtujący komentarz i rozładowywał napięcie. Teraz jednak przez sekundę po prostu patrzył na niego, jakby znowu zobaczył go po raz pierwszy. Naoki pierwszy się uśmiechnął.

— Skoro już tu jesteś... chcesz zobaczyć najciekawsze miejsca? — zapytał nagle. — Często tu bywam. Znam kilka. —Domen zmrużył oczy.

— Ty mnie serio śledzisz — mruknął, ale w jego głosie nie było złośliwości. Bardziej coś na kształt bezradnego rozbawienia. — Naoki zaśmiał się cicho.

— Przysięgam, to był przypadek. Ale skoro już się spotkaliśmy... pokażę ci moje Sapporo.

I zanim Domen zdążył odmówić albo zgodzić się ruszyli razem ulicą.

Naoki mówił dużo więcej niż zwykle. Pokazywał małe restauracje schowane między większymi budynkami, park, który zimą zamieniał się w cichy, biały tunel światełek, i sklepik z gorącym kakao, o którym, jak twierdził, wiedzą tylko miejscowi.

— Tutaj przychodziłem jako dziecko — powiedział, wskazując niewielki plac. — A tam... — urwał na chwilę, szukając słowa po angielsku — tam jest najlepszy ramen w okolicy.

Domen słuchał. Naprawdę słuchał. Co było o tyle dziwne, że zwykle to on prowadził rozmowy, żartował, rzucał zaczepne uwagi. Teraz bardziej obserwował: sposób, w jaki Naoki gestykulował, jak jego oczy rozjaśniały się, gdy opowiadał o czymś ważnym, jak czasem szukał słów i wtedy marszczył lekko brwi.

To było... prawdziwe.

Nie gra. Nie flirt. Nie powierzchowna wymiana uprzejmości między sportowcami.

— Zawsze jesteś taki gadatliwy? — zapytał w końcu Domen, unosząc kącik ust. — Naoki spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem.

— Nie — odpowiedział szczerze. — Tylko kiedy jestem z kimś, przy kim czuję się swobodnie. — Serce Domenowi zrobiło ten głupi, zdradziecki ruch w klatce piersiowej. Odwrócił wzrok, udając, że ogląda witrynę sklepu.

— Czyli ze mną czujesz się swobodnie? — rzucił półżartem, wracając do swojej starej, bezpiecznej maski.

Naoki nie uciekł spojrzeniem. Nie speszył się.

— Tak — powiedział po prostu.

Bez gry. Bez podtekstów. Jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

Domen poczuł, jak coś w nim mięknie w sposób, który go jednocześnie przerażał i przyciągał.
Szli dalej ramię w ramię, wśród świateł Sapporo i skrzypiącego pod butami śniegu. I Prevc nagle zdał sobie sprawę z jednej, bardzo niewygodnej rzeczy:

że już wcale nie chce uciekać przed tymi myślami.

Bo odkąd w jego życiu pojawił się Naoki Nakamura, jego uporządkowany, przewidywalny tryb zaczął żyć własnym życiem. I po raz pierwszy ta zmiana nie wydawała się czymś, co trzeba naprawić.

Usiedli na ławce naprzeciw skoczni, która w zimowym półmroku wyglądała niemal nierealnie. Wysoka, cicha, oświetlona zimnym światłem reflektorów, jakby czekała na kolejne zawody, na kolejne skoki, na kolejne historie, które miały się tu wydarzyć.

Śnieg ugniótł się pod butami, gdy Domen wyciągnął nogi przed siebie i oparł łokcie na kolanach. Zimne powietrze szczypało w policzki, ale było w tym coś kojącego. Jakby mróz uspokajał myśli, zamiast je mrozić.

Naoki usiadł obok, trochę bliżej, niż Domen by się spodziewał. Nie dotykali się, ale ciepło jego obecności było wyraźne, niemal namacalne.

I po raz pierwszy od dawna zapadła między nimi cisza, która nie była niezręczna.

Nie trzeba było nic mówić.

Domen patrzył na zarys skoczni, ale kątem oka widział jego profil - spokojny, skupiony, z lekko zaciśniętymi ustami, jakby też o czymś myślał. Nie wyglądał jak zawodnik, którego znał z konkursów. Bardziej jak ktoś... zwyczajny. Prawdziwy.

Ta cisza była przyjemna. Ciepła, mimo zimna wokół.

I to go trochę przerażało, ale tylko trochę.

Zwykle cisza oznaczała dla niego pustkę. Ten znajomy brak, do którego przywykł przez lata. A teraz teraz ta cisza była pełna. Wypełniona obecnością drugiej osoby, oddechami zsynchronizowanymi w chłodnym powietrzu, spokojem, który nie ciążył, tylko otulał.

Przełknął ślinę, czując nagle dziwny ucisk w gardle.

— Zawsze tu przychodzisz przed zawodami? — zapytał w końcu cicho, nie odrywając wzroku od skoczni.— Naoki skinął lekko głową.

— Kiedy mogę. To pomaga mi się uspokoić — odpowiedział równie cicho. — Patrzę i przypominam sobie, dlaczego to robię.— Domen prychnął pod nosem.

— Ja patrzę i przypominam sobie, ile razy prawie się zabiłem na treningach.

Naoki zaśmiał się krótko, tym swoim miękkim śmiechem, który Domen od tamtego dnia rozpoznawał już natychmiast.

Znów zapadła cisza.

Tym razem dłuższa.

Domen zacisnął dłonie w kieszeniach kurtki, jakby walczył z impulsem, którego nie rozumiał. W głowie miał chaos: setki drobnych momentów z ostatnich dni, jego śmiech, jego spojrzenia, to jak naturalnie obok niego szedł po mieście... i teraz ten moment który był przyjemnie dobry.

— Dziwne — wyrwało mu się w końcu. —
Naoki odwrócił głowę w jego stronę.

— Co?

Domen zawahał się. Normalnie by zażartował. Zmienił temat. Odbił piłkę.
Ale tym razem nie miał ochoty uciekać.

— Zwykle... nie lubię takich chwil — przyznał, patrząc prosto przed siebie. — Ciszy. Z jedną osobą. Zawsze miałem wrażenie, że wtedy widać za dużo.

