Actions

Work Header

Przeznaczenie

Summary:

Dworzec, tłum, pociąg do Hogwartu - i jedno przypadkowe zderzenie, które zmienia wszystko.

Dwadzieścia jeden lat po śmierci Czarnego Pana jego syn, Salazar Riddle, wychodzi z cienia, by zobaczyć człowieka, który odebrał mu ojca.

Nie planował niczego więcej.

Dopóki nie spojrzał w oczy żony Harry’ego Pottera.

*****

Kontynuacja „Dziedzictwa”, za którą mam nadzieję mi się nie oberwie 😉 Nie lubię związku Harry’ego i Ginny, sorry! 😂

Chapter Text

Mówią, że zło nigdy nie śpi.

To chyba prawda, bo ja też nie potrafię. 

A nawet, jeśli już mi się udaje, moje sny są niepodobne do niczyich. 

Kiedy byłem mały, odkąd tylko pamiętam, moja matka powtarzała mi, że jestem wyjątkowy. Ale ja czułem się po prostu Inny. Naznaczony. Przeklęty. Nie umiem nawet do końca tego wyjaśnić. Może to dlatego, że długo nie było dla mnie świata poza tym domem? Może dlatego, że w moim domu nie było bajek na dobranoc, ale opowieści o magicznych wojnach? A może dlatego, że kiedy zasypiałem, ktoś przychodził do mnie w snach i mówił do mnie dokładnie w taki sposób, w jaki ja mówiłem do węży, które sam nie wiem kiedy nauczyłem się kontrolować. 

Pamiętam dobrze dzień, gdy przyśnił mi się pierwszy raz. Przyszedłem wtedy do matki i wdrapałem się jej na kolana. Nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy, gdy opowiedziałem, jak wyglądała postać z mojego snu i co do mnie mówiła. Miałem może kilka lat, ale w oczach mojej matki widziałem wtedy wszystko naraz - strach i fascynację, tęsknotę i wzruszenie, radość i smutek. Nigdy nie zapomnę też momentu, gdy przytuliła mnie mocniej niż kiedykolwiek i wyjaśniła mi, kto mi się śnił. 

Mój ojciec. 

Największy czarodziej jaki kiedykolwiek istniał - przynajmniej według jej słów. Nie miałem jednak powodu, by jej nie wierzyć. Ona zawsze przy mnie była, ona zawsze się mną opiekowała i ona chroniła mnie przed całym światem.

Więc jej uwierzyłem. I z czasem sam zacząłem oczekiwać na te sny, bo to były jedyne momenty, kiedy mogłem spojrzeć mu w oczy i spróbować wyobrazić sobie, jaki był. 

Bo to zawsze mnie dręczyło. Razem z setką innych pytań, na przykład o to, czy naprawdę nas kochał. I dlaczego, skoro był tak potężny i wielki, został tak łatwo pokonany. 

  • O czym myślisz? - głos mojej matki z trudem przebił się do mojej świadomości, a za chwilę poczułem jej miękką rękę na swoim ramieniu. 
  • O niczym ważnym - odpowiedziałem, odwracając się tyłem do balustrady.

Ten balkon zawsze lubiłem wybierać na miejsce do rozmyślania. 

  • Nieprawda. Znam bardzo dobrze ten wyraz twarzy. Powiedz mi tylko, że nie myślisz znowu o tym, o czym ostatnio dyskutowaliśmy, a bardzo chętnie odejdę i zajmę się swoimi sprawami. 

Nie odpowiedziałem. Niestety, jak mogłem się domyślić, milczenie wystarczyło za jakąkolwiek odpowiedź. 

  • Salazarze, mówiłam ci, to jest bardzo zły pomysł! Myślałam, że w końcu coś do ciebie dotarło, kiedy ostatnim razem o tym rozmawialiśmy.
  • Mamo, ja też ci tłumaczyłem…
  • Nie chcę tego słuchać. Wiem, co zaraz mi powiesz. 
  • Mamo, chcę tylko ich zobaczyć, rozumiesz? Nie zrobię nic, czym mogłabyś się niepokoić. Chcę tylko na nich popatrzeć. Zrobię to i zaraz do ciebie wrócę.

Moja matka spojrzała na mnie w taki sposób, przed jakim pewnie bym skulił się w sobie jako małe dziecko. Teraz już dawno nie wywoływało to takiego efektu, ale wiedziałem, że żadne z nas łatwo nie odpuści. 

