Chapter Text
Kiedy Bucky wstaje by przynieść z kuchni jakieś przekąski do salonu wchodzi Natasza i bez słowa wyjaśnienia przejmuje go i czeka tak długo by skończył wkładać do miski winogrona zanim wyciąga go na taras i zamyka za nimi drzwi. Siadają przy basenie, poza zasięgiem wzroku Steve’a, który jedynie dzięki wzmocnionemu słuchowi słyszy fragmenty ożywionej rozmowy prowadzonej po rosyjsku. Steve czuje, że się czerwieni i zaczyna skakać po kanałach telewizora.
-Stevenie Rogers. – Mówi ktoś od progu i oczywiście jest to Sam. Steve odwraca głowę i widzi go stojącego w drzwiach z szerokim, pełnym samozadowolenia uśmiechem na twarzy jaki Steve kiedykolwiek widział. Steve krzywi się lekko zawstydzony.
-Clint wysłał wszystkim esemesa, czy co?
-Mieszkasz w drapaczu chmur pełnym robotów i szpiegów. – Wzrusza ramionami Sam. – Nie zastanawiaj się skąd ludzie wiedzą co się tutaj dzieje. Po prostu pogódź się z tym, że wiedzą. – Przeskakuje przez tył kanapy i rozwala się na niej obok Steve’a w oczekiwaniu na dalszy ciąg historii.
-Cóż, jestem pewien, że szpiedzy i roboty przekazały Ci wystarczająco dużo szczegółów, więc nie muszę Ci nic mówić. – Steve ucieka do kuchni żeby przygotować więcej koktajlu owocowego. Sam rzuca w niego z salonu dobrze wymierzoną poduszką. – Auć! Nie w plecy. Postrzelono mnie w nie.
-To jakiś żart, prawda? – Pyta Sam, a kiedy Steve odwraca się żeby spojrzeć na niego z ukosa, Sam wybucha śmiechem. – Żartowałem. Nie musisz mi nic mówić. Powiedz mi tylko, że było dobrze.
Steve kiwa głową, zamyśla się na chwilę i pozwala sobie na lekki uśmiech.
-Było…było dobrze.
-I nadal jest dobrze?
-Jak na razie jest bardzo dobrze.
-No to w porzo. – Sam uśmiecha się szeroko i odwraca do telewizora skupiając się na nim wystarczająco mocno, że Steve może podnieść poduszkę i rzucić nią w głowę Sama.
Bucky i Natasza wracają do mieszkania. Bucky zatrzymuje się w połowie drogi do kanapy zauważywszy odwróconą na drugą stronę tablicę.
-Co to ma u diabła być?
**
-To dziwne. -Stwierdza Bucky kiedy przygotowują lunch.
-Że możemy wszystkim powiedzieć?
-Czuję się jakbyśmy ogłosili, że okradamy banki albo coś w tym stylu.
-Zgadzam się, to trochę surrealistyczne. Bucky, ta kanapka nie zmieści Ci się w ustach.
-Zobaczymy. – Mówi Bucky bardzo powoli oblizując usta kiedy dodaje kolejną warstwę indyka. – Mówię poważnie. To wszystko jest naprawdę dziwne.
Steve mruczy zgadzając się.
-Nigdy nie wyobrażałem sobie świata w którym ty…byłbyś mną zainteresowany, nie mówiąc już o takim, gdzie nie musielibyśmy tego ukrywać.
-Cóż, przynajmniej nie przed naszymi przyjaciółmi.
Pomysł ujawnienia się przed światem na moment zbija Steve’a z tropu i zmusza się on do skupienia na ukończeniu przygotowywania posiłku zanim będzie miał niepotrzebny atak paniki. Później, mówi sobie. Może zająć się tym znacznie, znacznie później.
-Natasza dała mi trochę rzeczy.
-Rzeczy? Jakich rzeczy. – Mruga Steve.
-Nie wiem. – Wzrusza ramionami Bucky. – Dała mi starannie zapakowane pudełko. Grzechotało jakby było w nim kilka przedmiotów…czy ludzie dają teraz prezenty znajomym którzy wikłają się w związki?
-Mam przeczucie, że to zachowanie charakterystyczne dla Nataszy.
-Nie mów tak. Nat jest…dobra. Mogę rozmawiać z nią o… o cholera!
-Co? – Steve idzie za Buckym który niesie swoją wielką kanapkę do stołu i ukrywa twarz w dłoniach. – Co się stało Bucky?
-Zapomniałem, że mam dzisiaj telekonferencję. To będzie…dziwne. – Bucky śmieje się głucho.
-Jestem pewien, że sobie poradzisz. – Steve wraca do kuchni po swój własny talerz oraz napoje dla nich obu. – Hej, założę się, że jeśli poruszysz temat związków, co będzie pewnie dziwne, może on zająć całą godzinę. – Co oznaczałoby, że nie będziesz musiał rozmawiać o Hydrze. Steve zachowuje to ostatnie w pamięci ale wiadomo co miał na myśli. Bucky ożywia się tak szybko że to niemal chwyta za serce.