Słowa zawisły między nimi, cięższe niż zamierzał.

Naoki nie odpowiedział od razu. Po prostu patrzył na skocznię, jakby naprawdę rozumiał, co Domen ma na myśli, nawet bez dopowiedzeń.

— A teraz? — zapytał w końcu cicho.

Serce Domenowi przyspieszyło, jakby to pytanie było bardziej osobiste, niż brzmiało.

Przełknął ślinę.

— A teraz... — urwał, szukając słowa, które nie zabrzmi zbyt poważnie. Zbyt prawdziwie. — Nie jest źle.

To było najbliżej wyznania, na jakie potrafił się zdobyć.

Naoki uśmiechnął się lekko, nie triumfalnie, nie znacząco. Po prostu ciepło.

— Cieszę się.

I znowu patrzyli na skocznię. Bez dotyku. Bez wielkich słów. Bez dramatów.

A jednak Domen czuł, jak ta spokojna chwila zapisuje się w nim głębiej niż jakikolwiek flirt, jakakolwiek przelotna relacja, jakiekolwiek spojrzenie, które kiedyś wydawało mu się ważne.
Bo siedząc obok Naokiego Nakamury, pierwszy raz pomyślał, że może wcale nie jest pusty.

Może po prostu nikt wcześniej nie nauczył go, jak brzmi spokój, kiedy jest się przy właściwej osobie.

I nagle wszystko się zmieniło. Bo ten jeden moment sprawił, że rutyna Słoweńca uległa zmianie.

To zaczęło się zupełnie niepostrzeżenie.

Najpierw jeden wieczór.

Potem drugi, „bo i tak nie ma co robić".

A później nagle okazało się, że Domen już nawet nie pyta, czy Naoki będzie miał czas.

Po prostu po treningu wychodził na krótki spacer w stronę skoczni.

I zawsze — absolutnie zawsze — Naoki już tam był albo pojawiał się chwilę później, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce spotkań na świecie.

 

Siadali na wielu ławkach, w wielu miejscach na Świecie, w tej samej kolejności. Domen z lewej strony, Naoki z prawej. Bez ustaleń, bez rozmów o tym, bez żadnego „spotkajmy się". Po prostu tak po prostu było.

Czasem mówili kilka zdań o treningu. Czasem o wietrze. Czasem o głupotach z hotelu.

A czasem — najczęściej — nie mówili nic.

Z każdym kolejnym wieczorem cisza stawała się coraz bardziej znajoma. Jak ulubiona piosenka, którą zna się na pamięć, ale wciąż chce się jej słuchać. Jak ciepła bluza zakładana automatycznie, gdy robi się chłodniej.

Domen czuł, że odżywa, że to wszystko nadaje mu kształt bycia nowym człowiekiem.

Rutyna kojarzyła mu się z nudą, z przewidywalnością, z tym uczuciem, że coś go ogranicza. Zawsze wolał chaos: nowe twarze, nowe rozmowy, nowe rozmowy, które nic nie znaczyły i dzięki temu były bezpieczne.

A teraz teraz łapał się na tym, że w ciągu dnia czeka na ten jeden moment.

Pewnego wieczoru zorientował się dopiero w połowie rozgrzewki, że myśli o tym, czy Naoki już siedzi na ławce. W połowie serii skoków zauważył, że odruchowo szuka go wzrokiem. A kiedy ktoś zaproponował wspólne wyjście na kolację, Domen prawie automatycznie odmówił, tłumacząc się zmęczeniem.

Zmęczeniem, którego tak naprawdę nie było.

Po prostu wolał iść tam.

Na ławkę, na widok skoczni.

A przede wszystkim do niego

— On ma nade mną jakąś władzę ... — mruknął do siebie jednego wieczoru, idąc znajomą drogą, kopiąc lekko śnieg czubkiem buta.

I jak zawsze, Naoki już siedział.

Podniósł wzrok, gdy Domen podszedł, i uśmiechnął się tym swoim spokojnym, niewymuszonym uśmiechem, który ostatnio działał na niego bardziej niż cokolwiek.

— Myślałem, że dziś nie przyjdziesz — powiedział cicho. —Domen wzruszył ramionami, starając się brzmieć obojętnie.

— Ja też tak myślałem.

Usiadł obok. Trochę bliżej niż pierwszego dnia. Trochę swobodniej. Jakby jego ciało już wiedziało, gdzie jest jego miejsce.

Przez chwilę milczeli.

Ta cisza stała się jego ulubioną częścią dnia.

Nie rozmowy, nie żarty.

Tylko to: siedzenie obok siebie, patrzenie na skocznię, słuchanie oddechów i odległych dźwięków miasta.

Rutyna.

Przyjemna. Miękka. Nie narzucająca się.
Taka, której wcale nie chciał już burzyć.

Zsunął rękawiczkę i oparł dłonie o ławkę, czując zimne drewno pod palcami. Kątem oka zobaczył, że Naoki robi dokładnie to samo, w tym samym momencie, jakby ich ruchy powoli zaczynały się synchronizować bez żadnego wysiłku.

 

Domen odchylił głowę do tyłu, patrząc w ciemne niebo nad skocznią i wypuścił powoli powietrze z płuc.

— To się robi niebezpieczne — pomyślał.

Bo rutyny się nie burzy.
Rutyny zaczyna się potrzebować.

 

❤️‍🔥

Wszystko wskazywało na to, że tego wieczoru wszystko będzie jak zawsze. Kolejne miasto, kolejne zawody, ale zawsze ta sama osoba obok.
Śnieg, ławka, skocznia w oddali, chłodne powietrze. Domen przyszedł pierwszy, jak zwykle z rękami w kieszeniach i spokojem, który pojawiał się tylko tutaj, tutaj chociaż to nie było zawsze to samo miejsce.

Minęła minuta.

Potem druga.

I nagle usłyszał szybkie kroki na śniegu.

Naoki podbiegł, trochę zdyszany, z policzkami zaróżowionymi od zimna i czymś jeszcze. Czymś, co Domen rozpoznał dopiero po sekundzie.

Ekscytacją.

Usiadł obok niego, ale zamiast tej zwykłej, spokojnej ciszy, wiercił się lekko, jakby próbował się powstrzymać. Wytrzymał może trzy sekundy.

