Actions

Work Header

Zgadnij kto przyjdzie na świąteczna kolację

Summary:

Sherlock nienawidzi spędzać świąt Bożego Narodzenia ze swoimi nadętymi rodzicami. John nie ma dokąd pójść w święta. Ogrzewanie w pod 221B jest zepsute, a lodówka pusta. Poza tym rodzice Sherlocka znienawidzą Johna .
Więc oczywiście Sherlock zabiera Johna ze sobą.
To nie jego wina, że rodzice zakładają, że John jest jego chłopakiem. Oczywiście, że John jest idealny i w ogóle, ale Sherlock nie lubi romansów. Więc co może być złego w udawaniu, skoro to doprowadza rodziców do szału? ;-D

Notes:

Od Autora:
To fanfiction jest rodzajem Unilocka, ponieważ Sherlock i John w nim dopiero co skończyli uniwersytet, a John pracuje na pierwszym roku stażu w szpitalu.

Chapter 1: 22 grudnia

Chapter Text

Jest 22 grudnia, a Londyn właśnie nawiedziła niezwykła fala zimna.

 

Sherlock wraca do domu, do zdecydowanie zbyt chłodnego mieszkania, gdzie na drzwiach czeka na niego przyklejona karteczka z bazgrołami pani Hudson, informująca, że bojler znowu się zepsuł i prawdopodobnie nie zostanie naprawiony przed świętami. Zostawiła też na progu paczkę z kartką z życzeniami wesołych świąt, oraz dopiskiem informującym Sherlocka, że ​​jedzie na święta do siostry.

Sherlock prycha z irytacją. Właśnie tego mu trzeba. Spędził dzień nad błahą, ale dobrze płatną sprawą, brodząc w morzu zestresowanych klientów, uzależnionych od świątecznej muzyki, ciasteczek i ozdób. Bycie detektywem jednego z największych londyńskich domów towarowych jest znacznie poniżej jego możliwości intelektualnych, ale czasami trzeba. Czekanie na soczyste morderstwo nie zapewni jedzenia na stole ani prądu. Przekonał się już o tym na własnej skórze.

Przypominając sobie, że nie ma sensu narzekać na rzeczy, których nie może zmienić, klęka, aby rozpalić ogień w kominku.

Już prawie skończyło im się drewno na opał.

Świetnie.

Sherlockowi udało się właśnie rozpalić porządny ogień i teraz przeszukuje lodówkę w poszukiwaniu czegoś jadalnego, gdy ktoś puka do drzwi.

- Nikogo ma w domu!  – krzyczy, wsuwając głowę głębiej do lodówki. Odsuwa szczelnie zamknięty pojemnik z palcami stóp, żeby sprawdzić, co z resztą sera.

- Sherlock.

Głos po drugiej stronie drzwi jest cierpliwy i protekcjonalny, z domieszką pobłażliwości. Sherlock rozpoznałby go wszędzie. Niestety.

- Odejdź, Mycroft – warczy Sherlock, wyławiając ser z lodówki. Pyszny tost z serem brzmi wyśmienicie, a chleb i ser zdają się być jedynymi jadalnymi rzeczami w ich mieszkaniu. A skoro już przy tym jest, to zrobi jeszcze jeden dla Johna. Raczej nie spodziewa się go wcześniej, bo jak co czwartek jest w pubie z kumplami z rugby, ale kanapka żeby wchłonąć alkohol, z pewnością będzie mile widziana kiedy wróci do domu.

Mycroft, jak zwykle, nie robi tego, co mu kazano i sam wchodzi do mieszkania.

-  Sherlock, tu jest  strasznie zimno!

- Co ty powiesz? W grudniu? – mówi Sherlock kwaśno - Ale proszę bardzo, wejdź i czuj się jak u siebie w domu, bracie mój. A, racja, już to robisz.

Mycroft rozsiada się w miękkim fotelu, który zajął  John, gdy wprowadzili się tutaj kilka miesięcy temu.

Sherlock postanawia zignorować Mycrofta, przygotowując herbatę i dwa tosty z serem, używając starego opiekacza do kanapek, który John zwędził z kuchni akademika w Imperial College. Sherlock czuje do opiekacza czuły sentyment, ponieważ odzwierciedla on nonszalanckie podejście Johna do drobnych kradzieży i okazjonalnych włamań. John zawsze jest gotowy na odrobinę bezkarnego łamania prawa. To jedna z jego najsympatyczniejszych cech, przynajmniej w oczach Sherlocka.

Kiedy herbata i tosty są gotowe, Sherlock zabiera je do salonu. Podaje Mycroftowi herbatę  w najstarszym i najbrzydszym kubku, jaki udało mu się znaleźć. Sherlock po cichu podziwia wyraz twarzy Mycrofta, gdy bierze kubek – to jeden z kolekcji Johna, prawdziwy majstersztyk, wiekowy, wyszczerbiony, nie do końca czysty, z nadrukiem w połowie startym, ale wciąż rozpoznawalnym, przedstawiającym Kirka i Spocka ze Star Treka całujących się namiętnie. John dostał go na konwencie Star Treka, gdy miał siedemnaście lat i chwalił się, że na studiach musiał trzymać go w szufladzie na skarpetki, żeby mu go nie ukradziono.

