Actions

Work Header

Początek

Summary:

Jedna wizyta z przeszłości otwiera w Aurelii drzwi, które myślała, że dawno zamknęła.

*****

Prequel do Dziedzictwa i Przeznaczenia, pierwszy pełniejszy obraz na backstory Aurisi.

(Do rozdziału 13 można tę historię uznać za kanon do każdego fanfika z jej udziałem.)

Zapraszam 🤍

Chapter 1: Prolog

Chapter Text

Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś zobaczę ją w progu mojego domu.

A już na pewno nie tego domu.

Tego dnia dwór był cichy i spokojny, a popołudniowe słońce wlewało się przez okno, kiedy w salonie zjawił się poddenerwowany skrzat i zameldował mi, że pod bramą ktoś stoi i domaga się, by go wpuścić. 

  • Kto? - zapytałam zaskoczona, odrywając na chwilę wzrok od książki. 

Nikogo się tu nie spodziewałam. Tym bardziej nikogo, kto nie jest w stanie sam przejść przez nasze zabezpieczenia.

  • Pani… pani matka, pani Aurelio.

Na chwilę zamarłam, a książka prawie wypadła mi z rąk. Miałam wrażenie, że cały ten świat stanął dokładnie w momencie, w którym to usłyszałam. 

To by tłumaczyło, czemu wyglądał na tak zdenerwowanego. Nie tłumaczyło niczego więcej.

  • Moja… Co?
  • Stoi pod bramą. Mówi, że chce się z panią zobaczyć. I że ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. 

W pierwszej chwili nie wiedziałam, czy powinnam wstać, krzyknąć czy się roześmiać. Za chwilę zauważyłam, że cała się trzęsę. 

Potem po prostu zerwałam się z kanapy, minęłam skrzata bez słowa i prawie pobiegłam pod bramę. 

Jeśli ktoś miał ją wpuścić… albo nie, to musiałam być to ja. 

Stała tam. Żywa, chociaż miałam wrażenie, że widzę ducha. 

Starsza, jeszcze ostrzejsza w rysach, lekko przygarbiona, ale ze spojrzeniem, które poznałabym wszędzie. 

Zbyt wiele razy śniło mi się przez te wszystkie lata po nocach. 

  • Aurelia - powiedziała, jakbyśmy rozstały się wczoraj. - Muszę z tobą porozmawiać.

Spojrzałam na nią poprzez pręty i zebrałam w sobie całą możliwą siłę woli, żeby głos nie zadrżał mi ani odrobinę. 

  • Nie mamy o czym ze sobą rozmawiać. Co ty tu robisz? Kto ci w ogóle dał mój adres? 
  • To nie zajmie długo. Proszę.

Zerknęłam jeszcze raz prosto w jej oczy. Lilith nigdy nie prosiła. Ona brała to, co uważała, że jej się należy i wchodziła tam, gdzie chciała w danej chwili się znaleźć. 

Może właśnie dlatego, będąc w tak dużym szoku po tych słowach, otworzyłam. 

  • Załatwmy to jak najszybciej - rzuciłam w jej stronę i poszłam przodem, prowadząc ją do salonu. 

Nie oglądałam się za siebie. Nie chciałam widzieć jej spojrzenia, które zapewne właśnie w tej chwili przesuwało się po moim dworze w sposób, który znałam aż za dobrze - oceniający, jakby każdy kamień nie był wystarczająco dobry.

Weszłyśmy, ale nie mogłam zdobyć się na to, żeby poprosić ją, by usiadła. Stanęłam kilka kroków od niej i odezwałam się jeszcze raz.

  • Kto ci dał mój adres? Jeśli to Lucjusz, to wyrwę mu język przy najbliższej okazji. 
  • Nie chciał tego robić. Ale naciskałam… Zgodził się tylko dlatego, że jestem twoją matką. 
  • Nie jesteś moją matką. 

Spojrzałam na nią, a ona na mnie. Przez chwilę tylko patrzyłyśmy na siebie. W końcu Lilith zacisnęła usta. 

  • Po co tu przyjechałaś? - zapytałam chłodno.
  • Przyjechałam, bo… - urwała. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, jak brakuje jej słów. - Twój ojciec nie żyje.

Jej słowa runęły we mnie jak kamień wrzucony do głębokiej studni. Bez fali, bez echa, po prostu wniknęły i opadły gdzieś na samo dno. 

Nie wiedziałam, co czuję. Nie czułam nic. 

  • Rozumiem - powiedziałam w końcu. - Ale powiedz mi… czego ty właściwie ode mnie chcesz?

Lilith spojrzała na mnie z lekkim oburzeniem.

  • Uznałam, że powinnaś wiedzieć.
  • To bardzo przykre, ale… ojciec nie odzywał się do mnie przez prawie trzydzieści lat. Ty też. Ciekawe, że teraz, kiedy trzeba załatwić formalności po śmierci męża, nagle przypomniałaś sobie, że masz dziecko. Nie odzywał się do mnie, bo mu zabroniłaś, prawda? 

