Actions

Work Header

A Sphere In The Heart of Silence

Summary:

Szybkie spojrzenie na wieloletnią relację Johna i Josha. Fabuła uszyta z domysłów, niedopowiedzeń, wyobrażeń, nadziei i smutku. Zaledwie liźnięcie tego, co prawdopodobnie mogło się stać. Długie opisy emocji i sytuacji w celu uczynienia całości żywą i dynamiczną. A gdyby tak nagrywać tylko wodę przez dziesięć dni...

Notes:

Wszystko co mam najlepsze - czyli słowo i wyobraźnię - oddaję w hołdzie dwu panom, którzy namieszali mi w życiu i dużo zmienili.

Ponadto dedykuję pracę pięknym paniom: Klaudii, za bycie cierpliwą i wyrozumiałą korektorką i za znoszenie moich długoterminowych faz oraz Ewie za mentalne i merytoryczne wsparcie, a także za powód do dalszego pisania.

Now this is all yours.

Chapter 1: Racing Rats

Chapter Text

           Dwa długie i niewyraźnie cienie przemieszczały się spokojnie w niemrawym świetle miejskich latarni. Zaginały się i wydłużały na każdym zakręcie i odbijały kanciastymi brzegami na murach pomarańczowych budynków. Kalifornijska chłodna temperatura, wraz z dogasającym ostatnimi tchnięciami wieczorem, tworzyły niepokojącą atmosferę. Ulica była opustoszała, jednak dwa cienie zdawały nic sobie z tego nie robić, podążając znajomą ścieżką. Im dalej się przemieszczali, tym ulica robiła się cichsza, bardziej ponura i mniej przyjemna. Niskie budynki nie zachęcały do odwiedzin swoimi mrugającymi blado neonami, blaszanymi szyldami i zabrudzonymi szybami. Na chodniku rozlegał się miarowy stukot obcasów ciężkich butów jednego z właścicieli cieni. Podążał dziarskim, choć spokojnym i lekko chwiejnym krokiem przez kalifornijskie ścieżki z dumnie podniesioną głową. Zza podłużnych okularów patrzyły jasne i przejrzyste tęczówki, a spod brzegów lekko przekrzywionego kapelusza wystawały kędzierzawo-kręcone włosy. Bob Forrest i jego towarzysz wpadali coraz bardziej w noc przyspieszając co chwilę kroku. Zatrzymali się przed niepozornie wyglądającym wejściem  małego klubu, do którego prowadziły kręte schody w dół. Przed wysłużonymi drzwiami, które nosiły na sobie wszelakie ślady nocnych występków - od wgnieceń i zagłębień, po wulgarnie brzmiące naklejki - kłębiło się kilka osób. Ktoś od razu rozpoznał Boba i podszedł w jego stronę, od razu wciągając go w poufną rozmowę. Grono przylegało do siebie ciasto i rozmawiało szeptem, mimo że w okolicy nie było nikogo kto mógłby ich podsłuchać, poza towarzyszem Boba, który stał nieśmiało z boku. Nie do końca wiedząc jak zareagować, nerwowo miętosił między palcami dogasającego papierosa, przyglądając się nieufnie wszystkim nieznajomym, którzy zdawali się czcić Boba szczególnym rodzajem entuzjazmu. Forrest górował nad innymi wzrostem a na jego twarzy dało się dostrzec nutę zażenowania. Widocznie starał się ukrócić wszystkie rozmowy z grupą  i jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznej przestrzeni klubu. Dwie dziewczyny zdawały się być już na stałe przewieszone przez jego ramię, trzymając w drobnych dłoniach kilka wygniecionych dolarów. Towarzysz Boba stał na tyle daleko, że nie słyszał o czym rozmawiają, jednak obie panie wydawały się być wyjątkowo zdesperowane. Po kilku dłuższych chwilach i trzecim papierosie ginącym w ciemnej wyrwie między płytami chodnika, Bob wreszcie wrócił do swojego towarzysza, mrucząc coś niezadowolony pod nosem. Upychał niedbale jakieś małe pakunki po kieszeniach, patrząc przy tym na niego spod ronda kapelusza.

         - Uliczne szczury… - wyburczał złowieszczo Bob, jednocześnie wskazując ruchem głowy wejście do klubu. Spojrzał na zegarek i wyrzucił z siebie jeszcze kilka przekleństw.

