Chapter Text
Derek westchnął głęboko, wdychając świeży zapach sosen i mchu wpadający przez uchylone okna camaro. W Beacon Hills po deszczowej, jesiennej nocy wstawał piękny słoneczny poranek i mężczyzna zaczynał powoli wybaczać Corze wysłanie go na zakupy. Jego siostra wyjeżdżała po południu w odwiedziny do wujka Petera i jak zwykle w ostatniej chwili przypomniało jej się o co najmniej kilku ‘’zdecydowanie niezbędnych’’ do wyjazdu rzeczach. Tak jakby krem nawilżający na dzień kupiony w Beacon Hills różnił się od tego kupionego w Nowym Jorku. Cóż. Tak czy inaczej skończył w swoim aucie jadąc na według niego kompletnie pozbawione sensu zakupy, podczas gdy jego siostra praktycznie demolowała ich siedzibę, usiłując się spakować i niczego nie zapomnieć. Derek zmarszczył nieco brwi na tę myśl, ale mimo to uśmiechał się nadal. Tak naprawdę prawie nigdy nie umiał odmówić młodszej siostrze i cwaniara umiejętnie wykorzystywała to wiedząc, że choćby brat nie wiadomo ile warczał pod nosem, w końcu jej ulegnie. Szczególnie gdy zaczął podejrzewać, że być może Cora zapragnie wkrótce wyrwać się z Beacon Hills na dłużej niż na miesiąc. Jego siostra chciała poznać coś więcej niż otoczone lasami miasteczko, a przed powiedzeniem o tym bratu powstrzymywała ją pewnie troska o niego. Odkąd cztery lata temu rozstał się z Stilesem…
Mężczyzna zgrzytnął zębami i momentalnie przyśpieszył, gdy przed oczami znowu zamajaczyły mu czerwone od łez bursztynowe oczy, a przez głowę przeleciało po raz niewiadomo który echo ich kłótni, po której zapanowało już teraz czteroletnie milczenie. Jego serce zakłuło ostrzej, tak jakby odłamek szkła od dawno w nim utkwiony poruszył się i zaczął na nowo drażnić ranę już przywykłą do obcego ciała. Wiedział, że ich związek był burzliwy. Boże, ileż to razy chciał po prostu grzmotnąć młodym Stilińskim o ścianę i kazać mu się zamknąć. Podejrzewał, że Stliles też niejednokrotnie miał na to ochotę w stosunku do niego. I zanim zostali parą faktycznie kilkakrotnie niemal porozszarpywali sobie gardła. Aż do dnia, kiedy Derek zauważył, że chce być bliżej gardła Stlińskiego lub przycisnąć go do ściany ze zgoła innego powodu niż wściekłość. Aż do dnia, kiedy spostrzegł, że tętno syna szeryfa przyśpiesza w jego obecności, a na blade policzki wypływa rumieniec. Aż do dnia, kiedy Stiles umierał na jego rękach, a Derek gnał z nim w ramionach w stronę szpitala czując jak słabo bije serce chłopaka, podczas gdy wilgoć jego krwi coraz bardziej przenika przez koszulkę na piersi wilkołaka. Pamiętał doskonale swój ból i rozpacz, ból tak potworny, że odczuwał go nawet w opuszkach palców. A potem widok budzącego się z narkozy Stilesa i wyraz jego oczu, gdy Derek zdecydowanie objął jego twarz rękami i wgryzł się w jego wargi, tak jakby chciał przez to powiedzieć wszystko, czego nie da się powiedzieć słowami. Tak cholernie bardzo kochał tego gadatliwego, nadpobudliwego, sarkastycznego i błyskotliwego chłopaka o błyszczących oczach i zaraźliwym śmiechu. Umierał bez niego. Czuł to każdego dnia. Po rozstaniu Stiles usiłował się z nim skontaktować, wydzwaniał i przychodził pod mieszkanie Dereka (raz wilkołak wróciwszy z nocnego biegu zastał go śpiącego na progu, skulonego i z ciemnymi sińcami pod oczyma), lecz on ani razu nie odpowiedział. Gniew i żal całkowicie go pochłonęły. Gdy w końcu Stiles umilkł, Derek odkrył z przerażeniem, że być może stracił go na zawsze. W pierwszym przebłysku tej myśli pobiegł bez tchu pod dom Stilinskiego po to tylko by się przekonać, że chłopak wyjechał, a jego ojciec i Scott oraz reszta stada bynajmniej nie ma zamiaru udzielić mu żadnych informacji o miejscu jego pobytu. Jego telefon też nie odpowiadał. Derek myślał, że oszaleje z rozpaczy. On, wielki alfa, wył z bólu i gnał po lesie aż do utraty przytomności, by chociaż na chwilę jego mózg nie odczuwał nic. Z czasem rozpacz złagodniała, ale rana nigdy się nie zagoiła. I Derek wątpił, by kiedykolwiek to nastąpiło.