- Dziękuję za herbatę  – mówi Mycroft, mimo że jego wyraz twarzy mówi: „Niech cię diabli wezmą, że kazałeś mi dotknąć tej okropności.”

Sherlock z gracją pochyla głowę, po czym siada na krześle i zaczyna jeść tosta.

Zapada cisza, podczas której Sherlock rozważa czy aktywnie zaangażować się w rozmowę z Mycroftem. Miałoby to tę zaletę, że opuściłby ich mieszkanie wcześniej, ale wadą byłoby konieczność zniżania się do dobrowolnej rozmowy z bratem, czego Sherlock unika, jak tylko może.

W końcu Mycroft zdaje się tracić cierpliwość. Odstawia kubek na mały stolik i wzdycha. - Nie rozumiem, dlaczego wybierasz takie życie.

- Masz na myśli: niezależne? - pyta Sherlock, biorąc łyk herbaty.

- Mama i tata chcą tylko pomóc.

- Nie, Mycroft. Chcą, żebym żył według ich reguł. Wyraźnie dali mi do zrozumienia, że ​​fundusz powierniczy ma pewne warunki. Może ty jesteś gotów je zaakceptować. Ja nie.

Mycroft nic nie mówi, co jest najbliższe momentowi, w którym przyzna, że ​​Sherlock ma rację, a ich rodzice to kontrolujący kretyni.

- Gdyby to było wszystko… - mówi Sherlock, wskazując szerokim gestem drzwi kubkiem z herbatą.

Mycroft przewraca oczami. - Doskonale wiesz, dlaczego przyszedłem.

Sherlock bierze skrzypce ze stolika i zaczyna szarpać struny. - I znasz moją odpowiedź. Więc bardzo dziękuję za zmarnowanie naszego czasu, zawsze miło cię widzieć.

Mycroft ma zamiar odpowiedzieć, gdy drzwi wejściowe do domu otwierają się i ktoś tupiąc wchodzi po schodach.

Zirytowany John Watson szarpnął drzwi do 221B z nieuzasadnioną siłą i wszedł do środka, strzepując śnieg z kurtki. -  Cholera jasna, zimno!

- W kuchni masz herbatę – zauważa łagodnie Sherlock.

- Dzięki bogu – mruczy John, wchodząc do kuchni po kubek.

Sherlock przez chwilę obserwuje, jak jego niesamowicie zrzędliwy współlokator wyładowuje swoją złość na szafce w kuchni, po czym odwraca się do Mycrofta: - Właśnie wychodziłeś?

Mycroft wzdycha: - Ach, tak; subtelne pojawienie  się twojego… współlokatora.

Pauza i lekki nacisk z jakim Mycroft wymówił ostatnie słowo, sugeruje cały świat insynuacji, które Sherlock całkowicie ignoruje, kontynuując granie na skrzypcach.

- Coś jeszcze?  – pyta, udając równie znudzonego i zirytowanego, jak Mycroft zazwyczaj.

- Mama i tata oczekują cię na Boże Narodzenie. Jeśli nie przyjdziesz, radzę udawać poważną chorobę. Nic poniżej zapalenia płuc nie wystarczy.

- Myślałem, że nie jesteś zdolny do większej hipokryzji, ale znowu mnie zaskakujesz. Sam pojawiasz się w Boże Narodzenie tylko na dwie godziny, góra, i to tylko po to, żeby spotykać się z gośćmi rodziców.

- Pracuję, Sherlocku. Moja praca jest ważna. Mama i tata to szanują.

Sherlock przewraca oczami, ale nic nie mówi. To bezowocna kłótnia i szczerze mówiąc, chce, żeby Mycroft już poszedł.

John wraca z kuchni z herbatą i drugim tostem na talerzu. Włosy ma potargane i jest ogólnie wymięty, pachnie piwem i octem z pubu. Jest też lekko podchmielony. Przez chwilę stoi między braćmi Holmes, patrząc to na jednego, to na drugiego, po czym podchodzi do fotela Sherlocka i mówi: - Przesuń się. Jest wkurwiście zbyt zimno, żeby siedzieć z dala od ognia, a twój brat zajął mój fotel.

Sherlock uprzejmie przesuwa się odrobinę w lewo, a John siada na jego podłokietniku.

- A tak przy okazji, dzięki za tosta, to dokładnie to, co przepisałby lekarz  – mówi John, wzdychając i  z zadowoleniem  wgryza się w kanapkę.

- Czemu wróciłeś wcześniej?  – pyta Sherlock, dziękując Johnowi lekkim skinieniem głowy.

- W pubie były nudy, a śnieg zatrzymał wszystkich w domach.