             - Idealnie. Schodź na dół, dzieciaku – powiedział po chwili, wpychając chłopaka na balustradę krętych schodów. Zeszli powoli bo blaszanej konstrukcji prowadzącej do przestronnego klubu, który od jakiegoś czasu służył Bobowi i jego zaufanym przyjaciołom za salę prób i prowizoryczne studio nagraniowe. Im niżej się znajdowali tym lepiej słyszalne były wszystkie dźwięki dochodzące z pomieszczenia. Lekko brzęczały struny gitary akustycznej, niemiarowe uderzenia w perkusję i podniesione głosy kilku osób. Gdy Bob wraz z towarzyszem przemierzał długi korytarz prowadzący do studia, niespodziewanie wypadło na nich dwóch spoconych młodzieńców w wyświechtanych skórzanych kurtkach i przedarło się przez nich bezceremonialnie, trącając przy tym ich łokciami i rozpychając na wszystkie strony.

            - Jest kompletnie pojebany – dwóch przybyszów wymieniło między sobą opinię, niknąc w gęstwinie krętych schodów i zostawiając stojącego w miejscu Boba. Spojrzał badawczo na swojego towarzysza, szukając na jego twarzy oznak jakichkolwiek emocji. Sam wzruszył lekko ramionami, całkowicie przyzwyczajony do takich sytuacji. Ich tymczasową ciszę przerwał wypadający zza zakrętu korytarza młody człowiek biegnący wściekle za dwójką mężczyzn, która wcześniej ich minęła.

            - Kurwa, nie przychodź tu więcej bo złamię ci fiuta! – wrzasnął w przestrzeń gdzieś nad schodami, łapiąc wdech i zatrzymując się tuż za Bobem, który automatycznie położył mu dłoń na ramieniu.

            - Bob, przyjacielu… - ton młodego mężczyzny nagle uległ gwałtownej zmianie. Wciąż wyglądał na zziajanego po długim biegu, na rozgrzanej twarzy pojawiły się wypieki, a w spojrzeniu malowała się złowróżbna wściekłość.

            - Jak dobrze cię widzieć – dodał po chwili. Wydawało się, że zapomniał o tym, co przed momentem wytrąciło go z równowagi. Forrest zdawał się posiadać tajemnicze zdolności, które służyły mu do łagodzenia napiętych sytuacji.

            - John, przyjacielu – odezwał się wreszcie Bob, kładąc Johnowi obie dłonie na ramionach i witając się z nim przyjacielskim uściskiem.

            - Widziałeś tego rudego świrusa? Skurwysyn myśli, że wykupi się z długu swoim chujowym graniem! Wisi mi więcej gramów niż sam waży! – rozemocjonowany John patrzył na Boba w taki sposób, jakby miał znaleźć rozwiązanie na wszystkie jego problemy. W ogóle zdawał się nie zauważyć gościa, którego przyprowadził ze sobą mężczyzna. Potarł nerwowo spocone czoło i przejechał dłonią po krótko ostrzyżonych włosach. Westchnął głośno i oparł ręce na biodrach, wciąż przenikliwie spoglądając na Boba.

            - To co, zagramy dzisiaj? Co to jest? – zaczął, wreszcie odwracając się w stronę towarzysza Boba. Z uniesioną w górę brwią i lekko rozkojarzonym wyrazem twarzy, przyglądał się obcemu. Nie do końca można było wyczuć, czy drugie pytanie było skierowane do gitary, którą chłopak miał na plecach, czy do niego samego. John patrzył na niego badawczo, lustrując spojrzeniem dokładnie stojącego przed nim nieznajomego. Na jego twarzy mieszała się odrobina pogardy przeplatana z wyraźnym poczuciem wyższości. Pamiętał obietnicę Boba, że przyprowadzi ze sobą muzyka, z którym pracował od jakiegoś czasu, pamiętał nawet, że podobno miał wyjątkowy talent do gry na gitarze. Czymże mogło to jednak być w porównaniu do jego umiejętności?

            - Josh Klinghoffer, za pozwoleniem – powiedział Bob za niego, patrząc na obu panów spod ronda kapelusza. Prawdopodobnie spodziewał się bardziej entuzjastycznego powitania, jednak John uraczył nowego znajomego zimnym i oschłym:

            - Aha. Świetnie - patrzył na Josha przez krótką chwilę po czym przeniósł zdziwione spojrzenie na starszego mężczyznę.