Głośny ryk klaksonu wyrwał mężczyznę z myśli. Drgnął i gwałtownie nacisnął hamulec, zatrzymując się dosłownie kilka centymetrów przed dużą ciężarówką, która wyjeżdżała z przeciwnej ulicy. Poczekał aż auto przejedzie, mocniej zaciskając ręce na kierownicy i robiąc parę głębszych wdechów i wydechów. Że też musiał to wszystko sobie znowu tak dokładnie przypomnieć. Potrząsnął głową i skierował samochód na parking przy supermarkecie. Wyłączył silnik, oparł głowę o kierownicę i zamykając na chwilę oczy, powiedział na głos do siebie.
-Straciłeś go i pogódź się z tym. Tak jak ze śmiercią Laury i rodziców.
Parę minut później wysiadł z auta i skierował się w stronę otwieranych drzwi supermarketu. Głośna muzyka i zapach wszystkich ludzi przebywających tam natychmiast otumanił jego zmysły, niemal oszałamiając go. Boże, jak strasznie nienawidził zakupów. Zaczął grzebać w kieszeniach swojej ukochanej skórzanej kurtki, pragnąc wydobyć kartkę Cory z potrzebnymi jej rzeczami i jak najszybciej wynieść się z tego przybytku hałasu. Wyglądało na to, że znaczna część potrzebnych jej artykułów znajduje się w dziale kosmetyków, toteż żwawo skierował swe kroki w tamtą stronę. Znalawszy się przed odpowiednią półką, zaczął pakować rzeczy do koszyka, mrucząc cicho pod nosem:
-10 maseczek do cery wrażliwej
-1 opakowanie wacików do demakijażu (Derek zanotował w pamięci, by porozmawiać sobie o tym z Corą. Na wszelkie wilkołaki, ma dopiero piętnaście lat. Stanowczo nie życzył sobie, by jakiś obcy wilk pomyślał sobie, że może zacząć z nią chodzić. Na randki jego siostra może zacząć się umawiać dopiero po skończeniu trzydziestki. Ot, idealny wiek).
-Krem nawil—
Nagle w nozdrza wilkołaka uderzył zapach, tak mocny i intensywny, że wszelkie zapachy kosmetyków nie miały przy nim szans. Derek czuł jak krew uderza mu do mózgu, odbierając mu racjonalnie myślenie i zdolność ruchu, a gdy do jego uszu dobiegł jeszcze dźwięk głosu, serce wilkołaka zapragnęło wydostać się z jego piersi.
-Ogarnij się, Stilesie Stilinski. Jesteś stanowczo zbyt inteligentny by móc zapomnieć zabrania z domu tak istotnej rzeczy jak lista zakupów. Przecież nie tyrałeś tutaj tyle kilometrów, by wrócić do domu z niczym i utwierdzić swego ojca w przekonaniu, że w wieku 22 lat jesteś tak samo roztrzepany jak w wieku lat 14. Skup się. W któreś kieszeni MUSI być—oh, najmocniej przepraszam, nie chcia—‘’
Derek nie mógł wydobyć głosu. W odległości paru centymetrów od jego twarzy znajdowały się ogromne bursztynowe oczy zastygłe w wyrazie szoku oraz nadal lekko rozchylone, różowe usta. Stiles Stilinski nie zmienił się przez te lata. Jego ciemne włosy nadal były potargane, a przez wyrazistą twarz przenikały setki emocji. Jego oczy lśniły jak zwykle. Derek szybko przemknął wzrokiem po całej sylwetce chłopaka po to tylko, by począwszy od czarnych butów z niedbale wsadzonymi w nie rozwiązanymi sznurówkami poprzez wąskie czarne spodnie opinające długie nogi i czarną koszulkę wraz z narzuconą na nią ciemnoczerwoną bluzą znowu utonąć w jego oczach. Czuł, że serca Stilesa bije tak samo spazmatycznie szybko jak jego własne, wyczuwał jego rozszalałe emocje. Bał się, że chłopak może dostać ataku paniki z ich nadmiaru i zastygł w bezruchu, niezdolny do poruszenia jakimkolwiek mięśniem.
Smutek. Strach. Ból. Gniew. Tęsknota.
-Derek- wyszeptał w końcu Stiles.
