Chapter Text
Tak, jak przez cały ostatni tydzień, po gorącym i parnym dniu zerwał się wieczorem wiatr i zaczął szarpać firankami w szeroko otwartych oknach mieszkania 221B na Baker Street.
Sherlock był dzieckiem od czterech dni i miał tego coraz bardziej dosyć. Codziennie w ciągu tego czasu budził się i pierwszą jego myślą było irracjonalne: „Może zacząłem rosnąć?”
Właściwie to było najprawdopodobniej niemożliwe, ale przecież wszystko w tej całej sprawie, od samego początku, było niemożliwe…
Mycroft, który wydawał się być nieporuszony (może chciał w ten sposób dodać mu odwagi?) przysłał znowu swoich ludzi, którzy przynieśli zapasy dziecięcych ubrań, a Sherlock on od razu znienawidził większości z nich.
Później agenci Mycrofta przebadali go samego na tyle, na ile mogli zrobić to w mieszkaniu i na ile on sam im pozwolił. Próbowali go też namówić na dalsze badania w jakimś zaufanym ośrodku, ale Sherlock (który nie chciał się przyznać, ale zaczął się trochę bać bezradności w tej sytuacji) zgłosił veto.
Ustąpił dopiero na wyraźną prośbę Johna i to tylko dlatego, że obiecał z nim pojechać, a ludzie Mycrofta zgodzili się, żeby mu wszędzie towarzyszył. Oczywiście mieli inne wytyczne od szefa, ale po krótkich acz intensywnych konsultacjach przez telefon, przystali na to.
Oczywiście okazało się, ku satysfakcji Sherlocka (i radości Johna, który cały czas martwił się, czy daje rade wystarczająco dobrze zajmować się powierzonym mu dzieckiem) kompletną stratą czasu. Nie wykazały niczego odbiegającego od normy – mały detektyw okazał się być zupełnie zdrowym dziesięciolatkiem z lekką niedowagą, która jednak nie zagrażała jego zdrowiu.
John odetchnął z ulgą, ale Sherlock… szybko przestał się cieszyć, bo potwierdzenie oczywistych faktów nie poprawiło jego sytuacji ani na jotę a odebrało mu cichą, irracjonalną nadzieję, że jego stan da się jakoś wyleczyć, gdy tylko ktoś znajdzie jego przyczynę.
John próbował go pocieszyć, że te badania na pewno jakoś przydadzą się do przywrócenia mu normalnego wyglądu, ale on jakoś w to wątpił.
To nie była żadna przypadłość, na która wystarczyło łykać tabletki, albo zoperować to i owo… to było coś zupełnie innego. Tak innego, że gdy próbował o tym myśleć- jako o zagadce- zaczynała go boleć głowa i ogarniała taka głęboka rozpacz, że miał ochotę się zabić. To, z kolei tak bardzo go wściekało, że zaczynał szarpać się za włosy, a czasem nawet rzucać czymś w ataku furii.
Domyślał się, jak to wygląda z boku, więc przy współlokatorze starał się to opanować, ale kilka razy… o których wolał nie myśleć, bo to go zawstydzało, nie potrafił powstrzymać łez wściekłości, a John to zobaczył i było mu bardzo przykro, że nie wie, jak pomóc.
Sherlockowi nie przeszkadzało trochę bólu, bardziej przykro mu było, kiedy zobaczył jaki wpływ ma na przyjaciela jego wybuch- John był smutny i bał się, jakby sądził, że mógłby zrobić sobie jakąś krzywdę, a on po prostu musiał jakoś odreagować to wszystko, co się z nim ostatnio działo. To znaczy- podejrzewał, że o to chodzi, bo prawdę mówiąc, jego też zaskakiwało jego zachowanie, większa emocjonalność, szybsza utrata opanowania i niemożność utrzymania na twarzy maski zdystansowanego socjopaty….
Jednak krótkotrwała ulga wybuchu nie była warta tego kosztu, jaki płacił za nią John. John, który, co nieodmiennie zaskakiwało, dopiero w sytuacjach kryzysowych pokazywał, jak bardzo się różni od innych, przeciętnych ludzi i że stać go na naprawdę wyjątkowe rzeczy. Sherlock nie potrafił się nadziwić jego odporności na sytuacje ekstremalne niezwykle (bo jak inaczej nazwać nagła zmianę dorosłego współlokatora w dziesięciolatka?).
