Chapter Text
Zielone tęczówki na próżno próbowały dostrzec coś w przestrzeni. Obserwowały nikłe ruchy światła, zlewające się cienie i szarości. W ustach czuł ten charakterystyczny, metaliczny posmak, a nawet powietrze wpuszczane przez spierzchnięte wargi zdawało się być cięższe i bardziej gęste niż zwykle. Dłonie paliły od ugryzień. Nigdy wcześniej nie sądził, że byłby w stanie sam się tak okaleczyć, a jednak. Jaeger zaczynał podejrzewać, że ukrytą umiejętnością każdego człowieka jest przekraczanie narzuconych barier. Przez naturę, przez umysł, przez otoczenie...Ostatnimi czasy zwątpił w istnienie bólu nie do zniesienia. Był w stanie wytrzymać tak wiele, a jednak nadal czuł się słaby. Zarówno pod względem psychicznym i fizycznym. Oczywiście, nie przyznawałby się do tego, bo...po co? Akceptacja obecnego stanu rzeczy zdawała się tylko oddalać go od ideału. Wzoru, który chciałby naśladować, kogoś, kto teraz stał ten dobry metr od niego. Osobę tak odległą, a w obecnej sytuacji nawet niewidzialną dla tych zielonych, ślepych oczu.
- Nie widzi? – padło krótkie pytanie, wypowiedziane kompletnie bez emocji.
- Odzyska wzrok, Kapralu! Obiecuję! – padła odpowiedź, która rozbrzmiała dźwięcznie przedzierają się przez gęstwinę wyjątkowo ciężkiego powietrza.
- Nie rusza się – padło stwierdzenie lodowatym tonem. Bijący z tego stwierdzenia chłód zdawał się móc zamrozić najmniejszą iskrę tlącą się w obecnych w pomieszczeniu osobach.
- To chwilowe! Wszystkie rany u niego goją się szybciej, z tym, że... - padła nieskładna odpowiedź, tonem paradoksalnie gorącym, pełnym ekscytacji i ciekawości.
- Z tym, że nie masz pojęcia, co wpływa na szybkość gojenia się ran, podobnie jak na jego przemianę. Mówiłem, żadnych eksperymentów przed tą wyprawą, Hanji.
- Podejrzewam, że mają tu wpływ emocje. Umieścimy go w pokoju z Mikasą. Obecność bliskiej osoby z pewnością... - zaczęła, jednak jej wywód przerwało raptowne otwarcie drzwi.
Eren nie stracił świadomości. Słyszał wszystko, każdy, najciszej wypowiedziany wyraz. Paradoksalnie był zbyt słaby, aby się ruszyć i skomunikować ze zgromadzonymi zwiadowcami. Nie pamiętał, co wydarzyło się wcześniej. Wspomnienia składały się jedynie z nikłych, tańczących mu w głowie detali. Plątaniny dźwięków i obrazów. Kojarzył szelest liści, zapach trawy, ciepło bijące z parujących ciał poległych tytanów. Pamiętał jadącego przed nim kaprala. Jego rozwiane włosy i krótkie, rzucane mu spojrzenia chłodnych, kobaltowych oczu. Tak, co chwila odwracał się upewniając czy ma za sobą chłopaka. Kilka wymienionych spojrzeń bardzo dobrze zapisało się we wspomnieniach Jaegera. W przeciwieństwie do całej reszty. Ta wyprawa i jej skutek pozostawał owiany tajemnicą.
- Heichou! Dowódca Erwin Smith wzywa Cię do siebie. To pilne. – damski głos rozległ się w pomieszczeniu. Należał do Petry, mówiła szybko, ale rzetelnie. Jak zawsze chciała możliwie dobrze wykonać swoje obowiązki. Szczególnie, gdy zwracała się bezpośrednio do kaprala.
Levi przeklął pod nosem. Minął dziewczynę i nawet na nią nie spoglądając opuścił pokój. Budynek jeszcze pachniał wszelkimi środkami czystości, kapral odczuwał tylko jeden zapach. Krew Erena nachalnie wdzierała się do jego nozdrzy i była w pewien sposób przytłaczająca. Mężczyzna posiadał bardzo dobrą pamięć. Nie tylko do twarzy, ale również wszelkich zapachów, imion, słów. Obserwując Hanji niejednokrotnie zastanawiał się, co czuje osoba, która tak bardzo się uzewnętrznia. Wyraz twarzy kaprala był zwykle niewzruszony, ewentualnie wyrażał różne stadia irytacji. Maska obojętności okryła go już w dzieciństwie, niczym ściana zasłaniająca niebo w podziemnej części miasta. Był szkatułką na emocje. Skrytką, która pozostawała na zawsze zamknięta. Uczucia, które inni tak chętnie manifestowali, on nauczył się tłumić w sobie. Z jednej strony cecha ta była przydatna, z drugiej, emocje lubiły zaatakować ze zdwojoną siłą. Szczególnie wtedy, kiedy był sam. Dlatego sypiał po trzy godziny dziennie. Męczące wspomnienia wprawiały w bezsenność.