Jej spojrzenie drgnęło - minimalnie, ale wystarczająco, żebym poczuła triumf. Oczywiście. Trafiłam.

  • Nie odzywał się do własnej córki od trzech dekad bo mu zabroniłaś? Tak zachowuje się kochający rodzic? I nie rozumiem, czego się teraz po mnie spodziewasz. Kondolencji? Łez? Współczucia? Nie napisaliście nawet jednego listu.

Zapewne chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła. Dokładnie w tamtej chwili otworzyły się drzwi za moimi plecami, a zaraz potem w salonie rozległ się tupot drobnych stópek.

Serce stanęło mi po raz kolejny tego dnia. Mała dziewczynka, z kasztanowymi włosami i z ciemnymi oczami tak bardzo podobnymi do oczu mojego syna rzuciła się prosto na mnie, wpadając w moje kolana. 

Moje małe światełko, które od prawie pięciu lat oświetlało mi życie.

  • Babciu, kto to jest? - zapytała Aurora, chwytając mnie za dłoń.

Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Spojrzałam w stronę drzwi i zobaczyłam tam Ginny, jeszcze uśmiechniętą, jeszcze z lekko potarganymi włosami, a potem Salazara, który wpatrywał się w Lilith wzrokiem, który mówił mi tylko jedno - on się domyślił. 

Rzuciłam jeszcze jedno krótkie spojrzenie na Lilith, która wpatrywała się w Aurorę jak na jakieś niezrozumiałe zjawisko i wszystko na nowo we mnie zawrzało.

  • To nikt ważny, kochanie - odpowiedziałam spokojnie. - Ktoś, kogo znałam bardzo dawno temu. I kto właśnie wychodzi - dodałam, rzucając Lilith znaczące spojrzenie. 

Ginny drgnęła zupełnie tak, jakby wyczuwała napięcie. A może ona też już domyślała się prawdy? Podeszła i położyła rękę na ramieniu córki.

  • Chodź, Auri - powiedziała cicho. - Pójdziemy do ogrodu.

Aurora przytuliła mnie jeszcze raz, pomachała wesoło i wybiegła z salonu z matką, nieświadoma burzy, jaką zostawiła za sobą.

Zostaliśmy sami. 

  • W każdym razie… - zaczęła znowu Lilith, ale wyczułam, że jest teraz o wiele bardziej spięta. - Uznałam, że powinnaś wiedzieć.
  • Już wiem - przerwałam. - A teraz możesz iść.

Lilith zacisnęła wargę i ostatni raz spojrzała nie na mnie, a na mojego syna, tak jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Ale nie zrobiła tego. Odwróciła się i wyszła bez słowa.

Dopiero kiedy zniknęła, opadłam ciężko na kanapę. 

Salazar od razu podszedł bliżej.

  • To była ona, prawda? Twoja matka. 

Spojrzałam jeszcze raz na drzwi, tak jakby Lilith wciąż w nich stała.

  • To nie była moja matka - powiedziałam w końcu. - Narcyza nią jest.
  • Wiesz, co mam na myśli. To była moja babcia. 

Westchnęłam.

  • Tak. Formalnie - odparłam szorstko. 
  • Czego tutaj szukała?
  • Przyjechała mi powiedzieć, że mój ojciec nie żyje. 

Salazar otworzył szerzej oczy.

  • Dziadek nie żyje?
  • Tak. Najwyraźniej uznała, że musi mi to przekazać osobiście. Jak widać, kiedy chciała, potrafiła zdobyć mój adres. 

Salazar stał jeszcze przez chwilę przede mną, trawiąc te słowa. Nie przerywałam mu. Nie miałam i tak na to siły. 

  • Co teraz zrobisz? - powiedział w końcu, niespodziewanie łagodnie. 
  • Nic - odparłam. - Bo nie ma już nic do zrobienia.

Salazar skinął głową - bez oceniania, bez nacisku. Byłam mu jednocześnie wdzięczna za tę troskę i zirytowana, że złapał mnie na słabości. 

  • Chcesz, żebym został? - dodał. 

Pokręciłam głową.

  • Idź do nich. Ginny pewnie się niepokoi. 

Salazar pochylił się do mnie i lekko dotknął mojej dłoni. 

  • Nie musisz być sama - powiedział cicho. 

Uśmiechnęłam się blado.

  • Ale chcę.

Skinął głową i wyszedł, zostawiając mnie samą w pustym salonie.

Gdy drzwi za nim się zamknęły, zapadła absolutna cisza. Zsunęłam dłonie na kolana.

I zobaczyłam inny salon niż ten. Inną pięcioletnią dziewczynkę, stojącą w kącie eleganckiego salonu Lestrange’ów, ze spojrzeniem, w którym były tylko strach, a tuż za nim tęsknota. 

Za ciepłem. Za domem. Za tym wszystkim, czego wtedy nie znałam. 

Zachłysnęłam się powietrzem tak, jak tymi wspomnieniami. I jeszcze raz przypomniałam sobie, jak to wszystko się właściwie zaczęło.