- To jest powód twojego nastroju, czy znów udzieliłeś wszystkich błędnych odpowiedzi na obchodzie w szpitalu?

- Odwal się  – mówi John czule, jedząc kanapkę.  - Właściwie to świetnie mi poszło i zostałem wybrany do obserwowania splenektomii w nagrodę. Jak poszło ze złodziejem sklepowym?

Sherlock wzrusza ramionami, próbując udawać znudzonego, ale tak naprawdę umiera z ochoty, żeby opowiedzieć Johnowi całą historię. - Och, nic ekscytującego, odnalazłem ją w domu spokojnej starości. Przyznała się, kiedy zagroziłem, że powiem o tym jej wnukom.

- Coś takiego! – powiedział John, szeroko otwierając oczy.

Sherlock uśmiecha się szeroko. - O tak, miała osiemdziesiąt pięć lat i była bardzo żwawa jak na swój wiek.

- Jak ty …

Mycroft odchrząknął: - No cóż, to urocze . Czy możemy się wkrótce  spodziewać jakiegoś radosnego ogłoszenia?

John pokazuje Mycroftowi środkowy palec, wciąż trzymając w dłoni resztę kanapki. -  Wiem, że nie rozumiesz tej koncepcji, ale tak naprawdę to nie twoja cholerna sprawa, co robimy, kiedy cię nie ma  – mówi John, po czym odgryza spory kęs kanapki.

- Jak zwykle, John, od razu do rzeczy – mówi Mycroft - Jakże to… rustykalne z twojej strony.

John już ma zamiar odpowiedzieć, ale Sherlock postanawia, że ​​ma już dość. -  Dobranoc, Mycroft. Mam nadzieję, że twój kierowca nie rozbije samochodu w drodze powrotnej do krainy Wiecznie Zadowolonych.

John prycha, a Sherlock ukrywa uśmiech za kubkiem z herbatą.

Mycroft rzuca mu długie spojrzenie, na które Sherlock odpowiada ze spokojem. - „Patrz, ile chcesz, myśli. Lubię go i nie wstydzę się tego. Jest wart dziesięciu takich jak ty.”

Mycroft w końcu pochyla głowę, opróżnia kubek herbaty i wstaje. - Panowie. Dziękuję za… nazwijmy to… gościną?

- Dobranoc  Mycroft  – mówi Sherlock, a w jego głosie słychać wyraźne lekceważenie.

Mycroft wzdycha po raz kolejny, jest to głęboki, znużony dźwięk świadczący o ciągłym cierpieniu, ale rozumie aluzję i w końcu odchodzi.

John natychmiast siada na swoim fotelu i zdejmuje buty, żeby móc wyciągnąć stopy w skarpetkach w stronę ognia. – Ja pierdolę, twój brat to niezły dupek.

- A powinieneś poznać naszych rodziców  – odpowiada Sherlock, obserwując, jak John niebezpiecznie zbliża palce stóp do płomieni. - Sprawiają, że Mycroft wygląda na naprawdę sympatycznego.

John wzdryga się. - Nie jestem pewien, czy w ogóle chcę to sobie wyobrażać - kiwa głową w stronę drzwi.  - Czego chciał Jego Wysokość?

- Zwyczajnie. Są święta Bożego Narodzenia, jedyne święta, na które rodzice oczekują, że przyjdziemy. Nie z sentymentów, ale dlatego, że cała rodzina jest zaproszona i źle by było, gdyby nas tam zabrakło.

- Pojedziesz?

Sherlock wzrusza ramionami. – Nie. Nie planowałem.

John ziewa szeroko. - Czy w ogóle warto pytać, kiedy w księstwie Hudders naprawią ogrzewanie?

Sherlock nie odpowiada, tylko rzuca Johnowi bardzo wymowne spojrzenie.

- Tak myślałem. A teraz opowiedz mi o naszym osiemdziesięcioletnim złodzieju.

Sherlock uśmiecha się szeroko. - Cóż, wszystko zaczęło się, kiedy…

 

*-*

 

Sherlock poznał Johna prawie dwa lata temu, podczas jednej ze spraw.

Sherlock przeprowadził się do nowego akademika na początku roku akademickiego, w październiku, ale jeszcze nie poznał żadnego ze swoich współlokatorów, ponieważ przychodził do akademika o nietypowych porach i z reguły bywał sam.

Oznaczało to, że nigdy nie brał udziału w częstych imprezach we wspólnym salonie,

 ale kiedy wrócił na uniwersytet w styczniu, zwrócono jego uwagę na pewną sprawę. Kilku studentów zostało okradzionych na kampusie, zazwyczaj w drodze powrotnej z różnych zajęć studenckich do akademików. Większość z nich była mocno podchmielona, a złodziej to wykorzystywał.

Sherlock wkrótce miał głównego podejrzanego – ochroniarza kampusu, Jeffa Hope'a. Opracował teorię, że Hope obserwował studenckie imprezy, a następnie śledził najbardziej pijanych w drodze do domu.