**
Trening Petera kilka godzin później jest dziwny. Od momentu przybycia uwaga Petera skupiona jest na Steve’ie i jest tym tak zaprzątnięty, że Bucky musi kilka razy powtórzyć instrukcje dotyczące sekwencji ciosów. Inni zdają się tego nie zauważać, a może to ich nie obchodzi. Tony używa tabletu do sterowania rozłożonymi na matach wielkimi panelami mogącymi drżeć lub trząść się. Kiedy jeden z nich wyrzuca Petera do góry Peter celuje w sufit siecią, która jednak do niego nie przywiera, Tony chichocze pod nosem. Bruce uderza go lekko w ramię.
-Obiecałeś nie używać ich bez uprzedzenia. – Bruce jest lekko skonsternowany do momentu kiedy widzi jak Peter przestaje próbować przykleić się do sufitu i zeskakuje na matę a potem toczy się zamiast próbować jak najlepiej wylądować po upadku z wysokości czterech metrów. (Steve rozpoznaje technikę z treningu sprzed kilku dni. Wtedy Peter uważał.) Kiedy wstaje Bucky klepie go z uznaniem po ramieniu.
-Ważne żeby nauczyć go improwizacji, prawda? – Uśmiech Tony’ego gaśnie kiedy Bucky odbiera mu tablet i zaczyna przeglądać opcje. – Co robisz?
-Patrzę czy pod Twoim krzesłem znajduje się panel którym można wystrzelić Cię w powierze.
**
Kiedy zostają sami Bucky kładzie rękę na ramieniu Petera i odwraca go.
-Czy chcesz o czymś ze mną porozmawiać?
-Porozmawiać? – Peter patrzy na Bucky’ego a potem przesuwa wzrok na Steve’a na którego patrzy Bucky. – Uch…
-Jest tu wiele osób które z chęcią podjęłyby się trenowania z Tobą jeśli chcesz. – Bucky mówi tak beznamiętnie, tak rzeczowo, ale Steve wie że jeśli Peter zgodziłby się na zmianę instruktora, Bucky nie zniósłby tego. Steve wstrzymuje oddech.
-Nie! Jest Pan wspaniały. – Peter spogląda na Steve’a. – Ale dowiedziałem się o Was dopiero po tym jak wczoraj wyszliście i wszyscy zaczęli się śmiać kiedy tylko zamknęły się za Wami drzwi windy. Ja, trochę się wkurzyłem, i zapytałem z czego się śmieją a oni wyjaśnili mi o co chodziło.
Peter prawdopodobnie nie widzi uśmiechu w oczach Bucky’ego ale Steve tak.
-Więc nic Ci nie przeszkadza?
Peter pociera ręką kark.
-Właściwie to nie. Jest mi tylko trochę szkoda, że nie możecie mieć dzieci. Ja tylko…wyobraźcie sobie jak urocze dzieci moglibyście mieć. Maleńkie urocze dzieci, które potrafiłyby skopać wszystkim tyłki jeszcze w pieluchach. – Peter przestaje gestykulować i milknie widząc przerażenie w oczach Steve’a. – Mówię tylko, że jestem świetnym materiałem na opiekuna i jestem trochę zawiedziony.
**
Po południu Natasza i Tony opalają się na tarasie a ponieważ pogoda jest zbyt ładna by ją marnować Steve do nich dołącza. Kiedy odkrywa to Bucky, znika gdzieś, a potem wraca przebrany w kąpielówki i przysuwa sobie leżak do leżaka Steve’a.
-Mm? -Pyta Steve któremu jest w tej chwili tak dobrze, że nawet nie chce mu się artykułować słów.
Bucky mruczy neutralnie kładąc się na boku i obejmując Steve’a ramieniem. Mija trochę czasu i kiedy Bucky i Steve jednocześnie wzdychają jest to kompletnie niezamierzone.
-Słoneczne przytulanie. – Mówi Tony gdzieś na lewo od nich. – Najnowsza dyscyplina sportowa w Wieży Mścicieli. Amerykańska para Barnes i Rogers to niepokonani mistrzowie mogący wygrać dzięki opatentowanemu przez siebie Podwójnemu Westchnieniu Szczęśliwych Kochanków, które powinno zapewnić im miejsce w pół-finale…
-Nie obchodzi mnie jak bardzo jesteś zazdrosny, Stark. Nie zamierzam Cię przytulać.
-Ależ nie Nataszo. Ja tylko przyglądam się wszystkiemu z loży. Gdzie jest mój tablet? Mógłbym opracować punktację.
-Zamknij się. – Bucky mruczy w klatkę piersiową Steve’a który czuje na skórze jego uśmiech.