John wydawał się nie tylko jakoś to znosić, nie tracąc głowy i nie wariując- on… się przystosował, niemal od razu! Co było prawie równie niezwykłe, jak sama przemiana w dziecko i Sherlock nie mógł tego zrozumieć.
Johnowi nie przeszkadzało to, że teraz detektyw nie potrafi sam prawie nigdzie dosięgnąć (i trzeba mu ciągle pomagać), ani nie jest w stanie grać na swoich skrzypcach, bo ma za krótkie i słabe ręce. Sherlock nie rozumiał, jak można choć trochę nie oszaleć w tej sytuacji- i długo myślał, że przyjaciel tylko udaje spokój, że w środku ma takie samo wzburzone morze emocji jak on sam. A jednak…
Jednak minęło kilka dni, a doktor był dokładnie taki sam, jak zazwyczaj- zmieniło się tylko trochę jego zachowanie względem współlokatora. Na korzyść. Chyba?
Sherlock jeszcze nie zdecydował.
W tej chwili był ospały i nie chciał więcej myśleć. Czekał na burzę, żeby się chociaż trochę ochłodziło. No i był przejedzony- albo przynajmniej tak się czuł. John skwapliwie wykorzystywał postanowienia z ich naprędce skomponowanego paktu o nieagresji i przygotowywał mu trzy posiłki dziennie- bogate w białko i witaminy, a przede wszystkim- kalorie. Sherlock dawno nie jadł tak regularnie i tak dużo i nie podobało mu się to wcale. Miał wrażenie, że to pogarsza jego zdolności radzenia sobie z upałem.
Dlatego czekał tak niecierpliwie na burzę, już od południa. Zawsze to jakaś rozrywka, na pewno lepsza, niż idiotyczne programy w TV, których miał już serdecznie dosyć na bardzo, bardzo długi czas.
Kiedy wreszcie nawałnica przyszła, rozszalała się na dobre.. błyskawice przecinały czarne niebo obramowane framugą okna, kiedy siedział na łóżku, podparty o poduszki, żeby mieć wygodną pozycje do oglądania przedstawienia, które zgotowała mu przyroda. Przeszło mu przez myśl, czy John zdołał zasnąć przy huku grzmotów, ale szybko o tym zapomniał, bo na ulice lunął deszcz tak gęsty, że przygasił wszystkie widoczne światła.
Miał ochotę zaklaskać, ale to byłoby za bardzo dziecinne, więc tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu, szerokim jak u rekina. Delikatne włoski na jego przedramionach dalej się unosiły i czuł się jak podłączony do prądu, bardzo mocnej baterii… chciałby mieć tu kogoś, kto podzielałby te odczucia, ale uznał, że John pewnie już śpi (albo przynajmniej próbuje) i byłoby nie fair go budzić.
Do tej pory tylko raz poszedł do jego łóżka w nocy, potem było mu za bardzo wstyd, że John poruszył ten temat rano. I mimo, że tamten zapewniał, że mu to nie przeszkadza- obiecał sobie, że nigdy już tego nie zrobi- nie okaże, jaki jest bezradny wobec swoich emocji i wspomnień.
Dzisiaj jednak… to nie byłoby odsłonięcie się, bo nie poszedłby do niego z powodu złych wspomnień czy smutku. Poszedłby, żeby dzielić coś wspaniałego, nawet, jeśli to nie byłoby w stylu jego dawnego, wyniosłego, zdystansowanego ja. Przymknął oczy i zadecydował.
Wysunął się z łóżka i ubrał pantofle.
Szybko, ale cicho poszedł na górę ostrożnie otworzył drzwi do pokoju współlokatora i wszedł na palcach do środka. John leżał a plecach na poskręcanym prześcieradle, przykryty poszewką od kołdry (bo na samą kołdrę było za gorąco) i wyglądał, jakby stoczył przez sen niejedną bitwę.
Sherlock zakradł się do łóżka, choć jego kroki i tak maskował ogłuszający stukot kropel na dachach i parapetach dookoła (tu też okna były pootwierane), ale przystanął, gdy usłyszał niski jęk.
Nie było innej możliwości- to musiał jęczeć John właściciel pokoju i Sherlockowi przeleciały przez głowę tylko dwie możliwości: John miał zły sen, albo coś go bolało.
- John?- szepnął a potem poprawił się, podnosząc głos: - John!
Tamten szarpnął się wyraźnie całym ciałem i wymamrotał:
- Ccco?...