Postanowił więc zastawić pułapkę na pana Hope'a i wziął udział w kolejnej imprezie studenckiej w akademiku.

Sączył piwo i starał się nie umrzeć z nudów, gdy John Watson wślizgnął się w jego życie z naprawdę tragicznym tekstem na podryw: - Cześć, wysoki, ciemnowłosy przystojniaku, skąd się tu wziąłeś?

Sherlock nie był skłonny do zabawy, zwłaszcza że John był lekko podchmielony i wyraźnie zdawał sobie sprawę z tego, jak fatalny był ten tekst. Jednak  nie tracąc czasu, oznajmił Johnowi, że nie jest zainteresowany. John przyjął odrzucenie ze spokojem, ale nie odszedł od razu, więc Sherlock zaczął go dedukować, żeby go odstraszyć. - Student medycyny, rugbysta, z biednej rodziny z wojskowymi tradycjami, biseksualny – wszystko to wypływało z jego ust, gdy próbował nakłonić Johna, żeby dał mu spokój.

John, oczywiście, będąc irytująco perfekcyjnym , nie dał się zbić z tropu. Był wręcz zafascynowany. Zanim Sherlock zorientował się, co się dzieje, opowiedział Johnowi wszystko o sprawie i razem uknuli plan.

Sherlock wyszedłby z imprezy udając pijanego. Hope, którego Sherlock widział kręcącego się przy oknie, z pewnością poszedłby za nim i go okradł. John nagrałby wszystko telefonem Sherlocka i mieliby wszystkie potrzebne dowody.

Plan poszedł idealnie, z wyjątkiem jednego drobnego szczegółu. Hope nie tylko przewrócił Sherlocka i go okradł, jak to zrobił z innymi, ale i zaatakował go. W mgnieniu oka Sherlock leżał na ziemi, bity na miazgę.

Wtedy pojawił się John, który zaatakował Hope'a z wprawą doświadczonego rugbysty. Wspólnie udało im się obezwładnić ochroniarza i zadzwonić na policję.

 

Po tym, jak znudzony policjant zabrał podejrzanego, Sherlock i John poszli do frytkarni za rogiem i rozmawiali do drugiej w nocy, śmiejąc się z głupot, naładowani adrenaliną i poczuciem prawdziwej więzi. W drodze do domu Sherlock odkrył, że John mieszka w tym samym akademiku, dwa piętra wyżej.

Sherlockowi wciąż wydaje się dziwne, że nie zauważył Johna przed tamtą nocą. Ale jest bardzo wdzięczny, że odważył się na tyle długo wyjść poza własne myśli, by zauważyć otaczający go świat, jeśli nagrodą za to był John.

Następnego ranka John pojawił się u jego drzwi z kawą i małą apteczką, by opatrzyć jego liczne skaleczenia i siniaki. To przypieczętowało ich przyjaźń na zawsze.

Spędzili kolejny rok praktycznie pomieszkując w swoich pokojach w akademiku. John zaczął pomagać Sherlockowi w prowadzeniu spraw i włączać je do swojego i tak już popularnego studenckiego bloga , co w znacznym stopniu przyczyniło się do rosnącej reputacji detektywistycznej Sherlocka. Detektyw znosił niekończącą się paradę dziewczyn Johna (i od czasu do czasu jakiegoś chłopaka) i pomagał mu w nauce do koszmarnie trudnych egzaminów, a w zamian John był przy nim, gdy spraw było niewiele, a życie nieznośnie nudne.

 

Kiedy oboje ukończyli studia i musieli wyprowadzić się z akademika, logiczne było połączenie sił i znalezienie razem mieszkania. Kiedy pani Hudson, była klientka, zaproponowała im wynajem mieszkania przy Baker Street, nie wahali się ani chwili.

Sherlock jeszcze tego nie żałował, mimo że trochę się obawiał,  że nieznośna dziewczyna Johna, Mary, (z którą był od lata), będzie się za nim kręcić, ale od jakiegoś czasu zniknęła z pola widzenia, a John nie wrócił do swojej fazy „ruchania wszystkiego, co się rusza,” ku nieskończonej uldze Sherlocka. Inni ludzie są tacy irytujący.

Zgodnie z oczekiwaniami, nadal świetnie się dogadują i chociaż ich sytuacja finansowa nie jest najlepsza, udaje im się wiązać koniec z końcem.

Więc Sherlock jeszcze nie żałuje wspólnego mieszkania. Nie żałuje niczego związanego z Johnem Watsonem.

 

*-*

 

W jego sypialni jest lodowato.

Mógłby oczywiście spać w salonie. To nie byłby pierwszy raz.

Ale sofa jest skórzana, a ogień w kominku już zgasł. Wie, że wkrótce w salonie będzie tak samo zimno, jeśli nie zimniej, jak w jego sypialni.

Więc robi to, co najlepsze.

Wchodzi po schodach do sypialni Johna i wślizguje się do jego łóżka.

John mamrocze przez sen, odwraca się, wpada na Sherlocka i zamiera.