- Co jeszcze? – rzucił, po tym jak bez pukania otworzył drzwi do gabinetu Erwina. Darował sobie wszelkie tytuły i na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że nie traktował go jak przełożonego. W praktyce ufał mu i wykonywał wszelkie, służbowe polecenia. Zwyczajnie nie był typem uległym.
- Będzie kontrola z żandarmerii. – oznajmił poważnie blondyn, podnosząc wzrok znad sterty dokumentów.
- Co to ma znaczyć?
- To, że będą szukali najmniejszego pretekstu do aresztowania Erena. Ludzie się boją. Teoretycznie zdobyli nakaz przeszukania budynku. Niby przychodzą z normalną wizytą, ale w praktyce domyślasz się jak to będzie wyglądać. Chodzi o normy bezpieczeństwa. Nie powiedzą wprost, że szukają człowieka przybierającego postać tytana.
- Przecież od razu wparują do lochów. Jeszcze jak zobaczą go w takim stanie...
- No właśnie, do lochów. Do pokoju kaprala wstępu jednak nie mają. Levi, przypilnuj go tej nocy i tak wziąłeś za niego odpowiedzialność.
Nic nie odpowiedział. Zmrużył tylko oczy, jakby w zastanowieniu i potwierdzająco skinął głową.
- Pospiesz się, mogą być w każdej chwili. – ponaglił Erwin.
Levi zasalutował, przyłożył dłoń do serca i miał cholerne wrażenie, że zaczyna bić szybciej. Stres? Ale czym się tak denerwował? Byli już przecież w niejednej, gorszej sytuacji... Opuścił dłoń, obrócił się na pięcie i wyszedł. Erwin zastygł w bezruchu. Jego również opanowało to dziwne uczucie. Świadomość niedokończonej sprawy. Jakby chciał coś powiedzieć, a nie mógł skuty jakąś psychiczną blokadą. Chociaż Levi zamknął za sobą drzwi, blondyn nadal wpatrywał się w nie z fascynacją. Trochę tak, jak gdyby były niewidzialne. Jakby za zasłoną bukowego drewna nadal widział sylwetkę kaprala, która brnie przez korytarz oddalając się coraz bardziej. Wyobrażał sobie skrzydła wolności poruszające się rytmicznie z każdym jego krokiem. Przywykł do tego widoku, znał go niemalże na pamięć. Levi lubił chodzić szybko, zazwyczaj coś pchało go na przód, podczas, gdy Erwin zostawał kilka kroków za nim. To właśnie dlatego zakodował sobie w głowie obraz skrzydeł wyszytych na jego ciemnozielonej pelerynie. Niby wszystkie mundury były takie same, a jednak ten, noszony przez Ackermanna zdawał się roztaczać aurę zdecydowanie większego dostojeństwa. Erwin uśmiechnął się kącikiem warg uświadamiając sobie, że nadal wpatruje się jedynie w mały fragment drzwi. Rozległ się grzmot zwiastujący nadejście burzy śnieżnej. Gabinet dowódcy rozbłysnął białym światłem. Dopiero teraz odwrócił głowę i skierował spojrzenie za okno. Ogarnęła go specyficzna nostalgia. Dlaczego ten moment był taki dziwny?
***
Wszystko działo się szybko, a pośpiech nie służył precyzji. Eren, uprzednio dokładnie opatrzony, został przeniesiony do gabinetu Levi'a. Kapral instruował w tym czasie resztę zwiadowców. Nikt nie może puścić pary z ust. Iluzja serdecznych kontaktów z żandarmami powinna zmylić ich czujność. Nie mogli czuć się nadzorowani. Mieli pozwolenie na szwendanie się po lochach, skąd już zniknęły wszelkie ślady obecność Jaegera.
- Widzę ich! – Armin wyjrzał przez okno obserwując czterech jeźdźców, którzy właśnie podjechali pod bramę.