  • Zawsze się tak mówi. A potem na ich widok różdżka sama powędruje ci do ręki. Nie możesz ryzykować stracenia nad sobą panowania, tam będzie tłum ludzi, to będzie biały dzień! Jeden niewłaściwy ruch może kosztować cię wolność, tym bardziej, kiedy zaatakujesz kogoś takiego. Chcesz, żeby zainteresowali się, kim jesteś? Żeby przybyli węszyć tutaj? Chcesz, żeby przesłuchiwali mnie, a może i ciocię albo wujka? Przemyśl to, przecież nie jest ci to do niczego potrzebne! Jakoś nigdy wcześniej nie było. 

Spojrzałem prosto w oczy matki i zobaczyłem tam rozpacz zamiast wcześniejszej złości. Odwróciłem wzrok, nie mogłem dłużej na to patrzeć.

  • Właśnie dlatego chcę tam jechać. Powstrzymywałem się od tego przez lata, ale jeśli nie spojrzę mu w twarz, jeśli nie zobaczę ich wszystkich… będzie tylko gorzej. To wszystko będzie we mnie rosło, aż naprawdę nie będę umiał się dłużej powstrzymać. Powinnaś to zrozumieć. Kto mnie zrozumie, jeśli ty tego nie zrobisz?

Odważyłem się podnieść wzrok. Matka wyglądała jakby walczyła sama ze sobą. W końcu, mając taki wyraz twarzy, jakby przełknęła coś gorzkiego, odezwała się.

  • Jesteś dorosły, więc nie mogę cię powstrzymać.  Proszę cię tylko, naprawdę, przemyśl to jeszcze. Możesz poczekać jeszcze jeden rok. Możesz… - głos jej się załamał, jakby sama nie wiedziała, którego argumentu ma tym razem użyć. 

I tak żaden by na mnie nie zadziałał. 

  • Będę ostrożny.

Zdołałem powiedzieć na głos tylko tyle. A  potem na chwilę ścisnąłem matkę za rękę i wyszedłem, zanim zdążyłaby zmienić zdanie i próbować jednak mnie zatrzymywać. 

***

  • Zaraz wszyscy naprawdę się spóźnimy! James, zapanuj w końcu nad tą sową, bo osobiście wypuszczę ci ją z klatki i każę jej lecieć przy pociągu. No i co się dzieje z tą Lily? Przecież miała być spakowana od wczorajszego wieczora!
  • Pewnie sobie przypomniała o jakiejś bardzo ważnej spince do włosów albo o zdjęciu tego swojego ulubionego piosenkarza, które trzyma zawsze pod poduszką - mruknął James wpychając bezceremonialnie sowę do klatki. - Mogłem wcześniej na to wpaść i schować jej to w najmniej oczywiste miejsce, ale byłaby zabawa, gdyby szukała go po całym pokoju. 

Wystarczyło jednak jedno moje spojrzenie, by zamilkł.

  • Tylko żartowałem, mamo. Ale po prostu mam jej dość, ona od tygodnia nie dawała nam żyć, opowiadając tylko o tym, że idzie w końcu do Hogwartu! Tego naprawdę nie szło już słuchać. 
  • Zapomniałeś już jak ty się zachowywałaś kiedy szedłeś do szkoły? Powinniście być z Alem dla niej bardziej wyrozumiali. O, nareszcie jesteś - uśmiechnęłam się do Harry’ego, który właśnie wchodził do domu. - Już myślałam, że nie uda ci się zdążyć i będę musiała sama zaprowadzić całą tę ekipę na dworzec. Lily byłoby wtedy strasznie przykro. 

Harry uśmiechnął się, chociaż nie dosięgnęło to jego zmęczonych oczu. 

  • Udało mi się wyrwać tylko na chwilę. Nie darowałbym sobie odprowadzenia Lily na pociąg. Po odjeździe będę jednak musiał od razu wracać do ministerstwa. Przepraszam - dodał na widok mojej miny - ale mamy tam ostatnio jakieś urwanie głowy. Nie dam rady jednak iść z tobą na zakupy ani na obiad do twoich rodziców. Przeproś ich ode mnie, nadrobimy to na pewno. No, jesteś, księżniczko!