Uchylił ostrożnie oko, po czym westchnął. - Nie zrozum mnie źle, ale co do kurwy nędzy robisz, Sherlocku?

Sherlock stara się jak może, wzruszyć ramionami, posuwając bliżej Johna i przykrywając ich jego kołdrą.  - W mieszkaniu jest lodowato. Logiczne jest podzielenie się ciepłem ciała.

- Jesteś stuknięty  – mamrocze John, ale ton jego głosu jest cierpliwie czuły i Sherlock wie, że już wygrał.  - Ale masz rację.

- Cieszę się, że zaczynasz myśleć rozsądnie.

- Tak, tak, tylko już się zamknij i śpij. I nie zagarniaj wszystkich koców dla siebie.

Sherlock zakopuje się pod kocem i próbuje się ogrzać, ale nagle dostrzega wadę swojego planu.

 - John.

- Co?

- W twoim pokoju jest zimniej niż w moim.

- To idź spać do siebie.

- Ale w moim pokoju jest zimno.

- To zostań tutaj.

- Ale w moim pokoju nam obojgu byłoby cieplej.

John odwraca się do Sherlocka i wpatruje się w niego gniewnie, choć Sherlock nie dostrzega tego efektu, bo John wygląda na ciepłego, rozczochranego i zachęcającego, a nie odpychającego. - Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałem. Wkradłeś się do mojego łóżka, obudziłeś mnie, a teraz chcesz, żebym przeniósł się z mojego ciepłego łóżka do twojego zimnego. Coś przeoczyłem?

- Mój pokój nie jest bezpośrednio pod dachem. Jest mniejszy i cieplejszy. Moje łóżko jest wygodniejsze, a koce grubsze.

John wzdycha ponownie. - Czasami zastanawiam się, czy ja aby mam równo pod sufitem  – mruczy, ale w jego głosie słychać rezygnację i Sherlock wie, że jego logika zwyciężyła - Dobra. Dobra, idziemy.  Ale biorę kołdrę.

- Świetny  plan.

Szybko schodzą po schodach i wkrótce obydwoje leżą w łóżku Sherlocka, dzieląc między siebie dużą kołdrę Sherlocka, a kołdra Johna przykrywa im stopy.

- Stopy masz jak pieprzone sople lodu – syczy John, gdy kończyny Sherlocka dotykają jego ud.

- Przepraszam. Słabe krążenie.

- W porządku. Właściwie jest tu całkiem wygodnie.

Sherlock uśmiecha się w ciemność. - Mówiłem ci.

- Tylko już się do cholery zamknij  i śpij.

Sherlock zamyka oczy i pozwala swojemu ciału rozpłynąć się w kojącym cieple łóżka i znajomej obecności Johna. To nie pierwszy raz, kiedy dzielą łóżko, choć ich poprzednie doświadczenia w tym zakresie były przeważnie przypadkowe lub związane z prowadzoną sprawą. Sherlock nie potrafi nawet zliczyć, ile razy zasnęli ucząc się lub oglądając film w jednym ze swoich łóżek w akademiku. Albo ile razy John zasnął na czatach i ślinił się na ramieniu Sherlocka, osuwając się na niego. Więc dzielenie łóżka z Johnem jest zarówno znajome, jak i dziwnie przyjemne. To osobliwe, ponieważ John jest jedyną osobą, z którą Sherlock kiedykolwiek czuł się komfortowo, będąc tak blisko fizycznie. Sherlock nie czuł się tak dobrze nawet z Victorem, swoim byłym chłopakiem. Ale John Watson nigdy nie pasował do żadnego schematu, jaki Sherlock mógłby wymyślić.

John wzdycha obok niego. - Świetnie – mamrocze z sarkazmem. - Teraz mnie całkowicie rozbudziłeś.

Sherlock nie odpowiada, bo wszystko, co powie, może zostać wykorzystane przeciwko niemu.

- To niedorzeczne  – jęczy John, ugniatając poduszkę, nadając jej, jak przypuszcza Sherlock, wygodniejszy kształt. - Następnym razem, jak zmarzniesz, ty kretynie, załóż sweter albo coś. Jutro zostanę zamordowany na obchodzie, jeśli będę tak niewyspany, że nie będę mógł logicznie myśleć.

- To bardzo krótkowzroczny argument, John. To dobrze udokumentowany fakt naukowy, o którym powinieneś wiedzieć, że chociaż zimno nie powoduje choroby, osłabia układ odpornościowy i zwiększa prawdopodobieństwo zachorowania. Więc będziesz mi wdzięczny za silny układ odpornościowy, kiedy jutro wrócisz do szpitala i nie ulegniesz licznym chorobom powszechnym w tym środowisku.

- Jassne. I przypiszesz sobie zasługi, jeśli nie zachoruję, prawda?  – pyta John z nutą rozbawienia w głosie.

- Oczywiście.

- A co jeśli jednak zachoruję?