            - I mówisz, że pracujecie razem? – zwrócił się do Boba, wskazując arogancko na Josha palcem. Pogardliwy wyraz twarzy wskazywał na to, że nie do końca mógł uwierzyć, że staruszek Bob wziął na warsztat kogoś, kto mógłby być jego najmłodszym synem. Forrest kiwnął głową, uśmiechając się porozumiewawczo do swojego towarzysza.

            - Skończyłeś chociaż podstawówkę dzieciaku? – John tym razem spojrzał na stojącego przed nim chłopaka. Ten był oparty o ścianę i przyciśnięty kurczowo do swojej gitary. Dotychczas nie odezwał się ani słowem, jedynie patrząc z podniesioną głową to na Johna, to na Boba. Próbował wyglądać na pewnego siebie i ukrywać przerażenie związane ze spotkaniem osoby, którą od dawna podziwiał. Spodziewał się pogodnego powitania, a to co usłyszał na początek, kompletnie go zaskoczyło. Frusciante był arogancki i złośliwy, a przekonanie o własnej boskości miał niemalże wypisane na czole. Josh przełknął ślinę, zbierając resztki sił które powstrzymywały go przed natychmiastową ucieczką z klubu.

            - Nie twój interes – wydukał z siebie w końcu, wpatrując się przy tym tępo w podłogę. Nie spodziewał się, że ponad dziewięcioletnia różnica wieku między nimi będzie aż tak widoczna. Chciał odpowiedzieć Johnowi na równie niskim poziomie, na którym były jego wcześniejsze wypowiedzi, jednak nie zebrał w sobie tyle odwagi. Już miał na końcu języka zasłyszaną gdzieś frazę „w przeciwieństwie do twojej matki”, jednak zważając na to, jak nieumiejętnie John panował nad emocjami, Josh zarejestrował że za taką odpowiedź mógłby co najmniej dostać w szczękę.

            - Słuchałeś materiału, który ci wysłałem? Chciałbym żebyś coś do tego dodał – Bob nagle zagrzmiał nad ich głowami, widząc jak John rzuca w stronę chłopaka lodowate spojrzenie. Zaczęli się powoli kierować do sali, w której były porozstawiane wszystkie instrumenty. John od razu chwycił jedną z gitar, przewieszając ją przez ramię.

            - Bob, oczywiście, że mam kilka pomysłów na ten kawałek. Trzeba jakoś uratować to gówno, które stworzyliście – Frusciante spojrzał w stronę Boba, a w jego głosie dało się wyczuć dużą dozę ironii. Nie można mu było zarzucić, że nie darzył Forresta szacunkiem. Wszystko wskazywało na to, że jest dla niego mentorem i zastępuje kogoś w rodzaju zakręconego członka rodziny, który rozumie wszystkie niepoważne wybryki i kiwa z politowaniem głową. Najwięcej jednak pokory i oddania John przejawiał wobec muzyki. W trakcie ich parogodzinnej sesji prawie w ogóle się nie odzywał, skupiając całą uwagę na swoich gitarach i tym, czym mógł się podzielić z Bobem na rzecz jego nagrania. Od czasu do czasu zerkał przelotnie na Josha, który siedział ze swoim instrumentem tak daleko od Johna jak tylko pozwalały na to wymiary studia. Ich muzyczny dialog udał się dużo lepiej niż konwersacja na korytarzu. Doskonale rozumieli się na gruncie wzajemnej wymiany akordów i uzupełniania się kolejnymi dźwiękami. Nie rozmawiali ze sobą prawie w ogóle, jednak dało się wyczuć, że John patrzy przychylniejszym okiem na nowego znajomego. Poza tym, że Bob Forrest prawie nigdy nie był trzeźwy, to również prawie nigdy nie mylił się względem ludzi. Zgodnie z zapowiedzią, Josh okazał się wyjątkowo zdolnym muzykiem i choć czasami technika gry zawodziła, to z zaskakującą łatwością posługiwał się improwizacją. Jego praca z muzyką była o tyle wyjątkowa, że powodowała u niego gwałtowne ożywienie i mając gitarę w rękach stopniowo zapominał o wręcz paraliżującej nieśmiałości. Tamtego wieczoru niezaprzeczalny triumf jednak odniósł Bob Forrest, przyznając sobie w duchu nagrodę za to, że tak trafnie dobrał do siebie muzyków. Od początku był przekonany, że otwarte i wręcz nachalne granie Frusciante nie przyćmi, a wręcz dopasuje się do chaotycznego i emocjonalnego brzmienia gitary Josha. Między ich kolejnymi akordami postanowił samotnie wznieść narkotykowy toast na swoją cześć, zostawiając młodych muzyków w swoim towarzystwie.