Lily wbiegła właśnie na korytarz i rzuciła się ojcu na szyję. Moja złość trochę stopniała, gdy zobaczyłam ten widok, choć chwilę później musiałam wydobyć z siebie ostatnie pokłady cierpliwości, gdy James celowo podłożył nogę Albusowi. 

W końcu dotarliśmy całą rodziną na dworzec. Faktycznie, czasu zostało bardzo niewiele, a Lily nie darowała by nam, gdyby cokolwiek poszło nie tak. Nie byłam w stanie jej winić, pamiętałam dobrze, jak to było, gdy sama pierwszy raz jechałam do Hogwartu. 

  • Uważajcie na siebie - powiedziałam, przytulając każde z dzieci po kolei. 
  • Trzymajcie się z daleka od kłopotów, wy dwoje, bo w końcu zostaniemy wezwani na dywanik - Harry zwrócił się bezpośrednio do Albusa i Jamesa, którzy już mieli miny, jakby zastanawiali się, co konkretnego zmalować. - A ty niczym się nie przejmuj, księżniczko. Jestem pewien, że dasz sobie wspaniale radę.

Lily cała się rozpromieniła i przytuliła mnie, ojca, a potem jeszcze raz mnie. Popędziła do pociągu, ciągnąc za sobą bagaże, które pomogliśmy jej załadować, a potem pojawiła się w oknie, machając nam energicznie. 

  • Widziałeś gdzieś Rona i Hermionę? - spytałam, ale Harry nic nie odpowiadał, więc odwróciłam głowę i zobaczyłam, że zerka na zegarek. - Oh, nieważne, sama ich poszukam. 
  • Co? A, tak, pewnie byli tu wcześniej, i już zdążyli wpakować Hugona do przedziału. Wybacz, naprawdę muszę lecieć, obiecałem, że będę z powrotem chwilę po jedenastej. 
  • Jasne. Nieważne. Możesz iść. 
  • Na pewno, Gin?
  • Oczywiście - odpowiedziałam, z całych sił starając się brzmieć normalnie, a potem pocałowałam go krótko i odwróciłam głowę, rozglądając się za Ronem i Hermioną.

Pociąg zaczął ruszać. Spojrzałam z powrotem w stronę okna mojej córki i pomachałam jej, a potem także jej braciom, którzy pojawili się w innych oknach.

Zanim pociąg zniknął za zakrętem, zostałam sama. Już miałam wracać, gdy ktoś złapał mnie od tyłu za ramię. 

  • Ginny! Myślałam, że już was nie znajdziemy.

Uściskałam Hermionę, a potem przywitałam się z bratem. 

  • Byliśmy w ostatniej chwili, Harry ledwo wyrwał się z ministerstwa, na dodatek już musiał tam wracać. 
  • To pewnie dlatego minęliśmy się w tłumie! My byliśmy dziś wyjątkowo wcześnie, bo Hugo od rana strasznie nas poganiał. Na pewno w pociągu dzieciaki szybko się znajdą. 
  • Taką mam nadzieję. Macie ochotę skoczyć na szybką kawę? Mam wprawdzie jeszcze w planach zakupy, a potem miałam odwiedzić rodziców, ale skoro Harry nie może iść, to myślę, że znajdę jeszcze jakąś godzinkę. 

Hermiona uśmiechnęła się przepraszająco, a Ron odpowiedział, zerkając w stronę wyjścia.

  • Nie damy rady. Rodzice Hermiony mieli do nas jakąś pilną sprawę, a potem chyba będę musiał wpaść na chwilę do sklepu. Ucałuj mamę i powiedz, że wpadniemy innym razem. 
  • Jasne - odparłam, znów z krzywym uśmiechem i tym samym dziwnym głosem, który nie wiem do kogo należał, bo na pewno nie do mnie. - W takim razie do zobaczenia. Miło było choć na chwilę was zobaczyć. 

Uścisnęłam Hermionę i pożegnałam się. Szybkim krokiem skierowałam się do barierki. Nie chciałam stać tam ani chwili dłużej na wypadek, na wypadek gdyby ktokolwiek z nich zauważył, jak opada ze mnie maska nieprzejmowania się tym, że znowu zostałam ze wszystkim sama. 

***

Ręka zaciśnięta na różdżce zaczynała mnie już boleć. 

Dlaczego nigdy nie słuchałem mojej matki, kiedy próbowała wybić mi z głowy ten pomysł?