- To ja, Sherlock.- zakomunikował, podchodząc do łóżka.- Przyszedłem.
I tu skończyła mu się inwencja.
John opadł na łóżko, ale nie zasnął, bo wyciągnął rękę i powiedział, trochę wyraźniej:
- Coś się stało?
Sherlock zapomniał, że go nie widać w ciemnościach i wzruszył ramionami. Nagle nie wiedział, po co tu przyszedł i czy nadal wolno mu wejść na łóżko i położyć się obok przyjaciela. Ale wtedy tamten mruknął coś zachęcająco i nagle odzyskał całą potrzebna do tego odwagę. Podreptał do łóżka i wdrapał się na nie szybko.
Pościel była lekko wilgotna, tak jak i ciało Johna, które promieniowało gorącem i Sherlock zawahał się chwilę, zanim się do niego przytulił. Znów zagrzmiało, potężniej, niż do tej pory i Watson zachichotał nisko, gardłowo:
- Co, boisz się burzy? No nie, wielki Sherlock Holmes boi się paru piorunów?
Sherlock nadął się cały w ciemnościach i odsunął, ze złością, ale niezbyt daleko:
- Nie boję się niczego. Przyszedłem tutaj bo chciałem…-zawahał się, oczywiście teraz ten pomysł, żeby popatrzeć razem na piękną burzę wydawał się szczytem głupoty.
Miał wielką ochotę się obrazić i wrócić do siebie, ale nagle ciepła i wilgotnawa dłoń zaczęła po omacku szukać jego dłoni i kiedy ją znalazła, zacisnęła się na niej, przekazując dużo czytelniej, niż jakiekolwiek słowa: „Zostań ze mną”.
Dlatego został.
Wsunął się nawet pod poszewkę od kołdry, bo po chwili zrobiło się chłodniej, jakby deszcz wysysał z powietrza całe ciepło. Przytulił się do przyjaciela, zauważając poniewczasie, że tamten ma na sobie tylko bokserki.
- Hmm?- padło senne pytanie, ale Sherlock nie miał nic do powiedzenia, więc tylko przyłożył głowę do jego ramienia.
- Śpij.- rozkazał, co zabrzmiało zabawnie jako, że zostało wypowiedziane jego wysokim dziecięcym głosikiem.- Śpijmy.- powtórzył po chwili, jakbym sam sobie chciał nakazać sen.
I zaraz posłusznie zamknął oczy i wsłuchał się w równy oddech śpiącego mężczyzny, którego nie zagłuszał już cichnący deszcz. To było bardzo pocieszające- dawało świadomość, że John żyje i jest bezpieczny, a skoro tak, to i Sherlock może się rozluźnić i spokojnie zasnąć.
Dlatego odpłynął już po chwili.
Ale tuż przedtem, zanim odpłynął w miejsce, w którym nie był genialnym detektywem, ale małym, przestraszonym chłopcem, zdążył pomyśleć:
„Chcę móc tak zasypiać, nawet kiedy TO się skończy.”
Nie pamiętał tej myśli następnego dnia rano, ani tego co mu się potem śniło (że zagubił się w ciemnym lesie, że było tam zupełnie sam), ale ten pomysł zagnieździł się gdzieś w jego nieświadomości, bo kiedy się obudził rano, czuł się bardzo dobrze wypoczęty, dopóki nie przypomniał sobie, że nie powinien tu leżeć- i nie leżałby, gdyby był dorosły. Także, o ile nie przede wszystkim, z bardzo prozaicznego powodu- nie zmieściliby się tu obaj, gdyby on znów miał te swoje sześć stóp.
John leżał teraz obrócony do niego plecami, nadal śpiąc, zwinięty w kulkę i Sherlockowi było trochę chłodno, bo rano zawsze jest najchłodniej, a burza zrobiła swoje i solidnie ochłodziła powietrze.
Nie chciało mu się na razie wstawać i tak nie miał nic do zrobienia, ale było mu zimno, na rękach pojawiła się gęsia skórka, więc przytulił się do pleców mężczyzny, który mruknął coś w odpowiedzi i zaraz potem obrócił się i przytulił go, z często ćwiczoną swobodą, której Sherlock nie umiałby skopiować, choćby bardzo się starał.