Levi bez słowa skierował się w kierunku drzwi i wtedy dostrzegł parę dużych, dziewczęcych, okolonych gęstymi rzęsami oczy, które wpatrywały się w niego z największym, możliwym wyrzutem. Przystanął na chwilę. Mierzyli się wzrokiem dosłownie kilka sekund, aż w końcu dziewczyna zdecydowała się przemówić.
- Czy nie byłoby możliwości żeby... - zaczęła, ale Levi nawet nie pozwolił jej skończyć.
- Nie – oznajmił stanowczo i mijając Mikasę skierował się prosto do swojego gabinetu.
Domyślił się jak mogło brzmieć to pytanie. W głowie ułożył już sobie kilka wersji, z których każda następna była bardziej irytująca od poprzedniej. Przekaz był jeden. Chciała być przy Erenie. Ackermann nie wątpił w to, że ten dzieciak był pierwszą osobą, o której myślała zaraz po przebudzeniu i ostatnią, nad której losem zastanawiała się idąc spać. Nie potrafił czuć do niej empatii. Z całą swoją aurą była piekielnie drażniąca. W przeciwieństwie do Levi'a odkrywała wszystkie, swoje uczucia. Czy to właśnie to był ten irytujący pierwiastek, którego nie mógł w niej zaakceptować? Jeszcze kilka minut temu nie wierzył, że coś może jeszcze bardziej spieprzyć jego nastrój. Mikasie się to udało, ale czemu? Sam nie rozumiał. Była przewidywalna, ale przecież nie zrobiła nic szczególnego... Zatrzymał się przed drzwiami do swojego gabinetu, przekręcił klucz, po czym wszedł do środka. Ponownie je zamknął, tym razem od wewnątrz. Wlepił wzrok w drzwi. Nie myślał jednak o tym, co jest za nimi, lecz na osobie, która spała tuż obok. Za plecami usłyszał nierówny oddech Erena. Ogarnęła go specyficzna nostalgia. Dlaczego ten moment był taki dziwny?
***
Chłodne spojrzenie kobaltowych oczu spoczęło na owiniętej grubą kołdrą postaci, która kuliła się w jego niezbyt dużym łóżku. Poczuł się doszczętnie odarty z prywatności. Levi nikogo do siebie nie dopuszczał. Posiadał bardzo dobrą pamięć. Nie tylko do twarzy, ale również wszelkich zapachów, imion, słów, jednak za najgorsze przekleństwo uznawał pamięć ciała. Wystarczył głupi, przypadkowy dotyk w ramię od osoby, za którą nie przepadał. Potrafił czuć go przez kilka godzin, a nieraz i cały dzień. Nienawidził tego. To nie to samo, co walka, otarcia od dźwiganego na skórzanych paskach sprzętu czy głupie rany, które prędzej czy później się zagoją. Dotyk ciężko jest zmyć. Nie chodzi o to, że bywa bolesny. Po prostu czasem jest...brudny. Obrzydliwy.
- Zimno – cichy szept wyrwał kaprala z rozważań.
Jakby mało było problemów, to jeszcze szczyl się obudził. Levi początkowo nie zareagował na jego słowa. Zapalił stojącą na komodzie świeczkę, po czym zabrał się za zdejmowanie z siebie kolejnych części munduru. Kurtkę i pelerynę zawiesił na oparciu krzesła, buty ułożył tuż obok.
- Bardzo zimno – kolejny szept, tym razem brzmiący zdecydowanie mniej nieprzytomnie.
Levi westchnął ciężko. Został w spodniach, częściowo rozpiętej koszuli. W sumie gnojek miał rację. W pomieszczeniu panował okropny chłód. Zrezygnował z pozbywania się kolejnych elementów garderoby. Podszedł do okna upewniając się, że jest szczelnie zamknięte. Było, ale na dworze grasowała śnieżyca i lodowate powietrze mimo to wdzierało się do środka. Brunet niechętnie spojrzał na Erena, który całą kołdrę przechwycił dla siebie na dodatek układając się przy brzegu łóżka. Levi niechętnie ułożył się od ściany. Czuł się otoczony, z jednej strony dzieciakiem, a z drugiej lodowatymi murami starej twierdzy. Spojrzał na Erena i w duchu przyznał, że musiał czuć się zdecydowanie gorzej. Drżący, ubezwłasnowolniony z zasłoniętymi oczami. W końcu chłodną dłoń przyłożył do czoła dzieciaka upewniając się jak wysoką mieć może gorączkę. W tym momencie ręka Erena kurczowo złapała jego nadgarstek. Levi'a przeszedł dreszcz. Eren obrócił się kierując swoją twarz w stronę kaprala. Nastała chwila milczenia. Dzieciak zakasłał, aż w końcu zdecydował się mówić.