— Domen, ja muszę ci coś opowiedzieć — wyrzucił z siebie nagle. Domen uniósł brew, rozbawiony.

— Brzmi poważnie. — Naoki pokręcił głową, aż czapka zsunęła mu się trochę na czoło. Prevc prawie umarł ze słodyczy.

— Nie, to... to głupie. Ale nie mogę już wytrzymać — przyznał z zakłopotanym śmiechem. — Nikt inny nie chce mnie słuchać, bo ciągle o tym gadam. — Domen poczuł znajome ukłucie ciekawości.

— O czym? — Naoki spojrzał na niego z błyskiem w oczach, takim dziecięcym, nieskrywanym entuzjazmem, którego Słoweniec jeszcze u niego nie widział.

— O anime. Nowym ulubionym. Nazywa się Jujutsu Kaisen i— Urwał na sekundę, jakby sprawdzając, czy Domen przypadkiem się nie wycofa. Czy nie prychnie, nie przewróci oczami, nie zmieni tematu. Domen tylko wzruszył ramionami, opierając się wygodniej o ławkę.

— No dawaj. Skoro już przerywasz naszą świętą ciszę, to musi być coś ważnego. — To wystarczyło. Naoki dosłownie ożył. Zaczął opowiadać o fabule, o klątwach, o bohaterach, o tym, kto ma jaką technikę, który moment był najpiękniej z animowany, który sprawił, że chciało mu się płakać. Mówił szybko, czasem gubiąc słowa, gestykulując rękami, jakby naprawdę widział te sceny przed sobą.

— I jest tam taki nauczyciel, Gojo, i on jest niby taki beztroski. ale tak naprawdę jest niezwykle potężny i... — zatrzymał się nagle, łapiąc oddech. — Przepraszam, ja za dużo mówię. — Domen milczał przez chwilę. Ale nie dlatego, że go to nudziło. Patrzył na niego.

Na ten entuzjazm, na te oczy świecące w półmroku, na to, jak kompletnie zapomniał o swoim spokojnym, zdystansowanym wizerunku i po prostu mówił o czymś, co naprawdę go cieszyło. Bez wstydu. Bez udawania.

Po prostu był sobą.

I coś w Domenie chciało to widzieć częściej.

Bo nagle zrozumiał, że nie zakochuje się w tym spokojnym, cichym Naokim z zawodów.
Tylko w tym Naokim, który nie potrafi przestać mówić o anime, bo jest za bardzo podekscytowany. W tym, który martwi się, że jest „za dużo". W tym, który mimo to i tak opowiada dalej, bo nie umie tego w sobie zatrzymać.

— Nie przestawaj — powiedział cicho. Naoki zamrugał zaskoczony.

— Co?

— Mów dalej — powtórzył Domen, już trochę ciszej. — Lubię, jak się tak nakręcasz. — Zapadła sekunda ciszy, ale zupełnie innej niż zwykle. Bardziej intymnej, bardziej miękkiej.

Naoki uśmiechnął się nieśmiało i wrócił do opowieści, już trochę wolniej, jakby upewnił się, że naprawdę może. Że ktoś naprawdę chce go słuchać. Prevc patrzył przed siebie, na skocznię, ale tak naprawdę widział tylko jego. Każdy gest, każde potknięcie językowe, każdy cichy śmiech, gdy sam z siebie żartował.

I nagle ta myśl, której tak długo unikał, uderzyła w niego z pełną siłą.

Kocham go, bardzo go kocham.

Naoki mówił dalej o kolejnych odcinkach, a Domen czuł, jak jego klatka piersiowa robi się dziwnie ciasna i ciepła jednocześnie.

I zaakceptował to bez walki, chociaż o Nakamurę mógłby stoczyć pojedynek.

Bo jeśli miał zakochać się w kimś, kto przerywa ich idealną ciszę tylko dlatego, że musi podzielić się swoją radością... to chyba nie był najgorszy scenariusz.

Spojrzał na niego z boku, ledwo zauważalnie, kiedy ten z przejęciem tłumaczył mu kolejną scenę z Jujutsu Kaisen.

I pomyślał, z dziwnym spokojem:

Bez niego nie oddycham.

Naoki mówił dalej, coraz bardziej wkręcony, rysując w powietrzu niewidzialne walki. A Domen słuchał. Naprawdę słuchał. Ale bardziej niż o fabule myślał o tym, jak jego głos się zmienia, gdy mówi o czymś, co kocha. Jak oczy mu błyszczą. Jak zapomina o całym świecie i o tym, że powinien być spokojnym, opanowanym skoczkiem narciarskim.

— I nikt nie chce ze mną o tym gadać, bo mówią, że za bardzo się nakręcam... — zakończył w końcu, trochę zawstydzony, z cichym śmiechem. — Więc przepraszam, że tak cię zasypuję tym wszystkim. —Domen odruchowo pokręcił głową.

— Nie zasypujesz — powiedział cicho. Naoki spojrzał na niego uważnie, jakby próbował ocenić, czy to tylko uprzejmość.

Domen wziął głębszy oddech. Słowa pojawiły się szybciej, niż zdążył je przemyśleć.

— To... — zaczął, wzruszając ramionami, jakby to nie miało większego znaczenia. — To może obejrzymy razem?

Cisza.

Krótka. Ale wystarczająco długa, żeby Domen zdążył zrozumieć, co właśnie powiedział.

Obejrzymy razem.
Serial. Wieczory. Odcinki. Czas spędzony razem poza tą ławką. Poza rutyną. Bardziej intymnie?

Serce zabiło mu mocniej.

— Znaczy... jeśli chcesz — dodał szybko, nagle aż za świadomy swoich słów. — I jeśli nie masz z kim oglądać i w ogóle... ja po prostu... mogę spróbować. Zrozumieć, o co w tym chodzi.

Co ty robisz, Prevc?

Domen poczuł ja jego policzki zaczęły się czerwienić, a wzrok zaczął uciekać w bok.

Naoki przez chwilę nic nie mówił.

A potem jego twarz dosłownie się rozjaśniła.

Oczy zrobiły się większe, uśmiech szeroki, niekontrolowany, taki absolutnie szczery, że Domen poczuł, że zaraz naprawdę nie wytrzyma.