- John, pracujesz przecież w szpitalu. Z chorymi ludźmi. To cud, że nie jesteś chory już teraz. - Sherlock robi krótką pauzę dla efektu - Teraz nie jesteś chory, prawda?

John się śmieje. To cudowny dźwięk, który ogrzewa Sherlocka równie skutecznie, jak dwa koce i ciepło ciała Johna. - Głupol – mówi John czule.

Sherlock uśmiecha się do poduszki, czując po raz pierwszy dzisiaj ciepło w całym ciele.

Przez chwilę panuje cisza, a Sherlock czuje, że ogarnia go senność i powoli zapada w sen.

-Sherlock?

Sherlock wydaje z siebie cichy dźwięk oznaczający, że nie śpi i słucha.

- Naprawdę nie jedziesz do rodziców na święta?

Sherlock wzdycha zirytowany. - Chyba nie mam wielkiego wyboru. Raz, kiedy nie przyjechałem, zadzwonili na policję.

- No dobra, to było… radykalne – mówi John, oburzony w imieniu Sherlocka.

- Na ich obronę powiem, że dopiero co wyszedłem z odwyku i nie odbierałem telefonu. Nadal przesadna reakcja, ale może nieco bardziej zrozumiała.

- Nie mogli sami sprawdzić, co u ciebie?

Sherlock prycha.  – I co, zostawić swoich gości? John, o czym ty myślisz?

John przez chwilę nic nie mówi. - Aż tak źle? – pyta w końcu.

Sherlock rozważa pytanie, doskonale zdając sobie sprawę z podtekstu. Ojciec Johna to agresywny pijak, jego matka zmarła dawno temu a John nie ma rodziny, o której można by rozmawiać, (nie żeby John kiedykolwiek mu o tym wspominał, ale łatwo było to wywnioskować). W porównaniu z nimi rodzice Sherlocka są irytujący, ale nieszkodliwi.

- Chyba nie są złymi ludźmi. Zawsze mieliśmy co jeść i w co się ubrać, niczego nam nie brakowało i oni nigdy nie zachowywali się agresywnie wobec nas. Ale najwyraźniej mnie nie rozumieją. Nigdy nie widzieli mnie takiego, jakim jestem. Widzą tylko, że nie jestem tym, kim chcieliby, żebym był.

- A kim oni chcą, żebyś był?

- W zasadzie drugim Mycroftem. Chyba.

- Znaczy jakimś pozbawionym uroku i  poczucia humoru palantem z gigantycznym masztem od Union Jacka w tyłku?

Sherlock się śmieje. – Zasadniczo tak.

- No cóż  – mówi John, a w jego głosie słychać uśmiech. - Przynajmniej będzie ci ciepło. Ja pewnie tu zamarznę na śmierć. I pewnie też umrę z głodu, skoro w całym mieszkaniu nie ma nic do jedzenia.

- Przywiozę trochę jedzenia od rodziców. Przeszukam ich spiżarnię, pewnie nawet nie zauważą.

John chichocze. – Ukradnij też trochę drewna na opał, skoro już tam będziesz.

- Powinienem cię ze sobą zabrać. Jesteś ode mnie lepszy w drobnych kradzieżach.

- Hej! - John klepie go w ramię.  - To był tylko  jeden toster, którego nikt poza mną nie używał. I nie przypominam sobie, żebyś mnie prosił, żebym go oddał!

- To nie była krytyka, John. To miał być komplement  – mówi Sherlock, przewracając oczami.

- Och. No cóż. W takim razie; dziękuję.

Na chwilę zapada cisza, a Sherlock myśli o tym, o ile bardziej znośne byłyby święta, gdyby pojawił się tam John. Jego rodzice oczywiście byliby oburzeni. John jest fantastycznym człowiekiem pod każdym względem, ale nie prenumeruje Esquire, a cały jego dobytek jest wart pewnie jakieś 20 funtów. Jego rodzice z całego serca byliby Johnem zdegustowani. Strasznie by ich denerwował…

- John.

John jęczy i naciąga koc na głowę. - Muszę spać, Sherlock, serio. Jeśli zasnę jutro na obchodzie, doktor Morris mnie zamorduje.

- Dobra, dobra. Powiem ci jutro – mówi Sherlock, uśmiechając się do siebie w ciemności. Spędza kolejne pół godziny, dopracowując swój plan  i zasypia, wciąż się uśmiechając.

Plan jest genialny.

 

*-*

 

- To najgłupszy plan, jaki w życiu słyszałem.

 

Siedzą skuleni przy kominku w salonie w 221B. John je miskę instant ramen, a Sherlock trzyma worek mrożonych świńskich uszu przy jego policzku. Jest dopiero po piątej po południu, a na zewnątrz panuje już całkowita ciemność. Sherlock wciąż drży po tym, jak stał i patrzył, jak John gra przez całe popołudnie w rugby  i teraz marzy tylko o gorącej kąpieli i pójściu do łóżka pod dziesięcioma kocami.