            - Nie powinieneś się z nim zadawać – powiedział John po chwili długiej ciszy, odkładając gitarę na bok i upewniając się, że Bob go nie słyszy.

            - Wydaje ci się, że wyniesie cię na szczyt, a zjedziesz z nim w ostatni krąg piekła – dodał, wpatrując się na przemian to w Josha, to w ścianę. Coś między zażenowaniem a zdziwieniem zakołatało mu w głowie. Nie powinien był tego mówić, przede wszystkim ze względu na Boba, ani tym bardziej do kogoś, kogo poznał zaledwie kilka godzin wcześniej. Jednak w tym dzieciaku, który siedział nieopodal i w jakby kurczowym geście obrony przyciskał do siebie gitarę, kryła się niepokojąca niewinność i frapująca nieśmiałość. Nie pasował ani do miejsca, w którym przebywali, ani do towarzystwa w którym się znajdował. Frusciante nawet przez moment poczuł się we wręcz braterskim obowiązku powiedzenia mu, że powinien wybrać inną drogę, jak najdalej odbiegającą od narkotykowego podziemia Miasta Aniołów. W jego głosie kryła się nuta rozczarowania i przekonania o swojej racji. Forrest rzeczywiście nieustająco wspierał go jako artystę i nieustępliwie o niego dbał, jednak ceną za ten mecenat (lub raczej nieodłącznym jego elementem) był bezpośredni dostęp do wszystkich bobowych środków fundujących mu niespożytą energię. Wszystko, co oferował Bob niezaprzeczalnie czyniło życie łatwiejszym i pozornie piękniejszym. John przez moment zamyślił się nad tym co właśnie powiedział i powoli zaczął rejestrować jak ogarnia go fala niekontrolowanego gniewu, zarówno wobec Boba i jego narkotyków jak i siebie samego za tendencję do niezwykle łatwego ulegania czyjejś presji. Zanim jednak zdążył wyklinać postać swojego mentora, delikatny i wciąż nieśmiały głos Josha przywrócił go do równowagi.

            - Nie jestem tobą – skwitował Josh, przyciskając do siebie gitarę i będąc zaskoczonym, że odważył się odpowiedzieć Johnowi w ten sposób. Spodziewał się, że Frusciante naskoczy na niego słownie, jednak w odpowiedzi dostał tylko długie, ciche spojrzenie. Nie powiedział już nic więcej, wnioskując, że John uznał te słowa za słuszną rację. Nie utrzymał jego spojrzenia zbyt długo i pierwszy wbił wzrok w podłogę, żałując, że w ogóle zabrał głos.

            - I nigdy nie będziesz – odpowiedział mu John, przypominając o tym, że powinien trzymać klasę i nie pozwalać wchodzić sobie na głowę. Miał szczerą nadzieję, że już nigdy nie będzie skazany na towarzystwo dzieciaka i że Bob oszczędzi im wspólnych nagrań. Gdzieś z tyłu jego głowy zamajaczył przestrach, że Josh może kiedyś wejść mu w drogę zbyt mocno. Jego umiejętności muzyczne były duże lepsze niż jego w tym samym wieku. Obracali się w tym samym, niebezpiecznym środowisku i najwidoczniej rozumieli muzykę na tym samym poziomie. John zorientował się o tym już w momencie, kiedy słuchał nagrania dostarczonego przez Boba. Zamiast okazać zdrową ciekawość zaskakującym talentem Josha, Frusciante automatycznie zareagował defensywnie. Było w chłopaku coś niepokojąco intrygującego. Coś, co sprawiało, że chciało się go odkrywać stopniowo i powoli, miarowo otwierając kolejne szufladki i uzupełniać brakujące elementy układanki. To właśnie wytrącało Johna z równowagi, bo fascynacja ludźmi uruchomiała w nim skomplikowane procesy analityczne, a to z kolei wymagało czasu i nie było proste. W przeciwieństwie do narkotykowego uniesienia, które sprawiało, że wszystko stawało się przejrzyste i nieszkodliwe. Zbawiciel Forrest pojawił się wówczas w odpowiednim momencie, wciskając mu w dłoń niedbale skonstruowane Pocieszenie.