— Serio? — zapytał, jakby upewniał się, że się nie przesłyszał. — Obejrzałbyś ze mną Jujutsu Kaisen? — Słowrniec prychnął lekko, próbując odzyskać swój zwykły luz.

— Nie wiem, czy ogarnę te wszystkie klątwy i techniki, ale... mogę spróbować. — Naoki aż się zaśmiał z radości, zakrywając na chwilę usta rękawiczką, jakby próbował stłumić tę reakcję, ale kompletnie mu to nie wychodziło.

— Nikt nigdy nie chciał oglądać tego ze mną od początku — przyznał, trochę ciszej. — To... to naprawdę dużo dla mnie znaczy.

 

A Domen nagle zrozumiał, że to nie jest zwykła propozycja wspólnego serialu.
To było zaproszenie do jego świata. A on właśnie poprosił o wstęp.

Odwrócił wzrok w stronę skoczni, udając, że skupia się na reflektorach, chociaż tak naprawdę próbował uspokoić własne myśli.

Naoki wciąż się uśmiechał obok, wyraźnie podekscytowany, już zaczynając planować w głowie, od czego zaczną i czy Domen będzie wolał oglądać z napisami czy z dubbingiem.

Prevc zerknął na niego kątem oka i poczuł to znajome, ciepłe uczucie, które od kilku tygodni rosło w nim niebezpiecznie szybko.

I pomyślał, że chyba właśnie zrobił coś, czego nie da się cofnąć.

 

Czas minął szybko, a następnego wieczoru Domen stał pod drzwiami pokoju hotelowego i przez dobrą chwilę po prostu... nie pukał.

Stał z rękami w kieszeniach bluzy, wpatrując się w numer na drzwiach, jakby miał nadzieję, że nagle zmieni zdanie i wróci do swojego pokoju, do bezpiecznej samotności, do tej starej wersji siebie, która nigdy nie robiła takich rzeczy.

To tylko serial.
To tylko wspólne oglądanie.
Ludzie robią tak cały czas, ogarnij się.

A jednak serce biło mu szybciej niż przed skokiem, biło zdecydowanie najszybciej w jego życiu.

W końcu zapukał.

Dwa krótkie stuknięcia.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast, jakby ktoś stał tuż za nimi od kilku minut.

Naoki naprawdę czekał.

Stał w luźnej bluzie, z lekko potarganymi włosami i tym znajomym, trochę nieśmiałym, a jednocześnie wyraźnie podekscytowanym uśmiechem. W pokoju za nim paliło się ciepłe światło, a na łóżku leżał już laptop gotowy do odpalenia pierwszego odcinka oraz paczka żelków.

Jakby przygotowywał się do tego od pół godziny, nawet łóżko było idealnie pościelone.

— Hej — powiedział cicho, ale w jego głosie była taka radość, której nie dało się ukryć. Domen oparł się o framugę drzwi, próbując wyglądać swobodnie.

— Długo czekałeś? — rzucił z lekkim rozbawieniem, choć w środku coś mu się ścisnęło. Naoki zarumienił się lekko.

— Trochę — przyznał. — Nie chciałem, żebyś się rozmyślił.

To zdanie zatrzymało Domenowi oddech na ułamek sekundy.

Nie chciałem, żebyś się rozmyślił.

Jakby jego obecność naprawdę miała znaczenie. Jakby to nie był tylko luźny plan, ale coś, na co ktoś faktycznie czekał.

— Nie rozmyśliłem się — odpowiedział ciszej, niż zamierzał. Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Pokój pachniał herbatą i czymś słodkim. Nawet poduszki były ułożone symetrycznie.

Domen parsknął cicho.

— Ty to traktujesz jak poważne wydarzenie, co?— Naoki podrapał się po karku, trochę zakłopotany.

— Trochę tak. Bo... to pierwszy raz, kiedy ktoś chce ze mną to obejrzeć.

I znowu to uczucie. To ciepło, które rozlewało się w klatce piersiowej Prevca w sposób, którego kompletnie nie kontrolował.

Usiadł na łóżku obok niego, trochę bliżej niż planował. Tak, że ich ramiona niemal się stykały. Ekran laptopa rozświetlił półmrok pokoju, a pierwsze dźwięki openingu wypełniły ciszę.

Przez chwilę obaj patrzyli na ekran.

Ale Domen bardziej czuł niż widział: ciepło bijące od Naokiego, jego skupienie, to lekkie napięcie, jakby naprawdę zależało mu na tym, czy Słoweńcowi się spodoba.

— Jak będzie nudne, możesz powiedzieć — rzucił Naoki cicho, nie odrywając wzroku od ekranu. Domen uśmiechnął się pod nosem.

— Jak będzie nudne, to i tak obejrzę dalej — odpowiedział. Nakamura odwrócił głowę, zaskoczony.

— Dlaczego? — Prevc spojrzał na niego, a potem szybko z powrotem na ekran, jakby bał się, że powie za dużo.

— Bo opowiadałeś o tym tak, jakby to było coś naprawdę ważnego — powiedział w końcu. — Chcę zobaczyć, co cię tak cieszy.

Zapadła krótka cisza, ale zupełnie inna niż te na ławce przy skoczni. Bardziej intymna. Zamknięta w czterech ścianach, z przyciemnionym światłem i dźwiękiem anime w tle. Naoki uśmiechnął się lekko, niemal wzruszony, i skinął głową.

— Niech ci będzie.

Domen oparł się wygodniej, czując, jak jego ramię delikatnie ociera się o ramię Naokiego. I zamiast się odsunąć — jak zrobiłby jeszcze kilka tygodni temu — został dokładnie tam, gdzie był.

Bo ten wieczór, ten pokój i ta chwila nagle wydawały mu się dziwnie właściwe.

I pomyślał, że jeśli zakochiwanie się wygląda właśnie tak — spokojnie, po cichu, od wspólnego oglądania serialu — to może wcale nie jest to coś, przed czym trzeba uciekać.

 

I tak po prostu to się zaczęło, tak samo jak spotkania na ławce.

Nie było żadnej oficjalnej decyzji. Po prostu kolejne wieczory same układały się w schemat.
Trening, kolacja, krótki spacer... i pukanie do drzwi pokoju Naokiego, które z czasem stało się tak naturalne, jak oddychanie.