- Wcale nie  – odpowiada Sherlock, przesuwając nieco świńskie uszy, żeby zakryć więcej siniaka Johna. - Sam mówiłeś, że w domu moich rodziców jest ciepło, mają mnóstwo jedzenia i drewna na opał. Miałbyś ciepło i byłbyś najedzony w święta, a w zamian miałbyś tylko denerwować moich rodziców, co wcale nie będzie trudne…

- Auć! -  John się wzdryga. - Uważaj, proszę, moja twarz to nie piłka tenisowa.

- Przepraszam  – mówi Sherlock, odchylając świńskie uszy, ale jednocześnie nieco zmniejszając nacisk. - Lepiej?

- O wiele.

Sherlock zabiera worek z uszami, żeby zbadać powoli tworzący się siniak, po czym przykłada je z powrotem. - Jutro będzie siny i czarny - uśmiecha się szeroko. - Idealnie. Możesz powiedzieć moim rodzicom, że nabawiłeś się go w bójce w pubie.

- Jeszcze się nie zgodziłem  –zauważa John łagodnie , odstawiając pustą miskę po ramen.

- Ależ tak.

- Jesteś bardzo pewny siebie, prawda? - mówi John, patrząc na Sherlocka z czułym uśmiechem i błyskiem w oczach.

Sherlock uśmiecha się szeroko. - Zawsze dostaję to, czego chcę.

- Ta. Będąc tak irytującym, jak to tylko możliwe, jeśli nic innego nie zadziała  – dodaje John, uśmiechając się do Sherlocka. Kiedy ich oczy się spotykają i Sherlock czuje mrowienie w całym ciele, wie, że wygrał.

Sherlock tylko wzrusza ramionami, wykonując gest oznaczający „cokolwiek zadziała”.

John zamyka oczy i lekko przechyla głowę w stronę dłoni Sherlocka, wciąż trzymającego mrożonkę z uszami przy jego twarzy. - Kurwa, ale jestem zmęczony… przynajmniej ten facet, z którym się zderzyłem, wygląda o wiele gorzej niż ja. Idiota powinien nauczyć się uważać, gdzie biegnie z tą piłką.

- Przynajmniej wygrałeś.

John otwiera oczy i uśmiecha się do Sherlocka. - Oczywiście. Zawsze wygrywam  – dodaje  puszczając oko.

Sherlock znów czuje to dziwne, ale znajome, mrowienie, gdy ich oczy się spotykają. Ciepłe i przyjemne światło ognia podkreśla złoto we włosach Johna i błękit jego oczu. Lekki zarost Johna przyjemnie ociera się o dłoń Sherlocka. Sherlock czasami czuje to samo, gdy jest blisko Johna, gdy John go dotyka, albo gdy ich oczy spotykają się w takich chwilach. Chwilach, gdy jest cicho  i są w domu tylko we dwóch. To jak dreszcz, który wywołuje przypływ adrenaliny podczas pościgu za podejrzanym. To trochę niebezpieczne i trochę ciepłe, a Sherlock przypisuje to uczuciu oczekiwania na nową przygodę, które zawsze iskrzy w oczach Johna i kącikach jego ust.

Czasami Sherlock ma ochotę zrobić coś nieodpowiedzialnego. Na przykład jechać za szybko. Albo usiąść na rogu dachu Baker Street. Albo…

- Myślę, że już będzie dobrze – mówi John, wskazując na worek z mrożonką.

Sherlock zauważa, że ​​waha się, czy zdjąć rękę z twarzy Johna, ale przypomina sobie, że to głupota i ostrożnie zdejmuje worek z uszu. Przygląda się siniakowi w blasku ognia, który atrakcyjnie migocze na obiektywnie przystojnej twarzy Johna. - Przeżyjesz  – mówi, starając się brzmieć klinicznie obojętnie, ale wie, że jego głos jest zbyt miękki, zbyt cichy, zbyt czuły.

John uśmiecha się szeroko, wskazując na torbę. - Kiedy opowiem tę historię twoim rodzicom, wspomnę o uszach.

Sherlock odwzajemnia uśmiech. - Nie pożałujesz.

- Chyba już tego żałuję  – mruczy John, ale potem wzrusza ramionami - Możemy pożyczyć samochód Mike’a, ma duży bagażnik. Możesz mnie odebrać z dyżuru jutro rano i możemy pojechać spod szpitala.

- Doceniam twoją kryminalną energię  – mówi Sherlock. Zerka na zegarek – O której zaczynasz zmianę?

- O szóstej. Muszę wkrótce wyjść – mówi John z ciężkim westchnieniem, ale nie odsuwa się od ognia ani od Sherlocka. Sherlock już teraz boi się utraty ciepła Johna. W mieszkaniu jest lodowato, a temperatura będzie tylko spadać w ciągu najbliższych kilku dni. Zaczął padać lekki śnieg, a Sherlock wygląda przez okno, opierając się o fotel Johna, senny po popołudniu spędzonym na zewnątrz.