- Mmmm…- wyrwało mu się z ulgą, kiedy otoczyły go ciepłe (i już suche) ramiona. Wpasował się idealnie w przerwę między nimi a klatką piersiową Johna i było mu tu bardzo wygodnie i przyjemnie… kolejny powód, żeby się stąd nie ruszać. Przynajmniej przez jakiś czas. Przynajmniej do czasu, aż John się nie obudzi i nie zauważy, co się dzieje.
***
Sherlock nie zastanawiał się jakoś szczególnie nad tym, czemu spanie z Johnem nagle zrobiło się takie przyjemne, ale kiedy znów się obudzili, tym razem na dobre (doktor wybierał się tego dnia na większe zakupy, a detektyw obiecał solennie, że nie wysadzi niczego pod jego nieobecność) znowu pomyślał, że chciałby się tak czuć częściej- taki odprężony, bezpieczny i rozgrzany- nie tylko od zewnątrz, tak jakby ciepło przyjaciela potrafiło przenikać barierę skóry i ogrzać też jego serce.
Tyle tylko, że nie mógł mu przecież tego powiedzieć wprost? Nie mówiąc już o tym, JAKIM językiem miałby mówić o tym wrażeniu, żeby nie wydać się mięczakiem. Poza tym nie chciał dzielić się niczym, czego sam najpierw nie zrozumiał, bo to sprawiało, że mógłby się poczuć głupio, albo nieadekwatnie wyposażony w dane. Podejrzewał tez, że na tym akurat polu, Watson mógł mieć większe doświadczenie.
Dlatego nie powiedział nic. Zamiast tego poszedł do siebie, żeby znaleźć jakieś zajęcie na najbliższe godziny.
John zrobił im szybkie śniadanie i wyszedł, nawet nie pilnując specjalnie tego, ile zje jego podopieczny (zadziwiające) - i Sherlock został sam w mieszkaniu.
Zasępił się u siebie w pokoju, nad torbami ubrań, które przynieśli ludzie Mycrofta. Z braku pomysłu na siebie, zaczął je przymierać- różowy podkoszulek z turkusowym napisem „LOVE” na przodzie- nie, ten nie, choćby miał chodzić goły.
Zdjął go i wyrzucił z obrzydzeniem na podłogę. Następna była pomarańczowa kamizelka na zatrzaski. Nie, tego obrzydlistwa nie musiał nawet na siebie wkładać, żeby wiedzieć, że to zło. Sweterek w serduszka…
Boże, Mycroft oszalał i zlecił to zadanie gejowi z daltonizmem, albo też ktoś z jego ludzi bardzo, ale to bardzo go nienawidził, ale też i bał się go, więc chciał mu zaszkodzić w taki niebezpośredni sposób - poprzez upokorzenie na śmierć jego młodszego brata.
Kiedy wyciągnął z torby złoty, pleciony pasek; zrozumiał, że będzie jednak zmuszony chodzić nago. Albo uprać sobie tych kilka ubrań, które już miał. Ta myśl tak go jednak zniechęciła do wszystkiego pożytecznego, że zaczął przeglądać w internecie wiadomości. Przeglądanie newsów o świeżych morderstwach zawsze należało do najprzyjemniejszych części jego dnia.
Zawsze przystępował do tego z nadzieją, że znajdzie tam jakieś wiadomości o działaniu kogoś, kto będzie stanowić dla niego wyzwanie, kogoś równie inteligentnego, co on.
Do tej pory rzeczywistość go rozczarowywała- ale do tego już zdarzył przywyknąć… bo to nie było nic nowego. Ciągle jednak zachowywał nadzieję i ta go trochę pocieszała. Dzisiaj także.
Do momentu, gdy znalazłszy intrygujący mord, który wyglądał na coś, co mogłoby dostarczyć mu pracy i rozrywki na jakiś czas- zaczął wysyłać SMSa do Lestrada- domagając się dostępu do śledztwa, Bo wtedy… przypomniał sobie, w jakim jest teraz stanie i to, że DI o niczym jeszcze nie wie.
- Aagrr!- zawył, szarpiąc się za włosy z bezsilnej wściekłości, na która nie było lekarstwa.- Ile jeszcze!?- wrzeszczał dalej, nie zważając na to, że pani Hudson mogła już wrócić ze swej nagłej i długiej wycieczki. -Niech to szlag!
Miał ochotę skakać po fotelach i sofie, rwąc gazety na strzępy zębami i ogólnie robiąc z siebie widowisko, tyle, że dla samego siebie nie było warto tracić tyle siły.