Na początku oglądali po jednym odcinku.

Potem po dwa.

A później przestali nawet udawać, że to „tylko na chwilę", bo i tak kończyli siedząc do późna, komentując sceny, śmiejąc się, czasem zatrzymując odcinek, żeby Naoki mógł coś wytłumaczyć, a Domen udawał, że rozumie wszystkie te skomplikowane techniki i nazwy.

Najbardziej zaskoczyło go coś zupełnie innego.

Któregoś dnia, przypadkiem, usłyszał jak Naoki mówi komuś z kadry, że jego ulubione są konkretne japońskie słodycze, których prawie nigdzie nie było w hotelowym sklepiku. Powiedział to takim lekkim tonem, jakby to nie miało znaczenia, jakby był już przyzwyczajony, że to drobiazg, który interesuje tylko jego.

Domen zapamiętał.

Następnego dnia wracając z miasta, wszedł do małego sklepu i przez dobre dziesięć minut stał między półkami, czytając etykiety, których nie rozumiał, tylko po to, żeby znaleźć te jedne, które Naoki kiedyś wymienił. Sam się z siebie śmiał w myślach, bo to było absolutnie absurdalne zachowanie jak na niego.

A jednak kupił.

Wieczorem zapukał jak zwykle.
Naoki otworzył drzwi, uśmiechając się... i zamarł, gdy Domen bez słowa wyciągnął w jego stronę paczkę.

— Pomyślałem, że lubisz.— rzucił niedbale, jakby to nie było nic wielkiego. Naoki patrzył na słodycze, potem na niego, potem znowu na słodycze, jakby nie dowierzał.

— Skąd wiedziałeś? — zapytał cicho.

Domen wzruszył ramionami, udając luz.

— Coś tam słyszałem.

Ale w środku coś mu się ścisnęło, gdy zobaczył, jak bardzo Naoki się ucieszył. Ten szczery błysk w oczach, to ciche „dziękuję", które brzmiało, jakby dostał coś znacznie ważniejszego niż tylko przekąski.

Od tamtej pory to stało się ich małym rytuałem.
Domen czasem przynosił coś nowego, twierdząc, że „i tak był w sklepie". Naoki dzielił się herbatą, którą przywoził z Japonii. Czasem zamiast oglądać, po prostu rozmawiali. O głupotach z treningu, o dzieciństwie, o muzyce, o tym, kto w kadrze najbardziej dramatyzuje po nieudanym skoku.

Śmiali się więcej niż Prevc kiedykolwiek się śmiał przy kimkolwiek.

I to było dla niego niezwykle relaksujące.

A potem, któregoś wieczoru, skończyli ostatni odcinek.

Napisy końcowe leciały na ekranie, a oni siedzieli obok siebie w dziwnej ciszy, jak po zakończeniu czegoś ważnego. Domen oparł głowę o zagłówek łóżka, czując lekki niedosyt.

— I co teraz? — Prevc zapytał półżartem. Naoki przygryzł wargę, jakby się nad czymś zastanawiał.

— Moglibyśmy... zacząć inne anime — zaproponował nieśmiało. — Jeśli chcesz. Oczywiście. — Domen prychnął cicho, kręcąc głową z niedowierzaniem nad samym sobą.

— Ty serio myślisz, że po tylu wieczorach nagle powiem „nie, dzięki, to koniec"? — rzucił. Naoki zaśmiał się, wyraźnie rozluźniony.

— Czyli chcesz dalej oglądać?

Domen spojrzał na niego z boku, trochę dłużej niż zwykle. Na jego rozczochrane włosy, na zmęczone oczy, na ten spokojny uśmiech, który stał się już dla niego czymś niemal domowym.

— Chcę dalej mieć te wieczory — odpowiedział szczerze, zanim zdążył to przemyśleć. — Anime to tylko bonus. —Naoki zamrugał zaskoczony, a potem uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby to zdanie było dokładnie tym, co chciał usłyszeć, ale nie miał odwagi o to poprosić.

I tak po prostu kliknęli pierwszy odcinek kolejnego anime, jakby to była najbardziej normalna kontynuacja świata.

A Domen, siedząc obok niego, z torbą słodyczy rzuconą niedbale na podłogę, zorientował się, że te wieczory przestały być tylko rutyną.

Stały się czymś, bez czego nie wyobrażał sobie już życia.

Kolejny dzień wydawał się zwykły, taki jak każdy, wieczór też dawał złudne wrażenie bycia jak wiele poprzednich.

Laptop rozświetlał półmrok pokoju, cicho leciał kolejny odcinek, a oni siedzieli obok siebie na łóżku — trochę za blisko jak na „tylko znajomych", ale już wystarczająco blisko, żeby żaden z nich nie zwracał na to uwagi.

Na podłodze leżała pusta paczka słodyczy, które Domen przyniósł, a Naoki co jakiś czas komentował sceny półszeptem, żeby nie zagłuszać dialogów. Wszystko było tak normalne, tak znajome, że aż niebezpieczne w swojej naturalności.

Prevc patrzył w ekran, czuł ciepło bijące od Naokiego, ich ramiona niemal stykające się od początku odcinka. Przyzwyczaił się do tego. Do tej bliskości, która kiedyś wydawała mu się ryzykowna, a teraz była... oczywista.

I wtedy to się stało.

Nie nagle. Nie spektakularnie.

Powoli.

Naoki poruszył się minimalnie, jakby zmieniał pozycję. Najpierw tylko odrobinę się przechylił. Potem jego ramię dotknęło ramienia Prevc. A chwilę później... oparł się o niego lekko, prawie nieśmiało, jakby sprawdzał, czy to w ogóle jest dozwolone.

Jakby testował granicę.

Serce Domenowi zabiło tak mocno, że na sekundę przestał słyszeć, co dzieje się w odcinku.

Zamarł.

Każdy mięsień w jego ciele napiął się instynktownie, jak przed skokiem, jak przed czymś, co może zmienić wszystko. W głowie pojawił się stary odruch: odsunąć się pół centymetra, zażartować, obrócić to w coś lekkiego, niezobowiązującego.

Ale nie zrobił nic.