Oczywiście jeszcze nic nie zrobiłem, ale miałem zaklęcie na końcu języka. A nawet więcej niż jedno zaklęcie. Coś, co sprawi, że przestaną się tak uśmiechać. Że ich rodzina rozedrze się na strzępy, tak jak oni kiedyś rozdarli moją. 

Zamknąłem oczy. Puściłem różdżkę i oparłem się o filar, z zza którego wcześniej obserwowałem całą scenę. Potterowie byli tam razem, całą piątką, śmiejący się i przytulający jak rodzina z obrazka, a ja każdego dnia musiałem oglądać cierpienie swojej matki i siedzieć w ukrytej posiadłości jak w więzieniu. Musiałem ich zobaczyć. Właśnie dziś, kiedy odprowadzali swoje dzieci do Hogwartu. Spojrzeć na ich twarze, zobaczyć, jak beztrosko ułożyło się ich życie, kiedy oni zmienili tak wiele w moim. 

Od dawna chciałem to zrobić, ale matka zawsze mówiła mi, że to jest zły pomysł. Że na ich widok stracę nad sobą panowanie i rzucę w nich jakąś klątwa na miejscu. A wiedziała, że znam ich sporo, w końcu sama mnie ich uczyła. 

Ja jednak musiałem w końcu wybrać się na ten cholerny peron i na własne oczy zobaczyć rodzinę Harry’ego Pottera. Tak bardzo chciałem przekonać się, czy oni naprawdę żyją spokojnie i szczęśliwie, bez jednej refleksji na temat tego, jak pewnego dnia ponad 20 lat temu właśnie on zabił mojego ojca. 

Nie zrobiłem mu jednak krzywdy. Nie mogłem ryzykować, że w tłumie zrobi się zamieszanie i ktoś w jakiś sposób dotrze później w śledztwie do mojej matki. Ja osobiście nie miałem nic do stracenia. Ale ona sobie na to nie zasłużyła. 

Westchnąłem. Pociąg i tak dawno odjechał, a Potter pocałował żonę na do widzenia i gdzieś zniknął. Obserwowałem jeszcze przez chwilę, jak rozmawia z przyjaciółmi, a potem jak znów zostaje sama i wychodzi. 

Nie zastanawiałem się nad tym. Nienawidziłem go z całego serca, ale ona? Nigdy za dużo o niej nie myślałem. To nie w jej twarz wyciętą z Proroka wpatrywałem się codziennie przed snem. To nie ją wyobrażałem sobie wijącą się z bólu na ziemi. To nie ona zadała cios, który rozdarł serce mojej matki i spokój mojego domu na pół, choć sama myśl, że Harry Potter ma szczęśliwą rodzinę sprawiała, że budził się we mnie ryk, a w moich żyłach płynął ogień. 

Chciałem rozerwać tę rodzinę tak, jak on rozerwał moją. Chciałem, by któregoś dnia jego dzieci też przekonały się, jakie to uczucie, gdy ich ojciec nie wraca już nigdy do domu. 

Ale nie mogłem. 

Ostatni nikły cień rozsądku mówił mi, że środek dnia na Kings Cross to nie są najlepsze okoliczności, by zaatakować słynnego aurora. 

Skierowałem się wyjścia. Trzymając ręce w kieszeniach, próbowałem uspokoić myśli i doprowadzić do porządku szybkie bicie serca. Wmieszałem się w tłum czarodziejów wymykających się przez barierkę i już prawie znalazłem się po mugolskiej stronie, kiedy ktoś wpadł na mnie tak gwałtownie, że prawie się przewrócił, gdybym w ostatniej chwili go nie złapał.

A w zasadzie gdybym jej nie złapał.

  • Och, przepraszam, nie patrzyłam gdzie idę. 
  • Nic się nie stało. Jest tu trochę tłok, łatwo stracić równowagę. 

Kobieta, która na mnie wpadła odwróciła twarz w moją stronę. Z pewnością nie patrzyła, gdzie idzie. Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości, widząc, że ewidentnie miała łzy w oczach, tak jakby próbowała powstrzymać się od płaczu, ale średnio jej to wychodziło. 

To jednak nie to zwróciło moją uwagę i nie to sprawiło, że o mało sam nie przewróciłem się z zaskoczenia. 

To była ona

Stałem dokładnie naprzeciwko Ginny. Żony Harry’ego Pottera.