Opadł więc na fotel z taka wielką rezygnacją, na jaką było go stać i zaczął intensywnie myśleć, jak mógłby zabrać się do policyjnego śledztwa, nie pokazując się nikomu w swej obecnej, okrojonej postaci. Mógłby zawiadomić Lestrada i posłać Johna na miejsce, ale DI mógłby chcieć przyjść tutaj, żeby coś uzgodnić, albo po prostu z głupiej złośliwości…
- Nienawidzę tych wszystkich ludzi!- wyrwało mu się z głębi piersi i zaczął rozważać jakie ma opcje do dyspozycji. Powiedzieć, że jest zakaźnie chory… więc dlaczego nie zaraża Johna? I siedzi w mieszkaniu, a nie w szpitalu? Poza tym Lestrade może uznać, że choroba osłabia jego zdolności. Może zechcieć skontaktować się telefonicznie, albo przez Skypa- a kiedy Sherlock odmówi- a przecież musi odmówić- ma teraz inny głos i nie może pokazać mu twarzy- inspektor (nie taki znowu idiota) zacznie coś podejrzewać i to tylko pogorszy sytuację. Zacznie kręcić nosem i może, z czystej głupoty, odciąć Sherlocka od spraw na dłużej.
Niedopuszczalne.
Udawać, że wyjechał? To samo, tyle, że można by udawać, że nie ma z nim kontaktu, bo tam, gdzie pojechał, nie ma zasięgu.
- Gdzieś w Europie na pewno są jeszcze takie miejsca.
Tak, to byłoby nawet cwane, ale … jak, w takim razie, John miałby przesyłać mu szczegóły na temat sprawy? Gołębiami pocztowymi? Posłańcami na osiołkach? Może John jakoś dopracuje ten pomysł i sprawi, że zacznie mieć więcej sensu… ale na razie był na zakupach i wyłączył komórkę.
Jakieś inne pomysły?
Głowa mu pękała i nie mógł nic wymyślić, więc wolał się zająć czymś bardziej przyziemnym i satysfakcjonującym i zaczął czytać wiadomość od początku, rozbierając na czynniki pierwsze wszystkie podane tam fakty.
Jak zwykle, nie było tego dużo- policja na tym etapie na wszelki wypadek skąpo wydzielała informacje osobom postronnym- i zazwyczaj Sherlock przyznawał im rację.
Dzisiaj frustrowało go to niemożliwie. Miał za mało danych… zawsze za mało- pomyślał nawet przez chwilę o bracie, ale ostatnio zadłużył się u niego na wiele przysług, a w dodatku musieli żyć za jego pieniądze, bo John musiał być do dyspozycji dzień i noc. Poza tym- Lestrade nie da się tak po prostu szturchnąć Mycroftowi i nie wyjawi wszystkich szczegółów… nie, raczej się zatnie i następnym razem odmówi mu udziału w soczystszych śledztwach- tylko dlatego, że Mycroft go wkurzy. Starszy Holmes był manipulatorem, ale Lestrade doskonale znał takie sztuczki i potrafił je przejrzeć. Od razu się zorientuje o co tu chodzi.
John! John MUSI znaleźć jakiś… i wtedy Sherlock zrozumiał, że jak zwykle, John jest odpowiedzią na jego potrzeby, najlepszym asystentem, przewodnikiem światła, nieodłączną części jego geniuszu… uśmiechnął się do siebie i poszedł do sypialni, pogrzebać w torbie z ubraniami, tym razem z zupełnie odwrotnym podejściem- wybierając te jak najbardziej kolorowe i pokryte najbardziej infantylnymi wzorkami; i pieczołowicie odkładał je na bok, do przymierzenia.
Kiedy skończył, spędził następną godzinę przymierzając wszystko, co sobie odłożył, i przeglądając się w drzwiach od szafy, podziwiając efekt, jaki udaje mu się uzyskać.
I przez cały ten czas, z ust nie schodził mu na poły zadowolony z siebie, a na poły cwany uśmieszek, który bardzo nie spodobałby się Watsonowi, gdyby go zobaczył.
Na szczęście dla wszystkich, kiedy już wrócił do domu z zakupów, detektyw czekał na niego ubrany w najlepszą kreację, jaką mógł skomponować z tego, co miał do dyspozycji- a naprawdę miał z czego wybierać!