Po prostu siedział. Nieruchomo.
Pozwalając, żeby ciężar głowy Naokiego spoczął na jego ramieniu.

Nakamura też nic nie powiedział. Oddychał spokojnie, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, ale Domen czuł w tym geście coś ostrożnego, delikatnego. Jak pytanie zadane bez słów: czy mogę?

Odpowiedź przyszła sama.

Domen rozluźnił bark minimalnie, ledwo zauważalnie, żeby było mu wygodniej. Żeby pokazać, że... tak. Może.

I dopiero wtedy uderzyła go pełna świadomość tego, co się dzieje. Zaczął się zastanawiać czy to nie jednostronne.

Ekran dalej świecił, bohaterowie walczyli, muzyka rosła dramatycznie, ale dla Słoweńca wszystko przycichło. Liczył tylko oddechy Japończyka.

Bał się poruszyć, żeby go nie spłoszyć.
Bał się też, że jeśli poruszy się za mało, Naoki uzna, że to błąd i się odsunie.

Więc siedział dokładnie tak, jak był.

Po kilku minutach Nakamura poruszył się minimalnie, jakby upewniał się, że Domen nie zareagował negatywnie. A kiedy ten nadal się nie odsunął, tylko jeszcze bardziej rozluźnił ramiona, odetchnął cicho i pozwolił sobie oprzeć się trochę pewniej.

I to drobne, nieśmiałe dociśnięcie było jak wybuch w środku Prevca.

Bo nagle zrozumiał, że to nie jest tylko test granic.

To zaufanie.

Wbił wzrok w laptop, udając, że skupia się na odcinku, choć tak naprawdę próbował opanować własne emocje, które robiły się coraz trudniejsze do ukrycia.

Chciał tylko, żeby ta chwila trwała jak najdłużej.

Spojrzał kątem oka na Naokiego, który wyglądał na skupionego na ekranie, ale jego policzki były lekko zaróżowione, a dłoń zaciśnięta na kocu trochę mocniej niż zwykle.

On też się stresuje, pomyślał Domen z nagłym, czułym rozbawieniem.

I wtedy odważył się na coś więcej.

Nie zrobił nic wielkiego. Nie objął go, nie powiedział ani słowa.

Po prostu odrobinę przechylił głowę w jego stronę, tak że na sekundę ich skronie niemal się zetknęły, zanim wrócił do poprzedniej pozycji.

Cichy sygnał.
Jest okej. Zostań.

Naoki nic nie powiedział. Ale jego oddech uspokoił się jeszcze bardziej, a on sam nie odsunął się ani o milimetr. A Domen, siedząc tak z nim ramię w ramię, zrozumiał, że ta jedna, drobna chwila bliskości znaczy dla niego więcej niż wszystkie dotychczasowe romanse razem wzięte.

I że właśnie przekroczyli granicę, z której nie chce już wracać.

I chodź to zmieniło wszystko, kolejne wieczory mijały jak zwykle. Laptop, serial, przekąski, śmiech, drobne komentarze do ekranu i ta cicha bliskość, która stawała się coraz bardziej naturalna.

Nie rozmawiali o tym, co się wydarzyło tamtego wieczoru, kiedy Naoki oparł się o Domena. Nie potrzebowali słów. Czasem wystarczyło spojrzenie, lekkie zbliżenie ramion, drobny uśmiech. Prevc wiedział, że Nakamura też to czuje, choć żadne z nich nie poruszało tematu.

Każdy kolejny wieczór stawał się dla Domena jeszcze ważniejszy. I choć formalnie wciąż byli „po prostu przyjaciółmi oglądającymi anime".

Aż któregoś dnia, po kilku odcinkach i kolejnych śmiechach, coś się zmieniło.

Naoki wstał lekko, żeby poprawić koc, który się zsunął. Domen podążył wzrokiem za jego ruchem, nie odrywając się od ekranu, ale czuł napięcie w powietrzu. W tej jednej sekundzie coś w ich wzajemnym spojrzeniu zaiskrzyło — i bez żadnego planu, bez słów, po prostu naturalnie, spontanicznie, zbliżyli się do siebie.

Nakamura położył głowę na ramieniu Słoweńca.
Prevc odchylił głowę tak, że ich czoła niemal się zetknęły.

I po raz pierwszy, naprawdę po raz pierwszy, pozwolili sobie na przytulenie. Delikatne, ostrożne, ale wystarczająco bliskie, żeby poczuć ciepło drugiej osoby w całej jego intensywności.

Nie było dramatycznych słów, nie było wyznań ani pytań. Tylko obecność. Tylko ciepło i cisza, która w tej jednej chwili stała się wszystkim, czego potrzebowali. I wydawało się, że potrzebowali od zawsze.

Domen po raz pierwszy w swoim życiu poczuł tak ogromny spokój, że wszystko inne nie mialo znaczenia. A Naoki, wtulony w niego, wyglądał tak naturalnie, jakby to było coś, co robili od zawsze.

Nie musieli nic mówić. Ta chwila sama mówiła wszystko. I od tego momentu ich wieczory nigdy już nie były takie same.

Naoki zasnął gdzieś w połowie odcinka, jego oddech był równy i spokojny, a głowa wylądowała na ramieniu Domena tak naturalnie, jakby zawsze tam miała być. Ciepło jego ciała rozlało się po Precu, który siedział nieruchomo, żeby go nie obudzić, choć w środku walczył ze śmiechem i lekkim zażenowaniem.

Laptop nadal mrugał ekranem, ostatnia scena anime dobiegła końca, a napisy końcowe powoli przesuwały się w górę. Domen wiedział, że trzeba go wyłączyć, zanim Naoki całkiem pogrąży się w śnie i zacznie bełkotać w środku kolejnego odcinka, który sam się włączył

Wyciągnął stopę. Bo w tej pozycji nie chciał ruszać rąk — jedna ręka pod głową Naokiego, druga oparta o łóżko, i każda próba sięgnięcia ręką po myszkę wyglądałaby podejrzanie.

Delikatnie, jak ninja, przesunął stopę w stronę touchpada laptopa, starając się nacisnąć włącznik.

Nakamura poruszył się lekko, przewrócił głowę na drugą stronę, jęknął cicho... i chwilę później znowu odchylił głowę na jego ramię, nieświadomy żadnej próby sabotażu technologicznego.