- Może faktycznie doczekamy się białych świąt  – rozmyśla John, podążając wzrokiem za Sherlockiem.

- Wątpliwe w Londynie. Możliwe w Gloucestershire. Może spadnie tyle śniegu, że lekko przyprószy ziemię wokół  domu rodziców.

John mruczy coś na znak potwierdzenia, ale wydaje się, jakby był oddalony o wiele mil i patrzył w ogień.

- Wiesz, co jest trochę zabawne?  – mówi w końcu głosem, który sugeruje, że to, co zaraz powie, wcale nie będzie zabawne.

- Co?

- Od lat nie miałem „prawdziwych” świąt Bożego Narodzenia  – mówi John, uśmiechając się do Sherlocka lekko i z autoironią, robiąc palcami w powietrzu cudzysłowu.

-- Co to są „prawdziwe” święta Bożego Narodzenia?

John wzrusza ramionami i odwraca się, tak że Sherlock dostrzega tylko przelotne spojrzenie melancholii na jego twarzy. – No wiesz. Skarpety z prezentami, indyk, petardy, kolędy, bałwany. Pudding bożonarodzeniowy. Pasterka. Grzane wino. Oglądanie „Doktora Who.” Wiesz. Klasyka.

- No cóż  – mówi Sherlock z powątpiewaniem. - Indyk i pudding świąteczny nie będą problemem. A jeśli chcesz, możemy obejrzeć „Doktora Who”.

John patrzy na niego ciepło i uśmiecha się krzywo, z autoironicznie - Chyba tak.

- A co z Harry? Co ona robi w święta?  – pyta Sherlock. To jedyne pytanie, którego do tej pory unikał. Siostra Johna to drażliwy temat nawet w najlepsze dni.

John wzrusza ramionami, ale sądząc po tym, jak się zamyka w sobie, Sherlock wie, że to było niewłaściwe pytanie. - Nie wiem, nie obchodzi mnie to  – mówi John, a cała łagodność i nostalgia znikają z jego twarzy i głosu.

Sherlock mądrze unika stwierdzenia, że ​​choć John może nie wiedzieć o świątecznych planach Harry, to jednak bardzo mu na niej zależy, nawet jeśli o tym nie mówi. Wie jednak, że Harry jest najciemniejszą częścią życia Johna. Za każdym razem, gdy się pojawia, John próbuje wyciągnąć ją ze spirali uzależnienia, w którą wpadła. Za każdym razem mu się to nie udaje. I za każdym razem, gdy ona znów znika z jego życia, jest przygnębiony i zły przez całe tygodnie.

Sherlock kiwa głową na znak uznania i postanawia zmienić temat. - Jak powiedziałem, mogę obiecać indyka i pudding. Jeśli chodzi o prawdziwą świąteczną radość, obawiam się, że będziemy musieli sami ją  sobie zapewnić.

- Nie, proszę, żadnych morderstw w Wigilię  – upomina John wstając, gdy zaczyna mówić.

Sherlock chwyta Johna za koniec koca i owija się nim, rozkoszując się zarówno resztkowym ciepłem ciała Johna, jak i unoszącym się w powietrzu przyjemnym zapachem Johna (antyseptyczne mydło, ich proszek do prania, tani żel pod prysznic Johna, dym z ogniska, dom).

- Wcale nie jesteś zabawny  – mamrocze Sherlock, wtulając się głębiej w koc. Już tęskni za Johnem, a przecież jeszcze nie wyszedł.

John pokazuje mu po przyjacielsku środkowy palec. – Muszę już iść. Do zobaczenia jutro. - Czule przeczesuje dłonią włosy Sherlocka.

Sherlock odtrąca ręce Johna, choć w głębi duszy bardzo lubi, gdy mierzwi mu włosy. Ma jednak reputację do utrzymania.  - Nie jestem psem, bardzo dziękuję.

- Jestem tego boleśnie świadomy. Psy można wyszkolić . Jesteś stracony  – mówi John już z półpiętra, wkładając buty i kurtkę.

- Proszę, odwal się  – mówi Sherlock bez emocji, przysuwając się bliżej ognia.

- Ja też cię kocham! – woła John z półpiętra. - Do zobaczenia jutro.

Sherlock kiwa głową i ignoruje niewytłumaczalne ciepło rozkwitające w jego piersi i twarzy.  - Nie zabij nikogo! – woła za Johnem.

- Nawzajem!

Sherlock słyszy, jak zbiega po schodach, a potem trzaskają drzwi wejściowe. Sherlock chowa twarz w ciepłym, domowym zapachu koca i zapada się w swój Pałac Umysłu.

Musi się wzmocnić na nadchodzące dni. I musi sporządzić listę rzeczy do ukradzenia.

Drewno na opał, resztki ze świątecznej kolacji, konserwy, może nawet uda mu się dostać do drogiej herbaty swojej matki…

Uśmiecha się. Może jednak te święta będą fajne.

Z Johnem w pobliżu, zazwyczaj wszystko takie jest.