- Mikasa – zaczął święcie przekonany, że przy nim leży dziewczyna.
Levi zacisnął dłoń w pięść. W pierwszej chwili miał ochotę brutalnie sprowadzić go na ziemię. Przypomniał sobie jednak słowa Hanji. Co jeżeli faktycznie emocje wpływają na szybkość gojenia się ran? Może, jeżeli pomyśli, że obok jest ona to psychicznie się uspokoi i znowu zaśnie?
- Mikasa...tym razem mi nie przerywaj. Nie rób tak, nigdy więcej.
Brunet poczuł jak ktoś kurczowo trzyma jego dłoń. Charakterystyczne pociągnięcie w dół zasugerowało mu zmianę pozycji. Tym razem już nie siedział, ale ułożył się obok Erena. Nadal jego głowa była wyżej, niż głowa dzieciaka. Wolał patrzeć na niego z góry, poniekąd nawet to lubił. Z jakiegoś powodu był ciekawy tego, co zaraz usłyszy. Teoretycznie powinien mu przerwać i porządnie się nad tym zastanawiał. Dłoń Erena przesunęła się z jego nadgarstka na środek dłoni. Pewnie zaraz usłyszy czułe wyznania, których bynajmniej usłyszeć nie chciał. Podjął decyzję, opieprzy gówniarza i...
- Ja nic nie czuję. Męczy mnie to psychicznie, za każdym razem, gdy nadstawiasz za mnie karku. Nie próbuj mi przerwać, daj dokończyć, muszę to wreszcie powiedzieć.
Sekunda, w której miał zamiar interweniować minęła, a za nią kolejna. Ich dłonie zderzyły się teraz palcami. Zastygły w bezruchu, ale żadna ze stron nie próbowała ich spleść. Mimo dotyku Levi nie czuł obrzydzenia. Chociaż jego twarz pozostawała beznamiętna w środku odczuwał coś w rodzaju napięcia, ekscytacji. Miał właśnie usłyszeć, co było zarezerwowane tylko dla jednej osoby. Tą osobą zdecydowanie nie był on.
- Ochroniłem Cię w dzieciństwie, za co odwdzięczyłaś się z nawiązką...Jestem w rozsypce. Niewiele pamiętam z poprzedniej wyprawy ani eksperymentów. Obiecałem jednak stać się coraz lepszym, piąć do góry. Nauczę się kontrolować, ale Ty zrozum jedno. Zawsze...zawsze będziesz dla mnie najcudowniejszą siostrą, jaką mógłbym mieć. Więcej nie mogę, przepraszam.
Mocno złapał go za rękę. Zbyt mocno. Kapral wyrwał ją i zobaczył krew. Ugryzienia na dłoni Jeagera krwawił. Szkarłatna ciecz ubrudziła również rękę Levi'a. Brunet raptownie poderwał się z łóżka. Musiał to czymś odkazić. Słyszał kolejne przeprosiny Erena. Nie tego się spodziewał. Miało być inaczej. Miał poczuć się lepiej. Zajrzał do apteczki. Podirytowany potrząsnął pustą buteleczką wody utlenionej. Ostatecznie wyciągnął z komody butelkę spirytusu. Dostał ją kiedyś od Erwina i jeszcze nie zdążył spożytkować. Eren zamilkł dopiero wtedy, gdy materac po jego lewej stronie ugiął się ponownie pod ciężarem kolejnej osoby. Podniósł się do siadu.
- Jesteś na mnie zła?
Levi milczał. Usiadł po turecku. Energicznie chwycił jego dłoń kładąc sobie na kolanach. Zdjął zakrwawiony bandaż i nie mając go gdzie położyć ostatecznie rzucił na podłogę. Godziło to z jego poczuciem estetyki, dlatego skrzywił się mocno. Odkręcił butelkę, a metalowy korek wydał charakterystyczne skrzypnięcie. Polał mu rękę. Dzieciak krzyknął, aż podskoczył. Woń alkoholu zmieszanego z krwią rozniosła się po pokoju. Kilka głębszy oddechów. Nie wiedzieć, czemu Levi przystawił butelkę do ust. Napił się. Czuł jak gorąca ciecz rozgrzewa go od środka. Wyłączył się. Nie słuchał skomlącego gnojka, dopóki nie poczuł czyjejś dłoni. Najpierw na swoim łokciu, potem przedramieniu, aż w końcu ręce. Tak, podał Erenowi tę butelkę. Mało tego. Zbliżył się do niego pomagając się napić. Z rozbawieniem oglądał jak dzieciak krzywi się i marszczy nos, ale siłą rzeczy to przełknął. Bez zapijania. Brawo, szczylu.