Domen westchnął cicho, prawie niewidocznie uśmiechając się pod nosem.

Stopa lekko nacisnęła, laptop wydał cichy klik, ekran zgasł. Domen odetchnął. Naoki nadal spał, wtulony w niego, a on sam czuł dziwne, miękkie ciepło w środku — nie z powodu zimna, tylko dlatego, że mógł być tak blisko i nikt nie musiał tego komentować.

Przez chwilę po prostu siedział, pozwalając, żeby cisza po napisy zamieniła się w coś jeszcze bardziej intymnego — spokój, którego już nie chciał puścić.

🩷

Któregoś wieczoru, kiedy siedzieli obok siebie przy ekranie, Naoki odwrócił się nagle w stronę Domena, jego oczy błyszczały ciekawością i lekkim zawstydzeniem.

— Domen... — zaczął cicho — jeśli miałbyś dostać coś na urodziny... cokolwiek... co byś chciał?

Prevc, który zwykle odpowiadał na takie pytania żartem albo unikaniem, tym razem zamarł na chwilę. Patrzył na Naokiego, na jego szczere zainteresowanie, na te oczy, które patrzyły bez żadnych ukrytych motywów.

I nagle słowa same wysunęły się z jego ust.

— Ciebie.

Naoki zamrugał, nie wierząc własnym uszom, a potem jego usta rozciągnęły się w szerokim, nieco rozbawionym, nieco zaskoczonym uśmiechu.

— Co...?

— Ciebie — powtórzył Domen, tym razem pewniej. — To wszystko, czego bym chciał.

Nakamura przez chwilę milczał, a potem, jakby nie mógł się powstrzymać, pochylił się i delikatnie przycisnął swoje usta do ust Domena. Krótki pocałunek, czuły, miękki, a jednocześnie niosący w sobie całą nieśmiałą ekscytację, którą oboje nosili w sobie od miesięcy.

Domen odpowiedział odruchowo, nie chcąc ani na sekundę przerwać kontaktu. Czuł przyspieszone bicie serca, ciepło Naokiego i dziwne, przyjemne napięcie, które wypełniało każdy centymetr jego ciała.

Kiedy oderwali się na chwilę, Naoki uśmiechnął się szeroko, lekko zarumieniony.

— To chyba najlepszy prezent, jaki mogłem dostać. A nawet nie mam urodzin. — mruknął, wtulając się w niego nieco bliżej.

— Też tak myślę — odpowiedział Naoki.

Od tamtego pocałunku coś się zmieniło.
Nie było wielkiej rozmowy, żadnych deklaracji, żadnego „to co my teraz właściwie robimy?". Po prostu... Domen zaczął przychodzić częściej.

Czasem pukał wieczorem.
Czasem rano, z udawanym spokojem, jakby wcale nie planował tej wizyty od godziny.
A czasem wpadał tylko na chwilę, mówiąc:

— Przechodziłem obok. — Co było oczywiście kłamstwem, bo ich pokoje wcale nie były po drodze.

Zawsze coś ze sobą miał.

Raz ulubione słodycze Naokiego.
Innym razem napój, który „akurat zobaczył i pomyślał, że Naoki by lubił".
Czasem nawet jakieś dziwne drobiazgi z miasta — breloczek, mały pluszak, pocztówkę z Ljublany.

— Ty mnie rozpieszczasz — zaśmiał się kiedyś Naoki, przeglądając zawartość torby Domena.

— Nie — odpowiedział od razu Prevc, opierając się o ścianę, z tą swoją półuśmiechniętą pewnością. — Ja tylko przynoszę rzeczy, które do ciebie pasują. — Naoki spojrzał na niego długo, jakby próbował zrozumieć, czy on naprawdę to powiedział tak po prostu.

Bo Słoweniec mówił takie rzeczy z tą samą naturalnością, z jaką kiedyś flirtował z dziewczynami.

Tylko że teraz... to było inne.

Cichsze.

Prawdziwsze.

Skierowane tylko do jednej osoby.

Coraz częściej, zdarzało się, że wcale nie oglądali anime. Siedzieli obok siebie, Naoki opowiadał o jakichś głupotach z treningu albo o kolejnym odcinku, który obejrzał sam „bo nie mógł wytrzymać", a Domen po prostu słuchał, z tą rzadką u niego cierpliwością.

A czasem było zupełnie cicho.
Naoki leżał oparty o jego ramię, a Domen bawił się jego palcami, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie.

I z każdym takim wieczorem Domen coraz wyraźniej czuł, że ta pustka, którą nosił w sobie od lat... powoli znika.

Zastępowało ją coś spokojnego. Ciepłego. Nieoczywistego. Coś co kiedyś nie wierzył. I czuł się szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy.

Któregoś dnia złapał się na tym, że stoi pod drzwiami Naokiego z kubkiem jego ulubionej herbaty i nawet nie zastanawia się, czy wypada, czy nie, czy to za dużo.

Po prostu zapukał.

Naoki otworzył od razu, jakby czekał.
I kiedy zobaczył Domena, uśmiechnął się tak szeroko, jak tylko potrafił.

— Wiedziałem, że przyjdziesz. — Domen uniósł brew.

— Serio? — Naoki wzruszył ramionami, robiąc mu miejsce, żeby wszedł.

— Tak jakoś... zawsze przychodzisz.

 

Domen przez cały dzień próbował to zagłuszyć.
Trening, śmiechy z chłopakami, żarty, rutyna — wszystko jak zwykle. A jednak gdzieś z tyłu głowy wciąż wracało jedno, uporczywe pytanie:

Czy ja naprawdę potrafiłem się zakochać i to w dodatku w mężczyźnie?

Brzmiało to absurdalnie.
On? Domen Prevc? Ten sam, który zawsze mówił, że miłość to raczej ładna teoria niż coś, co faktycznie go spotka?

Wieczorem długo stał pod drzwiami pokoju Naokiego. Z ręką uniesioną do pukania.
I nagle poczuł ten dziwny strach — nie przed odrzuceniem, nie przed reakcją ludzi, tylko przed tym, że jeśli to naprawdę jest miłość... to już nie ma odwrotu.

W końcu zapukał.