Kiedy John przestąpił próg, powitał go widok zaiste dziwaczny- Sherlock stał na środku salonu, podparty pod boki, z biodrami wypchniętymi do przodu i lewą nogą odrobinę wygiętą i ustawioną pod kątem prostym do drugiej- w niezłej imitacji klasycznej pozy modela na wybiegu i John uśmiałby się z efektu, jaki to dawało przy jego małym ciałku, gdyby nie zaszokował go strój: szary podkoszulek z jaskrawożółtym napisem „ Don’t stop” a do tego sweterek w wypukły wzór, z naszytym na lewej klapie misiem, zrobionym z włóczki, którego guzikowe ślepia miały wyraźnie obraźliwy wyraz skrajnej głupoty, a w łapach trzymał żółte coś, co miało być plastrem miodu, ale z niewiadomych przyczyn… ociekało czerwona włóczka, niczym symboliczna krwią. Spodnie, którymi Sherlock uzupełnił tę kreacje, wyglądały jakby pochodziły z lat 80tych alternatywnej rzeczywistości- to znaczy były szerokie i zrobione z dekatyzowanego dżinsu i miały nogawki ściągnięte przy kostkach gumkami, ale oprócz tego –liczne wzorki, naszyte cekinami- były wśród nich serduszka i baloniki, a nawet jakaś papuga z drinkiem w pazurach (o ile nie było to całkiem inne zwierzę, co właściwie nie rozbiło wielkiej różnicy w ogólnym wrażeniu). Katastrofę, jaką były te , dopełniały czerwone kokardy przy kieszeniach i różowe łaty na kolanach. Spodnie kończyły się tak, że widać było cal zielonych skarpetek, jakie detektyw miał na sobie. Koszmar podkreślały sraczkowate sandałki z czegoś skóropodobnego, ze złotymi sprzączkami.
John otwarł usta i nie potrafił ich zamknąć, żeby ułożyć słowa komentarza.
Po prostu szok odebrał mu mowę. Możliwe, że gdyby miał do czynienia z jakimś normalnym dzieckiem, którego rodzice od dawna wykazywali upośledzenie kolorystyczne, przełknąłby cała sprawę, tylko krzywiąc się przelotnie. Tutaj jednak miał do czynienia z SHERLOCKIEM, który dramatyzował, gdy miał nosić dżinsy albo (ładną) piżamę ze Spongebobem, toteż doktor nie byłby bardziej wstrząśnięty, gdyby zastał go przytulonego do brata, albo otoczonego świecącymi w ciemnościach kotkami.
- Co?..- wykrztusił wreszcie, gdy odzyskał głos.- Jak?... to znaczy? Co?
Uśmiech Sherlocka osiągnął rozmiary wyszczerzu i uderzył z całą siłą jego obezwładniającej osobowości:
- Jak ci się podoba?- zapytał, a oczy lśniły mu z radości. I ekscytacji, której częścią było wrażenie, jakie wywarł na Johnie. Lubił, kiedy tamten go zaskakiwał, kiedy okazywał się nie tak nudny, jak większość zwykłych ludzi, ale czasami chciał też sam go zaskoczyć, bo wtedy… Wtedy czuł się tak, jak na samym początku ich znajomości, jak wtedy, gdy John nie przywykł jeszcze do jego dedukcji i tak łatwo było go olśnić jedną dobrze wymierzona uwagą, jedną błyskotliwą dedukcją; ot, tak, bez wysiłku.
Sherlock lubił te chwile, nawet bardziej, niż momenty, w których wszystkie kawałki puzzli układały mu się w jedną całość w głowie.
- No i jak ci wyglądam? Jak ci się podobam w tym cudownym ubranku dla niewidomych dzieci?
John parsknął śmiechem, to była jedyna reakcja na absurd tej sytuacji. Czoło Holmesa zmarszczyło się od podejrzliwości, a usta ściągnęły w grymasie niezadowolenia:
- Czemu się śmiejesz?- zapytał niepewnie.
- Bo… Bo… bo to wygląda tak… na tobie… wiesz. I chyba nie ma szansa, żebyś tak wyszedł na zewnątrz? Po co to zrobiłeś? Wyglądasz tak…
Sherlock rozpogodził się natychmiast.
- No? Jak co? Wyglądam w tym, jak… -podpowiedział.
John zastanowił się głęboko.
Nie chciał go rozdrażnić. Wiedział, jaki potrafi być przewrażliwiony na punkcie swego wyglądu.