- Cieplej – oznajmił Eren, tym razem zdecydowanie bardziej opanowanym głosem.
Nie sądził, że kiedykolwiek będzie mu dane napić się z Mikasą. Była nadopiekuńcza zachowywała się jak matka, a teraz...teraz zdawała się inna. Nie czuł nawet od niej tych intensywnych, lawendowych perfum, za którymi nie przepadł. Wystawił butelkę w stronę siedzącej obok osoby.
Levi pociągnął kolejny łyk, po czym zdecydował się odstawić spirytus na szafę nocną. Żeby to zrobić musiał pochylić się nad Erenem. Szybki ruch, ale gdy powracał do poprzedniej pozycji ktoś ponownie go dotknął. Znowu ramię, znowu łokieć, przedramię, ręka...
- Czuję krew. To moja krew?
Eren poczuł się swobodniej. Tak, jakby ktoś oczyścił go ze wszelkich wyrzutów sumienia. Nie można kazać sercu bić szybciej, ranom mniej krwawić, a uczuciom zniknąć. Wszystko w świecie miało swój bieg. Splótł ich palce ponownie. Ręce cuchnące krwią zmieszaną z alkoholem. Nadal lepsze od tej piekielnie słodkiej lawendy.
Nie rozumiejąc, co nim kieruje Levi przysunął się jeszcze bliżej. Przejechał palcem po zewnętrznej stronie ręki Erena. Niemożliwe. Rany zaczęły się zasklepiać. Więc to wszystko, co mówiła Hanji o emocjach jest prawdą? Chodziło o spokój psychiczny?
- Przepraszam, ja...ja...jeszcze przed chwilą...
Eren nie rozumiał samego siebie. Gdy zaczynał tę rozmowę ona była siostrą, a teraz ta bliskość zdawała się być najprzyjemniejszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek zaznał. Milczeli. Słyszeli jedynie swoje oddechy, które rytmicznie przyspieszały. Właściwie prawie się nie dotykali, a rozmowę Erena można było nazwać raczej monologiem. Mimo to powstało napięcie. Cisza zdawała się być nie do zniesienia.
Levi uniósł się na kolanach i w tym właśnie momencie Eren gwałtowniej pochylił się w jego stronę. Centymetr, niemalże stykali się nosami. Czuli na sobie ciepłe oddechy. Woń alkoholu, krwi, zapach szamponu, którego obsesyjnie używał Levi i trawy, na którą opadł Eren po odzyskaniu ludzkiej postaci. Tłumione emocje, obsesja czystości i chory pęd za doskonałością.
Ostatnia Nadzieja Ludzkości i Najsilniejszy Człowiek Ludzkości. Chrzanić ludzkość. Ludzie są słabi. Ludzie się mylą, lecz przecież...oni też są tylko ludźmi.
Eren siedział, a klęczący tuż obok Levi znów mógł patrzeć na niego z góry. Poczuł buzujący przypływ adrenaliny. Przywarł do jego warg. Dał gnojkowi sekundę na odwzajemnienie, a gdy on tylko je rozchylił kapral stracił wszelkie hamulce. Całowali się namiętnie. Nie jak para nieśmiałych zadurzonych gówniarzy, ale jak rozdzieleni kochankowie tęskniący za sobą całe lata.
Przerwał im kolejny grzmot. Pękła cienka nić śliny łącząca ich usta. Levi odruchowo skierował wzrok za okno. Śnieżyca rozhulała się na dobre, a płatki śniegu ze zdwojoną siłą uderzyły o okno. Ciepłe dłonie Erena pozostawały splecione na jego karku. Zabawne, kapral nawet nie pamiętał momentu, w którym dzieciak się na nim uwiesił. Nabrał w płuca powietrza usiłując sobie przypomnieć. Taaak...to było zaraz po tym, jak wplótł mu dłoń we włosy i...
Znowu nastała ta niezręczna cisza. Ona również zaatakowała ze zdwojoną siłą. Jeżeli gnojek zdążył go złapać go za włosy z pewnością miał już stuprocentową pewność, że nie leży w łóżku z "siostrzyczką".
Ogarnęła ich specyficzna nostalgia. Dlaczego ten moment był taki dziwny?