Drzwi otworzyły się prawie od razu.
Naoki stanął w progu w za dużej bluzie, którą Domen zostawił ostatnio "przypadkiem".

— Hej! — powiedział radośnie, jakby jego przyjście było najważniejszą rzeczą w ciągu dnia. — Czekałem na Ciebie.

I w tym jednym momencie wszystko się rozmyło.

Cały chaos w głowie Domena.

Wątpliwości.

Analizowanie.

Te wszystkie „a co jeśli" i „czy to na pewno".

Zniknęły tak po prostu, jakby ktoś nagle wyciszył cały hałas.

Bo zobaczył Naokiego.

I to wystarczyło.

Prevc stał jeszcze sekundę w progu, patrząc na niego uważnie, jakby pierwszy raz widział coś naprawdę ważnego.

— Domen? — zapytał Naoki ciszej, zauważając jego milczenie. — Wszystko okej?

Domen wszedł do środka powoli, zamykając za sobą drzwi.
Podszedł bliżej, zatrzymując się tuż przed nim. Przez chwilę tylko na niego patrzył — na jego oczy, na spokojny oddech, na tę naturalną radość z samego faktu, że Słoweniec po prostu przyszedł.

I nagle uśmiechnął się lekko, z ulgą, której sam się po sobie nie spodziewał.

— Tak — powiedział cicho. — Teraz już wiem, że wszystko jest okej. —Naoki przechylił głowę, nie do końca rozumiejąc, ale uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— To dobrze. —Domen wyciągnął rękę i delikatnie odgarnął mu kosmyk włosów z czoła, gest zupełnie instynktowny.

— Miałem dziś... dużo w głowie — przyznał spokojnie. — Zastanawiałem się nad jedną rzeczą.

— Nad czym? — Domen spojrzał mu prosto w oczy. Już bez strachu. Bez ucieczki w żarty.

— Czy ja naprawdę się zakochałem. — Naoki zamarł, serce chyba na moment przestało mu bić.

— I? — wyszeptał. Domen uśmiechnął się jeszcze delikatniej.

— I potem cię zobaczyłem. — Zrobił krok bliżej, tak że ich czoła prawie się dotykały. — I wszystkie wątpliwości po prostu... zniknęły.

Naoki nie odpowiedział od razu. Po prostu objął go ramionami, wtulając się w niego mocno, jakby bał się, że jeśli puści, to ta chwila okaże się snem.

Słoweniec odwzajemnił uścisk bez wahania.
I po raz pierwszy w życiu czuł się kompletnie pewny czegoś, co wcześniej wydawało mu się niemożliwe.

Późnym wieczorem, leżeli obok siebie w półmroku, przykryci jednym kocem, laptop dawno już uśpiony, a w pokoju panowała ta znajoma, spokojna cisza, którą obaj tak bardzo polubili. Naoki oddychał powoli, oparty głową o ramię Domena, jakby to była ich codzienność.

Słoweniec patrzył w sufit, ale tak naprawdę w ogóle go nie widział. Czuł ciepło Japończyka, jego ciężar, spokojny oddech i to dziwne napięcie w klatce piersiowej, które nie było już niepokojem, tylko potrzebą upewnienia się.

Po dłuższej chwili poruszył się lekko.

— Naoki? — odezwał się cicho.

— Mhm? — mruknął Japończyk nie podnosząc głowy.

Domen zawahał się na sekundę. Nigdy nie zadawał takich pytań. Nigdy nie potrzebował takich odpowiedzi. Zawsze to on był tym, który miał przewagę, który flirtował, ale nie wchodził głębiej.

Teraz było inaczej.

Teraz to on czuł się... odsłonięty.

— Mogę o coś zapytać? — dodał ciszej. Naoki uniósł lekko głowę i spojrzał na niego z bliska, tak że ich twarze dzieliło tylko kilka centymetrów.

— O wszystko. — Domen przełknął ślinę, nagle trochę bardziej spięty, niż chciał pokazać.

— Ty... — urwał, szukając słów, które brzmiałyby mniej poważnie, mniej ostatecznie. — Ty też coś do mnie czujesz?

Zapadła cisza.

Taka krótka, ale wystarczająco długa, żeby Prevc zdążył poczuć lekkie ukłucie strachu.

Naoki patrzył na niego uważnie, jakby chciał upewnić się, że to pytanie jest naprawdę poważne, że Domen nie żartuje, nie flirtuje, nie testuje granic jak kiedyś.

— Domen... — wyszeptał w końcu. Słoweniec spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło to trochę krzywo.

— Wiem, brzmi głupio. Po prostu... nigdy wcześniej nie byłem w czymś takim i— Naoki nagle położył dłoń na jego policzku, uciszając go tym gestem. Ciepłym, pewnym, bez wahania.

— Czuję — powiedział cicho.

Domen zamarł.

Naoki przesunął palcem po jego policzku, patrząc mu prosto w oczy, zupełnie poważnie.

— Czuję bardzo dużo. Od dawna. Tylko... bałem się, że dla ciebie to będzie chwilowe. Że pewnego dnia przestaniesz przychodzić i wszystko wróci do tego, jak było wcześniej. — Słowa uderzyły Prevca mocniej, niż się spodziewał.

Bo to był dokładnie ten scenariusz, którego sam kiedyś się po sobie spodziewał.

Ale teraz...
Nie chciał odchodzić.
Nie chciał wracać do tego „jak było".

— Nigdy nie przestanę — powiedział cicho, niemal odruchowo. — Naoki uśmiechnął się lekko, choć w jego oczach wciąż było trochę niepewności.

— Obiecujesz?

Domen przesunął dłoń po jego plecach i przyciągnął go bliżej.

— Obiecuję, że chcę tu być. Z tobą. Nie tylko teraz. — Naoki wtulił się w niego mocniej, jakby te słowa były czymś, na co czekał od dawna.

— W takim razie tak — szepnął w jego bluzę. — Czuję do ciebie bardzo dużo.

I tym razem to Domen pierwszy go pocałował.
Powoli, ostrożnie, ale z pewnością, której jeszcze kilka tygodni temu by u siebie nie rozpoznał.

Jak ktoś, kto w końcu dostał odpowiedź, której naprawdę się bał i której naprawdę potrzebował.