Zwłaszcza, że nie był w stanie odgadnąć, co w tej chwili detektyw chce usłyszeć od swego blogera.
- No… nie wiem…- zawahał się.- Może ty mi powiesz? O jaki efekt ci chodziło, a ja…
- Dziecko, John.- ton nabrał ostrych krawędzi.- Przebrałem się za dziecko.
John znów parsknął krótkim śmiechem. Nie zdołał się powstrzymać, nawet jeśli Sherlock miał się na niego śmiertelnie obrazić. Potem zaczął myśleć i to, co wymyślił, bardzo go zaniepokoiło.
Sherlock przebierał się tylko wtedy, gdy szli rozwiązywać jakąś sprawę. Poza tymi przypadkami zawsze wybierał prostą i anonimową elegancję garnituru.
- Ej, chyba nie idziesz na? Chcesz w tym iść na jakieś miejsce zbrodni?- zapytał z drżeniem serca i niepokojem wypisanym na otwartej i tak wyrazistej twarzy. –To…- nie wiedział, co powiedzieć. To było niedopuszczalne, ale zwykle powiedzenie tego wprost powodowało, że w detektywie rosła inwencja wymyślania, jak obejść albo przeskoczyć piętrzące się przed nim przeszkody.
- Tak. Tak właśnie mam zamiar zrobić.- powiedział stanowczo potwierdzając tym obawy doktora.- Coś ci się nie podoba? –mówiąc to wysunął zaczepnie dolną szczękę i John wiedział już, że tamten doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co on teraz powie, ale i tak to powiedział. Musiał.
- Wszystko mi się nie podoba. A ty dobrze wiesz, jakie głupie jest to, co chcesz zrobić.
Sherlock zmrużył oczy i uśmiechnął się niespodziewanie:
- Ale ty mi pomożesz, jeśli to zrobię. Jak zawsze… każdy z nas ma swoją role do zagrania. A to jest twoja.
Watson zmarszczył się przerażająco i nadąsał wyraźnie:
- Zdziwisz się.- zagroził.
Widać było, jak Sherlock walczy ze sobą, żeby się nie obrazić.
Ale na szczęście walka ta była krótka (choć intensywna). Wybrał rozbrajający uśmiech, bo przypomniał sobie, że bycie dzieckiem, w obecności Johna, ma pewne plusy.
- Ja pójdę, tak czy siak.- stwierdził z pewnością, której nie posiadał.- A ty masz wybór: albo tu zostaniesz i będziesz się zamartwiać na śmierć tym, co może mi się stać po drodze w metrze, kiedy każdy będzie mógł mnie popchnąć i okraść, a może nawet…- zamilkł, bo to co przyszło mu do głowy było zbyt straszne.- A na ulicy może mnie potrącić auto, albo pogryźć pies. A to dopiero początek, bo na miejscu zbrodni będę musiał jakoś ominąć tych wszystkich policjantów i chociaż jestem trochę mniej widoczny, to jednak…
John zniósł tylko trochę tego dobrze wymierzonego ataku na jego zdrowie psychiczne.
–No już, dobra! Pójdę z tobą! Nie musisz się tak wysilać…- westchnął ciężko i z uczuciem, towarzyszącym przegranej bitwie.- Masz rację, nie puszczę cię samego, bo nie dam rady znieść wyobrażania sobie, co ci się mogłoby stać. Ale nie myśl sobie, że… zawsze dam się wrobić w coś takiego. Tym razem nie mam siły się z tobą użerać, tym bardziej, że przyda ci się trochę ruchu. Widzę, jak cię nosi. Ale na przyszłość na pewno cię po prostu tutaj zatrzymam. Rozumiesz?- zagroził.
Sherlock zaczął kiwać głową z przesadną żywiołowością, żeby mu pokazać jak bardzo go popiera.
Co do przyszłych śledztw będzie się martwił, kiedy nadejdzie na to pora… najważniejsze, że teraz wygrał. I że John okazał się tak samo łatwy do zmanipulowania, jak… zawsze do tej pory!
Uśmiechnął się do siebie, ale tak pod nosem, żeby tamten nie zauważył, bo to by go tylko niepotrzebnie rozjuszyło i jeszcze- ze zwykłego uporu!- by się rozmyślił i został w domu.
I wtedy przyszła mu do głowy zaskakująca myśl: „Dlaczego mnie to tak cieszy? Tak postawiłem na swoim, znów uwodniłem sobie i co ważniejsze- jemu, że zrobi wszystko, co zechce, żeby zrobił… ale czy to jest w porządku? Tak naprawdę zmusiłem go, do zrobienia czegoś żerując na jego trosce o mnie. Z którą oczywiście generalnie przesadza, ale… to nie o to chodzi. Nie teraz.
Więc o co? Przecież zrobił to, co chciałeś żeby zrobił… do cholery, o co ci nagle chodzi? Co ci się nie podoba?”
Nie wiedział.
Otrząsnął się więc z tych niecodziennych wątpliwości i myśli i poprawił swoje przebranie, bo skarpetki mu zjeżdżały a ten sweterek z upiornym miśkiem gryzł w odsłonięte części delikatniejszej skóry- czyli przy gardle i po wewnętrznych stronie łokci.
Poczuł, że ciężko będzie chodzić w tym przez cały dzień i zapytał jeszcze raz, by się upewnić, że dobrze robi:
- Czyli nie wyglądam na siebie w tym…. Czymś?
John zmrużył oczy z nieszczęśliwą miną :
- Na pewno. Zresztą, jeśli o to ci chodziło, to nie bój się- Lestrade nie jest taki głupi, za jakiego go uważasz, ale nawet on prędzej uwierzy w to, że UFO wylądowało na Pałacu Buckingham i opanowali rząd, niż w to, że mogłeś zmienić się w dziesięciolatka. Że ktokolwiek mógł…
Sherlock pozwolił sobie na szeroki uśmiech. Teraz już mógł.
To był wyraźnie uśmiech tryumfu, ale teraz jego przyjaciel nie potraktuje go już tryumf znad sobą samym, tylko nad okolicznościami.
- Jadłeś coś?- zapytał łaskawie i kiedy tamten przytaknął, powiedział:
- No, to idziemy.
- Tak od razu?
- A niby kiedy? Każda minuta to strata czasu i cennych śladów. Dobrze wiesz, jacy oni są wszyscy niekompetentni…- westchnął z żalem.
John podniósł palec:
- Tylko się nie zapomnij i nie zacznij używać takich słów przy Gregu.
Sherlock przechylił głowę i podrapał plecy. Ten sweter był koszmarem nie tylko dla oczu, ale i dla skóry. Dekoncentrował go strasznie.
„Zdejmę go na miejscu.” obiecał sobie.
- Nie mam zamiaru się odzywać.- zapewnił.-najwyżej do ciebie i to tylko jak już nie będzie innego wyjścia.
- To jak przepytasz policjantów?
Sherlock nie odpowiedział, rozproszony swetrem, który najwyraźniej potrafił się przegryźć przez tkaninę podkoszulka.
- To jak to ma wyglądać? Powiesz mi to teraz, czy jak zawsze nie powiesz i zrobię z siebie idiotę, próbując zgadywać w trakcie?
- OK, jeśli chcesz to powiem od razu. To ty masz pytać. Powiesz Lestrade, że cię tam posłałem, ale że jestem za granicą i na razie nie ma ze mną kontaktu.
- OK.
- Wypytasz go o szczegóły, jak ja zwykle… jeśli nie będzie chciał odpowiadać…
- A może...- John mu przerwał, ale Sherlock zezłościł się na bardzo krótko, bo propozycja, z którą wyszedł, okazała się mieć sens.- A może napiszesz mi pytania teraz, na kartce. Coś już wiesz o sprawie…
A to będzie lepiej wyglądało, jeśli … Tak, jakbym rzeczywiście tylko wypełniał twoje polecenia. Musimy naprawdę się postarać, żeby go przekonać, bo jak go znam…
- Dobra!- teraz on mu przerwał, bo nie trzeba go było przekonywać. znalazł kartkę i długopis i podał je przyjacielowi.
- Ale- jak już dbać o szczegóły, to ty je zapisz. Lestrade zna moje pismo i jak je zobaczy to zapyta: a jak ci to napisał, skoro siedzi za granicą?
John pokiwał głowa z prawdziwym nieudawanym uznaniem:
- Nieźle. Ja o tym nie pomyślałem.
- I dlatego to ja jestem geniuszem, a ty moim blogerem. Asystentem… pomocą…
Sherlock zaróżowił się lekko i zaplatał we własne słowa, nie wiedząc, jak dokończyć to zdanie, które było tak ważne dla samooceny przyjaciela.
- No to dawaj…
Zaczął dyktować.
